Bastion

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 20

Harborside był najstarszym hotelem w Ogunquit. Odkąd naprzeciwko niego wybudowano klub jachtowy, widok nie był najlepszy, ale w takie popołudnie jak to, kiedy po niebie krążyły burzowe chmury napęczniałe od grzmotów i błyskawic, wydawał się całkiem znośny.

Frannie siedziała przy oknie. Od blisko trzech godzin usiłowała napisać list do Grace Duggan – przyjaciółki z liceum noszącej obecnie nazwisko Smith. Nie zamierzała zwierzać się jej, że jest w ciąży, ani opisywać kłótni z matką, bo mogłoby to jedynie wprawić ją w depresję. Poza tym przypuszczała, że Grace i tak niebawem się o tym dowie. Po prostu chciała napisać list do przyjaciółki. Opisać, jak w maju wybrała się na wycieczkę rowerową z Jessem, Samem Lothropem i Sally Wenscelas do Rangely. Napisać, że szczęśliwie udało jej się zdać ostatni egzamin z biologii, że Peggy Tate (ich wspólna koleżanka) znalazła nową pracę, a Amy Lauder niedługo wychodzi za mąż. Ale pisanie zupełnie jej nie szło. Po części było to winą pokazów pirotechnicznych na zewnątrz – jak można cokolwiek pisać, kiedy nad wodą raz po raz przetaczają się grzmoty i strzelają błyskawice? W dodatku informacje zawarte w liście wydawały się odrobinę naciągane i przekręcone – jak nóż, którym zamiast obierać ziemniaka, zacinasz się w palec.

Owszem, wycieczka rowerowa się udała, jednak stosunki pomiędzy nią i Jessem nie wyglądały już tak różowo.

Zdała egzamin z biologii, ale w gruncie rzeczy liczyła na lepszą ocenę.

Ani jej, ani Grace nie interesował los Peggy Tate i zbliżający się ślub Amy – teraz, w sytuacji, w jakiej się znalazła, zakrawało to raczej na niesmaczny żart.

„Wiesz, Amy wychodzi za mąż, a ja będę miała dziecko, ha, ha!”.

Pomyślała, że musi dokończyć ten list choćby tylko dlatego, żeby się dłużej nie męczyć, więc napisała:

Mam problemy, sporo różnych problemów, ale nie potrafię Ci o nich napisać. Wystarczy, że muszę o nich myśleć! Mam jednak nadzieję, że spotkamy się Czwartego Lipca, chyba że od ostatniego listu twoje plany się zmieniły. (Jeden list na sześć tygodni? Zaczynam się zastanawiać, czy ktoś nie amputował Ci palców!).

Opowiem ci o wszystkim, kiedy się spotkamy. Jestem pewna, że skorzystam z twoich dobrych rad.

Wierz we mnie, a ja będę wierzyć w Ciebie

Fran

Podpisała się wymyślnym bazgrołem, który zajął połowę kartki. Wydało jej się to bardziej fałszywe niż kiedykolwiek przedtem. Złożyła kartkę, wsunęła ją do koperty, zaadresowała i oparła o lustro. Skończone.

Świetnie. I co teraz?

Znów zrobiło się ciemno. Wstała i zaczęła krążyć niespokojnie po pokoju, zastanawiając się, czy nie wybrać się gdzieś, zanim znów zacznie padać. Ale dokąd mogła pójść? Do kina? Chodziła tam tylko z Jessem. Do Portlandu, aby zrobić obchód sklepów z odzieżą? Mało zabawne. Teraz mogły ją interesować jedynie ciuchy z gumką w pasie. Ciążówki.

Odebrała dziś rano trzy telefony – pierwszy z dobrą wiadomością, drugi z obojętną, trzeci ze złą. Wolałaby, aby kolejność tych wiadomości była odwrotna.

Na zewnątrz zaczęło padać i nadbrzeże jeszcze bardziej pociemniało.

Postanowiła wybrać się na spacer, nie przejmując się deszczem. Świeże powietrze na pewno dobrze jej zrobi. Może zajrzy też do jakiegoś pubu i wypije kufelek piwa. Szczęście w butelce. Może nawet nie szczęście, ale równowaga.

Najpierw zadzwoniła do niej Debbie Smith z Somerworth i oświadczyła, że bardzo chętnie przyjmie ją na współlokatorkę. Prawdę powiedziawszy, było to jej nawet na rękę. Jedna z dwóch dziewczyn, które razem z nią wynajmowały mieszkanie, wyprowadziła się w maju, ponieważ otrzymała posadę sekretarki w hurtowni, a ona i Rhoda nie dawały rady opłacać czynszu bez niej.

„Poza tym obie pochodzimy z wielodzietnych rodzin – dodała. – Płaczące niemowlaki absolutnie nam nie przeszkadzają”.

Fran powiedziała, że będzie gotowa do przeprowadzki na początku lipca, a kiedy odłożyła słuchawkę, poczuła łzy spływające jej po policzkach. Były to łzy ulgi.

Jeśli zdoła wyrwać się z miasta, w którym dorastała, wszystko będzie w porządku. Uwolni się od matki i ojca. Dziecko i samotność pomogą jej jakoś ułożyć sobie życie. Przypomniała sobie, że jakiś gatunek żaby w chwili zagrożenia nadyma się, dwukrotnie powiększając swoje rozmiary, które mają przestraszyć napastnika. Czuła się teraz trochę jak ta żaba, a zagrożeniem było całe miasto i środowisko, w którym żyła. Wiedziała, że nikt nie napiętnuje jej tutaj szkarłatną literą, ale musiała opuścić Ogunquit.

Kiedy wyszła na ulicę, miała wrażenie, że wszyscy jej się przyglądają – oczywiście stali mieszkańcy miasteczka, nie letnicy. Miejscowi zawsze się na kogoś gapili – na pijaczków, na chłopców „z dobrego domu”, przyłapanych na kradzieży w Portlandzie czy Old Orchard Beach, albo na dziewczyny z brzuchem.

Druga wiadomość – ta obojętna – była od Jessa Ridera. Dzwonił z Portlandu i najpierw zatelefonował do niej do domu. Na szczęście zastał Petera, który bez zbędnych komentarzy podał mu jej nowy numer.

– Miałaś w domu spięcia, co? – powiedział, kiedy odebrała.

– Owszem, trochę – odparła wymijająco, nie chcąc zagłębiać się w szczegóły.

– Twoja matka?

– Dlaczego tak uważasz?

– Wygląda mi na taką osobę. Ma coś w oczach, Frannie. Ten wyraz oczu zdaje się mówić: „Jeśli zastrzelisz moją świętą krowę, ja wykończę twoją”.

Nic na to nie odpowiedziała.

– Przepraszam, nie chciałem cię urazić.

– Nie uraziłeś – odparła.

Jego wcześniejsze stwierdzenie było całkiem trafne, ale zastanawiała się nad użytym przez niego słowem „urazić”. Nie chciał jej urazić? Nie spodziewała się, że usłyszy to określenie z jego ust. Kiedy twój kochanek zaczyna mówić o „urażaniu cię”, z pewnością nie jest już twoim kochankiem, pomyślała.

– Frannie, moja oferta jest nadal aktualna. Jeżeli powiesz tak, wezmę obrączki i przyjadę do ciebie po południu.

Na rowerze? Miała ochotę się roześmiać, ale wiedziała, że nie powinna tego robić, więc zakryła dłonią mikrofon słuchawki.

Przez kilka ostatnich dni śmiała się i płakała więcej i częściej niż od skończenia piętnastu lat, kiedy po raz pierwszy zaczęła umawiać się na randki.

– Nie, Jess – powiedziała spokojnie.

– Mówię serio! – krzyknął, jakby wiedział, że przed chwilą usiłowała stłumić atak śmiechu.

– Wiem, ale nie jestem jeszcze gotowa na ślub.

Co do tego nie mam żadnych wątpliwości, dodała w myślach. Ale to nie ma nic wspólnego z tobą, Jess.

– A co z dzieckiem?

– Urodzę je.

– I oddasz?

– Jeszcze nie podjęłam decyzji.

Przez chwilę milczał, a Fran słyszała głosy dochodzące z sąsiednich pokojów. Przypuszczała, że tamci również mieli swoje problemy. Świat to dramat rozgrywający się na jawie. Wciąż rozglądamy się w poszukiwaniu przewodniego światła – z taką samą nadzieją, z jaką oczekujemy kolejnego dnia.

– Zastanawiam się nad tym dzieckiem… – powiedział w końcu.

Wątpiła, aby rzeczywiście tak było, ale była poruszona jego słowami.

– Jess…

– Dokąd pojedziesz? – zapytał. – Nie możesz spędzić całego lata w Harborside. Jeśli potrzebujesz chaty, rozejrzę się w Portlandzie.

– Mam gdzie się zatrzymać.

– A mogę zapytać gdzie?

– Nie – odparła i zacisnęła wargi ze złości, że nie potrafiła powiedzieć tego w bardziej dyplomatyczny sposób.

– Och… – mruknął i po chwili powiedział ostrożnie: – Czy mogę cię o coś spytać, Frannie? Nie chcę cię znowu wkurzyć, ale naprawdę chciałbym to wiedzieć…

– Możesz spytać – zgodziła się.

Pomyślała, że nie może dać się sprowokować, bo wiedziała, że kiedy Jess wyjeżdża z takim wstępem, będzie musiała wysłuchać jakiegoś ohydnego, nieświadomie szowinistycznego monologu.

– Czy ja w ogóle nie mam żadnych praw? – wydusił z siebie. – Nie mogę dzielić odpowiedzialności i podejmować decyzji na równi z tobą?

Przez chwilę była wkurzona, ale natychmiast się uspokoiła. Jess po prostu próbował bronić własnego zdania. Zawsze lubiła go za jego inteligencję, jednak teraz ta inteligencja mogła być nużąca.

Przez całe życie uczono ją, że najważniejszymi (i najcenniejszymi) rzeczami są zaangażowanie i aktywność. Ale czasem musiałeś się sparzyć, aby się przekonać, że pośpiech jest zgubny. Sidła, jakie Jess na nią zastawił, nie rzucały się zbytnio w oczy, jednak były sidłami. Nie chciał pozwolić, aby mu się wymknęła.

– Żadne z nas nie chciało tego dziecka – powiedziała. – Brałam pigułki, aby zapobiec niepożądanej ciąży. Nie ponosisz żadnej odpowiedzialności.

– Ale…

– Nie, Jess – odparła zdecydowanie.

Westchnął.

– Skontaktujesz się ze mną, kiedy już się gdzieś zakotwiczysz?

– Chyba tak.

– Nadal zamierzasz wrócić do szkoły?

– Raczej tak, ale odpuszczę sobie jesienny semestr. Może wezmę dziekankę.

– Jeżeli będziesz mnie potrzebować, Frannie, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Nie zamierzam uciekać.

– Wiem o tym.

– Gdybyś potrzebowała pieniędzy…

– Tak, dzięki.

– Będę w kontakcie. Nie chcę być natrętny, ale chciałbym się z tobą zobaczyć.

– W porządku, Jess.

– Bywaj, Fran.

– Bywaj.

Kiedy odłożyła słuchawkę, uświadomiła sobie, że ich pożegnanie sprawiało wrażenie ostatecznego, choć rozmowa wydawała się niedokończona. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę dlaczego. Oboje nie dodali „kocham cię” – to była najważniejsza różnica.

Zrobiło jej się smutno, ale nic nie mogła na to poradzić.

Ostatni telefon odebrała koło południa – dzwonił jej ojciec. Dwa dni wcześniej poszli razem na lunch i wspomniał, że ostatnia kłótnia bardzo wstrząsnęła jej matką. Nie przyszła w nocy do łóżka, spędziła ją w saloniku, ślęcząc nad starymi zapiskami genealogicznymi. Wpół do dwunastej poszedł do niej zapytać, kiedy zamierza przyjść na górę. Rozpuszczone włosy opadały jej na ramiona i stanik koszuli nocnej. Sprawiała wrażenie roztrzęsionej i niezupełnie świadomej tego, co robi. Do podołka przyciskała grubą księgę i nawet na niego nie spojrzała, tylko w dalszym ciągu kartkowała strony. Odparła, że na razie nie jest śpiąca, ale niedługo przyjdzie na górę.

 

– Miała gorączkę i pociągała nosem – dodał Peter, kiedy siedzieli przy stoliku w Corner’s Lunch, jedząc hamburgery.

Gdy zapytał matkę, czy ma ochotę na szklankę mleka, w ogóle nie odpowiedziała. Następnego dnia znalazł ją śpiącą w fotelu, z książką na podołku. Kiedy się wreszcie obudziła, wyglądała nieco lepiej, ale kichała i kasłała. Nie pozwoliła wezwać doktora Edmontona, twierdząc, że to zwykłe przeziębienie. Postawiła sobie bańki na piersiach, włożyła ciepłą flanelową koszulę i oświadczyła, że jej zatoki zostały już oczyszczone. Peter był jednak innego zdania. Nie wyglądała najlepiej. Mimo iż nie pozwoliła sobie zmierzyć temperatury, domyślał się, że miała gorączkę.

Zadzwonił do Frannie tego samego dnia, niedługo po tym, jak rozszalała się pierwsza burza. Nad zatoką zawisły fioletowoczarne chmury, a potem zaczęło padać. Lekka mżawka bardzo szybko zamieniła się w prawdziwą ulewę. Rozmawiając z ojcem przez telefon, Fran wyglądała przez okno i widziała błyskawice przecinające niebo. Za każdym razem, gdy strzelał piorun, w słuchawce rozlegał się zgrzyt przypominający odgłos towarzyszący przeskakiwaniu igły adaptera przez rowki na płycie.

– Dzisiaj od rana nie wychodzi z łóżka – powiedział Peter. – W końcu zgodziła się, aby Tom Edmonton ją zbadał.

– Już po wizycie?

– Właśnie wyszedł. Uważa, że złapała grypę.

– O Boże… – jęknęła Frannie, zamykając oczy. – To może być groźne dla kobiety w jej wieku.

– Masz rację – odparł ojciec i zamilkł na chwilę, po czym dodał: – Powiedziałem Tomowi o dziecku i o twojej kłótni z matką. Zajmował się tobą, kiedy byłaś mała, i potrafi trzymać język za zębami. Chciałem wiedzieć, czy ta wasza kłótnia mogła spowodować chorobę, ale zaprzeczył. Grypa to grypa.

– Fiu made who… – mruknęła Frannie.

– Słucham?

– Nieważne – odparła Fran. Jej ojciec miał wiele zainteresowań, lecz nie należał do miłośników AC/DC. – Mów dalej.

– To chyba byłoby już wszystko, kochanie.

Dodał jeszcze, że ostatnio w powietrzu jest sporo tego „tałatajstwa”. To jakaś szczególnie złośliwa odmiana, która przybyła z południa i rozpleniła się w całym Nowym Jorku.

– Ale przesiadywanie nocą w saloniku… – zaczęła Fran.

– Przebywanie w pozycji pionowej powinno jej teraz wyjść na zdrowie… to znaczy jej płucom i oskrzelom.

Nie powiedział nic więcej, lecz Fran wiedziała, że Alberta Edmonton należy do tych samych organizacji co Carla, więc nie musiał tego robić.

– Oboje wiemy, że matka sama się o to prosiła. Jest przewodniczącą Miejskiego Komitetu Historycznego, spędza dwadzieścia godzin tygodniowo w bibliotece, jest sekretarzem Klubu Kobiet i Klubu Miłośników Literatury. Od śmierci Freda prowadziła w mieście doroczny March of Dimes, a ubiegłej zimy zajęła się jeszcze Funduszem Serc. Na dodatek udziela się również w Stowarzyszeniu Geologicznym Południowego Maine. Jest kompletnie wyczerpana. Pewnie między innymi dlatego tak źle cię potraktowała. Edmonton stwierdził, że była idealnym obiektem dla każdego wirusa. Ma już swoje lata, ale nie chce się z tym pogodzić. Pracuje ciężej ode mnie.

– Czy jest bardzo chora, tato?

– Leży w łóżku, pije sok i łyka tabletki, które przepisał jej Tom. Wziąłem wolny dzień, a jutro ma przyjść pani Halliday, żeby z nią posiedzieć. Będą mogły opracować razem plan lipcowego spotkania Towarzystwa Historycznego.

Westchnął, a za oknem strzelił kolejny piorun, wywołując trzask w słuchawce.

Fran zapytała z niepokojem:

– Czy sądzisz, że miałaby coś przeciwko temu, żebym…

– Raczej tak. Daj jej trochę czasu. Dojdzie do siebie.

Cztery godziny później, wciągając na głowę plastikowy kaptur od deszczu, Fran zastanawiała się, czy jej matka rzeczywiście kiedykolwiek dojdzie do siebie. Może gdyby usunęła ciążę, nikt w mieście by się o tym nie dowiedział. Nie, to było raczej mało prawdopodobne. W niedużych miasteczkach plotki rozchodzą się w błyskawicznym tempie. A gdyby zatrzymała dziecko… ale w gruncie rzeczy chyba o tym nie myślała.

Czy aby na pewno? Na pewno?

Kiedy wkładała płaszcz, poczuła ukłucie winy. Jej matka była wyczerpana. Oczywiście, że tak. Fran widziała to wyraźnie, kiedy witała się z nią po powrocie z college’u. Carla miała worki pod oczami, pożółkłą cerę, a w jej włosach, pomimo modnej fryzury i płukanek za trzydzieści dolarów, można było dostrzec ślady siwizny. Niemniej jednak…

Czuła, że ogarnia ją coraz większe przygnębienie. Zaczęła się zastanawiać, co by było, gdyby przeziębienie matki przerodziło się w zapalenie płuc lub głębokie załamanie psychiczne. Albo gdyby umarła. Co za okropna myśl. To się nie może stać, proszę, Boże, tylko nie to. Oczywiście, że nie. Lekarstwa pokonają chorobę, a kiedy Frannie zniknie jej na trochę z oczu i zadomowi się w Somersworth, matka otrząśnie się z szoku.

Nagle zadzwonił telefon.

Frannie przez chwilę wpatrywała się tępym wzrokiem w aparat, a tymczasem na zewnątrz błysnął kolejny piorun; grzmot rozległ się tak blisko, że Frannie drgnęła gwałtownie i skrzywiła się.

Dryń, dryń, dryń.

Ale przecież odebrała już dzisiaj trzy telefony… Kto jeszcze mógł do niej dzwonić? Debbie nie musiała oddzwaniać, Jesse chyba raczej też nie. Może to Telefoniczna Wygrana albo jakiś telefoniczny akwizytor.

Kiedy sięgnęła po słuchawkę, nie wiadomo dlaczego przyszło jej do głowy, że znowu dzwoni jej ojciec i ma jej do zakomunikowania coś jeszcze gorszego. To jak placek, powiedziała sobie w duchu. Odpowiedzialność jest jak placek: każdy musi odkroić dla siebie kawałek i zjeść go do ostatniego okruszka.

– Halo?

W słuchawce panowała głucha cisza. Frannie zmarszczyła brwi i powtórzyła głośniej: „Halo?”. Po chwili usłyszała dziwnie zduszony głos ojca:

– Fran?

Ze zgrozą uświadomiła sobie, że Peter Goldsmith z trudem tłumi płacz. Uniosła dłoń do szyi i z całej siły zacisnęła palce na brzegach kaptura przeciwdeszczowego.

– Tatusiu? Co się stało? Czy chodzi o mamę?

– Frannie, będę musiał cię stamtąd zabrać. Przyjadę po ciebie. Zaraz tam będę.

– Czy z mamą wszystko w porządku?! – krzyknęła do słuchawki.

Nad Harborside znów przetoczył się grzmot. Frannie rozpłakała się.

– Powiedz mi, tatusiu!

– Jej stan się pogorszył, to wszystko, co wiem – odparł Peter. – Pogorszyło się jej mniej więcej godzinę po naszej rozmowie. Gorączka wzrosła i zaczęła bredzić. Próbowałem skontaktować się z Tomem… ale Rachel powiedziała, że wyjechał… że ma mnóstwo wezwań do chorych… więc zadzwoniłem do szpitala w Sanford… i dowiedziałem się, że obie karetki są w tej chwili zajęte, lecz Carla natychmiast zostanie wpisana na listę. Słyszałaś, Frannie? Na listę! Skąd do cholery wzięła się nagle jakaś lista? O ile mi wiadomo, Jim Warrington, kierowca jednej z karetek, jeżeli nie ma akurat wypadku na szosie, zwykle obija się albo gra w remika. Co to za lista, do diabła?

– Uspokój się, tatusiu. Uspokój się. Uspokój się.

Po jej twarzy znów popłynęły łzy, więc wypuściła z dłoni brzegi kaptura i uniosła ją do oczu.

– Jeżeli mama jest jeszcze w domu, lepiej sam zawieź ją do szpitala.

– Nie… nie, przyjechali przed kwadransem. Chryste, Frannie, w karetce z tyłu było sześć osób! Jedną z nich był Will Ronson, sprzedawca z drogerii. A Carla… twoja matka… kiedy wnosili ją do karetki, raz po raz powtarzała: „Nie mogę złapać oddechu, Peter, nie mogę oddychać, dlaczego nie mogę oddychać?”. Chryste Panie! – dokończył łamiącym się, piskliwym głosem, który zmroził Frannie do szpiku kości.

– Możesz prowadzić, tatusiu? Czy możesz tu przyjechać?

– Tak, jasne, że tak – odparł.

Najwyraźniej zdołał się opanować.

– Będę czekała na werandzie.

Odłożyła słuchawkę i zeszła po schodach. Trzęsły się jej kolana. Kiedy znalazła się na werandzie, zobaczyła, że mimo iż nadal pada, chmury zaczynają się już rozpraszać, a przez szczeliny między nimi przebijają promienie popołudniowego słońca. Odruchowo zaczęła szukać wzrokiem tęczy i po chwili dostrzegła ją w oddali nad wodą – zamglony mistyczny łuk. W głębi serca nadal dręczyło ją poczucie winy. Miała wrażenie, jakby w jej żołądku i tam, gdzie rozwijało się teraz nowe życie, zagnieździły się jakieś włochate stwory.

Ponownie się rozpłakała.

„Zjedz swój kawałek placka – powiedziała do siebie, czekając na przyjazd ojca. – Okropnie smakuje, ale musisz go zjeść. A potem, jeśli zechcesz, możesz dostać dokładkę. Jedną albo nawet dwie. Zjedz swój kawałek placka… do ostatniego okruszka”.

ROZDZIAŁ 21

Stu Redman był przerażony.

Wyjrzał przez okratowane okno swojego nowego pokoju w Stovington w Vermoncie i daleko w dole zobaczył niewielkie miasteczko, miniaturowe szyldy stacji benzynowej, jakieś fabryczne zabudowania, główną ulicę, rzekę, rogatkę, a za nią granitowy kręgosłup zachodniego krańca Nowej Anglii – Green Mountains.

Był przerażony, bo pomieszczenie, w którym się znajdował, bardziej przypominało celę niż szpitalną izolatkę, a Denninger zniknął. Nie widział go, odkąd cały ten cyrk na kółkach przeniósł się tutaj z Atlanty. Deitz również rozpłynął się bez śladu. Stu podejrzewał, że obaj mogli zachorować – i kto wie, czy jeszcze żyli.

Ktoś popełnił błąd albo choroba sprowadzona do Arnette przez Charlesa D. Campiona okazała się bardziej zaraźliwa, niż przypuszczano. Tak czy inaczej, Centrum Badań Chorób Zakaźnych w Atlancie przestało być bezpieczne, a wszyscy, którzy się tam obecnie znajdowali, mieli sporą szanse przetestować na sobie efekty działania wirusa znanego jako A-Prime lub supergrypa.

Poddawano go różnym testom, ale wszystkie wydawały się bardzo pobieżne. Poza tym nie przestrzegano pór przeprowadzania badań. Ich wyniki wprawdzie zapisywano, ale Stu miał wrażenie, że potem ktoś natychmiast wrzucał je do maszyny niszczącej.

Jednak nie to było najgorsze. Najgorsze były pistolety. Pielęgniarki, które przychodziły, by pobrać próbki jego krwi, śliny czy moczu, pojawiały się teraz zawsze w towarzystwie żołnierza w białym kombinezonie, uzbrojonego w pistolet umieszczony w płóciennej kaburze przy prawym nadgarstku. Stu nie wątpił, że gdyby spróbował jeszcze raz tego samego numeru co z Deitzem, lufa pistoletu rozerwałaby płótno kabury, a on sam przeszedłby do historii.

Jeżeli wykonywali te testy czysto mechanicznie, oznaczało to, że nie jest już im potrzebny. Ale to, że nadal był pod nadzorem, oznaczało coś znacznie gorszego.

Każdego wieczoru o osiemnastej oglądał wiadomości. Przywódcy nieudanego puczu w Indiach zostali uznani za „agitatorów z zewnątrz” i rozstrzelani. Policja nadal poszukiwała sprawcy lub sprawców wysadzenia elektrowni w Laramie, w Wyoming. Sąd Najwyższy stosunkiem sześciu do trzech głosów uznał, że homoseksualiści nie mogą być zwalniani ze stanowisk w cywilnych zakładach pracy. Po raz pierwszy pojawiły się też wzmianki o innych wydarzeniach.

Pracownicy AEC z Miller County stanowczo zaprzeczyli pogłoskom o domniemanym stopieniu się rdzenia reaktora. W elektrowni atomowej w miasteczku Fouke, znajdującym się trzydzieści mil od granicy Teksasu, nastąpiło kilka awarii urządzeń kontrolujących system chłodzenia stosu, ale nie było powodów do wszczynania alarmu. Pojawienie się wojska w okolicy elektrowni oznaczało jedynie przedsięwzięcie niezbędnych środków ostrożności.

Stu zastanawiał się, co zrobiłoby wojsko, gdyby reaktor zdecydował się powtórzyć koszmar „chińskiego syndromu”, i nagle uświadomił sobie, że żołnierze mogli się znaleźć w Arkansas z zupełnie innego powodu. Fouke leżało niedaleko Arnette.

Podano również informację o pojawieniu się pierwszych oznak epidemii grypy na Wschodnim Wybrzeżu i wyjaśniono, że to sowiecki wirus, groźny tylko dla małych dzieci i osób w podeszłym wieku. W holu Mercy Hospital w Brooklynie przeprowadzono wywiad ze zmęczonym nowojorskim doktorem, który stwierdził, że wirus do złudzenia przypomina rosyjską odmianę grypy typu A, po czym polecił telewidzom, by zaopatrzyli się w pigułki przeciwgorączkowe i syropy od kaszlu. Potem nagle zaczął mówić coś innego i natychmiast wyłączono dźwięk – widać było tylko jego poruszające się usta. Obraz się zmienił, na ekranie pojawiło się telewizyjne studio i prowadzący wiadomości oznajmił: „W wyniku gwałtownej fali zachorowań na grypę w Nowym Jorku odnotowano ostatnio kilkanaście zgonów, ale w większości przypadków okazało się, iż główną przyczyną śmierci było AIDS lub wyniszczenie organizmu przez trujące związki zanieczyszczające powietrze. Pracownicy Departamentu Zdrowia stanowczo stwierdzają, że rosyjska grypa typu A nie jest groźniejsza od zwyczajnej świnki. Tymczasem mamy dla telewidzów starą dobrą radę, jaką dają lekarze w przypadku tego typu zachorowań: pozostańcie w łóżkach, wypoczywajcie, pijcie dużo płynów i bierzcie aspirynę”.

 

Prowadzący wiadomości dziennikarz uśmiechnął się uspokajająco – i w tej samej chwili ktoś poza kamerą kichnął.

Słońce niemal stykało się już z horyzontem, zabarwiając go złocistą poświatą, która wkrótce zamieni się w czerwoną, a potem bladopomarańczową.

Najgorsze były noce. Przewieziono go do stanu, którego nie znał i który w nocy wydawał mu się jeszcze bardziej obcy. Teraz, wczesnym latem, soczysta bujna zieleń, którą widział z okna swojej celi, sprawiała wrażenie dzikiej i nawet odrobinę przerażającej. Nie miał tu żadnych przyjaciół. Domyślał się, że wszyscy ludzie, którzy znajdowali się wraz z nim na pokładzie samolotu, kiedy przewożono ich z Braintree do Atlanty, już nie żyli. Był otoczony przez automaty pobierające mu krew i grożące bronią.

Bał się o swoje życie, mimo iż nadal czuł się dobrze i w głębi duszy zaczynał wierzyć, że nie złapał tego świństwa, czymkolwiek to było.

Zastanawiał się, czy ma szansę stąd uciec…