Przebudzenie

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przebudzenie
Przebudzenie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,50  55,60 
Przebudzenie
Audio
Przebudzenie
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
35,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– O rany! – powiedziałem.

Zamrugał i wrócił do rzeczywistości. Kopnął oponę swojego starego-nowego samochodu.

– Przepraszam, mały. Czasem mnie trochę ponosi.

– To musi być niesamowite.

– Och, dużo więcej niż niesamowite. Jak będziesz starszy, wybierz się tam kiedyś i sam zobacz. Tylko przy słupie bądź ostrożny. Pioruny odłupały ze skał tyle okruchów, że powstało tam rumowisko i jakbyś zaczął się po nim zsuwać, mógłbyś się nie zatrzymać. A teraz, Jamie, naprawdę muszę już jechać.

– Wolałbym, żeby wielebny został. – Chciałem jeszcze trochę popłakać, ale nie pozwoliłem sobie na to.

– Doceniam to i jestem wzruszony, lecz cóż, jak to mówią: gdyby życzenia były końmi, żebracy nie chodziliby pieszo. – Rozłożył ramiona. – A teraz chodź tu, przytul mnie jeszcze raz.

Wyściskałem go mocno i wziąłem głęboki wdech, żeby nałapać na zapas zapachu jego mydła i toniku do włosów – marki Vitalis, tego samego, którego używał mój tata. I od niedawna Andy.

– Ciebie lubiłem najbardziej – szepnął mi na ucho. – To też pewnie powinieneś zachować w tajemnicy.

Kiwnąłem głową. Nie było potrzeby mówić mu, że Claire już to wiedziała.

– Zostawiłem ci coś w piwnicy plebanii – powiedział. – Gdybyś chciał to sobie wziąć, klucz jest pod wycieraczką.

Postawił mnie na nogach, pocałował w czoło, po czym otworzył drzwi od strony kierowcy.

– Ten wóz to żadna rewelacja, koleżko – powiedział, przybierając jankeski akcent, i choć czułem się podle, musiałem się uśmiechnąć. – Ale tak se myślę, że dowiezie mnie, gdzie trza, w jednym kawałku.

– Kocham wielebnego – powiedziałem.

– Ja ciebie też – odparł. – Tylko mi tu znowu nie płacz, Jamie. Bardziej złamanego serca nie zniosę.

Nie popłakałem się, dopóki nie zostałem sam. Stałem i patrzyłem, jak wielebny Jacobs zjeżdża tyłem na drogę. Dopiero kiedy zniknął w oddali, wróciłem do domu. W tamtych czasach wciąż mieliśmy na podwórku abisynkę i zanim wszedłem do środka, opłukałem twarz lodowato zimną wodą. Nie chciałem, żeby mama poznała, że płakałem, i zapytała dlaczego.

Kobieca Służba Pomocnicza miała za zadanie porządnie, od piwnicy po dach, wysprzątać plebanię, usunąć wszelkie ślady nieszczęsnej rodziny Jacobsów i przygotować budynek na przyjęcie nowego pastora, ale nie było pośpiechu, stwierdził tata; tryby Metodystycznej Diecezji Nowej Anglii obracały się powoli i to byłby cud, gdyby nowy pastor zjawił się przed wakacjami.

– Niech trochę postoi w spokoju – taka była jego rada i Służba Pomocnicza ochoczo z niej skorzystała. Panie wzięły się do mioteł, szczotek i odkurzaczy dopiero po Bożym Narodzeniu (w tym roku specjalne, świeckie kazanie wygłosił Andy i rodzice pękali z dumy). Do tego czasu plebania stała pusta i dzieciaki z mojej szkoły zaczęły szeptać, że jest nawiedzona.

Zjawił się tam jednak jeden gość – ja. To było w sobotnie popołudnie; także i tym razem poszedłem na skróty przez pole kukurydzy Dorrance’a Marstellara, żeby uniknąć czujnego oka Babuni Harrington. Wyjąłem klucz spod wycieraczki i wszedłem. Miałem pietra. Drwiłem z gadania, że tam straszy, ale kiedy już znalazłem się w środku, aż za łatwo było sobie wyobrazić, że jeśli się odwrócę, zobaczę gnijące trupy Patsy i Morriego Przylepy, stojące ręka w rękę z wybałuszonymi oczami.

Nie bądź głupi, powiedziałem sobie. Albo przenieśli się na jakiś inny świat, albo po prostu zniknęli w czarnej nicości, jak mówił wielebny Jacobs. Więc przestań się bać. Nie bądź durnym cykorem.

Cóż, nie mogłem ot tak przestać być durnym cykorem, tak jak nie mogłem ot tak przestać mieć bólu brzucha po obżarciu się fasolą i hot dogami w sobotni wieczór. Nie uciekłem jednak. Chciałem zobaczyć, co mi zostawił. Nie to, że chciałem: musiałem. Dlatego podszedłem do drzwi, na których wciąż wisiał plakat (Jezus trzymający za ręce dwoje dzieci, które wyglądały jak Dick i Jane z mojego starego elementarza) i tabliczka POZWÓLCIE DZIECIOM PRZYCHODZIĆ DO MNIE.

Zapaliłem światło, zszedłem schodami na dół i spojrzałem na poskładane krzesła ustawione pod ścianą, zamknięte pianino i kącik z zabawkami i stolikiem, na którym nie było już kamieni domina, malowanek ani kredek. Zachowało się jednak Jezioro Pokoju, a także mała drewniana skrzynka z Elektrycznym Jezusem. Oto co mi zostawił. Byłem potwornie zawiedziony. Mimo to otworzyłem skrzynkę i wyjąłem Elektrycznego Jezusa. Postawiłem go na brzegu jeziora, tam gdzie wiedziałem, że jest szyna, po której się poruszał, i wsunąłem dłoń pod jego szatę, żeby go włączyć. Wtedy ogarnęła mnie wściekłość, jakiej nigdy nie zaznałem w moim krótkim życiu. Była tak nagła, jak te pioruny na Skytop z opowieści wielebnego Jacobsa. Zamachnąłem się i trzepnąłem Elektrycznego Jezusa. Doleciał aż do przeciwległej ściany.

– Nie istniejesz naprawdę! – krzyknąłem. – Nie istniejesz naprawdę! To tylko sztuczki! Niech cię diabli, Jezusie! Niech cię diabli, niech cię diabli, Jezusie!

Wbiegłem schodami na górę tak zapłakany, że ledwo widziałem na oczy.

Nie przysłano nam nowego pastora. Kilku okolicznych ojczulków próbowało wypełnić powstałą lukę, ale frekwencja na nabożeństwach spadła prawie do zera i kiedy chodziłem do ostatniej klasy szkoły średniej, nasz kościół był już zamknięty na cztery spusty. Nie miało to dla mnie znaczenia. Straciłem wiarę. Nie mam pojęcia, co się stało z Jeziorem Pokoju i Elektrycznym Jezusem. Kiedy następnym razem wszedłem do sali koła młodych metodystów na plebanii – wiele lat później – była zupełnie pusta. Pusta jak niebo.

IV

Dwie gitary – Chrome Roses – Piorun na Skytop

Kiedy patrzymy wstecz, mamy wrażenie, że nasze życie układa się w schemat; każde wydarzenie zaczyna się wydawać logiczne, jakby coś – albo Ktoś – z wyprzedzeniem rozplanowało wszystkie nasze kroki (i potknięcia). Weźmy na przykład wulgarnego emeryta, który nieświadomie wyznaczył mi zajęcie na ćwierć wieku. Czy nazwać to zrządzeniem losu, czy zwykłym zbiegiem okoliczności? Nie wiem. Skąd mogę wiedzieć? Nawet nie było mnie przy tym, gdy pewnego wieczoru Hector Fryzjer poszedł szukać swojej starej gitary Silvertone. Dawno, dawno temu powiedziałbym, że wyborem naszych życiowych dróg rządzi przypadek: zdarzyło się to, potem tamto, co z kolei doprowadziło do czegoś innego. Teraz wiem lepiej.

Są pewne siły.

W 1963 roku, zanim świat zawojowali The Beatles, Amerykę ogarnęło krótkie, ale silne zauroczenie muzyką folk. Program telewizyjny, który wszedł na antenę w samą porę, żeby na tej fali wypłynąć, nosił tytuł Hootenanny i występowali w nim tacy biali interpretatorzy doli czarnego człowieka jak Chad Mitchell Trio i The New Christy Minstrels (białych uchodzących za komuchów, jak Pete Seeger i Joan Baez, nie zapraszano). Mój brat Conrad przyjaźnił się ze starszym bratem Billy’ego Paquette’a, Ronniem, i w każdy sobotni wieczór oglądali The Hoot, jak go nazywali, w domu Paquette’ów.

W tym czasie z Paquette’ami mieszkał dziadek Ronniego i Billy’ego. Ludzie wołali na niego Hector Fryzjer, bo taki fach wykonywał przez prawie pięćdziesiąt lat, choć trudno było wyobrazić go sobie w tej roli; fryzjerzy, jak barmani, z zasady powinni być dobrymi rozmówcami, Hector Fryzjer zaś rzadko się odzywał. Siedział w salonie, doprawiał kawę lanym z zakrętki burbonem i palił tiparillos. Ich zapachem przesiąkł cały dom. Kiedy Hector w ogóle raczył zabrać głos, swoje wypowiedzi okraszał licznymi wulgaryzmami.

Lubił jednak Hootenanny i zawsze oglądał ten program z Conem i Ronniem. Pewnego wieczoru, kiedy jakiś biały małolat zaśpiewał coś o tym, że smutno mu, bo zostawiła go ukochana, Hector Fryzjer prychnął i burknął:

– Kurna, chłopaki, to nie jest blues.

– Jak to, dziadku? – spytał Ronnie.

– Blues to szorstka muzyka. Ten młodziak śpiewa, jakby zlał się w wyro i bał się, że mamunia zobaczy.

Chłopcy zaśmiali się, po trosze rozbawieni, po trosze zdumieni tym, że z Hectora jest taki krytyk muzyczny.

– Poczekajcie – rzekł i powoli wdrapał się po schodach, podciągając się sękatą dłonią po poręczy. Przepadł na tak długo, że chłopcy prawie o nim zapomnieli; w końcu jednak wrócił na dół, niosąc za gryf sfatygowaną gitarę Silvertone. Jej porysowane pudło trzymało się na kawałku postrzępionego powrósła. Klucze do strojenia były powykrzywiane. Hector usiadł ze stęknięciem, pierdnął i oparł gitarę na swoich kościstych kolanach.

– Wyłączcie ten chłam.

Ronnie wykonał polecenie – program i tak się kończył.

– Nie wiedziałem, że grasz, dziadku – powiedział.

– Od lat nie miałem jej w rękach – stwierdził Hector. – Rzuciłem ją w kąt, kiedy zaczął mi dokuczać artretyzm. Nawet nie wiem, czy jeszcze umiem sucz nastroić.

– Wyrażaj się, tato! – zawołała pani Paquette z kuchni.

Hector Fryzjer zignorował ją; poza chwilami, gdy chciał, żeby podała mu tłuczone ziemniaki, rzadko zauważał jej istnienie. Powoli nastroił gitarę, klnąc pod nosem, po czym zagrał akord, który – niespodzianka – zabrzmiał prawie jak muzyka.

– Można było poznać, że jeszcze jest rozstrojona – powiedział Con, kiedy później opowiadał mi całe zdarzenie – ale i tak fajnie brzmiała.

– O rany! – powiedział Ronnie. – Co to za chwyt, dziadku?

– E. E to podstawa. Ale czekajcie, to jeszcze nic. Zobaczmy, czy pamiętam, jak to kurestwo leci.

Z kuchni:

– Wyrażaj się, tato!

Także i tym razem nie zwrócił na nią uwagi, tylko trącił struny starej gitary zrogowaciałym, pożółkłym od nikotyny paznokciem. Z początku grał wolno, mamrocząc pod nosem kolejne niecenzuralne słowa, w końcu jednak złapał równy, żywy rytm. Chłopcy zerknęli po sobie ze zdumieniem. Jego palce chodziły w górę i w dół gryfu, najpierw niezdarnie, potem – gdy stare synapsy pamięci ospale obudziły się do życia – nieco płynniej: z B na A, z A na G i wreszcie z powrotem na E. Grałem tę sekwencję z dziesięć tysięcy razy, choć w 1963 roku jeszcze nie odróżniłbym chwytu gitarowego od chwytu judo.

 

Wysokim, zawodzącym głosem zupełnie niepodobnym do tego, jakim mówił (kiedy w ogóle mówił), dziadek Ronniego zaśpiewał:

– „Hej, mała, chodź do mnie, pokaż się… hej, mała, masz w sobie coś, co niepokoi mnie”…

Pani Paquette przyszła z kuchni, wycierając ręce w ścierkę do naczyń z miną, jakby zobaczyła jakiegoś egzotycznego ptaka – powiedzmy, strusia albo emu – paradującego środkiem drogi numer 9. Billy i mała Rhonda Paquette, która nie mogła wtedy mieć więcej niż pięć lat, stali w połowie schodów, przechyleni przez poręcz, i wybałuszali gały na dziadka.

– Ten rytm… – opowiadał mi później Con. – Kurczę, w Hootenanny czegoś takiego nie usłyszysz.

Hector Fryzjer tupał nogą w rytm, szeroko uśmiechnięty. Con powiedział mi, że nigdy wcześniej nie widział uśmiechu na jego twarzy i że wyglądało to trochę strasznie, jakby staruszek nagle się zmienił w śpiewającego wampira.

– „Mama nie pozwala mi po nocy włóczyć się”… – śpiewał Hector. – „Boi się, że jakaś kobieta może… może”… – Przeciągnął to. – „Moooże skrzywdzić mnie!”.

– Brawo, dziadku! – krzyknął Ronnie, klaszcząc w dłonie.

Hector zaczął śpiewać drugą zwrotkę, tę o tym, jak walet karo powiedział królowej pik, że może sobie łazić, gdzie chce, ale wtedy pękła struna: BRZĘĘĘK.

– Ożeż ty pizdo wredna! – zaklął i na tym spontaniczny koncert Hectora Fryzjera się zakończył. Pani Paquette zabrała mu gitarę (zerwana struna przecięła powietrze niebezpiecznie blisko jej oka) i powiedziała, że jak ma się tak wyrażać, to niech idzie posiedzieć na ganku.

Hector Fryzjer nie poszedł na ganek, tylko, jak to miał w zwyczaju, zamilkł. Nigdy więcej przy chłopcach nie zagrał ani nie zaśpiewał. Umarł następnego lata i jego pogrzeb odprawił Charles Jacobs – w 1964, roku Beatlesów, wciąż będący w doskonałej formie.

Nazajutrz po wysłuchaniu tej skróconej wersji My Mamma Don’t Allow Me Arthura „Big Boy” Crudupa, Ronnie Paquette znalazł silvertone’a w jednej z beczek na pomyje za domem, wyrzuconego tam przez jego oburzoną mamę. Wyciągnął go i zaniósł do szkoły, gdzie pani Calhoun, nauczycielka angielskiego, która w gimnazjum uczyła też muzyki, pokazała mu, jak założyć nową strunę i nastroić gitarę, biorąc za wzór trzy pierwsze nuty Taps. Dała też Ronniemu „Sing Out!”, pismo o muzyce folk, które zamieszczało teksty i chwyty do różnych piosenek, między innymi Bar’bry Allen.

Przez następne parę lat (z krótką przerwą w czasie, kiedy Kijek Przeznaczenia odebrał Conowi głos) Ronnie i Con uczyli się kolejnych piosenek folkowych i przekazując sobie starą gitarę z ręki do ręki, opanowywali te same podstawowe akordy, które bez wątpienia grał Leadbelly w więzieniu. Gitarzyści z nich byli marni, ale Con miał niezły głos – choć za słodki, żeby przekonująco śpiewać jego ulubione numery bluesowe – i kilka razy wystąpili publicznie jako Con and Ron (rzucili monetą, żeby ustalić, czyje imię będzie pierwsze).

Con ostatecznie dostał własną gitarę, akustycznego gibsona z wiśniowym wykończeniem. Była o niebo ładniejsza od starego silvertone’a Hectora Fryzjera i to jej używali, kiedy wykonywali kawałki typu Seventh Son i Sugarland na Wieczorze Młodych Talentów w Eureka Grange. Nasi rodzice ich w tym wspierali – rodzice Ronniego też – ale zasada GIGO obowiązuje nie tylko w informatyce, w muzyce także: śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu.

Nie śledziłem pilnie dążeń Cona i Rona do zdobycia lokalnej sławy w charakterze duetu folkowego i właściwie nawet nie zauważyłem, kiedy brat odstawił gibsona w kąt. Po tym, jak wielebny Jacobs wyjechał swoim nowym-starym samochodem z Harlow, miałem wrażenie, że w moim życiu powstała wyrwa. Straciłem Boga i jedynego dorosłego przyjaciela. Długo dręczył mnie smutek i niejasna trwoga. Mama starała się mnie pocieszyć, Claire też. Nawet tata próbował. Usiłowałem odzyskać radość życia i w końcu mi się udało, ale kiedy rok 1965 przeszedł w 1966, a potem 1967, fakt, że z piętra przestały dobiegać nieudolne wersje Don’t Think Twice i innych piosenek, umknął mi zupełnie.

W tym czasie Cona interesował już tylko sport (był dużo lepszym sportowcem niż gitarzystą), a co do mnie… do Harlow sprowadziła się nowa dziewczyna, Astrid Soderberg. Miała jedwabiste blond włosy, chabrowe oczy i małe wzgórki pod swetrem, które w przyszłości mogły się stać prawdziwymi piersiami. W pierwszych latach wspólnej nauki w szkole zdawała się nie wiedzieć, że istnieję – no chyba że akurat chciała spisać ode mnie pracę domową. Ja wprost przeciwnie, myślałem o niej bez przerwy. Miałem wrażenie, że gdyby pozwoliła mi dotknąć swoich włosów, dostałbym zawału. Któregoś dnia zdjąłem z półki słownik Webstera, wróciłem z nim do ławki i, z mocno walącym sercem i ciarkami przechodzącymi po skórze, starannie, drukowanymi literami napisałem ASTRID na definicji słowa „pocałunek”. Zadurzyłem się, tak to należy nazwać, bo rzeczywiście byłem jak odurzony.

Do głowy mi nie przyszło, żeby sięgnąć po gibsona Conniego; kiedy brała mnie chęć na muzykę, włączałem radio. Talent to jednak niepokojąca rzecz – ma to do siebie, że we właściwym czasie dyskretnie, acz stanowczo daje o sobie znać. Niczym pewne uzależniające środki, pojawia się jako przyjaciel, na długo zanim uprzytomnisz sobie, że jest tyranem. Przekonałem się o tym tego roku, kiedy skończyłem trzynaście lat.

Najpierw to, potem tamto, co z kolei prowadzi do czegoś innego.

Nie miałem wielkiego talentu muzycznego, ale na pewno dużo większy niż Con… i w ogóle wszyscy w naszej rodzinie. Odkryłem go w nudną, pochmurną sobotę jesienią 1969 roku. Cała rodzina – nawet Claire, która przyjechała na weekend z uczelni – wybrała się do Gates Falls na mecz. Con, wtedy w trzeciej klasie, grał w pierwszym składzie Gates Falls Gators. Ja zostałem w domu, bo bolał mnie brzuch, chociaż nie tak bardzo, jak twierdziłem; po prostu nie przepadałem za futbolem, a poza tym zanosiło się na deszcz.

Przez pewien czas oglądałem telewizję, ale na dwóch kanałach był futbol, a na trzecim golf – jeszcze gorsze nudziarstwo. Dawną sypialnię Claire zajął Connie, w szafie jednak zostało trochę jej książek i pomyślałem, że wezmę sobie coś Agathy Christie. Claire mówiła, że dobrze się ją czyta i że fajnie jest rozwiązywać zagadki kryminalne razem z panną Marple czy Herkulesem Poirot. Wszedłem do pokoju i zobaczyłem w kącie gibsona mojego brata, otoczonego bezładną stertą starych „Sing Out!”. Spojrzałem na zapomnianą gitarę, smętnie opartą o ścianę, i pomyślałem: Ciekawe, czy umiałbym na tym zagrać Cherry, Cherry.

Pamiętam tę chwilę tak żywo jak mój pierwszy pocałunek, bo myśl ta była egzotycznym nieznajomym, zupełnie niezwiązanym z tym, co kołatało mi się w głowie, kiedy wchodziłem do pokoju Cona. Przysiągłbym to na stos Biblii. To nawet nie była myśl. Raczej coś jakby nakaz.

Wziąłem gitarę i usiadłem na łóżku Cona. Na razie nie dotykałem strun, tylko jeszcze trochę pomyślałem o tej piosence. Wiedziałem, że na gitarze Conniego zabrzmiałaby dobrze, bo Cherry, Cherry oparta jest na akustycznym riffie (nie żebym wtedy znał to słowo). Odtworzyłem ją w pamięci i ze zdumieniem uświadomiłem sobie, że nie tylko słyszę, ale i widzę kolejne akordy. Wiedziałem o nich wszystko oprócz tego, w których miejscach gryfu się skrywają.

Złapałem pierwszy lepszy „Sing Out!” i poszukałem bluesowego kawałka, wszystko jedno jakiego. Znalazłem coś pod tytułem Turn Your Money Green, zobaczyłem, jak wygląda akord E („E to podstawa”, powiedział Conowi i Ronniemu Hector Fryzjer), i zagrałem go na gitarze. Dźwięk był stłumiony, ale czysty. Gibson to porządny instrument, choć zaniedbywany, nie rozstroił się. Docisnąłem struny trzema palcami lewej dłoni. Zabolało, ale miałem to gdzieś. Bo akord E to było to. Dźwięk boski. Brzmiał dokładnie tak, jak go słyszałem w głowie.

Con pół roku się uczył House of the Rising Sun, a i tak nie mógł przejść z D na F bez chwili zawahania przy zmianie ułożenia palców. Ja opanowałem trzyakordowy riff Cherry, Cherry – najpierw E, potem A, D i znowu A – w dziesięć minut, po czym uświadomiłem sobie, że te same trzy chwyty wystarczą, żeby zagrać Glorię Shadows of Knight i Louie, Louie The Kingsmen. Grałem dotąd, aż czubki moich palców wyły z bólu i ledwo mogłem rozłożyć lewą dłoń. Kiedy w końcu przestałem, to nie dlatego, że chciałem; po prostu dłużej nie dałbym rady. I nie mogłem się doczekać, żeby zacząć znowu. Nie obchodzili mnie New Christy Minstrels, Ian and Sylvia ani reszta folkowych nudziarzy, za to Cherry, Cherry mógłbym grać cały dzień. Ta piosenka potrafiła mnie ruszyć.

Gdybym nauczył się w miarę dobrze grać, kombinowałem, Astrid Soderberg mogłaby zobaczyć we mnie kogoś więcej niż tylko dostarczyciela prac domowych. Jednak nawet to w tej chwili miało drugorzędne znaczenie; najważniejsze było to, że muzyka wypełniła wyrwę we mnie. Była samoistnym bytem, prawdą emocjonalną. Grając, znów czułem się jak człowiek.

Trzy tygodnie później, w inne sobotnie popołudnie, Con wrócił od razu po meczu, zamiast zostać na tradycyjnym pomeczowym grillu organizowanym przez rodziców z klubu kibica. Siedziałem wtedy na podeście u szczytu schodów i zarzynałem Wild Thing. Myślałem, że wpadnie w szał i wyrwie mi gitarę, może nawet oskarży mnie o to, że brukam świętość, grając idiotyczny, zbudowany na trzech akordach kawałek The Troggs na instrumencie stworzonym do wrażliwych protest songów typu Blowin’ in the Wind.

Ale Con tego dnia zaliczył trzy przyłożenia, ustanowił szkolny rekord liczby jardów przebiegniętych z piłką i Gators byli na najlepszej drodze do play-offów trzeciej ligi. Powiedział tylko:

– Głupszej piosenki chyba jeszcze w radiu nie puścili.

– E tam – powiedziałem. – Nic nie przebije Surfin’ Bird. To też umiem zagrać, jak chcesz posłuchać.

– Jezu, nie. – Mógł wzywać imienia Pana Boga swego nadaremno, bo mama była w ogródku, tata i Terry pracowali w garażu przy Rakiecie Szos III, a nasz religijny starszy brat już się wyprowadził. Podobnie jak Claire, Andy studiował na Uniwersytecie Stanu Maine (żalił się, że pełno tam „tych pasożytów, hipisów”).

– Ale nie masz nic przeciwko temu, żebym na niej grał, Con?

– A graj sobie – powiedział, mijając mnie na schodach. Miał barwnego siniaka na policzku i śmierdział meczowym potem. – Tylko jak ją zepsujesz, zapłacisz ze swoich pieniędzy.

– Nie zepsuję.

I słowa dotrzymałem, jeśli nie liczyć pozrywanych strun. Rock and roll daje strunom w kość mocniej niż folk.

W 1970 roku poszedłem do liceum w Gates Falls, na drugim brzegu rzeki Androscoggin. Con, który wtedy był w ostatniej klasie i dzięki sukcesom sportowym i wzorowym ocenom stał się gwiazdą szkoły, nie zauważał mnie. To nic; zupełnie mi to nie wadziło. Niestety, nie zauważała mnie też Astrid Soderberg, choć siedziała ławkę za mną na wychowawczej i obok mnie na angielskim. Spinała włosy w koński ogon i nosiła spódniczki kończące się co najmniej pięć centymetrów nad kolanami. Ilekroć zakładała nogę na nogę, umierałem. Bujałem się w niej jeszcze bardziej niż w gimnazjum, ale raz na długiej przerwie podsłuchałem jej rozmowę z koleżankami na trybunach sali gimnastycznej i wtedy dowiedziałem się, że wszystkie nie widziały świata poza chłopakami ze starszych klas. Ja byłem tylko jednym z wielu statystów w pierwszym akcie epopei ich życia w szkole średniej.

Ktoś jednak mnie zauważył – tyczkowaty, długowłosy czwartoklasista, wypisz wymaluj jeden z „tych pasożytów, hipisów”, jak określił ich Andy. Odszukał mnie któregoś dnia, kiedy jadłem przyniesione z domu drugie śniadanie na trybunach sali gimnastycznej, dwa rzędy nad Astrid i jej rozchichotaną paczką.

– Jamie Morton, zgadza się? – spytał.

Ostrożnie się do tego przyznałem. Miał na sobie obszerne dżinsy z łatami na kolanach, jego oczy były podkrążone, jakby sypiał dwie–trzy godziny na dobę. Albo często walił konia.

– Chodź do sali muzycznej – rzucił.

– Dlaczego?

– Bo tak każę, kocie.

Ruszyłem za nim przez tłum uczniów, którzy śmiali się, krzyczeli, przepychali między sobą i trzaskali drzwiami szafek. Miałem nadzieję, że nie dostanę lania. Nie zdziwiłbym się, gdyby drugoklasista sprał mnie bez powodu – otrzęsiny, choć oficjalnie zabronione, były ochoczo praktykowane – ale czwartoklasista? Wątpliwe. Czwartoklasiści ledwo zauważali kotów; dobrym przykładem był mój brat.

Sala muzyczna była pusta. Ulżyło mi. Jeśli ten koleś chciał mi spuścić manto, to przynajmniej zrobi to bez pomocy kumpli. On jednak, zamiast mnie pobić, podał mi rękę. Uścisnąłem ją. Jego palce były obwisłe i lepkie.

 

– Norm Irving.

– Miło cię poznać. – Nie wiedziałem, czy to prawda, ale tak się mówi.

– Słyszałem, kocie, że grasz na gitarze.

– Od kogo?

– Od twojego brata. Gwiazdy futbolu. – Norm Irving otworzył szafkę magazynową pełną gitar w futerałach. Wyjął jedną, rozpiął klamry i moim oczom ukazała się piękna, czarna jak noc, elektryczna yamaha.

– SA 30 – wyjaśnił zwięźle. – Kupiłem ją dwa lata temu. Całe lato malowałem domy z ojcem. Włącz ten wzmacniacz. Nie, nie ten duży. Bullnose’a, którego masz przed sobą.

Podszedłem do miniwzmacniacza i poszukałem pstryczka lub guzika. Nie znalazłem.

– Z tyłu, kocie.

– Aha. – Dostrzegłem przełącznik kołyskowy i nacisnąłem go. Zabłysło czerwone światełko i usłyszałem ciche buczenie. Ten dźwięk od razu mi się spodobał. Była w nim moc.

Norm wygrzebał z szafki kabel i podpiął się do bullnose’a. Musnął struny palcami i rozległo się krótkie BRĄĄĄ. To był dźwięk atonalny, niemelodyjny i przepiękny. Norman podał mi gitarę.

– Co mam robić? – Byłem zaniepokojony i podekscytowany jednocześnie.

– Twój brat mówi, że grasz rytm. Zagraj więc.

Wziąłem gitarę i w małym wzmacniaczu u moich stóp znów rozbrzmiało to BRĄĄĄ. Yamaha była dużo cięższa od akustycznego gibsona mojego brata.

– Nigdy nie grałem na elektrycznej – powiedziałem.

– Technika jest ta sama.

– Co mam zagrać?

– Niech będzie Green River. Umiesz? – Sięgnął do kieszonki swoich obszernych dżinsów i wyjął kostkę.

Jakoś udało mi się jej nie upuścić.

– E-dur? – Jakbym musiał pytać. E to podstawa.

– Sam zdecyduj, kocie.

Przełożyłem pas gitary przez głowę i poprawiłem poduszeczkę na ramieniu. Yammie wisiała strasznie nisko – Norman Irving był dużo wyższy ode mnie – ale miałem zbyt wielką tremę, by wpaść na to, że przecież mogę wyregulować długość pasa. Zagrałem akord E i aż podskoczyłem, kiedy huknął w zamkniętej sali muzycznej. Norm uśmiechnął się szeroko i jego uśmiech – obnażający zęby, o które powinien trochę lepiej dbać, jeśli nie chciał mieć z nimi kłopotów w przyszłości – podniósł mnie na duchu.

– Drzwi są zamknięte, kocie. Daj głośniej i jazda.

Pokrętło głośności było na piątce. Przestawiłem je na siódemkę i kiedy uderzyłem w struny, rozległo się miłe dla ucha, donośne rzężenie.

– Ale śpiewać to ja nie umiem – zastrzegłem.

– Nie musisz. Na wokalu jestem ja. Ty masz tylko grać rytm.

Green River ma podstawowy rockandrollowy beat – może nie identyczny jak Cherry, Cherry, ale prawie. Znów zagrałem E, posłuchałem w myślach pierwszej frazy piosenki i uznałem, że tak, to jest to. Norman zaczął śpiewać. Gitara prawie zupełnie go zagłuszała, ale słyszałem dość, żeby stwierdzić, że ma niezły głos.

– „Zabierz mnie tam, gdzie chłodna woda płynie”…

Zagrałem A i Norm zamilkł.

– Powinno być znowu E, zgadza się? – powiedziałem. – Przepraszam, przepraszam…

Na pierwszych trzech wersach należało zostać przy E, ale kiedy potem znów przeskoczyłem na A, jak to jest w większości prostych kawałków rockowych, coś nadal nie pasowało.

– Co teraz? – spytałem Normana.

Tylko na mnie spojrzał z rękami w tylnych kieszeniach spodni. Posłuchałem piosenki w głowie i spróbowałem raz jeszcze. Na czwartym wersie zagrałem C; wreszcie zabrzmiało to jak należy. Musiałem zacząć od nowa, ale potem już poszło jak z płatka. Teraz potrzeba nam było tylko bębnów, basu… no i gitary prowadzącej, oczywiście. John Fogerty z Creedence wymiatał tak, że nawet nie miałem co marzyć, że mu dorównam.

– Daj wiosło – rzekł Norman.

Podałem mu gitarę, zawiedziony, że muszę się z nią rozstać.

– Dzięki, że pozwoliłeś mi zagrać – powiedziałem i ruszyłem do drzwi.

– Czekaj no, Morton. – W sumie niewielka zmiana, ale przynajmniej nie byłem już kotem. – To jeszcze nie koniec przesłuchania.

Przesłuchania?

Wyjął z szafki magazynowej mniejszy futerał, otworzył go i wyjął porysowaną gitarę elektryczno-akustyczną Kay – 900G, jeśli interesują was takie szczegóły.

– Podepnij się do dużego wzmacniacza, ale ścisz go do czwórki. Ten kay sprzęga jak sam skurwysyn.

Zrobiłem, co kazał. Kay był lepiej dopasowany do mojej sylwetki niż yammie; grając, nie musiałem się garbić. Wyjąłem kostkę spomiędzy strun.

– Gotowy?

Kiwnąłem głową.

– Raz… dwa… raz, dwa, trzy i…

Kiedy usiłowałem rozgryźć prostą sekwencję akordów gitary rytmicznej w Green River, byłem stremowany, jasne, ale gdybym wówczas wiedział, jak dobrym Norm jest gitarzystą, chyba nie odważyłbym się zagrać w ogóle – po prostu czmychnąłbym z sali. Nie pomylił ani jednej nuty; jakbym słyszał solówkę samego Fogerty’ego na tym starym singlu z wytwórni Fantasy. Dałem się porwać muzyce.

– Głośniej! – krzyknął do mnie. – Więcej czadu, chrzanić przester!

Podkręciłem duży wzmacniacz do ósemki i uderzyłem w struny. Kiedy grały obie gitary, a wzmacniacz sprzęgał jak gwizdek policyjny, głosu Norma nie słychać było zupełnie. Nie miało to znaczenia. Trzymałem rytm i dawałem się nieść melodii gitary prowadzącej. To było tak, jakby surfować na szklistej fali, która płynie przez dwie i pół minuty, nie napotykając brzegu.

Wreszcie piosenka się skończyła i powróciła cisza. Dzwoniło mi w uszach. Norm popatrzył zamyślonym wzrokiem w sufit, po czym skinął głową.

– Nie jest rewelacyjnie, ale ujdzie. Jak trochę poćwiczysz, możesz być lepszy od Snuffy’ego.

– Kto to jest Snuffy? – spytałem. Dzwonienie w uszach nie ustawało.

– Koleś, który się wynosi do Massachusetts – odparł. – Spróbujmy Needles and Pins. No wiesz, The Searchers.

– E?

– Nie, D, ale nie czyste D. Trzeba kombinować. – Pokazał mi, jak uderzać małym palcem strunę E, i od razu załapałem. Piosenka w naszym wykonaniu nie zabrzmiała całkiem tak jak na płycie, ale prawie. Kiedy skończyliśmy, lał się ze mnie pot.

– No dobra – powiedział, zdejmując gitarę. – Chodźmy do palarni. Muszę zajarać.

Palarnia była za szkolnym warsztatem. Spotykali się tam rockersi i hipisi, a także dziewczyny, które nosiły obcisłe spódniczki, dyndające kolczyki i zbyt obfity makijaż. Przy drugim końcu warsztatu kucało dwóch chłopaków. Znałem ich tylko z widzenia, podobnie jak – do tego dnia – Normana. Jeden, rudawy blondyn, był obsypany pryszczami. Drugi miał na głowie plątaninę kręconych rudych włosów sterczących na dziewięć różnych stron. Wyglądali jak ofermy, ale miałem to gdzieś. Norman Irving też wyglądał jak oferma, a był najlepszym gitarzystą, jakiego słyszałem na żywo.

– I co? – spytał rudawy blondyn, Kenny Laughlin, jak się okazało.

– Lepszy niż Snuffy – powiedział Norman.

Ten o zwariowanych rudych włosach uśmiechnął się szeroko.

– Żadne osiągnięcie.

– Tak, ale kogoś wziąć musimy, inaczej w sobotę nie zagramy w Grange. – Wyjął paczkę kools i przechylił ku mnie. – Zajarasz?

– Nie palę – powiedziałem. Po czym, czując się idiotycznie, ale niezdolny się powstrzymać: – Przepraszam.

Norman puścił to mimo uszu i przypalił papierosa zapalniczką Zippo z wygrawerowanym z boku wężem.

– To Kenny Laughlin. Gra na basie. Ten rudzielec to Paul Bouchard. Bębny. Ten karakan to brat Conniego Mortona.

– Jamie – powiedziałem. Strasznie zależało mi na tym, żeby mnie polubili, przyjęli do swojej paczki, ale nie chciałem zaczynać tej znajomości, jakkolwiek miałaby się rozwinąć, jako tylko młodszy brat Gwiazdy Futbolu. – Jestem Jamie. – Wyciągnąłem dłoń.

Uścisnęli moją rękę tak słabo jak Norm. Od dnia, kiedy Norman Irving wziął mnie na przesłuchanie do sali muzycznej liceum w Gates Falls, występowałem z setkami muzyków i prawie wszyscy mieli ten sam uścisk śniętej ryby. Zupełnie jakby rockmani uważali, że muszą zachować wszystkie siły na granie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?