Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Tekst
Z serii: Millennium #1
Z serii: Czarna Seria
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,98  63,98 
Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Audio
Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
39,99  29,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

1  Strona tytułowa

2  Strona redakcyjna Pro­log

3  Bodźce Roz­dział 1 Roz­dział 2 Roz­dział 3 Roz­dział 4 Roz­dział 5 Roz­dział 6 Roz­dział 7

4  Ana­liza kon­se­kwen­cji Roz­dział 8 Roz­dział 9 Roz­dział 10 Roz­dział 11 Roz­dział 12 Roz­dział 13 Roz­dział 14

5  Fuzje Roz­dział 15 Roz­dział 16 Roz­dział 17 Roz­dział 18 Roz­dział 19 Roz­dział 20 Roz­dział 21 Roz­dział 22 Roz­dział 23

6  Hostile take­over Roz­dział 24 Roz­dział 25 Roz­dział 26 Roz­dział 27 Roz­dział 28 Roz­dział 29 Epi­log

7  Przy­pisy koń­cowe

Tytuł ory­gi­nału: MÄN SOM HATAR KVIN­NOR

Redak­cja: Gra­żyna Masta­lerz

Korekta: Ewa Jastrun, Maciej Kor­ba­siń­ski, Słowne Babki

Pro­jekt okładki: Jörgen Einéus

Adap­ta­cja okładki: Magda Kuc

Zdję­cie autora: Daniel Lagerlöf

Män som hatar kvin­nor © Stieg Lars­son, first publi­shed by Nor­stedts, Swe­den, in 2005.

Publi­shed by agre­ement with Nor­stedts Agency.

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie IV

ISBN: 978-83-8143-857-5


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Pro­log

Listo­pa­dowy pią­tek

Ten sce­na­riusz powta­rzał się każ­dego roku. Adre­sat skoń­czył wła­śnie osiem­dzie­siąt dwa lata. Jak zwy­kle otwo­rzył paczkę i zdarł ozdobny papier. A póź­niej pod­niósł słu­chawkę i wybrał numer byłego komi­sa­rza kry­mi­nal­nego, który po przej­ściu na eme­ry­turę osiadł nad jezio­rem Sil­jan. Męż­czyźni uro­dzili się nie tylko w tym samym roku, ale i dokład­nie tego samego dnia, co w tym kon­kret­nym przy­padku zakra­wało na coś w rodzaju iro­nii losu. Wie­dząc, że tele­fon zadzwoni zaraz po wizy­cie listo­no­sza, około jede­na­stej, komi­sarz pił spo­koj­nie kawę. W tym roku zadzwo­nił już o dzie­sią­tej trzy­dzie­ści. Poli­cjant ode­brał i nie przed­sta­wia­jąc się, powie­dział:

– Hej.

– Przy­szła.

– Jak wygląda tym razem?

– Nie mam poję­cia, co to za roślina. Ale dowiem się oczy­wi­ście. Kwiat jest biały.

– Zga­duję, że nie dołą­czono żad­nego listu?

– Nie, nie ma żad­nej wia­do­mo­ści. Tylko kwia­tek. I taka sama ramka jak w ubie­głym roku. Zwy­kła nie­droga rzecz do samo­dziel­nego mon­tażu.

– Stem­pel pocz­towy?

– Ze Sztok­holmu.

– Cha­rak­ter pisma?

– Jak zawsze, dru­ko­wane litery. Duże i pro­ste. Tym samym temat został wyczer­pany i przez dłuż­szą chwilę męż­czyźni sie­dzieli w mil­cze­niu po obu koń­cach linii. Eme­ry­to­wany komi­sarz roz­parł się wygod­nie przy kuchen­nym stole, pocią­ga­jąc fajkę.

Wie­dział, że nie spo­dzie­wano się już po nim żad­nego zbaw­czego czy choćby tylko szcze­gól­nie inte­li­gent­nego pyta­nia, które mogłoby rzu­cić nowe świa­tło na sprawę. Ten czas minął bez­pow­rot­nie dawno temu. Roz­mowa dwóch pod­sta­rza­łych męż­czyzn miała raczej cha­rak­ter rytu­ału w obli­czu miste­rium, które – oprócz nich – nikogo nie inte­re­so­wało.

Łaciń­ska nazwa brzmiała Lep­to­sper­mum (Myr­ta­ceae) rubi­nette. Roślina była nie­po­zorną, mniej wię­cej dwu­na­sto­cen­ty­me­trową krze­winką o drob­nych, podob­nych do igie­łek wrzosu list­kach. Nie­wiel­kie kwia­tuszki skła­dały się z pię­ciu płat­ków. Pocho­dziła z austra­lij­skiego buszu i tam­tej­szych gór, gdzie rosła w gęstych kępach trawy. Nazy­wano ją desert snow. Tro­chę póź­niej eks­pert z ogrodu bota­nicz­nego w Uppsali stwier­dziła, że to rzadka roślina, tylko spo­ra­dycz­nie upra­wiana w Szwe­cji. W eks­pertyzie napi­sała, że jest spo­krew­niona z drzew­kiem her­ba­cia­nym i że czę­sto myli się ją z jej znacz­nie pospo­lit­szym kuzy­nem Lep­to­sper­mum sco­pa­rium, który pora­sta w nad­mia­rze Nową Zelan­dię. Róż­nica według eks­perta polega na tym, że końce płat­ków rubi­nette zdo­bią mikro­sko­pijne różowe punk­ciki, nada­jąc im różo­wawy odcień.

Rubi­nette zadzi­wiała bez­pre­ten­sjo­nal­no­ścią. Nie miała żad­nej war­to­ści komer­cyj­nej, żad­nych zna­nych wła­ści­wo­ści lecz­ni­czych ani halu­cy­no­gen­nych. Nie słu­żyła jako poży­wie­nie czy przy­prawa ani nie uży­wano jej do pro­duk­cji natu­ral­nych barw­ni­ków. Miała jed­nak pewne zna­cze­nie dla Abo­ry­ge­nów, któ­rzy tra­dy­cyj­nie uwa­żali tereny i roślin­ność wokół Ayers Rock za świę­tość. Wyglą­dało na to, że jedyne zada­nie rośliny o kapry­śnej uro­dzie pole­gało na byciu piękną i powabną.

W swoim orze­cze­niu uppsal­ska bota­niczka pod­kre­śliła, że desert snow należy w Austra­lii do rzad­ko­ści, a w Skan­dy­na­wii sta­nowi uni­kat. Sama rośliny ni­gdy nie widziała, ale od kole­gów po fachu dowie­działa się, że pró­bo­wano ją wpro­wa­dzić do jed­nego z göteborskich ogro­dów. Nie można też wyklu­czyć, że w pry­wat­nych szklar­niach mają ją entu­zja­ści egzo­tycz­nych roślin i inni bota­nicy ama­to­rzy. Nie jest łatwa w upra­wie, ponie­waż wymaga łagod­nego, suchego kli­matu oraz zimo­wa­nia w ocie­plo­nym pomiesz­cze­niu. Nie sprzyja jej wapienne pod­łoże i potrze­buje nawad­nia­nia od spodu, bez­po­śred­nio do korze­nia. Trzeba umieć się z nią obcho­dzić.

Fakt, że roślina była w Szwe­cji nie­zmier­nie rzadka, teo­re­tycz­nie uła­twiał dotar­cie do źró­dła wła­śnie tego egzem­pla­rza, ale w prak­tyce było to nie­moż­liwe. Nie ist­niały żadne reje­stry ani licen­cje, które można było przej­rzeć i spraw­dzić. Nikt nie wie­dział, jak wielu pry­wat­nych hodow­ców w ogóle pod­jęło się uprawy tak wyma­ga­ją­cej rośliny – nie­wy­klu­czone, że cho­dziło o jed­nego albo kil­ku­na­stu ogrod­ni­ków z dostę­pem do nasion i sadzo­nek, które bez trudu można kupić bez­po­śred­nio w fir­mie wysył­ko­wej, u jakie­goś innego pasjo­nata albo w ogro­dzie bota­nicz­nym gdzie­kol­wiek w Euro­pie. Krze­winka mogła być rów­nie dobrze przy­wie­ziona z Austra­lii. Odna­le­zie­nie hodowcy wśród milio­nów posia­da­czy cie­plarni czy zwy­kłej doniczki na poko­jo­wym para­pe­cie nale­żało zali­czyć do spraw bez­na­dziej­nych.

Rubi­nette była tylko jedną z sze­regu zagad­ko­wych roślin, które pierw­szego listo­pada w gru­bej koper­cie zawsze przy­cho­dziły na ten sam adres. Gatunki zmie­niały się, ale zazwy­czaj były to piękne i sto­sun­kowo rzad­kie kwiaty. Zawsze spo­czy­wały na papie­rze akwa­re­lo­wym, pie­czo­ło­wi­cie zasu­szone i chro­nione szkłem pro­stej ramki o wymia­rach dwa­dzie­ścia dzie­więć na szes­na­ście cen­ty­me­trów.

 

Roślinne Miste­rium nie było powszech­nie znane, ni­gdy nie komen­to­wały go media, wie­działo o nim zale­d­wie nie­wiel­kie, zamknięte grono. Trzy­dzie­ści lat temu coroczne prze­syłki były przed­mio­tem ana­liz w Pań­stwo­wym Labo­ra­to­rium Tech­niki Kry­mi­nal­nej. Badali je eks­perci dak­ty­lo­sko­pii, gra­fo­lo­dzy, poli­cjanci z sek­cji docho­dze­niowo-śled­czej, rodzina i przy­ja­ciele adre­sata. Obec­nie dra­mat roz­gry­wał się już tylko mię­dzy trzema akto­rami: pod­sta­rza­łym jubi­la­tem, eme­ry­to­wa­nym poli­cjan­tem i oczy­wi­ście nie­zna­jo­mym nadawcą pre­zentu. Ponie­waż przy­naj­mniej dwaj z nich osią­gnęli zacny wiek, kiedy warto zacząć przy­go­to­wa­nia do tego, co nie­unik­nione, krąg zain­te­re­so­wa­nych w naj­bliż­szym cza­sie mógł się zmniej­szyć.

Eme­ry­to­wany poli­cjant był doświad­czo­nym wete­ra­nem. Ni­gdy nie zapo­mni swo­jej pierw­szej inter­wen­cji, która pole­gała na wsa­dze­niu do mamra agre­syw­nego i kom­plet­nie pija­nego maszy­ni­sty w nastawni, żeby nie napy­tał jesz­cze wię­cej biedy sobie samemu i innym. W trak­cie kariery komi­sarz zamy­kał kłu­sow­ni­ków, mężów mal­tre­tu­ją­cych żony, oszu­stów, zło­dziei samo­cho­dów i pija­nych kie­row­ców. Spo­ty­kał wła­my­wa­czy, rabu­siów, meli­nia­rzy, gwał­ci­cieli, a raz tra­fił na nie­zrów­no­wa­żo­nego kasia­rza z dyna­mi­tem. Brał udział w dzie­wię­ciu docho­dze­niach w spra­wie mor­der­stwa lub zabój­stwa. W pię­ciu przy­pad­kach sprawca sam zadzwo­nił na poli­cję, by ze skru­chą wyznać, że wła­śnie zaka­tru­pił swoją żonę, brata czy innego członka rodziny. W trzech docho­dze­niach szu­kano nie­zna­nego sprawcy, dwa mor­der­stwa zostały wyja­śnione w ciągu kilku dni, a trze­cie, we współ­pracy z Cen­tral­nym Biu­rem Śled­czym, w ciągu dwóch lat.

Dzie­wiąte udało się roz­wią­zać, to zna­czy docho­dze­niowcy wie­dzieli, kto jest mor­dercą, ale dowody były tak nikłe, że pro­ku­ra­tor posta­no­wił zawie­sić śledz­two. Wkrótce, ku nie­za­do­wo­le­niu komi­sa­rza, sprawa ule­gła przedaw­nie­niu. Ogól­nie rzecz bio­rąc, miał za sobą impo­nu­jącą karierę i powody do zado­wo­le­nia ze swo­ich doko­nań.

A jed­nak daleki był od tego.

Sprawa zasu­szo­nych kwia­tów sta­no­wiła dla komi­sa­rza bole­sny cierń, cią­gle nie­roz­wią­zaną, fru­stru­jącą zagadkę, któ­rej poświę­cił nie­po­rów­ny­wal­nie wię­cej czasu niż wszyst­kim innym.

Sytu­acja była podwój­nie absur­dalna, ponie­waż po dosłow­nie tysią­cach godzin prze­my­śleń, zarówno w pracy, jak i poza nią, cią­gle nie potra­fił z pew­no­ścią stwier­dzić, czy w ogóle ma do czy­nie­nia z prze­stęp­stwem.

Obaj męż­czyźni wie­dzieli, że osoba opra­wia­jąca roślinę w ramki używa ręka­wi­czek, nie zosta­wia­jąc żad­nych odci­sków pal­ców ani na drew­nie, ani na szkle. Wie­dzieli, że nie­moż­liwe jest dotar­cie do nadawcy. Wie­dzieli, że podobne ramki są dostępne w każ­dym skle­pie foto­gra­ficz­nym czy papier­ni­czym na całym świe­cie. Po pro­stu nie ist­niały żadne tropy, któ­rymi można by podą­żyć. Prze­syłki naj­czę­ściej wysy­łane były ze Sztok­holmu, ale trzy­krot­nie z Lon­dynu, dwu­krot­nie z Paryża i z Kopen­hagi, raz z Madrytu i z Bonn oraz z – naj­bar­dziej zagad­ko­wego – Pen­sa­cola w USA. O ile wszyst­kie pozo­stałe mia­sta były zna­nymi sto­li­cami, o tyle o ame­ry­kań­skiej miej­sco­wo­ści komi­sarz ni­gdy nie sły­szał i musiał poszu­kać jej w atla­sie.

Poże­gnaw­szy się z komi­sa­rzem, osiem­dzie­się­cio­dwu­letni jubi­lat sie­dział przez dłuż­szą chwilę nie­ru­chomo, z oczami utkwio­nymi w austra­lij­skiej rośli­nie, o któ­rej nazwie jesz­cze nie miał poję­cia. A póź­niej pod­niósł wzrok. Nad biur­kiem, w czte­rech rzę­dach po dzie­sięć i w pią­tym skła­da­ją­cym się tylko z czte­rech prze­szklo­nych ramek wisiały czter­dzie­ści trzy zasu­szone kwiaty. W naj­wyż­szym rzę­dzie bra­ko­wało jed­nej rośliny. Miej­sce numer dzie­więć świe­ciło pustką. Krze­winka desert snow miała otrzy­mać numer czter­dzie­ści cztery.

Po raz pierw­szy jed­nak wyda­rzyło się coś, co odbie­gało od corocz­nego sce­na­riu­sza. Zupeł­nie nagle, bez ostrze­że­nia, męż­czy­zna zaczął pła­kać. Ten nie­spo­dzie­wany wybuch emo­cji po ponad czter­dzie­stu latach zdzi­wił jego samego.

18 pro­cent szwedz­kich kobiet

doświad­czyło choć raz

groźby ze strony mężczyzny.

CZĘŚĆ I

Bodźce

20 grud­nia – 3 stycz­nia

Roz­dział 1

Pią­tek 20 grud­nia

Pro­ces zakoń­czył się defi­ni­tyw­nie i wszystko, co było do powie­dze­nia, zostało już powie­dziane. Męż­czy­zna ani przez sekundę nie wąt­pił, że zosta­nie ska­zany. Wyrok podano do publicz­nej wia­do­mo­ści o dzie­sią­tej rano, teraz pozo­stały tylko uza­sad­nie­nie i komen­ta­rze repor­te­rów cze­ka­ją­cych przed budyn­kiem sądu rejo­no­wego.

Mikael Blom­kvist zoba­czył ich przez uchy­lone drzwi i zatrzy­mał się na moment. Nie chciał dys­ku­to­wać o orze­cze­niu sądu, które wła­śnie mu prze­ka­zano, ale pyta­nia były nie­unik­nione – i kto jak kto, ale wła­śnie on wie­dział, że muszą zostać zadane i że on sam musi na nie odpo­wie­dzieć. „A więc tak czuje się czło­wiek, który jest prze­stępcą – pomy­ślał. – Jak ktoś po nie­wła­ści­wej stro­nie mikro­fonu”. Wypro­sto­wał się i pró­bo­wał zmu­sić do uśmie­chu. Repor­te­rzy nie pozo­stali dłużni i – odro­binę onie­śmie­leni – poki­wali życz­li­wie gło­wami.

– No to zobaczmy… „Afton­bla­det”, „Expres­sen”, TT, TV4 i… jesteś z… aha, „Dagens Indu­stri”. Ani chybi zosta­łem medialną gwiazdą – stwier­dził.

– Daj nam jakiś tekst, Kalle Blom­kvist – ode­zwał się dzien­ni­karz jed­nej z popo­łu­dnió­wek.

Mikael Blom­kvist, któ­rego pełne imię i nazwi­sko brzmiało Carl Mikael Blom­kvist, jak zawsze sta­rał się nie oka­zać iry­ta­cji na dźwięk tego sta­rego przy­domka. Dwa­dzie­ścia lat temu, w cza­sie swo­jego pierw­szego dzien­ni­kar­skiego zastęp­stwa, bez wła­snego udziału i zupeł­nie przy­pad­kowo zde­ma­sko­wał szajkę rabu­siów, któ­rzy w ciągu dwóch lat doko­nali pię­ciu spek­ta­ku­lar­nych napa­dów. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że cho­dziło o jedną i tę samą grupę, która wyspe­cja­li­zo­wała się w wyjaz­dach na pro­win­cję i obra­bia­niu nie­wiel­kich ban­ków. Robili to z zegar­mi­strzow­ską wręcz pre­cy­zją. Sprawcy napa­dów nosili latek­sowe maski przed­sta­wia­jące posta­cie z fil­mów Walta Disneya, toteż poli­cja, nie bez kozery, nadała im miano Ligi Kaczora Donalda. Gazety upie­rały się jed­nak przy poważ­niej­szej nazwie i prze­chrzciły Ligę na Niedź­wie­dzią Bandę, cho­ciażby ze względu na to, że rabu­sie dwu­krot­nie, bru­tal­nie i nie trosz­cząc się o los bliź­nich, oddali kilka ostrze­gaw­czych strza­łów, gro­żąc prze­chod­niom i zbyt docie­kli­wym świad­kom.

Szó­sty napad miał miej­sce w środku lata w Östergötland. Jed­nym ze świad­ków był – znaj­du­jący się wła­śnie w banku – repor­ter lokal­nej roz­gło­śni radio­wej. Zare­ago­wał zgod­nie ze służ­bo­wymi instruk­cjami. Gdy tylko rabu­sie opu­ścili bank, udał się do auto­matu tele­fo­nicz­nego i zdał z cało­ści rela­cję, którą prze­ka­zano słu­cha­czom na żywo.

Dwu­dzie­sto­trzy­letni Mikael Blom­kvist bawił wtedy ze zna­jomą w domku let­ni­sko­wym jej rodzi­ców, nie­da­leko Katri­ne­holm. Nawet prze­słu­chu­ją­cemu go póź­niej poli­cjan­towi nie był w sta­nie wytłu­ma­czyć, dla­czego połą­czył aku­rat te fakty, ale gdy tylko usły­szał w radiu o napa­dzie, pomy­ślał o czte­rech chło­pa­kach wynaj­mu­ją­cych domek kil­ka­set metrów dalej. Zoba­czył ich po raz pierw­szy parę dni wcze­śniej, gdy szedł ze zna­jomą na lody. Grali w bad­min­tona. Prze­śli­zgnął się wzro­kiem po czte­rech atle­tycz­nie zbu­do­wa­nych blon­dy­nach z obna­żo­nymi tor­sami. Naj­wy­raź­niej zaj­mo­wali się kul­tu­ry­styką. Coś musiało jed­nak zanie­po­koić Mika­ela, ponie­waż spoj­rzał na nich jesz­cze raz. Może dla­tego, że mimo nie­sa­mo­wi­tej spie­koty roz­gry­wali mecz z jakąś rzu­ca­jącą się w oczy zaja­dło­ścią. To nie było zwy­kłe gra­nie dla zabi­cia czasu.

Nie miał żad­nego racjo­nal­nego powodu, żeby podej­rze­wać tych mło­dych męż­czyzn o napad na bank, ale gnany nie­ja­snym prze­czu­ciem poszedł na spa­cer i, zatrzy­maw­szy się na wzgó­rzu z wido­kiem na domek zamiesz­ki­wany przez chło­pa­ków, stwier­dził, że jest on chwi­lowo opusz­czony. Po mniej wię­cej czter­dzie­stu minu­tach na podwórko wje­chało volvo, z któ­rego wysie­dli zna­jomi blon­dyni. Wyglą­dało na to, że bar­dzo im się spie­szy. Każdy dźwi­gał sporą torbę tre­nin­gową, co samo w sobie mogło zna­czyć, że wła­śnie wyką­pali się w jezio­rze. Ale gdy jeden z nich wró­cił do samo­chodu i wycią­gnął jakiś przed­miot, który natych­miast przy­krył kurtką, Mikael nawet ze swo­jego sto­sun­kowo odle­głego punktu obser­wa­cyj­nego roz­po­znał stary, sza­cowny AK4. To był dokład­nie ten sam model, z któ­rym zupeł­nie nie­dawno miał do czy­nie­nia pod­czas rocz­nej służby woj­sko­wej. Zadzwo­nił na poli­cję i opo­wie­dział o swo­ich obser­wa­cjach. Było to pre­lu­dium do trzy­do­bo­wego spek­ta­klu o oblę­że­niu domku let­ni­sko­wego, rela­cjo­no­wa­nego nie­ustan­nie przez media. Mikael, z sąż­ni­stym hono­ra­rium fre­elan­cera piszą­cego dla jed­nej z popo­łu­dnió­wek, zaj­mo­wał naj­lep­sze miej­sce na widowni. Poli­cja ulo­ko­wała swoją kwa­terę główną w zapar­ko­wa­nej nie­opo­dal przy­cze­pie kem­pin­go­wej.

Dzięki spra­wie Niedź­wie­dziej Bandy Mikael stał się gwiazdą. Ceną sławy oka­zał się tytuł arty­kułu, od któ­rego nie mogła się powstrzy­mać kon­ku­ren­cyjna popo­łu­dniówka: Kalle Blom­kvist roz­wią­zał zagadkę. Pewna star­sza felie­to­nistka, autorka tego kpiar­skiego tek­stu, pozwo­liła sobie na liczne alu­zje do stwo­rzo­nej przez Astrid Lind­gren postaci mło­dego detek­tywa. Na domiar złego arty­kuł zilu­stro­wano ziar­ni­stą foto­gra­fią, na któ­rej Mikael z pół­otwar­tymi ustami i wznie­sio­nym w górę pal­cem wyglą­dał, jak gdyby wyda­wał instruk­cje umun­du­ro­wa­nemu poli­cjan­towi. W rze­czy­wi­sto­ści wska­zy­wał mu drogę do wychodka.

Bez zna­cze­nia był fakt, że Mikael ni­gdy nie uży­wał pierw­szego imie­nia i że ni­gdy nie sygno­wał żad­nego tek­stu nazwi­skiem Carl Blom­kvist. Tego dnia ku swo­jej roz­pa­czy zyskał wśród kole­gów po fachu przy­do­mek Kalle Blom­kvist.

Prze­zwi­sko wyma­wiano z draż­niącą drwiną, wpraw­dzie ni­gdy nie­życz­li­wie, ale też ni­gdy z praw­dziwą życz­li­wo­ścią. Mikael nie cier­piał swo­jego przy­domka, choć oczy­wi­ście uwiel­biał książki Astrid Lind­gren. Dopiero po wielu latach i kilku zna­czą­cych doko­na­niach dzien­ni­kar­skich poczuł, że prze­zwi­sko zaczęło bled­nąć. A mimo to cią­gle jesz­cze wzdry­gał się na dźwięk imie­nia mło­dego detek­tywa.

Uśmiech­nął się więc pogod­nie, zaglą­da­jąc repor­te­rowi popo­łu­dniówki w oczy.

– Wymyśl coś sam. Prze­cież twoje tek­sty zazwy­czaj i tak są wyssane z palca.

Ton wypo­wie­dzi nie był nie­przy­ja­zny. Wszy­scy obecni znali się przy­naj­mniej z widze­nia, a jego naj­bar­dziej zago­rzali kry­tycy zre­zy­gno­wali z przyj­ścia do sądu. Z jed­nym repor­te­rem współ­pra­co­wał kilka lat temu, a jedną z kobiet – Tę z TV4 – kie­dyś pra­wie udało mu się pode­rwać.

– Dostał pan tam porząd­nie po gło­wie – stwier­dził repre­zen­tant „Dagens Indu­stri”, zde­cy­do­wa­nie nie­opie­rzony żół­to­dziób na zastęp­stwie.

– W rze­czy samej – przy­znał Mikael. Inna odpo­wiedź była nie do pomy­śle­nia.

– No więc jak się pan czuje?

Mimo powagi sytu­acji ani Mikael, ani jego starsi kole­dzy nie mogli powstrzy­mać się od uśmiesz­ków. Mikael wymie­nił bły­ska­wiczne spoj­rze­nie z TV4. „Jak się pan/pani czuje?” to jedyne pyta­nie, jakie w mnie­ma­niu Poważ­nych Dzien­ni­ka­rzy Nie­roz­gar­nięci Repor­te­rzy Spor­towi potra­fili zadać Zdy­sza­nemu Spor­tow­cowi po dru­giej stro­nie mety. Ale po chwili Mikael spo­waż­niał.

– Natu­ral­nie pozo­staje mi tylko ubo­le­wać, że sąd nie doszedł do innego wnio­sku – odpo­wie­dział bar­dziej for­mal­nie.

– Trzy mie­siące wię­zie­nia i sto pięć­dzie­siąt tysięcy odszko­do­wa­nia. To ude­rzy dość mocno po kie­szeni – ode­zwała się Ta z TV4.

– Prze­żyję.

– Zażąda pan od Wennerströma prze­pro­sin? Poda mu rękę?

– Nie, nie sądzę. Moje zda­nie na temat morale zawo­do­wego pana Wennerströma nie ule­gło szcze­gól­nej zmia­nie.

 

– Czyli w dal­szym ciągu uważa go pan za łaj­daka? – zapy­tał mło­dzik z „Dagens Indu­stri”.

Za pyta­niem krył się cytat z poten­cjal­nie kata­stro­fal­nym nagłów­kiem i Mikael nie­wąt­pli­wie pośli­zgnąłby się na skórce od banana, gdyby nie fakt, że dzien­ni­karz sam zasy­gna­li­zo­wał nie­bez­pie­czeń­stwo, nazbyt gor­li­wie wysu­wa­jąc mikro­fon. Inda­go­wany zasta­no­wił się więc kilka sekund nad odpo­wie­dzią.

Uznaw­szy, że Mikael Blom­kvist naru­szył god­ność finan­si­sty Hansa-Erika Wennerströma, sąd ska­zał go za znie­sła­wie­nie. Pro­ces dobiegł końca, ska­zany nie miał zamiaru odwo­ły­wać się od wyroku. Ale co by się stało, gdyby nie­ostroż­nie powtó­rzył swoje zda­nie na scho­dach sądu? Doszedł do wnio­sku, że nie chce znać odpo­wie­dzi.

– Uwa­ża­łem, że ist­niały powody, dla któ­rych opu­bli­ko­wa­łem posia­dane infor­ma­cje. Sąd miał odmienne zda­nie i muszę oczy­wi­ście zaak­cep­to­wać fakt, że wsz­częto postę­po­wa­nie prawne. Teraz, zanim podej­miemy decy­zję co do przy­szłych dzia­łań, w redak­cji dogłęb­nie prze­dys­ku­tu­jemy posta­no­wie­nia sądu. Nie mam nic wię­cej do powie­dze­nia.

– Ale zapo­mnia­łeś, że dzien­ni­karz musi umieć poprzeć swoje opi­nie dowo­dami – przy­po­mniała Ta z TV4 tro­chę ostrzej­szym tonem.

Nie potra­fił zaprze­czyć. Byli dobrymi przy­ja­ciółmi. Miała neu­tralny wyraz twa­rzy, ale Mikael dostrzegł w jej oczach cień roz­cza­ro­wa­nia i dez­apro­baty.

Udzie­lał odpo­wie­dzi jesz­cze przez kilka trud­nych minut. W powie­trzu wisiało pyta­nie, któ­rego jed­nak żaden z dzien­ni­ka­rzy nie zadał, może dla­tego, że doty­czyło żenu­jąco nie­po­ję­tej sprawy: jak Mikael mógł napi­sać tekst tak total­nie pozba­wiony sub­stan­cji? Zebrani przed sądem repor­te­rzy, z wyjąt­kiem zastępcy z „Dagens Indu­stri”, byli wete­ra­nami o dużym doświad­cze­niu. Dla nich odpo­wiedź na to pyta­nie leżała poza gra­nicą zro­zu­mie­nia.

Ta z TV4 usta­wiła Blom­kvi­sta przed drzwiami ratu­sza i powtó­rzyła swoje pyta­nia przed kamerą. Była bar­dziej życz­liwa, niż na to zasłu­gi­wał, i padało wystar­cza­jąco dużo dobrych cyta­tów, by zado­wo­lić wszyst­kich repor­te­rów. Histo­ria musiała zaowo­co­wać tłu­stymi nagłów­kami – tego nie dało się unik­nąć – ale Mikael upo­rczy­wie powta­rzał sobie, że tak naprawdę nie cho­dzi o wyda­rze­nie medialne roku. Dostaw­szy to, czego chcieli, dzien­ni­ka­rze roze­szli się do swo­ich redak­cji.

Miał zamiar wró­cić pie­szo, ale był wietrzny gru­dniowy dzień, a on sam dość zmar­z­nięty po wywia­dzie na świe­żym powie­trzu. Gdy tak stał nie­zde­cy­do­wany na scho­dach ratu­sza, zoba­czył wysia­da­ją­cego z samo­chodu Wil­liama Borga. Musiał w nim sie­dzieć dłuż­szą chwilę. Ich oczy spo­tkały się, twarz Borga roz­ja­śnił uśmiech.

– Warto było przy­je­chać, cho­ciażby po to, żeby zoba­czyć cię z tym doku­men­tem w ręce.

Mikael nie odpo­wie­dział. Znali się od pięt­na­stu lat. Pra­co­wali kie­dyś razem na zastęp­stwie, w dziale gospo­dar­czym jed­nego ze sto­łecz­nych dzien­ni­ków. Może nie zadzia­łała che­mia, ale wła­śnie wtedy poło­żyli pod­wa­liny pod dozgonną wro­gość. W oczach Blom­kvi­sta Borg był nie tylko kiep­skim repor­te­rem, ale też męczą­cym, małost­ko­wym i pamię­tli­wym czło­wie­kiem, który kato­wał oto­cze­nie idio­tycz­nymi żar­tami i wyra­żał się lek­ce­wa­żąco o star­szych, a więc bar­dziej doświad­czo­nych repor­te­rach. Szcze­gól­nie nie cier­piał star­szych kobiet w tym zawo­dzie. Po pierw­szej kłótni przy­szły następne, aż w końcu drobne utarczki prze­ro­dziły się w oso­bi­sty anta­go­nizm.

Przez dłuż­szy czas spo­ty­kali się spo­ra­dycz­nie, ale pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych zostali praw­dzi­wymi wro­gami. Mikael napi­sał książkę o dzien­ni­kar­stwie gospo­dar­czym, w któ­rej cyto­wał frag­menty nie­mą­drych arty­ku­łów sygno­wa­nych nazwi­skiem nie­przy­ja­ciela. Borg jawił się więc jako Jędrek-Mędrek, który zro­zu­miaw­szy więk­szość fak­tów na opak, wychwa­lał pod nie­biosa sto­jące na skraju eko­no­micz­nej kata­strofy firmy z branży infor­ma­tycz­nej. Ura­żony repor­ter nie doce­nił oczy­wi­ście ana­lizy Mika­ela i gdy natknęli się kie­dyś na sie­bie w knaj­pie, pra­wie doszło do ręko­czy­nów. W tym samym cza­sie Borg poże­gnał się z dzien­ni­kar­stwem i – za zde­cy­do­wa­nie wyż­szą pen­sję – zaczął pra­co­wać jako doradca w przed­się­bior­stwie, które znaj­do­wało się w stre­fie zain­te­re­so­wań finan­si­sty Hansa-Erika Wennerströma.

Patrzyli na sie­bie dłuż­szą chwilę, a póź­niej Mikael obró­cił się na pię­cie i odszedł. To był cały Borg. Przy­je­chał pod ratusz jedy­nie po to, żeby się pośmiać.

Na przy­stanku zatrzy­mała się wła­śnie czter­dziestka i Blom­kvist wsko­czył do auto­busu, żeby jak naj­szyb­ciej uciec. Wysiadł przy Fri­dhem­splan i stał nie­zde­cy­do­wany, cią­gle z wyro­kiem w ręku. W końcu skie­ro­wał kroki do kawiarni Anna, miesz­czą­cej się obok komendy poli­cji.

Gdy usiadł z kawą latte i kanapką, w radiu zaczął się połu­dniowy ser­wis infor­ma­cyjny. Jego histo­ria upla­so­wała się na trze­cim miej­scu, po samo­bój­czym zama­chu bom­bo­wym w Jero­zo­li­mie i wia­do­mo­ści o powo­ła­niu rzą­do­wej komi­sji docho­dze­nio­wej w spra­wie domnie­ma­nego two­rze­nia kar­teli w prze­my­śle budow­la­nym.

Dzien­ni­karz cza­so­pi­sma „Mil­len­nium” Mikael Blom­kvist został w pią­tek rano ska­zany na trzy mie­siące wię­zie­nia za znie­sła­wie­nie przed­się­biorcy Hansa-Erika Wennerströma. W jed­nym z tego­rocz­nych nume­rów, w gło­śnym arty­kule o tzw. spra­wie Minosa Blom­kvist twier­dził, że Wennerström wyko­rzy­stał do han­dlu bro­nią pań­stwowe środki, prze­zna­czone pier­wot­nie na inwe­sty­cje prze­my­słowe w Pol­sce.

Oprócz kary pozba­wie­nia wol­no­ści sąd orzekł, że Mikael Blom­kvist ma zapła­cić poszko­do­wa­nemu 150 tysięcy koron tytu­łem zadość­uczy­nie­nia. Adwo­kat Wennerströma, Ber­til Cam­ne­mar­ker, podał do wia­do­mo­ści, że jego klient jest usa­tys­fak­cjo­no­wany wyro­kiem. „To wyjąt­kowo poważny przy­pa­dek pomó­wie­nia” – sko­men­to­wał.

Wyrok liczył dwa­dzie­ścia sześć stron. Wyja­śniał powody, dla któ­rych sąd w pięt­na­stu punk­tach uznał Mika­ela win­nym znie­sła­wie­nia prze­my­słowca Hansa-Erika Wennerströma. Mikael skon­sta­to­wał, że każdy z punk­tów oskar­że­nia kosz­to­wał go dzie­sięć tysięcy koron i sześć dni wię­zie­nia. Nie wli­cza­jąc kosz­tów pro­cesu i hono­ra­rium adwo­kata. Nie miał siły, żeby choć przez chwilę zasta­no­wić się nad osta­tecz­nym rachun­kiem, pomy­ślał tylko, że mogło być gorzej; sąd unie­win­nił go co do sied­miu punk­tów oskar­że­nia.

Czy­ta­jąc sfor­mu­ło­wa­nia wyroku, czuł nie­przy­jem­nie nara­sta­jące uczu­cie cięż­ko­ści w oko­licy żołądka. Zdzi­wił się. Od początku pro­cesu wie­dział, że – o ile nie nastąpi cud – zosta­nie ska­zany. Rzecz nie ule­gała wąt­pli­wo­ści, zdą­żył się więc pogo­dzić z tą myślą. Sto­sun­kowo bez­tro­sko prze­sie­dział dwa dni roz­prawy, by póź­niej przez jede­na­ście kolej­nych – bez spe­cjal­nych emo­cji – cze­kać, aż sąd, prze­my­ślaw­szy wszystko dogłęb­nie, sfor­mu­łuje tekst, który wła­śnie trzy­mał w ręce. Dopiero teraz, po zakoń­cze­niu pro­cesu, poczuł się bar­dzo nie­swojo.

Miał wra­że­nie, że kolejny kęs chleba rośnie mu w ustach. Prze­ły­ka­jąc go z tru­dem, odsu­nął kanapkę na bok.

Po raz pierw­szy został uznany za win­nego prze­stęp­stwa, w ogóle po raz pierw­szy był o coś podej­rzany i oskar­żony. Orze­cze­nie sądu to w zasa­dzie bła­hostka. Prze­stęp­stwo lek­kiej wagi. Prze­cież nie cho­dziło o napad z bro­nią w ręku, mor­der­stwo czy gwałt. Ale finan­sowo wyrok będzie odczu­walny. „Mil­len­nium” nie było medial­nym okrę­tem fla­go­wym o nie­ogra­ni­czo­nych zaso­bach. Cza­so­pi­smu się nie prze­le­wało, ale wyrok nie ozna­czał finan­so­wej kata­strofy. Pro­blem pole­gał na tym, że Mikael miał udziały w „Mil­len­nium”, będąc jed­no­cze­śnie – co zakra­wało na idio­tyzm – redak­to­rem cza­so­pi­sma i jego wydawcą. Odszko­do­wa­nie, sto pięć­dzie­siąt tysiecy koron, zamie­rzał zapła­cić z wła­snej kie­szeni, co w zasa­dzie ozna­czało pozby­cie się pra­wie wszyst­kich oszczęd­no­ści. Cza­so­pi­smo pokry­wało koszty pro­cesu. Przy roz­sąd­nym gospo­da­ro­wa­niu powinno się udać.

Pomy­ślał o ewen­tu­al­nej sprze­daży swo­jego pod­da­sza, co byłoby dość bole­snym roz­wią­za­niem. Pod koniec rado­snych lat osiem­dzie­sią­tych, kiedy miał dobrą posadę i sto­sun­kowo wyso­kie dochody, zaczął roz­glą­dać się za porząd­nym miesz­ka­niem wła­sno­ścio­wym. Odrzu­cał kolejne pro­po­zy­cje pośred­ni­ków, aż w końcu natknął się na sześć­dzie­siąt pięć metrów kwa­dra­to­wych pod­da­sza przy Bel­l­mans­ga­tan. Poprzedni wła­ści­ciel zaczął prze­ra­biać je na miesz­ka­nie, ale kiedy nagle otrzy­mał pro­po­zy­cję pracy w fir­mie inter­ne­to­wej za gra­nicą, sprze­dał je tanio jako lokal do reno­wa­cji.

Nowy wła­ści­ciel dokoń­czył dzieło, nie przej­mu­jąc się szcze­gól­nie pier­wot­nymi szki­cami archi­tekta wnętrz. Wydał sporo pie­nię­dzy na urzą­dze­nie kuchni i łazienki, nie przy­kła­da­jąc wagi do reszty. Nie poło­żył par­kietu i nie posta­wił ścian dzia­ło­wych, rezy­gnu­jąc z pla­no­wa­nych dwóch pokoi. Ale wycy­kli­no­wał deski pod­ło­gowe, pobie­lił wap­nem ory­gi­nalne, chro­po­wate ściany i zasło­nił naj­więk­sze nie­do­róbki kil­koma akwa­re­lami Ema­nu­ela Bern­stone’a. W ten spo­sób powstało prze­stronne, otwarte miesz­ka­nie z sypial­nią za rega­łem i nie­wielką kuch­nią oddzie­loną barem od pokoju, który speł­niał funk­cję zarówno salonu, jak i jadalni. Pod­da­sze miało dwa okna man­sar­dowe i jedno w szczy­cie, z wido­kiem na dzie­siątki kamie­nic bie­gną­cych ku Rid­dar­hol­men i sta­rówce. Przez wąską szcze­linę mię­dzy nimi Mikael widział wodę przy Slus­sen i Ratusz. Dzi­siaj nie byłoby go stać na podobne miesz­ka­nie i dla­tego nie chciał się go pozby­wać.

Ale ryzyko utraty pod­da­sza to baga­tela w porów­na­niu z uszczerb­kiem, jakiego doznał jego wize­ru­nek zawo­dowy. Wie­dział, że napra­wia­nie tych szkód zaj­mie ogrom­nie dużo czasu. Jeżeli w ogóle uda się je napra­wić.

Cho­dziło o zaufa­nie. W naj­bliż­szej przy­szło­ści nie­je­den redak­tor zawaha się, zanim podej­mie decy­zję o publi­ka­cji arty­kułu pod­pi­sa­nego przez Blom­kvi­sta. Miał jesz­cze wystar­cza­jąco wielu przy­ja­ciół w branży, skłon­nych zaak­cep­to­wać to, że padł ofiarą nie­szczę­śli­wego zbiegu oko­licz­no­ści, ale też nie mógł już pozwo­lić sobie na kolejny, choćby naj­mniej­szy błąd.

Naj­bar­dziej jed­nak bolało go upo­ko­rze­nie.

Mając w ręku wszyst­kie atuty, prze­grał z gang­ste­rem w gar­ni­tu­rze od Arma­niego. Z łaj­da­kiem pod­szy­wa­ją­cym się pod gieł­do­wego rekina. Z japi­szo­nem, któ­rego adwo­kat szcze­rzył zęby przez cały pro­ces.