Bastion

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Cześć, Larry – odparła. – Wejdź na górę. Wiedziałam, że to ty, kiedy tylko wyjrzałam przez okno. W tym domu człowiek czuje się taki samotny, że można się rozchorować.

Odwróciła się, aby poprowadzić go schodami na górę między platformami, na których stały niegdyś kamienne psy. Ruszył za nią powoli, krzywiąc się z bólu – wciąż czuł w nogach ukłucia drobniutkich igieł.

– Mamo?

Zatrzymała się i Larry ją uściskał. Przez chwilę na jej twarzy widniał grymas strachu, jakby się spodziewała, że ją udusi, ale zaraz również objęła go ramionami.

Poczuł w nozdrzach zapach jej perfum i nieoczekiwanie obudziło to w nim uczucie nostalgii – silnej i słodkiej, lecz z odrobiną goryczy. Miał wrażenie, że się rozpłacze. W głębi duszy był przekonany, że matka także jest wzruszona. To był Ckliwy Moment. Ponad jej prawym ramieniem widział zdechłego kota wystającego do połowy ze śmietnika. Ale kiedy się od niego odsunęła, jej oczy były suche.

– Chodź, zrobię ci śniadanie. Jechałeś przez całą noc?

– Tak – odparł lekko schrypniętym z emocji głosem.

– No to chodź. Winda nie działa, ale to przecież tylko pierwsze piętro. Pani Halsey ma gorzej ze swoim artretyzmem. Mieszka na czwartym. I nie zapomnij wytrzeć butów. Jak nabrudzisz, pan Freeman zacznie się mnie czepiać. To cholerny pedant. Nie cierpi brudu i chyba wyczuwa go jak myśliwski pies. Brud jest jego wrogiem.

Weszli na schody.

– Zjesz trzy jajka? Zrobię ci też tosta, jeżeli lubisz pumpernikiel. Chodź.

Ruszył jej śladem. Kiedy mijał platformy, na których nie było już kamiennych psów, przyjrzał im się dokładnie – zrobił to, aby się upewnić, że psów naprawdę nie było, że nie skurczył się o kilkanaście cali i nie cofnął w czasie o całą dekadę, do początku lat osiemdziesiątych.

Alice Underwood otworzyła drzwi i razem weszli do środka. Nawet ciemnobrunatne cienie i zapach gotowanego jedzenia były takie same.

* * *

Przygotowała dla niego trzy jajka na bekonie, tost, sok i kawę. Kiedy zjadł, wypił sok i została mu już tylko kawa, zapalił papierosa i odsunął się z krzesłem od stołu. Matka nieprzychylnym wzrokiem spojrzała na papierosa, ale nie powiedziała ani słowa. To mu przywróciło nieco wiary w siebie, jednak niezbyt dużo – tylko odrobinę. Jego matka była zawsze diablo cierpliwa.

Wstawiła metalową patelnię do zlewu i zroszony wodą z kranu metal zaskwierczał cicho.

Nie zmieniła się zbyt wiele, pomyślał Larry. Była nieco starsza, miała teraz pięćdziesiąt jeden lat, troszkę posiwiała, ale pod cienką siateczką nadal można było dostrzec czarne włosy. Nosiła popielatą sukienkę – prawdopodobnie tę samą, w której pracowała. W dalszym ciągu miała spory brzuch, ciasno opięty materiałem sukienki, i jeżeli cokolwiek się w niej zmieniło, to właśnie on. „Przytyłaś, mamo? Powiedz prawdę. Czy to największa ze zmian?”.

Zaczął strzepywać popiół z papierosa na spodeczek od filiżanki. Natychmiast zabrała go i zamieniła na popielniczkę, którą zawsze trzymała w kredensie. Spodeczek był poplamiony kawą i Larry nie bardzo rozumiał, dlaczego nie może go używać. Popielniczka była czysta, bez jednej plamki i kiedy strącił do niej popiół, poczuł coś w rodzaju wyrzutów sumienia. Jego matka była bardzo cierpliwa i umiała zastawiać niezliczone pułapki, a jeśli już się w nie wpakowałeś, prędzej czy później musiałeś zacząć mówić.

– A więc wróciłeś – powiedziała i zaczęła szorować patelnię. – Co cię tu sprowadziło?

„Cóż, mamo, pewien przyjaciel uświadomił mi parę prostych, życiowych prawd – że głupota atakuje znienacka i tym razem postanowiła dopaść właśnie mnie. Nie wiem, czy przyjaciel to odpowiednie określenie dla człowieka, który żywi wobec mnie takie same uczucia, jakimi ja darzę wytwórnię gumy do żucia założoną w 1910 roku. Ale właśnie dzięki niemu ruszyłem w drogę, a czy to nie Robert Frost powiedział, że dom jest takim miejscem, do którego zawsze zostaniesz wpuszczony, kiedy zapukasz do drzwi?”.

– Chyba mi ciebie brakowało, mamo – odparł.

Prychnęła.

– To dlatego do mnie tak często pisywałeś?

– Wiesz, że nie przepadam za pisaniem listów – mruknął i powoli zaciągnął się papierosem. Z jego koniuszka odrywały się smużki dymu i ulatywały w górę.

– Powtórz to.

– Wiesz, że nie przepadam za pisaniem listów – powtórzył z uśmiechem.

– I w dalszym ciągu jesteś przemądrzały. Pod tym względem nic się nie zmieniłeś.

– Przepraszam – odparł. – A co u ciebie, mamo?

Wstawiła patelnię do suszarki, wyjęła ze zlewozmywaka korek i otarła zaczerwienione dłonie z piany.

– Nieźle – powiedziała, podchodząc do stołu i siadając na krześle. – Czasami trochę bolą mnie plecy, ale mam swoje pigułki. Jakoś sobie radzę.

– Nie miałaś kłopotów z kręgosłupem?

– No… raz. Ale doktor Holmes się nim zajął.

– Mamo, ci kręgarze to… – Chciał dodać: „zwyczajni oszuści”, lecz ugryzł się w język.

– No, kto?

Widząc jej szeroki uśmiech, wzruszył bezradnie ramionami.

– Jesteś młoda, masz dopiero dwadzieścia jeden lat, ale jeżeli ten człowiek może ci pomóc, to świetnie.

Westchnęła i wyjęła z kieszeni paczuszkę miętowych dropsów.

– Nie mam już dwudziestu jeden lat. I czuję to. Chcesz?

Pokręcił przecząco głową, kiedy podsunęła w jego stronę dropsy, wysuwając jednego kciukiem. Włożyła pastylkę do ust.

– Wciąż jesteś młodą dziewczyną – powiedział z przekonaniem, jak za starych, dobrych czasów. Zawsze lubiła komplementy, ale teraz jego słowa wywołały na jej ustach jedynie cień uśmiechu. – Czy w twoim życiu pojawili się jacyś nowi faceci?

– Kilku – odparła. – A w twoim?

– Nie – zaprzeczył z powagą. – Żadnych nowych facetów. Parę dziewczyn, lecz ani jednego mężczyzny.

Miał nadzieję, że się roześmieje, jednak znów ujrzał tylko ten sam cień uśmiechu. Martwi się o mnie, pomyślał. Nie wie, po co tu przyjechałem. Po trzech latach w ogóle się nie spodziewała, że przyjadę. Pewnie wolałaby, żebym na zawsze zniknął z jej życia.

– Ten sam stary Larry – stwierdziła. – Nigdy nie spoważniejesz. Nie zaręczyłeś się? Widujesz się z kimś regularnie?

– Sporo podróżuję, mamo.

– Jak zawsze. W każdym razie nigdy nie przyjechałeś, żeby mi oznajmić, że poznałeś jakąś miłą katolicką dziewczynę i masz wobec niej poważne plany. Trochę ci się dziwię. Albo byłeś bardzo ostrożny, albo po prostu nie miałeś szczęścia.

Usilnie starał się zachować pokerową twarz. Po raz pierwszy w życiu, choć nie otwarcie, lecz aluzjami, nawiązała w rozmowie do spraw seksu.

– Tak czy inaczej, jeszcze się przekonasz – dodała Alice. – Mówią, że nie ma to jak starokawalerski stan. Ale to nie tak. Pozostając kawalerem, powoli zamienisz się w starego, zgorzkniałego, sklerotycznego grzyba. Jak pan Freeman. Siedzi w tym swoim mieszkaniu w suterenie i wystaje przy oknie.

Larry chrząknął i poruszył się niespokojnie.

– Słyszałam w radiu tę twoją piosenkę. Ale kiedy mówiłam ludziom, że to mój syn Larry, większość z nich nie chciała mi wierzyć.

– Słyszałaś ją?

Zastanawiał się, dlaczego w ogóle od tego nie zaczęła, zamiast wciągać go w tę beznadziejną rozmowę.

– Jasne, nadają ją bez przerwy na tej rockandrollowej stacji, której słuchają młode dziewczęta.

– Podoba ci się?

– Muzyka jak muzyka – odparła. – Ale myślę, że brzmi dość sugestywnie. Lubieżnie.

Uświadomił sobie, że zaczął szurać nogami, więc znieruchomiał.

– Ta piosenka miała być… namiętna, mamo.

Zaczerwienił się. Nie przypuszczał, że będzie siedział przy stole w kuchni i rozmawiał z matką o namiętności.

– Na namiętność jest miejsce w sypialni – stwierdziła sucho, ucinając niczym chirurg skalpelem temat jego przebojowej piosenki. – Ale chyba zrobiłeś coś ze swoim głosem. Brzmi tak, jakbyś był czarnuchem.

– Teraz? – zapytał zdumiony.

– Nie, w radiu.

– That brown soun, she sho do get around… – zanucił Larry, naśladując głos Billa Withersa, i uśmiechnął się.

– Właśnie. – Pokiwała głową. – Kiedy byłam młoda, myśleliśmy, że Frank Sinatra jest bardzo śmiały. Teraz mają ten jakiś rap. Nazywają to rapem, ale ja nazywam to wrzaskiem. – Spojrzała na niego z ukosa. – Dobrze, że na twojej płycie nie ma tych wrzasków.

– Dostałem honorarium – pochwalił się. – Poza tym otrzymuję pewien procent od liczby sprzedanych płyt. To będzie jakieś…

– Och, daj spokój – westchnęła i uciszyła go gestem ręki. – Wypłacili ci już całość, czy może wziąłeś ten mały wozik na kredyt?

– Nie dali mi jeszcze zbyt dużo – odparł, balansując na krawędzi kłamstwa, jednak nie ośmielając się jej przekroczyć. – Ale zapłaciłem już pierwszą ratę, a resztę spłacę w terminie.

– Kredyty o dogodnych terminach spłat… – mruknęła ze smutkiem. – To właśnie one doprowadziły twojego ojca do bankructwa. Lekarz powiedział, że zmarł na atak serca, ale to nie był atak. Po prostu pękło mu serce. Twój ojciec zmarł z powodu kredytów o dogodnych terminach spłat.

Była to jej stara śpiewka i Larry puścił ją mimo uszu, kiwając głową we właściwych momentach. Jego ojciec miał sklepik z galanterią męską. Nieopodal niego otwarto salon Roberta Halla i rok później sklepik ojca upadł. Chcąc zagłuszyć smutek, zaczął jeść i w ciągu trzech lat bardzo utył. Umarł w niewielkim barze na rogu, a na talerzu przed nim została niedojedzona kanapka z klopsikami.

Larry miał wtedy dziewięć lat. Przypomniał sobie, jak jego matka – Alice Underwood, kobieta, która absolutnie nie potrzebowała pocieszenia – zareagowała na takie próby ze strony swojej siostry. „Mógł zapić się na śmierć” – stwierdziła, patrząc ponad ramieniem Larry’ego, i od tej pory, aż do czasu, gdy wyjechał z domu, całe jego życie było zdominowane przez jej powiedzenia i uprzedzenia.

Ostatnia uwaga, jaką usłyszał, kiedy wraz z Rudym Schwartzem odjeżdżali jego starym fordem, brzmiała: „W Kalifornii też są przytułki”.

 

Cóż, taka jest moja mama, pomyślał.

– Chcesz tutaj zostać, Larry? – spytała łagodnym tonem.

– A masz coś przeciw temu?

– Oczywiście, że nie. Mam jeden wolny pokój. Materac znajdziesz w gościnnej sypialni. Przeniosłam do tego pokoju trochę rzeczy, ale mógłbyś poprzesuwać niektóre pudła na bok.

– W porządku – odparł. – Ale na pewno nie masz nic przeciwko temu? Przyjechałem tu tylko na kilka tygodni. Pomyślałem, że spotkam się z paroma kumplami. Markiem… Galenem… Davidem… Chrisem…

Wstała, podeszła do okna i szarpnięciem podniosła je do góry.

– Możesz u mnie zostać tak długo, jak zechcesz, Larry. Nie jestem zbyt wylewna, ale cieszę się, że cię widzę. Nie rozstaliśmy się w dobrej komitywie. Padło wtedy wiele nieprzyjemnych słów… – Odwróciła do niego twarz, w dalszym ciągu spiętą, lecz jednocześnie pełną miłości. – Teraz tego żałuję. Ale powiedziałam to wszystko tylko dlatego, że cię kocham. Nigdy nie umiałam wyrazić tego wprost, więc próbowałam okazać to w inny sposób.

– W porządku – mruknął, wpatrując się w stół. Znowu się zaczerwienił, czuł to. – Posłuchaj mamo, mogę ci dołożyć do czynszu.

– Możesz, jeśli chcesz. Ale jeśli nie chcesz, nie musisz. Mam pracę. Nadal jesteś moim synem.

Pomyślał o martwym kocie ze śmietnika i o Deweyu Decku z uśmiechem napełniającym narkotykami miseczki dla gości, a potem nagle wybuchnął płaczem. Kiedy uniósł dłonie, żeby wytrzeć łzy, stwierdził, że wbrew jego nadziejom wszystko jest jak dawniej. Jego matka zmieniła się trochę, to prawda. On również, ale nie tak, jak sądził – ona urosła, a on jakimś sposobem zmalał.

Nie wrócił do domu dlatego, że musiał dokądś uciec. Zrobił to, bo się bał i potrzebował swojej matki.

Alice stała przy otwartym oknie i obserwowała go. Białe firanki falowały na wilgotnym wietrze, przesłaniając jej twarz. Nie zasłaniały jej całkowicie, ale sprawiały, że wyglądała jak duch. Przez okno docierały do pokoju odgłosy ruchu ulicznego. Wyjęła zza stanika sukni chustkę, podeszła do stołu i podała ją Larry’emu. W jej synu było coś twardego. Mogłaby wypróbować jego wytrzymałość, ale do czego by w ten sposób doprowadziła? Jego ojciec był mięczakiem i w głębi serca wiedziała, że właśnie to posłało go do grobu.

Maksa Underwooda wykończył nie tyle wzięty kredyt, ile jego spłacanie. Więc skąd się wzięła ta twarda jak skała żyła? Komu Larry miał za to dziękować? Albo kogo winić?

Łzy nie potrafiły skruszyć tej twardości w jego charakterze, podobnie jak letnia ulewa nie może zmienić wyglądu skały. Taką twardość można było dobrze wykorzystać – wiedziała o tym, poznała tę prawdę jako kobieta samotnie wychowująca dziecko w mieście, które nie troszczyło się o samotne matki ani o ich dzieci. Ale Larry najwyraźniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Będzie bez zastanowienia brnął naprzód i będzie wciągał ludzi – a przy tym również i siebie – w różne kłopoty, a kiedy sytuacja stanie się naprawdę zła, zrobi użytek z twardości swego charakteru, żeby ratować własną skórę. A co z innymi? Zostawi ich, aby utonęli albo ratowali się sami. Był twardy, ale nadal wykorzystywał tę twardość w niewłaściwy sposób. Widziała to w jego oczach, w jego postawie i nawet w tym, jak bawił się papierosem, puszczając w powietrze sine kółka dymu.

Jednak nie wyszlifował tkwiącej w nim twardości, by przemienić ją w ostrze, którym mógłby ranić ludzi, i to już było coś – w razie potrzeby zawsze mógł jej użyć jak maczugi i próbować wydostać się z opresji, w którą sam się wpakował.

Przyjdzie taki dzień, że się zmieni – powiedziała sobie w duchu. Ona już się zmieniła, więc i na niego przyjdzie pora. Ale siedział teraz przed nią nie chłopiec, lecz dorosły mężczyzna i obawiała się, że czas zmian – głębokich i fundamentalnych, które zachodziły nie tyle w sercu, co w duszy, jak mawiał jej duszpasterz – w jego przypadku należy już do przeszłości. Było w nim coś, co sprawiało, że czuła na plecach lodowate ciarki, jakby ktoś szorował paznokciami po tablicy. W jego sercu było miejsce tylko dla niego. Kochała go jednak i była przekonana, że w głębi duszy jest dobry. I rzeczywiście tak było, ale jak wydobyć tę dobroć na powierzchnię?

– Jesteś zmęczony – powiedziała. – Umyj się teraz, a ja poprzenoszę pudła, żebyś mógł położyć się spać.

Przeszła krótkim korytarzykiem do pokoju na tyłach, który był kiedyś jego sypialnią, i chwilę później Larry usłyszał, jak ze stękaniem zaczyna przesuwać pudła. Wytarł oczy. Z ulicy wciąż dobiegał warkot przejeżdżających samochodów.

Próbował sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni płakał w obecności matki. Pomyślał o zdechłym kocie. Chyba jeszcze nigdy nie był równie zmęczony.

Kiedy w końcu położył się do łóżka, spał prawie osiemnaście godzin.

ROZDZIAŁ 6

Było późne popołudnie, gdy Frannie wyszła do ogródka na tyłach domu, gdzie jej ojciec cierpliwie pielił groch i fasolę. Przekroczył już sześćdziesiątkę – spod baseballowej czapeczki, którą stale nosił, wystawały mu siwe włosy.

Jej matka wybrała się do Portlandu, aby kupić białe rękawiczki. Najlepsza koleżanka Fran z czasów dzieciństwa, Amy Lauder, wychodziła za mąż na początku przyszłego miesiąca.

Przez dłuższą chwilę przyglądała się plecom ojca. Bardzo go kochała. O tej porze światło nabierało specyficznego charakteru, który uwielbiała – charakteru absolutnej bezczasowości, wyczuwalnego jedynie podczas wczesnego lata w Maine. Kiedy myślała o tym szczególnym natężeniu światła zimą, zawsze za nim tęskniła.

Pochłaniane przez nadciągający zmierzch gasnące światło wczesnoletniego popołudnia kojarzyło się jej z wieloma przyjemnymi rzeczami: z meczem baseballu na boisku Ligi Młodzieżowej, w którym Fred grał na pozycji trzeciego i jego odbicia zawsze były kończące, z arbuzami, prażoną kukurydzą, mrożoną herbatą w schłodzonej szklaneczce, dzieciństwem…

Chrząknęła.

– Pomóc ci? – zapytała ojca.

Odwrócił się i uśmiechnął do niej.

– Cześć, Fran. Przyłapałaś mnie na kopaniu dołków, co?

– Chyba tak.

– Czy twoja matka już wróciła? – zapytał i zasępił się, ale już po chwili jego twarz znowu się rozpogodziła. – Nie, to jasne. Przecież dopiero co pojechała. Tak, oczywiście, że możesz mi pomóc, jeżeli chcesz. Tylko nie zapomnij potem umyć rąk.

– Po dłoniach kobiety możesz poznać jej nawyki – zacytowała matkę i zaśmiała się.

Spojrzał na nią i skrzywił się z dezaprobatą, ale nie wyszło mu to najlepiej.

Podeszła bliżej i zabrała się do pracy. Słychać było ćwierkanie wróbli i nieustanny szum samochodów przejeżdżających US 1 znajdującą się niecałą przecznicę od ich domu. Hałas nie był tak uciążliwy jak w lipcu, kiedy niemal każdego dnia na odcinku pomiędzy jej domem a Kittery miał miejsce tragiczny wypadek, ale mimo wszystko bardzo dawał się we znaki.

Ojciec zaczął opowiadać, jak mu minął dzień, a Fran zadawała pytania i od czasu do czasu kiwała głową. Pochłonięty pracą nie widział ruchów głowy córki, ale kącikiem oka dostrzegał jej cień.

Był mechanikiem w ogromnej firmie Sanforda produkującej części do samochodów – największej tego typu firmie na północ od Bostonu. Skończył już sześćdziesiąt cztery lata i właśnie rozpoczął ostatni rok pracy przed przejściem na emeryturę. Miał jeszcze do wykorzystania czterotygodniowy urlop, który chciał wziąć we wrześniu, kiedy letnicy wrócą już do domów. Sporo myślał o zbliżającej się emeryturze. Powiedział córce, że nie zamierza tego traktować jak niekończącego się urlopu – miał wielu przyjaciół będących na emeryturze, którzy opowiadali mu, jak spędzają czas. Nie miał zamiaru nudzić się jak Harlan Endres ani klepać biedy jak Caronowie – Paul przez całe życie codziennie harował w sklepie, a mimo to musiał sprzedać dom i wraz z żoną zamieszkać u swojej córki i zięcia. Peter Goldsmith nie był zadowolony z opieki społecznej, nigdy jej nie ufał. Zwłaszcza teraz, kiedy cały system zaczynał walić się w gruzy – była recesja, inflacja i stale wzrastała liczba bezrobotnych. W Maine w latach trzydziestych i czterdziestych nie mieszkało zbyt wielu demokratów – ale dziadek Frannie do nich należał i przeciągnął syna na swoją stronę. W najgorszych czasach, kiedy w Ogunquit kwitły różnego rodzaju machlojki, Goldsmithowie z powodu swoich poglądów byli traktowani jak pariasi. Ojciec Frannie miał swoje ulubione powiedzenie, które powtarzał: „Nie ufaj książętom tej ziemi, bo cię wydymają i będą wykorzystywać”.

Frannie uwielbiała go słuchać – jednak zdarzało się to raczej rzadko, bo kobieta, która była jego żoną i jej matką, atakowała go wówczas tak zjadliwie, że kwas sączący się z jej ust mógł sparaliżować (a cisza, jaka wówczas zapadała, zdawała się świadczyć, iż rzeczywiście tak się stało).

– Musisz polegać wyłącznie na samej sobie – mówił. – A książęta tego świata niech trzymają z ludźmi, którzy ich wybrali. Wyborcy rzadko bywają zadowoleni z ludzi, których wybrali, ale jedni są warci drugich. Odpowiedzią na kryzys jest twarda waluta. Will Rogers twierdzi, że ziemia, bo to jedyne, czego nie można wyprodukować, lecz tak samo ma się rzecz ze złotem i srebrem. Człowiek, który kocha pieniądze, jest draniem, kimś godnym pogardy… ale ten, kto nie potrafi o nie zadbać, jest głupcem, nad którym można się jedynie litować.

Fran zastanawiała się, czy mówiąc to, ojciec myślał o Paulu Caronie, z którym się przyjaźnił, zanim jeszcze przyszła na świat, ale nie zapytała go o to. Tak czy inaczej, nie musiał jej mówić, że miał „w skarpecie” dostatecznie dużo gotówki, by mogli przeżyć spokojnie kilka lat. Wiedziała o tym. Powiedział jej, że nigdy, zarówno w dobrych, jak i złych czasach, nie była dla nich ciężarem, i że jest dumny, mogąc powiedzieć swoim przyjaciołom, że stać go na opłacenie jej nauki. „Czego ja nie zdołałem dokonać pieniędzmi, Fran dokona rozumem i pracą – mawiał swoim przyjaciołom – ciężką, solidną pracą”. Carla Goldsmith nie zawsze potrafiła to zrozumieć. Nie potrafiła pojąć, że jej córka jak dotąd nie starała się „złapać” męża.

– Kiedy twoja matka widzi, że Amy Lauder wychodzi za mąż, myśli: „To powinna być moja Fran. Amy jest ładna, ale przy mojej Fran wygląda jak stary, pęknięty pośrodku talerz” Carla ma pewne nawyki, których już nic nie zmieni. Dlatego czasami są między wami tarcia i wtedy sypią się iskry. Nie ma potrzeby szukać winnego. Musisz pamiętać, Fran, że ona jest za stara, by mogła się zmienić, ale ty masz jeszcze czas, aby móc to zrozumieć – powiedział.

Potem znowu zaczął opowiadać jej o swojej pracy – o tym, jak jeden z jego współpracowników stracił kciuk pod prasą, bo myślami był już w sali bilardowej.

– Dobrze, że Lester Crowley zdążył odciągnąć go na czas. Ale któregoś dnia Lestera Crowleya może tam nie być… – dodał.

Westchnął, jakby uświadomił sobie, że jego również może tam nie być, po czym zaczął mówić, jak wpadł na pomysł ukrycia anteny samochodowej w jakimś gadżecie na dachu. Jego głos zmieniał zabarwienie, gdy przeskakiwał z tematu na temat.

Ich cienie wydłużały się, pnąc się w górę rzędów roślin przed nimi. Fran była zauroczona, jak zawsze. Przyszła tu, aby mu coś powiedzieć, i została, żeby go słuchać – tak jak to się jej przydarzało od wczesnego dzieciństwa. Nigdy jej nie nudził. Zresztą nie nudził nikogo, może z wyjątkiem matki. Był wspaniałym gawędziarzem.

Nagle uświadomiła sobie, że zamilkł. Siedział na skale na końcu grządki, napełniając fajkę i przyglądając się córce.

– Co cię trapi, Frannie? – zapytał.

Przez chwilę patrzyła na niego, nie bardzo wiedząc, co powinna zrobić. Przyszła tu, aby mu o czymś powiedzieć, ale teraz nie była pewna, czy zdoła to zrobić. Cisza, jaka zawisła między nimi, coraz bardziej się pogłębiała i nagle Fran stwierdziła, że nie wytrzyma tego dłużej. Poderwała się gwałtownie.

– Jestem w ciąży – oświadczyła.

Przestał napełniać swoją fajkę i popatrzył na nią.

– W ciąży… – powtórzył, jakby nigdy wcześniej nie słyszał tego słowa. A potem dodał: – Och, Frannie… Czy to żart? Jakaś nowa zabawa?

– Nie, tatusiu.

– Lepiej podejdź i usiądź przy mnie.

Przeszła wzdłuż grządki i przysiadła obok niego. Nieopodal był kamienny murek oddzielający ich posesję od zieleńca, a za nim zaniedbany, słodko pachnący żywopłot, który już dawno temu rozrósł się dziko.

Czuła dudnienie w głowie, żołądek podchodził jej do gardła.

– Na pewno? – zapytał.

– Na pewno – odparła, a potem jej ciałem wstrząsnął przejmujący szloch.

Objął ją ramieniem i trwało to bardzo, bardzo długo. Kiedy się nieco uspokoiła, zmusiła się, aby zadać mu pytanie, które najbardziej ją niepokoiło.

– Tatusiu, czy nadal mnie kochasz?

– Co? – Spojrzał na nią zakłopotany. – Tak, nadal cię kocham, Frannie. I to bardzo.

Te słowa sprawiły, że ponownie wybuchnęła płaczem, ale tym razem pozwolił jej, aby sama doszła do siebie, a sam dokończył nabijanie fajki.

 

W powietrzu rozszedł się aromat tytoniu Borkum Riff.

– Jesteś rozczarowany? – zapytała.

– Nie wiem. Pierwszy raz zdarza mi się sytuacja, że moja córka zachodzi w ciążę, więc nie bardzo wiem, jak powinienem się zachować. Czy to był Jess?

Kiwnęła głową.

– Powiedziałaś mu?

Znów pokiwała głową.

– I co on na to?

– Obiecał, że się ze mną ożeni. Albo zapłaci za skrobankę.

– Ślub albo skrobanka… – mruknął Peter Goldsmith i wciągnął dym z fajki. – Zdecydowany facet, nie ma co.

Spuściła wzrok i spojrzała na swoje dłonie oparte na udach. Miała drobne grudki ziemi w bruzdach na kłykciach i brud pod paznokciami. „Dłonie kobiety odzwierciedlają jej nawyki – usłyszała w myślach głos swojej matki. – Moja córka w ciąży… Będę musiała zrezygnować z członkostwa w kościele. Dłonie kobiety…”.

– Nie chcę mieszać się w twoje sprawy osobiste, ale czy on… albo ty… nie uważaliście? – zapytał ojciec.

– Brałam pigułki, lecz zawiodły – odparła.

– A zatem nie ma winnego… chyba że obarczyłbym winą was oboje – stwierdził, przyglądając się jej uważnie. – Nie mogę jednak tego zrobić, Frannie. Sześćdziesięcioczteroletni facet ma skłonność do zapominania o tym, że kiedyś także miał dwadzieścia jeden lat, więc nie będziemy mówić o czyjejkolwiek winie.

Ogarnęło ją głębokie uczucie ulgi i przez chwilę miała wrażenie, że zemdleje.

– Na ten temat z pewnością najwięcej będzie miała do powiedzenia twoja matka – dodał. – A ja nie mogę jej zabronić mówić, ale wiedz, że nie trzymam jej strony. Rozumiesz, o co mi chodzi?

Kiwnęła głową. Ojciec już od dawna nie próbował przeciwstawiać się żonie. Przynajmniej na głos. Przyczyną tego był jej zjadliwy, ociekający jadem język. Kiedy się jej przeciwstawiano, bywało, że traciła nad sobą kontrolę, nie panowała nad słowami i często potrafiła zadać nimi długo jątrzące się rany.

Frannie wiedziała, że ojciec mógł to zrobić wiele lat temu, co prawdopodobnie zaowocowałoby rozwodem – albo poddać się. Wybrał drugie rozwiązanie, ale na swoich warunkach.

– Jesteś pewien, że w tej sprawie możesz trzymać się na uboczu, tato? – spytała cicho.

– Prosisz mnie, abym stanął po twojej stronie?

– Nie wiem.

– Co zamierzasz z tym zrobić?

– Z mamą?

– Nie, Frannie. Ze sobą.

– Nie mam pojęcia.

– Wyjdziesz za niego? Powiadają, że we dwoje skromnie, bo skromnie, ale jakoś daje się przeżyć.

– Nie jestem pewna, czy chcę to zrobić. Wydaje mi się, że się odkochałam, oczywiście jeżeli w ogóle kiedykolwiek byłam w nim zakochana.

– Chodzi o dziecko?

Fajka ojca była już dobrze rozpalona i w letnim powietrzu unosił się słodki zapach tytoniu. W zakamarkach ogrodu płożyły się cienie, słychać było również cykanie świerszczy.

– Nie, to nie z powodu dziecka. To się stało ot tak, po prostu. Jesse jest… – urwała, próbując znaleźć powód, dla którego nie zamierzała wyjść za Jessa, coś, co mogło zostać przeoczone z powodu zamieszania wywołanego przez dziecko, coś, dzięki czemu mogłaby podjąć decyzję i wyrwać się z groźnego cienia matki, która właśnie kupowała w domu towarowym rękawiczki na ślub jej koleżanki.

Mogło to być coś, co teraz pogrzebane, nie zaznałoby spokoju i w końcu wydostałoby się z grobu, aby zaatakować ich oboje.

„Pospieszny ślub to długi żal” – mawiała jej matka. Było to jedno z jej ulubionych powiedzonek.

– On jest za słaby – powiedziała po chwili. – Nie potrafię tego lepiej wytłumaczyć.

– Nie ufasz mu, Frannie, prawda?

– Nie – przyznała i nagle doszła do wniosku, że prawdopodobnie jej ojciec dotarł do sedna tego problemu. Nie ufała Jessowi, który pochodził z bogatej rodziny i nosił niebieskie batystowe koszule. – Jesse na pewno chce dobrze, chce postępować właściwie. Naprawdę. Ale… parę miesięcy temu poszliśmy na wieczór poezji. Facet o nazwisku Ted Enslin recytował swoje wiersze. Na sali było dużo ludzi. Wszyscy słuchali z powagą… bardzo skupieni… A ja… no… znasz mnie…

Objął ją ramieniem i powiedział:

– A Frannie dostała napadu śmiechu.

– Tak. Otóż to. Chyba rzeczywiście dobrze mnie znasz.

– Owszem – mruknął.

– Ten atak śmiechu… ten chichot, pojawił się nie wiadomo skąd. Myślałam przez cały czas: „Jaki ten facet jest niechlujny. Słuchamy niechluja. Abnegata… niechluja…”. W pewnym momencie te słowa nabrały rytmu, jak piosenka puszczana przez radio, i zaczęłam chichotać. Nie chciałam, ale nie mogłam się powstrzymać. To naprawdę nie miało nic wspólnego z poezją pana Enslina, jego wiersze były całkiem niezłe. Chyba stało się tak przez to, jak ci wszyscy ludzie na niego patrzyli.

Spojrzała na ojca, żeby sprawdzić, jak to przyjął.

Kiwnął głową, zachęcając ją w ten sposób, by mówiła dalej.

– W każdym razie musiałam stamtąd wyjść. Jesse wściekł się na mnie. Wiem, że miał prawo być wkurzony… to było dziecinne zachowanie, ale ja często tak się zachowuję. Nie zawsze, ale często. Wiesz przecież, że potrafię się zachować właściwie…

– Owszem, potrafisz…

– Ale czasami…

– Czasami Król Chichot puka do twoich drzwi, a ty nie należysz do ludzi, którzy potrafią zatrzymać go na zewnątrz – dokończył za nią ojciec.

– Chyba tak. Ale Jesse jest inny, a gdybyśmy się pobrali, na pewno byłby świadkiem częstych wizyt tego nieproszonego gościa. Nie codziennie, lecz dostatecznie często, aby wprawiło go to we wściekłość. A ja…

– Byłabyś nieszczęśliwa – dodał ojciec i mocniej przytulił ją do siebie.

– Pewnie tak – przyznała.

– Więc nie pozwól swojej matce, żeby zmusiła cię do zmiany decyzji.

Z ulgą zamknęła oczy. Ojciec ją rozumiał.

– A co sądzisz o usunięciu dziecka? – spytała po chwili.

– Sądzę, że od początku właśnie o tym chciałaś rozmawiać.

Spojrzała na niego z zakłopotaniem.

Odpowiedział jej dziwnym spojrzeniem – jego lewa brew uniosła się, jakby się uśmiechał, ale mimo to odniosła wrażenie, że traktuje tę sprawę bardzo poważnie.

– Chyba masz rację – odparła.

– Posłuchaj… – zaczął, ale nie dokończył.

Frannie słyszała ćwierkanie wróbli, grę świerszczy, odległy szum przelatującego samolotu, czyjś głos wołający Jackie, warkot kosiarki do trawy i samochód z uszkodzonym tłumikiem przyspieszający na pobliskiej US 1.

Kiedy chciała zapytać ojca, czy nic mu nie jest, ujął ją za rękę i powiedział:

– Frannie, żaden dla ciebie pożytek z takiego starego ojca, ale nic na to nie poradzę. Ożeniłem się dopiero w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym roku. W tamtych czasach Carla była inna. Prawdziwa diablica. Przede wszystkim była młoda. Zmieniła się dopiero po śmierci twojego brata Freddy’ego. Widzisz… nie myśl, że próbuję ją atakować, nawet jeżeli może to w ten sposób zabrzmieć. Po prostu mam wrażenie, że po śmierci Freddy’ego przestała się rozwijać. Nałożyła na swój światopogląd trzy warstwy lakieru i jedną szybkoschnącego cementu i stwierdziła, że już go nie zmieni. Teraz zachowuje się jak strażniczka w muzeum i gdy ktoś zaczyna podważać idee znajdujące się na jej wystawie, natychmiast atakuje. Ale nie zawsze taka była.

– A jaka była, tatusiu?

– Dlaczego… – Uniósł głowę i spojrzał w stronę drugiego końca ogrodu. – Była bardzo podobna do ciebie, Frannie. Lubiła się śmiać. Jeździliśmy na mecze Red Soksów, a w przerwach szliśmy na piwo.

– Mama piła piwo?

– Owszem, piła. Kiedy potem w czasie meczu musiała wyjść do toalety, zawsze narzekała, że przegapiła najlepsze fragmenty rozgrywki, choć sama namawiała mnie, żebyśmy poszli na ten browarek.

Frannie próbowała wyobrazić sobie matkę z kubkiem piwa Narragansett w dłoni, patrzącą na ojca i zanoszącą się od śmiechu, ale nie potrafiła.

– Nigdy się nie podniecała – dodał w zamyśleniu ojciec. – Poszliśmy oboje do lekarza, aby sprawdzić, z którym z nas jest coś nie tak. Ale doktor powiedział, że zarówno ona, jak i ja jesteśmy w porządku. A potem w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym roku przyszedł na świat twój braciszek Fred. Jak ona kochała tego dzieciaka! Wiesz, jej ojciec miał na imię Fred. Pięć lat później poroniła i już myśleliśmy, że nie będziemy mieli więcej dzieci. I nagle w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym pojawiłaś się ty… wprawdzie miesiąc przed terminem, ale zdrowa i silna. Od razu cię pokochałem. Każde z nas miało swoje dziecko. Tyle że ona swoje utraciła.