Walka z szatanemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stefan Żeromski

Nawracanie Judasza

Warszawa 2013

Osobistość, której dnie i uczynki mają być w tym piśmie uwydatnione, a życiorys przytoczony, nosi imię Ryszard, nazwisko – Nienaski. Rodzina tych mianowicie Nienaskich (bo są, jakoby, i inni) pochodzi z Litwy, a rodowód swój wyprowadza, jak to zwykle w tamtych stronach bywa, z jakowychś giedyminowskich kniaziów. Skoro jednak Ryszard Nienaski nie zagłębiał się sam w owe giedyminowskie ostępy, oczerety i mroki – skoro nie wydobył stamtąd i nie przyczepił do swego nazwiska żadnego przydomka ani nazwy herbu (jak to znowu nagminnym sposobem praktykuje się w Koronie) – to nie ma powodu rozkopywania owego kurhanu zamierzchłej Nienaskich władzy a sławy. Inne natomiast tradycje rodzinne, znacznie bliższe, ale daleko mniej olśniewające, które nie pozostały bez wpływu na ukształtowanie się usposobień i temperamentu tego „bohatera”, muszą być tutaj wzięte pod uwagę.

Ryszard Nienaski nie widział nigdy na oczy dziada swego Mikołaja, dziedzica mitycznych Nienasyciszek – pól, lasów, pastwisk, błot, jezior – który onego czasu własnymi końmi rozstawnymi w świat „na Europę” jeżdżał, utrzymywał liczny dwór strzelców, dojeżdżaczów, leśnych, lokajów, kucharzów – konie, sfory psów, a przede dworem niedźwiedzie i wilki na łańcuchach.

Tenże dziad, gdy przyszła pora, po stracie całego majątku do ostatniego szeląga, ruszyłw brodiażce, na poły bosy, w wielką drogę, w odwrotną polską drogę, dzwoniąc żelazem z uśmiechem równie jak dawniej wyniosłym, zarabiać na kawałek nędznego chleba dla wyżywienia rodziny, już to jako cieśla, już jako bednarz, w potrzebie mularz lub dźwigacz ciężarów. Z uśmiechem w „światłych”, giedyminowskich oczach, z pogodą na starym obliczu, wytrwał aż do ostatniej chwili wierząc, że „taki – przyjdzie czas”...

Rzucamy tu, oczywista, najogólniejszą kresę tego życia, nie wdając się bynajmniej w szczegóły. Notujemy tylko to, co z całego człowieka zostało w zamierzchłej klechdzie domowej, w gorzkim szepcie ponocnym, w pobieżnym wersecie o cierpieniu panów, co brodiażką i żelazem odkupili grzech rodowy i jaśni jako aniołowie stanęli twarzami ku przyszłości.

Ojca swego, Aleksandra, Ryszard Nienaski pamiętał doskonale, choć go niewiele zaznał. Ten to Aleksander był głównym sprawcą ruiny i kary całego rodu. Odpokutował. – Stanął na drewnianym podniesieniu i wyciągnął już był głowę, ażeby zobaczyć, jaki jest i jak się przedstawia świat poprzez nowoczesny okular polski. Na szczęście, dawne rozległe stosunki i pokrewieństwa – stare, na poły wygasłe moce miłości i przyjaźni odwróciły i cofnęły tę głowę ku tej stronie świata. Poszedł, równie jak ojciec, podzwaniać w uszach barbarzyńców żelazem na wielkim gościńcu odkupienia.

Po upływie ośmiu lat cofnięty został z wygnania i otrzymał zezwolenie na pobyt najprzód w granicach Cesarstwa, później – nawet w Warszawie.

Początkowo obywał się niemal bez odzienia i zupełnie bez mieszkania. Ażeby uniknąć noclegu pod ławką ulicy, sypiał w pracowni współpowietników-Litwinów, malarzy – czyli, po prawdzie, na rozległym strychu „z górnym oświetleniem”.

Ten przestwór miał w rzeczy samej niejakie światło, padające poprzez brudne szyby i zadymione śniegi, lecz nie był opalany, więc pan Oleś Nienaski musiał się rozgrzewać, jak umiał. Przyzwyczajony do mrozów nie lada jakich, zawijał się szczelnie w draperie, w strzępy delii hetmańskich, w łachmany kontuszów i ornatów, w różne stylowe firanki, niezbędne (podówczas) do produkowania dzieł sztuki, nakrywał się starymi kiczami i z jakimś regimentarskim, generalskim, tureckim czy ekonomskim siodłem pod głową spał jak zabity. Gdy artyści ze swych legowisk nadciągali do wspólnego miejsca twórczości, długo nieraz i hałaśliwie musieli kołatać, nim pan Oleś zdecydował się na wybrnięcie z ornamentów przeszłej potęgi i drzwi otworzył.

Witał ich wtedy okrzykiem radośniejszym niż promień słońca, i śmiechem trzaskającym jak mróz siarczysty.

– A co, braciaszkowie, zaspawszy?... Jakie słońce, co za poranek! Jakże piękne jest życie, ach, jak wesołe! I jak dobrze zrobili tamci, voyons, wtedy, że nie powiesili – a? Szczerze wam mówię... Ot, ja w Warszawce, ot, ja między wami – i jeszcze taki poranek!

Łatwiej jednak było podówczas w „Warszawce” o uczucie bezprzedmiotowej radości z racji pobytu w obrębie jej rogatek niż o znalezienie na tejże przestrzeni choćby najmniejszej kromeczki chleba.

Gdyby nie współrodacy, zamazujący płótna podobiznami jarmarków, chłopów, koni i krów – jasny zawsze pan Oleś radując się weselem wielkim, że oto godziny jego żywota upływają pod przyćmionym ojczystym niebem, nie byłby może zbyt wiele przeciągnął dni owej radości. Z czasem trafiło się jednak i zajęcie w żydowskim banczku, niewielkie, „za rubli w miesiąc asygnacyjnych czterdzieście” – ale stałe. Pan Aleksander mógł wychynąć, powiedzmy, z łachmanów, odziać się po ludzku, zamieszkać. Wnet począł uczęszczać na colloquia, odbywające się to tu, to tam, u byłych współwędrowców. Te agapy, zaiste wzniosłe w swej prostocie i skromności, zgromadzały ludzi doświadczonych, miarą ognia do cna cielesności i miarą lodu do rdzenia uczuć przez los spróbowanych. Spotykał się tam z postaciami twardymi i mocnymi, w których duchowości słowo nie miało wagi żadnej, uczucie zamieniło się w świadomość, a świadomość stała się jedynie umysłem. Byli to ludzie upartego i krótkiego zdania, zwartej i skończenie ostrożnej formuły, przebiegli, częstokroć doskonale mądrzy. Niektórzy z nich taili jeszcze w sobie, jako najgłębszy sekret, wulkan niewidzialny, zasypany zewnętrzną magmą – większość była na wskroś, na żużel, na kamień wystygła. Wśród nich przesuwał się żwawy „pan Oleś” Nienaski, szanowany i bardzo lubiany przez wszystkich. Ponieważ był najmłodszy i żywy jeszcze wśród nagrobków tego cmentarza, trafił wkrótce oczyma na żywe oczy pewnej panny Cecylii. Romans, krótkotrwałe „konkury”, ślubny kobierzec, po roku syn, właśnie Ryszard. Takie imię nadano mu na życzenie nie tylko ojca, lecz i tamtych starych – jako pamiątkę, a może zwiastowanie, siłacza Lwie Serce.

– Lwie Serce, jako to jest może ten, co exoriare nostris ex ossibus... – i tak dalej.

Przyszły ultor był wesoły i pogodny, jak cały ród owych ci-devant kniaziów Nienaskich. Ani trochę nie martwiła go bieda, stale kwicząca w izdebkach ojczystych. Przeciwnie – wywierał takie wrażenie, jakby go cieszyła, równie bez miary jak wszystko, co tylko było na świecie. Coś niecoś z tego, co stanowiło istotę duszy tego rodu – treść najistotniejsza, główna zawartość wieści domowej – spadło, jak już było zaznaczone, i na tego Rysia. Widać to było czasu jego pobytu w szkołach, już wtedy, gdy pan Aleksander, tak powszechnie szanowany, zaorując się w robotach biurowych, nocnych, poobiednich, porankowych – wyczerpał wraz z weselem i jego źródło – zdrowie cielesne. Odszedł – wytworny, piękny, niepoziomy i niepowszedni, choć na tak niski szczebel drabiny z wysokiego stanowiska strąciła go twarda dola.

Na pogrzebie jego dużo było ludzi świadomych, dużo mglisto czujących, i niemało szczerych łez. Nim spuszczono trumnę w głąb tej ziemi, powiedziane było pod wieloma osłonami, należycie sedno rzeczy kryjącymi, o pomoście drewnianym i o pracach „w dalekich stronach”, o czystości sumienia, o nieskazitelności życia, o jasności oczu, w których się, widać, spojrzenie Boga ongi zatrzymało. Osłony i przenośnie tak dobrze zakryły istotę samych faktów, że nawet rodak stojący w pierwszym szeregu słuchaczów ze łzą w oku i notujący poprzez tę łzę każde słowo dla wiadomego użytku, poprzekręcał subtelne metafory i sens relacji spaczył. Skończył się wspaniały pogrzeb, świadectwo niezbite, dowód oczywisty, że umie się w Polsce przynajmniej jedno: grzebać tęgich ludzi.

Pana Olesiowa wdowa oraz dzieci – Ryszard i mała trzylatek-córeczka – zostali sam na sam i oko w oko z ciężką swą dolą. Pomagano, jak to mówią, czym kto mógł. Wdowa udzielała lekcji muzyki. Wkrótce zmarła, jej córeczka Zosia na jedne z chorób ubóstwa, grasującą po ubogich mieszkaniach. We dwa lata potem i sama wdowa osierociła jedynaka. Na szczęście dawał sobie już wtedy radę. Był w siódmej klasie gimnazjalnej.

Pozostawiony najzupełniej samemu sobie, spotkał się z olbrzymimi, nieogarnionymi zjawiskami – z życiem i światem. Obadwa te fenomeny witał tryumfującym wejrzeniem młodzieńczych oczu. Nie obawiał się ich wcale, gdyż miał w sobie głęboką niewiadomość o sile walki, a nadto – coś rozleglejszego niż świat i bardziej wezbranego od potęgi niż samo życie. Utrzymywał się z korepetycyj, a każda lekcja to było księstwo nowe, pełne nie tyle tajemnic, ile najweselszych i coraz nowszych „kawałów”. Zaledwie obejrzało się jeden, aliści nasuwał się drugi, jeszcze bardziej interesujący i stokroć ciekawszy. Każdy taki człon świata i zakres życia była to miara mniej lub więcej pełna facecyj, kpiarstw albo ślepego wesela, ukrytego pod nudnymi smutkami. Ta miazga świata była w magiczny sposób zrośnięta z wewnętrzną wesołością duszy. Na świecie i w życiu było coś jednolitego z wnętrzem duchowym i tylko przypadek tę jednogatunkową materię sztucznie rozdzielił. Dość było spojrzeć, wbić się w głąb rzeczy myślami, roześmiać się na cały głos, żeby tam kędyś odezwało się to własne, rodzone, dzwonne, miłe, swoje echo!

Gdy Ryś Nienaski z jednego krańca Warszawy na wyślizganych podeszwach niby na nartach gnał w drugi koniec, jak drwili przyjaciele, z potęgą sześćdziesięciu Nienaskich parowych – jakże to czarownie uśmiechały się doń kwitnące czereśnie, gdy je w przelocie mijał, przechylone zza parkanu Powiśla! Ubogie i czcze pisarskie słowo nie jest w stanie wyrazić tego uśmiechu. A jakaż ludzka sztuka zdoła przypomnieć owoczesną, dla tegoż pana Rysia istniejącą barwę nieba nad błękitem odległych lasów – kolor zakrętów Wisły?... Wiosenne noce były wówczas pachnące. Światło księżyca, przesłonięte głuchymi obłokami, odbierało sen, ciągnęło z domu pomiędzy drzewa. Wilgoć deszczu rzeźwiła przygasłą siłę mocniej niż pokarm. Świst wiatru był głosem milszym niż muzyka dla stęsknionego słuchu. Na tęgim mrozie było ciepło od chyżego chodu, gdyż po to był przyjaciel, siarczysty mróz, żeby pobudzać do biegu. Zapach kwiatów posiadał moc tworzenia z niczego marzeń subtelnych, niepotrzebnych, błędnych, które przecie bardziej były przydatne dla zdrowia duszy niż buty dla ciała. Stopy tęskniły do ciepłego piasku i do błotnistych wybrzeży stawów – ramiona do objęć zimnej, głębokiej i wieczyście młodej wody rzecznej. Niektóre drzewa w Ujazdowskich Alejach Ryś Nienaski znał i kochał, nie tylko jak najmilszych powierników, lecz jakby zagmatwane wyrazy i niejasne formy samego siebie. Te miłował za kształt, który był niejako figurą pewnych gwałtownych uniesień i burzliwych przeżyć – inne za woń wiosenną, co na jego nozdrza zdawała się z lubością czekać i życzliwie czyhać w noce ciemne, parne, niemymi błyskawicami w dalekości porozdzierane i wzruszone do głębi.

 

W tymże czasie młodzieniec ten począł ssać miody z marksowskiego badyla. Sekretne czytanie „czerwonych broszurek”, zarówno nocami na stancji jak pod ławką w czasie wykładu, ogarnęło go jak epidemiczna choroba, której już uległa znaczna liczba jego kolegów. Lecz kiedy inni czytali dla mody, ze stadowego nałogu, przez próżność albo ambicję, Nienaski począł w tych świstkach i zeszytach odnajdywać swoją własną duszę, odkrywać swą istotę, która nie znana mu spała aż dotąd. Należy to powiedzieć na jego pochwałą, że nowe dogmaty ekonomiczne nie uczyniły zeń drewna ani partyjnego koczkodana, lecz że w nim właśnie dobro odnalazły i wykryły.

Dla większości jego kolegów prawdy i paradoksy broszurkowe były nową dziedziną poznania albo komunałami niezbędnymi do rozpraw flirciarskich z pannami, środkiem wybicia się na wierzch – jego, bodaj jedynego z całej grupy, te argumenty moralnie zahaczyły. Co inni czytali z wierzchu, od strony wyrazów albo sylogizmów, on ujrzał od środka, od samego uczuciowego wnętrza. Dawne domowe powieści, cierpienia, ujęte w słowa krótkie, zgasłe, pyłem biegu życia przysute, nagle zadrżały, ożyły i zrosły się z nowymi myślami. Ciesielski i bednarski żywot dziada, niegdyś magnata, dzieło i pracowite wytrwanie ojca, samotna troska matki – wszystko to znalazło swe wytłumaczenie – i wszechlekarstwo. Nikt tego, co Ryś mówił na rozmaitych zbiegowiskach koleżeńskich, nie mógł zrozumieć, gdyż to, co mówił, było nieudolnym bełkotem niemowy o najistotniejszej wiedzy wewnętrznej. Toteż nie w słowach wylewało się zrozumienie tych rzeczy, lecz w czynach. Ryś nie był ani mówcą, ani pisarzem. Jeżeli zbudował jakieś wypracowanie na umówioną godzinę zebrania, było to ukute, wymęczone, skompilowane i niezdarne. Nadto do wywodów pościąganych ze źródeł doczepiał zawsze coś swego, co pasowało jak osioł do karocy. Podobnie było z improwizowanymi mowami a nawet w dysputach. Toteż po upływie pewnego czasu Nienaski począł działać raczej niż pisać.

Wszystkie te przeżycia miały swe przyczyny w końskim zaiste zdrowiu. „Rysiek” nigdy nie chorował. Przez cały ciąg pobytu w gimnazjum nie zapadł nawet na katar. Nie opuścił też ani jednej lekcji z powodu niezdrowia. Dwie kilkodniowe noty w dzienniku świadczące o nieobecności w szkole wynikły wskutek zgonu ojca – później matki. Ryś źle jadał i bardzo niewygodne miał posłanie. Ale im mniej jadł, tym większy, oczywiście, miał apetyt, a nędza siennika i kołdry wpływała na coraz tęższy sen i coraz czerstwiejsze zdrowie.

Bieda nie zdzierała go wcale, lecz raczej szła na dobre. Gdy w podeszwach butów powycierały się najbardziej prawidłowe elipsoidy, a doskonale okrągłe kule śniegowe podczas korepetycyjnych przemarszów wbijały się pomiędzy dwie warstwy rzemienia – nie mając czasu na ekstyrpację tych intruzów szedł nad poziomem, jakby na gwoździach wyniosłości. Siedział na lekcji w mokrych skarpetkach, lecz szkody na zdrowiu nie ponosił. Zawsze w rozpiętej szyneli, karygodnie powiewając połami munduru, z oczyma błyszczącymi jak gwiazdy, z uśmiechem na wargach i rumieńcem na policzku obnosił w tłumie miasta radosne świadectwo swej siły. Już na parę lat przed wystąpieniem Ryszarda na arenie, gdzie się ścierały gimnazjalne „światopoglądy” i „przekonania” – istniało w Warszawie pewnego rodzaju towarzystwo, a raczej spisek, którego jednym z najgłówniejszych zadań było urabianie młodzieży kończącej studia szkolne. Założycielem, a przynajmniej jednym z głównych inicjatorów tej społeczności był, powiedzmy, pewien młody lekarz. Nazywał się Bronisław Ustański, w skróceniu od początkowych liter imienia i nazwiska powszechnie zwany Brusem. Był to człowiek o dużej kulturze i niezwykłym bogactwie intelektu. Pracował usilnie w swym zawodzie nie tylko dla zarobku, lecz i naukowo – a nadto często wyjeżdżał do Anglii, Francji, Niemiec, Szwajcarii i Szwecji, ażeby brać udział w kongresach pedagogicznych. Zawiązywał stosunki z ludźmi i instytucjami, badał postępy w dziedzinie samokształcenia i pedagogiki, uczył się sam i przywoził do ciemnej „Warszawki” istne zarodzie pomysłów i czynów. Do społeczności wtajemniczonych należeli chłopcy zdolni i szlachetni, których łączyła przyjaźń wzajemna. Oprócz tego głównego węzła spajała ich w jedno idea walki z rozpustą, łajdaczeniem się, onanizmem, piciem alkoholu, paleniem tytoniu, karciarstwem, próżniactwem, czytaniem i oglądaniem pornografii. Wspólna podnieta zapalała ich do pracy w kierunku intensywnego pomagania sobie i naokół w zdobywaniu wiedzy. Ci młodzi ludzie z najrozmaitszych szkół, nawet z ławy uniwersyteckiej i spoza szkoły, mieli kilka zaledwie wspólnych myśli czy haseł: Czcić człowieka przytłoczonego niedolą – wrogów przeistaczać na apostołów swej wiary – badać i wytrzebiać złe w sobie samych – nie prześladować – nie potępiać – nie nienawidzić – i tym podobne. Jedni ze stowarzyszonych byli skrajnie radykalni, inni umiarkowani, jedni religijni, inni wolnomyślni, ci wykwintni a tamci prości w obejściu i życiu. Całość była poniekąd zawiązkiem, logarytmem, polskim cieniem a zarazem potrzebą, przeczuciem – skauta.

W mieszkaniu młodego lekarza „Brusa” był pokoik poza gabinetem przyjęć, tak zwana rozmównica. Ilekroć Brus był w domu, zawsze tam ktoś z młodych na niego w rozmównicy czekał. Lekarz znikał na chwilę i wówczas słychać było szepty, spory, dysputy, przekonywanie, narady i tyrady. Młodzi spiskowcy odnajdywali zdolnych chłopców po norach stróżowskich i robotniczych poddaszach, dawali bezpłatne lekcje biedakom, brali z kałuży jednostki zepsute i szerzyli swe sieci aż na gimnazja prowincjonalne. Nienaski trafił przypadkowo na tę młodocianą organizację, kilkakroć był na posiedzeniu w rozmównicy doktorskiej i wtedy dopiero znalazł się we właściwym żywiole. Mało upłynęło czasu, aliści wyszedł niemal na herszta całej imprezy.

Jaki był jego stosunek do tej sprawy, najlepiej wytłumaczy przykład. Pewien inżynier, znajomy doktora Brusa, jechał kolejką podmiejską i z nudów począł rozmawiać z chałatowym wyrostkiem, siedzącym naprzeciwko. Żydek jechał do cudotwórcy, rabina w Kalwarii. Inżynier rozpytywał go o rozmaite szczegóły tyczące się wielkiego cadyka i dowiedział się od swego przypadkowego towarzysza drogi, że ten gorąco pragnie uczyć się rozmaitych mądrości, że nawet w tym celu jedzie po wskazówki i rady do wielkiego rabina. Ale uczyć się nie ma za co, bo rodzice jego są to biedacy, straganiarze za Żelazną Bramą. Od słowa do słowa zwierzenia zeszły na taki poziom, że inżynier wypisał na swym bilecie adres doktora Ustańskiego i polecił aspirantowi udać się do rozmównicy. Ów żydek, Hersz Pipeles, poszedł w kilka dni później i zadzwonił pod wskazanym adresem. Przyjęto go tam, jak każdego innego, przychylnie i dobrotliwie. Gdy wyłuszczył swoje marzenia, że chciałby zostać doktorem albo inżynierem, uśmiechano się, gdyż Herszek liczył już sobie pod dziewiętnaście wiosen, a niewiele umiał. Jednakże nie odtrącono go bezwzględnie. Kilku ze stowarzyszenia podjęło się uczyć tego „Pipka”. Jeden wykładał mu język polski, inny arytmetykę, ten geometrię, a tamten języki.

Między innymi Ryszard podjął się nauczania matematyki tego aspiranta do wysokich godności. Nauka poszła dość gładko i w przyspieszonym tempie, gdyż uczeń forsownie pracował. Nadto wytworzyło się oryginalne współżycie i niejako przyjaźń między takimi dwiema postaciami jak Nienaski i Pipeles. Mówili do siebie „ty” – i nie mięli dla siebie tajemnic. Hersz wyznawał Ryszardowi wszystko, gdyż tego wymagała reguła i w ten tylko sposób ostatni mógł jedynie pojąć nowego przyjaciela oraz niejako prześwietlić wszystkim, co miał w sobie uznanego za dobre i godne „apostolstwa”. Ale nie była to sprawa łatwa. Pipek miał naturę twardą jak krzemień, nieustępliwą i nieufną. Mówił prawdę, ale tylko dlatego, że owej prawdy wymagał interes. Nie rozumiał tych wszystkich ludzi, z którymi los go zetknął, i nie mógł ze siebie wydobyć wiary w ich szczerość.

Głupstwem – po prostu głupstwem – wydawało mu się być ich bezpłatne poświęcenie jednych dla drugich, nauczanie dla nauki, szerzenie ideałów, w szczególności zaś dążność upowszechnienia oświaty. Sam uczył się u tych komicznych poczciwców, ponieważ czynili to bardzo dobrze, skwapliwie i tanio. Nie chciał brać od nich za darmo pracy. Wypłacał się za nią czym mógł, śmiesznie małymi sumkami, które dostawał od rodziców i krewnych – ale koniecznie składał co miesiąc owo mikroskopijne wynagrodzenie. Pobierano je, żeby go nie zrażać (z przeznaczeniem na cele ogólne). Nie przemawiały do Pipelesa ideały Ryszarda i jego kolegów. Pozostał sobą, twardym chałatowym chasydem, religiantem. Gdy się zjawiał w izdebce Nienaskiego, a ten poczęstował go, przypuśćmy, pomarańczą, Hersz przyjmował poczęstunek, ponieważ mógł był spożyć koszerną zawartość po obłupaniu zewnętrznej skóry owocu. Nakładał czapkę i, odwrócony twarzą do kąta, zajadał. Wielokrotnie usiłował przekonać swego mentora, że rozśmieszająca go do żywego pasja spiskowców do powszechności oświaty powinnaby się zamienić na dobrze prosperujący interes, który właśnie należałoby dla dobra niewielu jednostek zacieśnić i mocno ograniczyć. Ponieważ jednak to wywoływało tylko długie, namiętne i nużące go wywody, poprzestawał na biegu rzeczy, jaki zastał, gdyż sam bardzo dobrze na tym wychodził. Pozwalał przyjaciołom trwać w nieszkodliwym dlań i zabawnym błędzie. Nienaski zapoznał się z rodzicami Herszka i zawiązał z nimi przyjacielski stosunek.

Idee otrzymane, wyczytane z książek i zaczerpnięte wśród dysput u doktora Brusa stały się rodzajem wewnętrznego światła, ni to owe latarnie pewnych rodzajów stworzeń w ciemnościach dna oceanu. Ryś nosił je po plugawych zaułkach oświetlając sobie nimi najczarniejsze nory życia. W miarę tych wędrówek natura jego stawała się coraz bardziej ciekawą świata i łakomą poznania natury ludzkiej. Weseliło go to do głębi duszy, gdy mógł kłaść się niejako przed ludźmi, rozpętywać przez swe poświęcenie dobre instynkty swoje i cudze, doszukiwać się w sobie i bliźnich istoty najgłębszej, poznawać nie zewnętrzne, ordynarne, mocne bydlę, lecz słabego wewnętrznego anioła. Wszystkie te młodociane piękności i wiry dusz nazywały się technicznie „nawracaniem Judasza”.

Wszystko to jednakowoż trwało zbyt długo. Spisek miał czas na to, żeby wyhodować swego własnego Devadattęi Znalazł się taki wśród pupilów doktora Brusa, wynaleziony w jakiejś suterynie, cierpliwie i pracowicie odchuchany z nędzy i skostnienia, odhodowany na sercu, nauczony niejednej mądrości i przygarnięty do tajemnic.

Około Wielkiejnocy ostatniego roku pobytu Ryszarda w gimnazjum odbył się zjazd kilkunastu delegatów wszystkich ognisk z gimnazjów prowincjonalnych. Delegaci zjechali się z zachowaniem wszelkich ostrożności, zgromadzili się już nie w ciasnej rozmównicy, lecz w salonie doktora – zostali, oczywiście, wydani przez Devadattę komu należy, jak to mówią, nakryci. Doktora Brusa, Nienaskiego i kilku starszych prowodyrów poproszono, żeby troszeczkę posiedzieli dla odpoczynku po bieganinie w dziewictwie pól ideału. Odpoczynek trwał dosyć długo. Ryszard z poprawną wytrzymałością spełnił, co do niego należało: milczał, zaprzeczał jak się patrzy, brał na siebie – i tak dalej. Gdy wyszedł na świat, dowiedział się, że z matury nic nie będzie, że zamiast niej musi się zadowolnić czymś znacznie skromniejszym, a mianowicie tak zwanym „wilczym biletem”.

Nie stracił poczciwiec rezonu. Przeciwnie, jeszcze więcej obserwacji zmieściło się pod jego zwichrzoną czupryną. Stał się teraz czymś, figurą, niemal symbolem. Kiedy koledzy wymawiali teraz słowo „Nienaski”, to już coś specjalnego oznaczało. Mówiono to szeptem, z cicha, nieraz z namaszczeniem, a zawsze z szacunkiem. Coś jak gdyby sława – czcza zresztą jak każda inna oświetliła i zapachem kadzidła owionęła tego wypędka. Zajmowali się nim już nie tylko związkowcy i przyjaciele. Na agapach starych peregrynantów mówiono o nim jako o „dobrej krwi”. Ale kiwano głowami, marszczono groźnie czoła i pocierano łysiny na wspomnienie tych przewrotności, które on nie tylko wyznawał, lecz z nagannym zuchwalstwem głosił wobec starych cierpiętników oraz z honorem reprezentował wobec tych, co za takie reprezentacje „nie gładzą po czuprynie”. Ten i ów z ojców zgrzytnął nawet podczas zebrania, gdy Ryszard był wezwany dla wyjaśnień o stanie rzeczy. Ktoś wspomniał mu dziada i ojca, a najgorętszy zagroził, że ojciec w grobie się może przewraca, jeśli słyszy, co to on gada o tym „proletariacie”, o „klasach społecznych” i o jakiejś „walce klas”. Gdzie tu są jakie „klasy”, kto tu gdzie dostrzeże ich „walkę”, gdzie tu jest „proletariat”? Są to wymysły pruskie, podszczuwanie agentów itd. Ryś w odpowiedzi perorował, perorował aż do wystrzępienia języka, bezładnie, chaotycznie, a nade wszystko z uniesieniem zaciemniającym rzecz do reszty. Staruszkowie martwili się do żywego tym, co słyszeli z ust tego chłopca, lecz zdecydowali pomiędzy sobą, ze tak czy owak należy mu przyjść z pomocą. Przede wszystkim uradzili, że trzeba go wysłać w głąb Cesarstwa, gdzie „wilczy bilet” tracił na sile – dopomóc, żeby tam zdał egzamin jako prywatysta i pchał się na jakiś tamtejszy uniwersytet. Taka bowiem panowała podówczas metoda przeciwdziałania „nowinkom”: nie za granicę, nie do Krakowa lub Lwowa, lecz w głąb Cesarstwa. Zebrano nawet niejaką sumkę, odgrzebano stosunki z pewnym poczciwcem, dyrektorem gimnazjum – i Ryś puścił się w daleką drogę. Po roku uzyskał maturę i wstąpił w Moskwie na wydział medyczny.

 

W tym czasie kołatał się po różnych Ufach, Samarach i Tułach, żył nędznie i doznał wielu przykrości życiowych. Był sam. Nie rozmawiał. Nie znaczy to wcale, żeby w nim dawne impulsy stępiały. Przeciwnie! W tych dalekich światach żył po dawnemu, tylko dusza jego poszła w głąb, w dalekie podglebne korzenie. Jeszcze szerzej roztwierał oczy i jeszcze ciekawiej wpatrywał się w bytowanie nieznanego ludzkiego ogromu. Z kimże się to teraz nie stykał ten badacz świata! Los zdarzył, że w jednej kamienicy zamieszkał obok dziadowiny „starokniżnika”, który go wtajemniczył w najgłębsze sekrety swej wiary. Głęboka i ścisła przyjaźń zawarta z owym sekciarzem dała Ryszardowi możność poznania prastarych druków i przejrzenia podstawowych zasad gmatwaniny tego wierzenia. Główna istota mniemań tych była następująca:

– Bóg stworzył świat. Wszystko, co jest, dobre i złe, jest od Boga. Poprawianie złego przez człowieka jest błędem, wynikającym z podszeptów „Satany”. Owa Satana przebywa w Azji. Zjawiła się po stworzeniu świata i zrodziła syna Antychrysta. Ona to wykopała kopytem spod ziemi herbatę, kawę i „tawun” (tytoń). Żółci Japończycy i Chińczycy, siedzący w kraju herbaty, są podwładnymi Satany. Jedynym środkiem walki z szatanem jest wytwarzanie męczenników. Istota zbawienia polega na męczeństwie. Ludzie zbawieni przez swe zasługi sprawiają, że świat jeszcze istnieje, gdyż powinien już był zginąć w roku tysiącznym po Chrystusie. Męczennicy tworzą wieńce. Każdy listek ich wieńca o jeden dzień przedłuża istnienie świata. Ażeby przedłużyć istnienie świata, z miłości dla niego prawdziwi chrześcijanie, czyli „starokniżniki”, chętnie podejmują śmierć, dają się setkami zakopywać w ziemię przez swych współwyznawców. Lecz grzechy ludzkie zbyt są wielkie i koniec świata jest nieunikniony. Tylko nieskończona miłość i bezgraniczna ofiara odkłada go z dnia na dzień.

Choroba jest doświadczaniem człowieka przez Boga. Wszelkie leczenie chorób, cała medycyna i higiena – są to podszepty szatana, ażeby człowieka z drogi bożej odwrócić. (Syn owego starca, chłopiec dziewięcioletni, zachorował na oczy. Nie leczono go, aż oślepł zupełnie. W ślepocie przepędził życie. Codziennie ojciec błogosławił Boga głośną modlitwą i pokłonami – codziennie modlił się syn dziękując Bogu, iż mu wzrok odjął, gdyż dziecko było piękne i świat mógł je skusić.

Ślepiec zaś przeżył życie w zupełnej cnocie). Wszelkie poprawiania świata przez człowieka, a więc reformy Piotra Wielkiego, są owocem grzechu. Nauką jest wymysłem Satany, nawet nauka szkolna dzieci. Tylko księgi święte godne są czytania. W książkach szkolnych są bajki, zagadki, przypowieści, słowem, zabawki. Tymczasem księgi służyć powinny do zbawienia duszy. Bezżeństwo obowiązuje wszystkich starowierców. Nie ma sakramentu małżeństwa, gdyż Bóg nie może udzielać błogosławieństwa na grzech. Z chwilą upadku, popełnienia grzechu z niewiastą, wierny wypędzony jest z gminy. Upadek swój może zgładzić przez niezmiernie srogą pokutę, przez post sześciotygodniowy z powstrzymaniem się od jadła i napoju. Nadto musi złożyć niezmierną ilość pokłonów ziemnych, które po nocy wybija i oblicza na szczotach. Kobieta nigdy nie jest żoną mężczyzny. Jest to tylko „gospodyni”. Cnotę prawdziwą stanowi celibat absolutny, od dzieciństwa do śmierci. Ci mężowie, którzy wytrwali w takim celibacie, są „ojcami świętymi” czyli kapłanami. Najstarszy z nich wiekiem jest jak gdyby prawodawcą, sędzią czy rabinem. Przyjaciel Ryszarda wstawał o pierwszej godzinie w nocy i trwał na modlitwie do rana. Modlitwa polegała na biciu pokłonów ziemnych i wzdychaniu: Hospody pomiłuj! Jadł raz na dzień i tylko zimne potrawy. Nigdy mięsa, nigdy alkoholu, nigdy herbaty, która jest najbardziej znienawidzoną. Dom, gdzie znajdował się samowar, poczytywany był za dom nieczysty. Samowar bowiem jest symbolem świata: z wierzchu woda, a w środku ogień... Za napój służył starcowi tylko kwas chlebowy. Jadło tylko koszerne i w małej ilości, każdy bowiem człowiek ma przeznaczoną od Boga pewną ilość pokarmów do spożycia. Im kto prędzej zje swoją porcję, daną mu na życie, tym prędzej umrze. O ile się usilniej i twardziej pości, tym dłużej można żyć i pracować na świecie. Wszyscy starowiercy twardo i bardzo pracują. Praca i modlitwa jest istotą ich życia...

Przypadek zrządził, że Nienaski w trakcie swych gzygzakowatych defilad życiowych zetknął się znowu w tych odległych stronach z Herszem Pipelesem. Niedoszły inżynier, zanim posiadł pożądane umiejętności, wzięty został do wojska i wysłany w głąb Cesarstwa do jednego z miast gubernialnych. Nieszczęście chciało, że Herszek nie nadawał się żadną miarą do wojska. W szeregu zawsze coś niepotrzebnie i karygodnie wystawił poza linię – jeżeli nie brzuch, to kuper, jeśli nie głowę, to nogi. Nie umiał ani nosić broni ani maszerować, ani stać ani biegać. Był pośmiewiskiem rot i batalionów – istnym składem kar, razów, szczutków i drwin. Odsunięty ze służby szeregowej, nie nadał się również na stanowisko ordynansa. Tkano go to tu, to tam, w sposób, który mu przysparzał sińców, ukłuć, przymusowych wyprostowań, cofnięć brzucha i rumieńców na policzkach. Pipeles nie dość że bliski był rozpaczy, lecz przerzucony został poza jej granice najodleglejsze.

Skądś dowiedział się o pobycie Ryszarda Nienaskiego w Moskwie, posiadł jego adres i napisał list. Ryś pojechał niezwłocznie. Niemało łez Pipek nalał Ryszardowi w kamizelkę opowiadając swe dzieje. Korektor nastawił upadłego ducha, włożył niezgrabiaszowi w głowę, w nerwy, w serce, co należy. Usiłował przysposobić nawet jego ciało do wymogów ćwiczeń wojskowych – o ile to było w jego mocy.