Walka z szatanem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Był to jednak wypadek pomyślniejszy niż drugi, gdy owi pielgrzymi trafiali powtórnie w szpony agentów mojżeszowego wyznania, którzy ich już raz sprzedali byli patronom. Handlarze potrzymawszy tę brać roboczą w jakimś tajnym składziku aż do chwili, gdy zupełnie z głodu, strachu, chorób i bezsenności „skruszała”, sprzedawali ją w inną stronę, innemu patronowi, za cenę tak niską, do pracy tak ciężkiej, że owa transakcja kończyła się znowu ucieczką do wiadomego Paryża. Był to czas, kiedy chłopów polskich, obdartych, brudnych, płaczących z rozpaczy, można było spotkać w zaułkach miasta albo widzieć ich w owej Czytelni, oczekujących na dalsze koleje losu, posilających się, a nawet śpiących pokotem.

Inną kategorię bywalców Czytelni stanowiły miejscowe franty, sławne „chodziki”. Skończywszy obłażenie ludzi mieszkających w Paryżu, ci gromadzili się tam, ażeby „czytać gazety”. Po to była ta czytelnia, żeby ludzie niezamożni mogli czytać polskie pisma, więc zarząd Czytelni nie mógł nikomu zabronić wstępu. Tymczasem owo „czytanie” polegało na piciu gorzałki, zajadaniu kiełbasy i dyskusjach o zawodowych i kolegialnych sprawach chodzikowskich.

Wśród tego świata, obcując z nim nieustannie, przez naturę swego posłannictwa i urzędu, krzątały się istoty jakby z innej przybyłe ziemi, jakby przez innego słońca promienie wyhodowane, jakby innym oddychające powietrzem. Wieczne katalogowanie ubogiej biblioteki, układanie pism na stołach, przecież z wiedzą, z tysiąca zaczerpniętą przykładów, że na tym porządnym ich rozpostarciu kłaść będą salceson, masło i stawiać piwo, a wśród zadrukowanych ideałów będą bełkotać o zawsze jednakim podejściu dla wyłudzenia jałmużny... Sprzątanie izby po ich birbantkach i wycieranie plwocin z podłogi... Łagodne oddziaływanie, nieustanna i metodyczna propaganda „ideału” słowem nietrafnym, nieumiejętnym, anielsko naiwnym, przykładem wstydzącym się swej doskonałości, skierowanym do cynicznych i przebiegłych drabów, do wesołej i drwiącej ze wszystkiego kompanii, która wszystko przeszła i obeszła, poznała wszerz i wzdłuż, przenicowała wszelkie „ideały”, uwidocznione we wszelkich partiach, a której ze wszystkiego została pewna resztka, metoda „naciągania”, zdrowa i jedynie interesująca drwina z łatwowierności głupców oraz pragnienie przeistoczenia wszystkiego na szynk i burdel... Działanie prawdziwie w próżni, beczka Danaid, popychana wytrwale, spokojnie, z odmówieniem sobie obiadu i poduszki pod głowę, bez jednego dnia wytchnienia, zawsze z tą samą ofiarnością przez błogosławione dusze polskie, kwiaty ojczyzny.

Ryszard Nienaski przypatrywał się owym procedurom spod oka i dosyć długo. Zawinąwszy się w płaszcz wysokiej obojętności odszedł w swe strony. – Co mnie i wam, niewiasty? – mówił wyniośle. – Znał przecie to wszystko, umiał na pamięć tych ludzi i te stosunki... Jednakie były wszędzie. Lecz zbieg wewnętrznych niezliczonych okoliczności zrządził inaczej. Pewnego dnia w gronie wielu osób czytał na Quai d’Orleans w dolnej sali Biblioteki, urządzonej po europejsku, znakomicie, stanowiącej funkcję nowoczesnego życia polskiego, gdy wszedł tam pewien człeczyna, żebrak, chodzik czy zgoła prawdziwy nędzarz. Zwrócił się o pomoc do urzędnika pełniącego swój obowiązek na katedrze czytelni. Wyłuszczał jakoweś dzieje, prawdziwe czyli zełgane, któż zgadnie? Biadał o głodowaniach, w każdym wypadku ohydnych, o wyrzucaniu z hotelików, o głodzie, braku zarobku, o noclegu pod mostem katedry. Urzędnik słuchał cierpliwie cytowania rozdziałów tej niedokończonej księgi pielgrzymstwa, lecz cóż mógł dać temu rodakowi: osobistą jałmużnę albo gazetę do czytania? Tamten prosił o pomoc, o jakiś adres, o wskazówkę, do kogo ma pójść, żeby mógł robotę otrzymać... Powiedziano mu w policji, że w tym oto miejscu siedzą jacyś Polacy...

Adres? A więc – adres taki, taki, taki...

Nienaski słuchał tego dialogu i przyszedł do przekonania, że udzielanie adresów jest to praktyczna wskazówka, że należy „chodzić” według zebranych wskazówek, dzwonić do drzwi rodaków i szukać owej pracy, czyli w praktyce centymów jałmużny. Domyślił się, że koniec końców ta droga prowadzi do drzwi tamtej drugiej, małej czytelni w ciemnej uliczce i że sprawa oddana zostanie w owe ręce kobiece, ścierające tam co dnia kurz i brud po czytelnikach.

Taka bezwładność wydała mu się czymś ohydnym i godnym pogardy. Naród dwudziestoczteromilionowy, liczący do trzydziestu tysięcy swych przedstawicieli w tymże Paryżu, w tym mieście, gdzie pod cieniem zachodniej cywilizacji wyhodowała się tragiczna polska myśl, wielka poezja i sztuka, nie może założyć dla swych dzieci biura stręczeń pracy? Gdy nikt tego nie broni, gdy to można wykonać, gdy tego poniekąd panowie tego państwa żądają? Nie mieć domu polskiego, ścierpieć tę ohydę, ażeby reprezentacją Polski pracującej, demokratycznej, dzisiejszej była ta nora na trzecim piętrze? Ryszard zawrzał i wielkim krokiem wyszedł z Biblioteki orleańskiej. Gmatwaniny sprzecznych wpływów, w których się zawsze wikłał, wśród których skakał, związany to z tej, to z owej strony swojej natury, jak to łatwo spostrzec z dotychczasowego opisu jego przygód, wschodnie niesprzeciwianie się złemu i zachodnia nadętość osobnicza, szarpnięte teraz mocnym ciosem, musiały go puścić. Została w nim ta zasada wewnętrzna, która, mimo zwierzchnich pozorów władztwa takiej lub innej maksymy, rządziła jego uczynkami, to jest – mocna dobroć.

Trudno tutaj będzie w krótkości przedstawić ogrom zabiegów, jakie wykonał, a nade wszystko zliczyć sumę kilometrów krokiem przemierzoną i przebytą w metro podziemnym. Zawieszona została na pewien przeciąg czasu architektura, badanie kościołów i pałaców, zwiedzanie Paryża. Zaniechana została obserwacja prądu wewnętrznej filozofii... Znowu wiece, sejmiki, przemowy, oddziaływania!... Przede wszystkim trzeba było wykonać czynność najprostszą: zwołać przedstawicieli instytucji gnieżdżących się w Czytelni do starej, jeśli nie jak świat, to na pewno jak wygnańcza bieda polska, „Cafe Procope” na rue Ancienne Comedie.

W tych niskich izbach, o których ściany obijały się, jak wieść niesie, piorunujące mowy Dantona, a na pewno debaty niezliczone wygnańczych stowarzyszeń polskich, okazało się, że Czytelnia składa się wprawdzie z wielu części, ale żadna z tych części nie ma ani grosza na płacenie lokalu i związane z nim wydatki. Okazało się także, iż rozmaite zgrupowania polskie: studenckie, robotnicze, naukowe, kulturalne, pedagogiczne (więcej zresztą nazwy niż zgrupowania), gnieżdżą się każde w swym lokalu (nieopłaconym) i za drogim na jego siły, że każde zakłada, oczywiście, swą własną bibliotekę i czytelnię, każde na swój dochód piłuje ludzi odczytami, które się nie opłacają, gdyż zyski pochłania koszt sali, każde dąży do swych wzniosłych i dalekich celów, nosem się podpierając i stale nie płacąc komornego. Ryszard Nienaski w mowie długiej i, trzeba mu to przyznać, nudnie zawiłej, proponował, czyby nie należało pomyśleć o scentralizowaniu wszystkich, a przynajmniej większości owych poczynań w jednym „polskim domu”. Tamby się w oddzielnych pokojach mogły mieścić wszelkie stowarzyszenia, a nawet partie, tamże, w owym domu, nienawidzić się i zwalczać, kopać pod sobą nawzajem doły, podobnie jak partie w gmachu każdego parlamentu, mając jednakże wspólną bibliotekę, czytelnię i salę odczytową. Marzył na jawie żądając, ażeby w owym domu była na dole sala gimnastyczna, sala dla zabaw i wykładów, z której korzystałyby dzieci polskie, francuziejące masowo i nieodwołalnie – na piętrze duża sala odczytowa, biblioteka, a wreszcie separatki stowarzyszeń...

W dyskusji okazało się, że przede wszystkim każde stowarzyszenie pielęgnuje w swym łonie jakiś „rozłam”, nieraz nawet zapuszcza sobie dwa rozłamy albo i więcej, że rozmaite stare grupy żyją, a raczej zieją nienawiściami, nie przewietrzanymi od dziesiątków lat, zaskorupiałymi zemstami, które częstokroć są jedyną racją i motywem ich egzystencji – że są w tym świecie skupienia zezłoszczone wzajem na się i trzymające się jeszcze jedynie na przekór i dla dokuczenia innym. Wszystko to Nienaski już wiedział i, mutatis mutandis, widział. To go nie zrażało. W replice znowu perorował o swoim wynalazku, który na gruncie paryskim, jak mu „replikowano”, już dziesiątki razy był podejmowany bez skutku, gdyż – i tak dalej.

Przystępowano doń ze strony miarodajnej z żądaniem, ażeby przedstawił ów „milion”, który jest na taką imprezę domu potrzebny, a wówczas można będzie o szczegółach i planie dyskutować. On odpowiadał z należną skromnością, że nie tylko nie posiada miliona, lecz niezbędnych na składkę udziałową stu franków nie jest pewien. Natomiast oświadczał, że posiada entuzjazm, bez którego nie podobna do tej sprawy przystępować. Śmiano się poczciwie i z umiarkowaną rubasznością z tej logiki, istotnie lekkomyślnej. Jednakże w sferze ludzi pracy i w umysłach kilku inteligentów te zapatrywania znalazły oddźwięk, a może zbudziły przymusowo i sztucznie uśpione myśli. Stało się, że kilka jednostek zawarło pewien rodzaj niepisanego paktu w celu forsowania idei „domu”. Z owych kilku – paru z biegiem czasu odpadło. Jak to zawsze bywa – zostały dwie, trzy osoby. Zaczęła się praca niewdzięczna i ciężka. Trzeba było szukać owego „miliona”, o który się dopominano. W towarzystwie współwyznawców tej samej myśli, znających Paryż i obdarzonych talentem dyplomatycznym, Ryszard począł wydeptywać schody zasłane dywanami, wysiadywać w poczekalniach milionowych, krociowych i dorabiających się rodaków – i perorować wobec słuchaczów „głuchych” albo, zaiste, na duchu „umarłych”.

Do czegóż to bowiem namawiał, dokąd znowu zawracał tych ludzi, którzy przylgnęli do nowoczesnego Paryża, do najwygodniejszego z siedlisk zbytku, do tego hotelu świata bogaczów, urządzonego najznakomiciej? Ich, którzy się najdowodniej przekonali, że Paryż, stolica państwa i rządu demokratycznego, przedmiotu pożądań rewolucjonistów tylu pokoleń, może być i stała się stolicą rządu takiego samego jak wszystkie inne – nawracał i namawiał do utworzenia reprezentacji „Polski”, fikcji poetów i marzycielów, o której w głębi siebie nie myśleli już nigdy, bo była dla ich rozumu, wyćwiczonego na przykładach nieskończenie doskonałych i wielorakich, sprawą na zawsze przepadła. Proponował przecie, ni mniej ni więcej, tylko zlepienie tego, co się już na piasek rozsypało, utworzenie w Paryżu społeczeństwa, zorganizowanie małego narodku polskiego z żywiołów rozpierzchłych i przylegających każdą drobiną do jednogatunkowej obcej drobiny. Chciało mu się ambasady wszystkiej polskości, widomej i czynnej instytucji życia, które w istocie było całkowite i wielorakie, jak we wszelkim społeczeństwie cywilizowanym, lecz już nie chciało mieć żadnej własnej funkcji. Jakże dla ludzi trzeźwych mógł wykwitnąć organ taki na ziemi cudzej, kiedy go nie było w ojczyźnie? Do czego miał się przyczepić wewnętrzną pępowiną ten płód marzycielskiej miłości? Patrzano nań okiem spokojnym, nieraz zaszklonym współczuciem, czasem – żałością, najczęściej chytrym a jakże wielekroć obłudnym i sobaczym, zaiste burżujskim! Pytano go, kto ów dom będzie tworzył, kto nim będzie rządził? Czy to będzie „czerwone”? Czy się stamtąd wypędzi „Żydów i socjalistów”?

 

Ryszard nie kłamał. Mówił otwarcie, że to nie może być inne, tylko czerwone. Zapewniał z duszy, że będzie polskie – to znaczy oparte na zasadach pisma, co tutaj, na tymże bruku dobrze złożone zostało o Polsce i dla niej – że będzie oparte na tym, co stąd dane zostało Polsce jako wielki oddech powietrza czystego – na Mickiewiczu. Trudno byłoby przytoczyć spory, wyłuszczyć zabiegi i wybiegi dyplomacji, finezje znajomości, charakterów, stosunków, okoliczności. Nie Ryszard, oczywiście, celował w tych dyplomatycznych misteriach, lecz jego towarzysze. Nie znał przecie stosunków, sympatyj i antypatyj, koligacyj i dawnych intryg, wygasłych sojuszów i kłótni, spraw i sprawek każdej z osób, które były nawiedzane. Sam czuł tylko, że oto samochcąc stał się chodzikiem na wielką stopę i że owi bogaci panowie nie inaczej jak na chodzika spoglądają nań wygłaszając takie lub inne aforyzmy, przychylnie lub odmownie zamykając kwestię. Większość bogaczów dawała jednak podpis na liście, odczepne szczątkowego sentymentu, kiedy dusza była już gdzie indziej, w innym społecznym organizmie. Niektórzy zgadzali się dać składkę, gdyż błyskała nadzieja asekuracji od najść drobnych, codziennych łazików. Inni wreszcie widzieli w tym projekcie nową organizację towarzystwa dobroczynności. Mieszkali w Paryżu, który pozwala zapomnieć o wszystkim nie wyjmując owej jamy smutku, „kraju”, zajezdnego miejsca, kędy nocują wszystkie niedole... Doroczny obchód, jakiś tam bal na jakiś tam cel, uroczyste posiedzenie poprzedzone nudną, stereotypową mową matadora, nieunikniona składka, która jest po prostu rubryką w liście kosztów pobytu.

Właściwie mówiąc, szczerze pomagał w całej tej sprawie jeden tylko człowiek, stary bogacz nazwiskiem Ogrodyniec, jak mówiono, milioner. Był to krewny Nienaskiego, nie znany mu i obcy. Pochodził z Litwy, a jak się okazało, był stryjecznym bratem babki Ryszarda. Przybywszy do Paryża za młodu, rzucił się w wir interesów, przedsiębiorstw, giełdy. Na obczyźnie spędził życie dorobiwszy się wielkich pieniędzy. Miał tu ogromne domy dochodowe, place nad morzem, jakoweś przedsiębiorstwa. Mieszkał w dzielnicy Passy, gdzie posiadał willę wspaniale urządzoną. Gdy Nienaski pierwszy raz tam zawitał, pan Ogrodyniec, rozgadawszy się o pochodzeniu i rodowodzie, ucieszył się bardzo. Grzecznie szastał przed swym młodym krewniakiem nogami jak dobrze wychowany kawaler dawnej daty i modły. Był to starzec bardzo już wiekowy. Jego łysina była żółta jak wyschnięta kość a twarz pomarszczona i ciemna. Siwe, srebrzyste włosy dookoła łysiny i na twarzy jeszcze bardziej podnosiły zgrzybiałość skóry. Ogrodyniec miał nos niegdyś przetrącony czy zepsuty, co jego twarzy nadawało cechę ponurości. Lecz oczy starca, patrzące spoza okularów, były żywe, przychylne, a nawet ładnego, bladoniebieskiego koloru. Ubrany był w jakoweś workowate, drogocenne, kortowe majtasy, które przydeptywał u dołu piętami, i w marynarkę tak wysiedzianą, że tworzyła w tyle komicznie zadarty kuperek. W kołnierz i krawat modnego kształtu chowała się jego pofałdowana szyja, pełna przegubów, żył i jakichś torb, jak u żółwia czy kondora. Ten to pan Ogrodyniec, niespodziewany „wujaszek”, cierpliwie i uważnie słuchał arcydługiego wywodu Ryszarda, łykał ślinę, kiwał głową... Po wykładzie zaczął szczegółowo rozpytywać się o wszystko, a wreszcie zapisał swe nazwisko z dosyć znaczną „kotyzacją” w rubryce. Odtąd przyjeżdżał pilnie i punktualnie na wszelkie zebrania, a nawet – o, dziwo! – wdrapał się któregoś dnia do izby Ryszarda oddając mu rewizytę.

Życzliwie również, choć bez czułości, traktował sprawę pewien inżynier na dorobku, karierowicz w wielkim stylu, nazwiskiem Czarnca – płacił składki, służył „radą i wskazówką...”

Po kilku miesiącach zabiegów zebrana została lista podpisów na składkę roczną, dającą kilkanaście tysięcy franków.

Trudno z tym było zacząć budowę owego „domu polskiego”, lecz założone zostały i statutowo opracowane za zgodą obopólną, publicznie przedyskutowaną i zdecydowaną, dwa stowarzyszenia: tak zwana „Jedność” i „Praca”.

„Jedność” składała się z ludzi zamożnych, ustosunkowanych i osiadłych. Miała się zajmować zbieraniem funduszów, które przelewane byłyby do kas instytucji pożytecznych, a przede wszystkim do „Pracy”. Przedstawiciele tych dwu instytucji nie znali się ze sobą i nie widywali, gdyż wspólnych posiedzeń nie mieli. Porozumienie między nimi dokonywało się za pośrednictwem delegatów ad hoc wybranych. „Jedność”, co do swego zabarwienia, była najzupełniej biała, burżuazyjna i reakcyjna. Jednakże członkowie jej zgadzali się dawać pieniądze do kasy „Pracy”, ogarniającej całość „bryndzy” polskiej a więc robotników, rzemieślników, emigrantów, wędrowców, biedaków, bezdomnych i, oczywiście, na przekór zamierzeniom a jednak przymusowo – owych „chodzików”.

„Praca” z natury rzeczy była najzupełniej „czerwona”. Na koszt „Jedności” wynajęty został dla „Pracy” lokal, w stosunku do dawnego wykwintny i luksusowo obszerny. Własną salę miała tutaj biblioteka, własną – czytelnia czasopism, osobną salę na posiedzenia otrzymały korporacje należące do tego instytutu. Nie wszystkie jeszcze cząstki polskości paryskiej mieściły się w tym „domu”, ale ich tam już zagnieździło się sporo. Już tutaj zewsząd przysyłano wszystkich rozbitków i owa „Praca” stała się centralnym punktem i organem życia demokracji paryskiej w tych czasach.

Co najważniejsza, zaczęła się tam w istocie forsowna i porządna robota. Każdy człowiek nieszczęśliwy czy wygnany, szukający zarobku i kawałka chleba w Paryżu, otrzymywał w razie zupełnej biedy bony na pobyt i pożywienie w świetnym hotelu ludowym francuskim, gdzie miał na noc doskonale czysty numer, a we wspólnych salach pożywienie, kąpiel, czytelnię i rozrywki. Gdy on tam przebywał, starano się znaleźć dlań zarobek. Tą sprawą zajął się dobrany zespół demokratycznej inteligencji i robotników osiadłych w Paryżu, znających dobrze jego stosunki w fabrykach, pracowniach, warsztatach i sklepach. Praca ta była pełniona bezpłatnie, kolejno, w sposób dyżurowy. Początkowo jej zakres obejmował robotników miejskich, z czasem ogarnął i wiejskich. Ideą tej pracy było wytępienie chodzikostwa i stręczycielstwa pokątnego (w zakresie pracy na roli) oraz dostarczenie każdemu Polakowi pracującemu roboty i opieki. Ażeby nie wpaść w jakikolwiek konflikt z interesami robotników francuskich i nie stać się przypadkowo rezerwoarem dostarczającym materiału „żółtych”, zarząd „Pracy” postanowił każdego swego członka, któremu roboty dostarczy, przeprowadzać przez odpowiednich zawodów syndykaty francuskie. Po upływie kilku miesięcy w lokalu „Pracy” umieszczone zostało jeszcze jedno stowarzyszenie, mające na celu zabezpieczenie losu robotników rolnych napływających do Francji. W ten sposób jakiś cień zamierzeń naszkicowany został na placu paryskim. Było to małe i mizerne, lecz, jak wierzono, stanowiło początek. Wierzono, że dawne instytucje emigranckie, które z nowoczesnym życiem zbyt mały mają kontakt, z natury rzeczy będą musiały fundusze swe, częstokroć bardzo znaczne a nawet wielkie, przelać do kasy „Jedności”, przez co zakres działania „Pracy” rozrósłby się do zamierzonych rozmiarów „Domu polskiego”.

Tymczasem wszystko inny wzięło obrót.

Stowarzyszenie „Jedność” w celu uzyskania funduszów, które by poważniej zasiliły jego kasę, wydrukowało odezwy do ogółu Polaków w Paryżu. Wobec tego że członkami tego stowarzyszenia byli ludzie w przeważnej większości, bogaci, niezbyt skwapliwie uczęszczający na zebrania i bynajmniej nie płonący do działań wszelakich – odezwy wydane pod firmą „Jedność” były echem mniemań jednostek redagujących. W enuncjacjach tych panował ton żebrzący o datki dla nędzarzy polskich. W celu, widocznie, skokietowania sfer rządzących francuskich i uzyskania poparcia z tej strony, przewijało się zapewnienie, że robotnicy przybywający z Polski do Francji nie wezmą udziału w życiu i walkach partii miejscowych i z dala trzymać się będą od wszelkich zamieszek. Co najgorsza, zjawiła się tam idiotyczna myśl zużycia robotników polskich do robót a nawet kolonizacji w Maroku.

Odezwy te, które ukazały się w druku, zanim „Jedność” mogła ich tekst oficjalnie zaakceptować, wywołały a raczej rozpętały burzę, dawno gotową do wybuchu. Albowiem stowarzyszenie „Praca” i jego spółka z „Jednością” źle były widziane w sferach „czerwonych”. Sfery te składały się z robotników, którzy już w Paryżu znaleźli porządny zarobek, wynoszący częstokroć kilkanaście franków dziennie, oraz z rozmaitych za-nos-wodzów partyjnych i różnych partyjnych magnifik na emeryturze. Po wyjeździe z kraju, żyjąc najczęściej z renty albo mając tęgie zarobkowe miejsca, ów sztab różnych partii nie posiadał armii, którą by mógł dowolnie rządzić. W ruchu robotniczym francuskim nie brał prawie zupełnie udziału, trudno tam bowiem było wybić się na miejsce naczelne. W sferze życia polskiego nie było fabrykantów Polaków, nie było tedy z kim walczyć. Aliści zjawiła się owa „Praca” i połączona z nią „Jedność”. Pokazał się tedy cień „burżuazji”... Przez szeregi lat owi sztabowcy partyjni spoglądali z najzupełniejszą obojętnością na przedzierzganie się emigrantów robotników w „chodzików”, na biura stręczycieli ciała robotniczego, na straszliwe nędze wędrowców polskich, na ich noclegi pod ławkami skwerów i pod mostami rzeki. Ci społecznicy nie uczynili ani jednego społecznego kroku w celu jakiegokolwiek zorganizowania życia nędzarzy polskich i ulżenia ich doli. Niemądre odezwy „Jedności” stały się punktem przyczepienia, gratką i motywem wyjścia ze stanu biernego.

Zwołany został wielki wiec, na który zeszli się wszyscy niemal robotnicy mieszkający w Paryżu i cały radykalny odłam inteligencji. Notoryczne chodziki, podszywając się pod miano i zawód robotników, wystąpiły z krytyką odezw „Jedności” i działań „Pracy”. Inteligencja zawodowa, która do „Jedności” przystąpiła i składkami swymi, nieraz znacznymi, byt jej podtrzymała, ochrzczona została ogólnym mianem burżuazji wyzyskującej robotników. Ktoś z kąta krzyczał, że „Jedność” okrada robotników. Ktoś inny zapytywał, jaki cel ma ta „Jedność” w udzielaniu funduszów na lokal i potrzeby „Pracy”, „bo skoro tych funduszów udziela, to cel w tym mieć musi”. Krytykowano w sposób zjadliwy, choć umotywowany i słuszny, braki i wady początkowych zarządzeń owej biednej „Pracy”. Jednakże te wystąpienia były tylko symptomatami istoty rzeczy. Istotą rzeczy było dążenie do zniweczenia całej inicjatywy „Pracy”. Po co jakieś polskie biuro tego rodzaju, kiedy są francuskie syndykaty? Wszyscy przybysze z Polski powinni przechodzić przez syndykaty francuskie – i sprawa jest załatwiona.

Pewien robotnik wystąpił z długą przemową, w której udowadniał, że on sam nie ma i nie uznaje ojczyzny. Wyszedłszy za granicę kraju nigdy nie zwracał się do „rodaków”, lecz zawsze do towarzyszów: Niemców, Francuzów – i doznawał pomocy. „Ojczyzna moja – mówił – jest tam, gdzie znajduję najlepszy zarobek”. Proletariusz – dowodził, najzupełniej zresztą zgodnie z istotą rzeczy – gdzieś się rodzi, gdzieś podrasta. Ale nie może tego miejsca, gdzie się urodził i wyrósł, polubić ani nazwać swoim, ojczystym, bo ledwie je polubił, już musi iść z miejsca na miejsce inne szukać zarobku. Nie można wyżyć miłością miejsca, trzeba jeść choć za grosz chleba i mieć odzienie na grzbiecie. Proletariusz wciąż szuka zarobku lepszego i poprawy swej nędznej doli. Przebywa tedy miasta, mija zbiorowiska fabryk, które dla niego warte są więcej lub mniej, zależnie od warunku, gdzie więcej albo mniej można zarobić. Przystaje tam tylko, gdzie nań czeka warsztat otwarty. Tam się tylko zatrzymuje, gdzie mu najlepiej. Tam też pracuje chętniej, żyje swobodniej i weselej, pojmuje dziewczynę i powołuje do życia dziecko. Bo nie ma przecie czasu dziecka hodować. Hoduje je bieda, ludzka łaska lub zepsucie, jakiś je rząd na żołnierza zabierze i o coś w dalekim kraju zabiją go obcy i niewiadomi ludzie. Tam to jest ojczyzna robotnika. Jeżeli w tym wałęsaniu się z miejsca na miejsce przebywa jakieś granice i inną jakąś gwarą witających go wyzyskiwaczów jego siły spotyka – cóż go to obchodzi? Patrzy na inne nieco obyczaje i to go jeno rozrywa coś niecoś w nudzie życia. Chodzi przecie tylko o to, gdzie i komu sprzedać swą siłę i owoc jej, swą pracę. Robotnik ten pytał się z ironią, cóż to jest owa „ojczyzna”? Co to jest, na przykład, ojczyzna francuska, którą się tutaj chlubią sfery bogate? Czy Bretończyk tak dalece rozumie południowca i wiele ma z nim wspólnego, kiedy dotąd ani pierwszy ani drugi po francusku nie umieją – i trzeba ich dopiero przymusem uczyć tego „ojczystego” języka? Czy zbytki i przepych paryskiego milionera mają być takim skarbem dla nędzarza proletariusza, ażeby miał za nie na wojnie poświęcać życie swoje albo życie swego syna – bić się na śmierć z kim? Z nędzarzem Niemcem lub z synem tego nędzarza? Każą proletariuszowi z fabryki, żeby bronił interesu właścicieli winnic albo pól, albo zamków, albo pałaców i kamienic, których ten człowiek nigdy na oczy nie widział. Rozkazują mu za swe interesy umierać jego wrogowie, wyzyskiwacze jego siły, grabieżcy jego zarobku. Każą mu walczyć, i z kimże to? Z towarzyszem zza niemieckiego kordonu, którego siły tak samo zostały wyżarte przez tamtejszych zdzierców...

 

Inny mówca znacznie już wyraźniej zwracał się przeciw samej idei „Pracy”. Twierdził, że biuro takie jest najzupełniej szkodliwe, ponieważ usiłuje podtrzymać kłamliwe dzieło, do którego urzeczywistnienia dąży demokracja nowoczesna, to jest jedność klas. Jest to właściwie instytucyjka na pozór demokratyczna, a w gruncie rzeczy dobroczynna, czysto polska, tkliwie opiekująca się biednymi rodakami. Tę opiekę postanowili rozciągnąć panowie z Passy, z bulwaru Hausmanna i innych nad ubogimi rodakami. Dlaczegóż to? Ażeby tymi rodakami rządzić według upodobania, a nawet, jeśli chęć przyjdzie, sprzedać ich rządowi francuskiemu do kolonizacji Maroka. Robotnicy – dowodził ten mówca – są jedyną klasą, która wskutek warunków swego życia i przez wewnętrzną intencję swych usiłowań chce świat odnowić z gruntu, na warunkach zgoła innych niż jego dzisiejsze, burżuazyjne podstawy. Robotnicy nie powinni znać nic innego, tylko te rzeczy własne: warsztat, zgrupowanie warsztatów czyli syndykat, federacje syndykatów, giełdy pracy i Confédération Générale du Travail. Te objawy i potęgi swej siły powinni znać jedynie robotnicy wszelkiej mowy, którzy na ziemi francuskiej pracują, a więc i polscy. Te objawy swej siły robotnicy tutejsi uruchomiają i organizują do rewolty przeciwko wszechwładzy patronatu burżuazji, która rozporządza się kapitałem i prawem do polityki. Czyż możliwą jest rzeczą, ażeby robotnicy polscy tutejsi nie stanęli ławą do współudziału? Wciąż wzbogacając funkcje tych swoich organizacji robotnicy wydzierają państwu jego prerogatywy. Przez strajki i propagandę strajku generalnego z godziny na godzinę wyszarpują kamienie z fundamentów gmachu kłamstwa.

A cóż to chce czynić rękoma robotników to jakieś polskie zrzeszenie, ta „Praca”? Każe robotnikom przyjmować jałmużnę z ręki tej burżuazji polskiej, co tu w Paryżu od dziesiątków i dziesiątków lat trwoni pieniądze rękoma pracowników wydobyte z ziemi polskiej, każe przyjmować bony z rąk panów jak w instytucji dobroczynnej, umieszcza ich w fabrykach i warsztatach nie z poręki odpowiedniego syndykatu, lecz przez stosunki fabrykanta z jakimś panem z jakiegoś polskiego biura. Któż zaręczy, że w razie strajku i w razie strajku generalnego ci robotnicy polscy dla uzyskania kawałka chleba nie dadzą się zużyć za narzędzie, nie staną ławą przeciwko robotnikom francuskim, nie powiększą armii łamistrajków? Przecież zapewnia odezwa „Jedności”, przemawiająca w imieniu robotników, że oni nie staną do walki o wspólne robotnicze cele. Nade wszystko jednak – powtarzał – ta „Praca” jest szkodliwa jako taka, jako instytucja oparta na fałszu nowoczesnej demokracji, na jedności klas. Stwarza się przez powołanie jej do życia fałsz społeczny, jakieś polskie „getto” pospólnę, nacjonalistyczne, kiedy robotnicy, którzy z ziemi polskiej przybyli na ziemię francuską, powinni przystać do odpowiednich syndykatów, powiększyć o swe piersi wypróbowane w walkach – armię walczącą proletariatu...

Grono kilku osób, inicjatorów „Pracy”, odpowiadało na te zarzuty i krytyki tłumacząc, że to stowarzyszenie założone zostało właśnie w tej myśli, ażeby zniweczyć i wysuszyć polskie „getto”, które, od dawien dawna przez nikogo nie poruszane ani niepokojone w swym gniciu, w Paryżu istnieje. Udowadniano, że jest zamierzeniem „Pracy”, ażeby wszyscy pracownicy polscy, którzy do Paryża i Francji w ogóle przybędą, przeszli przez jej księgi i zostali za jej pośrednictwem połączeni z francuską giełdą pracy i odpowiednimi syndykatami. Armia bowiem „żółtych” może się wytworzyć z żywiołu polskiego we Francji tylko w razie nieobecności takiego domu polskiego. Któż to ma skierować analfabetę polskiego, który nie włada językiem francuskim i nie zna tutejszych porządków, po jego przybyciu w granice tego kraju – do syndykatu? Czy to ma czynić urzędnik w Bibliotece orleańskiej, czy urzędnik w małej Czytelni, obadwaj zajęci umieszczaniem książek na półkach i w katalogach, a bynajmniej nie robotników w fabrykach i instytucjach? Na zarzut, że „Praca” podoba się magnaterii i burżuazji polskiej tylko dlatego, że chce krępować i wytępiać chodzików, odpowiadano pytaniem, czy nietykalność i prosperowanie chodzików tak są drogie dla krytyków „Pracy” – i z jakiej racji? Zapytywano również, czemu osoby, które tak doskonale widzą wady tej nowej instytucji, które tak nieomylnie wiedzą, co robić z pracownikami polskimi, nie zajęły się dotąd przyłączaniem ich do armii walczącego proletariatu francuskiego, najspokojniej cierpiały widok najpotworniejszego, najohydniejszego z handlów ludźmi i nie zajęły się nawet tym, żeby przy syndykatach francuskich utworzyć przynajmniej jakieś paralelki dla robotników polskich, gdzieby się ci ludzie mogli rozmówić i poinformować w zrozumiałym dla nich języku? Udowadniano przeciwnikom egzystencji „Pracy”, że syndykaty francuskie nie mogą częstokroć dostarczyć roboty swym własnym członkom tutejszym, czyli w skróceniu mówiąc, Francuzom. Pytano, do jakiego syndykatu przyłączyć robotników rolnych, kiedy we Francji syndykatów rolnych, po prawdzie, szczerze mówiąc, nie ma? Zapytywano wreszcie, gdzie podziać ludzi napływających wciąż z „ziemi polskiej”, którzy są niejako bezklasowi i bezsyndykatowi, na przykład lokajów, stangretów, kucharzów, biednych muzyków, pracowitych włóczęgów bez określonego zawodu a gotowych wszystko robić, zgoła obdartusów do wszystkiego, którzy by przecie jeszcze pracować mogli i nieraz chcieli szczerze, w których się jeszcze ludzka dusza plącze?...