Ogród ciemności i inne opowiadaniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cezar Kouska

„De impossibilitate vitae”;

„De impossibilitate prognoscendi”

(2 tomy)

(Praha, Statni Nakladatalstvi N. Lit.)

Autor, zwący się na okładce Cezarem Kouską, podpisuje przedmowę wewnątrz książki jako Benedykt Kouska. Błąd zecerski, nieuwaga korekty czy niepojęcie perfidny zamiar? Osobiście wolę imię Benedykt, opowiadam się tedy za nim. Tak więc – profesorowi B. Kousce zawdzięczam kilka najmilszych godzin mego życia, spędzonych na lekturze jego dzieła. Wykłada ono poglądy, na pewno niezgodne z naukową ortodoksją; zarazem nie idzie jednak o czyste szaleństwo; rzecz znajduje się w pół drogi między obojgiem, w owej strefie przejściowej, w której nie ma ani dnia, ani nocy, a rozum, popuściwszy więzów logice, nie szarpie ich aż tak, by popaść w bełkot.

Profesor Kouska napisał bowiem dzieło, w którym udowadnia, że zachodzi taki oto stosunek wykluczania się: albo z gruntu fałszywa jest teoria prawdopodobieństwa, na jakiej stoi przyrodoznawstwo, albo nie istnieje świat ożywiony z człowiekiem na czele. Następnie w drugim tomie wykłada profesor, że jeśli prognostyka, czyli futurologia, ma stać się realnością, a nie czczą ułudą, świadomym bądź bezwiednym mydleniem oczu, to dyscyplina taka nie może się posługiwać rachunkiem prawdopodobieństwa, lecz wymaga sporządzenia rachuby całkiem innej, mianowicie – aby zacytować Kouskę – „na antypodalnych aksjomatach bazującej teorii dystrybucji ensamblów faktowo niebywałych w czasoprzestrzennym kontinuum zajść porządków wyższych” (cytat służy zarazem wskazaniu, że lektura dzieła – w partiach teoretycznych – nastręcza niejakie trudności).

Benedykt Kouska zaczyna od wyjawienia, że teoria empirycznego prawdopodobieństwa jest pęknięta środkiem. Pojęciem prawdopodobieństwa posługujemy się, gdy nie wiemy czegoś na pewno. Lecz niepewność ta albo jest czysto subiektywna (ja nie wiem, co zajdzie, ale może ktoś inny wie), albo obiektywna (nikt nie wie i nikt wiedzieć nie może). Prawdopodobieństwo subiektywne jest kompasem informacyjnego kalectwa; nie wiedząc, który koń przyjdzie do mety, i zgadując podług ilości koni (gdy są cztery, każdy ma jedną szansę na cztery, że wygra wyścig), zachowuję się jak niewidomy w pokoju pełnym mebli. Prawdopodobieństwo jest niby laska ślepca, którą on po omacku odszukuje drogę. Gdyby widział, nie potrzebowałby tej laski, a gdybym wiedział, który koń jest najszybszy, nie potrzebowałbym probabilistyki. Jak wiadomo, spór o obiektywność lub subiektywność prawdopodobieństwa dzieli świat nauki na dwa obozy. Jedni twierdzą, że istnieją właśnie dwa rodzaje prawdopodobieństwa, jak wyżej, inni, że istnieją tylko subiektywne, ponieważ cokolwiek ma zajść, m y się nie umiemy dokładnie o tym dowiedzieć. Jedni więc lokują niepewność przyszłych zdarzeń po stronie naszej wiedzy o nich, a drudzy w obrębie samych owych zdarzeń.

To, co zachodzi, jeśli rzeczywiście zachodzi, to zachodzi: takie jest naczelne sformułowanie profesora Kouski. Prawdopodobieństwo występuje tylko tam, gdzie jeszcze coś nie zaszło. Tako rzecze nauka. Lecz każdy rozumie, że dwie kule pojedynkowiczów, rozpłaszczające się o siebie w locie, lub wyłamanie sobie zęba przy jedzeniu ryby, na pierścionku, który niechcący utopiło się w morzu sześć lat temu i który połknęła akurat ta ryba, bądź też odegranie, w tempie trzy czwarte, sonatiny b-moll Czajkowskiego, w składzie kuchennych naczyń, przez wybuchające podczas oblężenia szrapnele, ponieważ ich kulki będą trafiały większe i mniejsze garnki akurat tak, jak tego wymaga utwór, że to wszystko, gdyby zaszło, stanowi zajścia nadzwyczaj nieprawdopodobne. Nauka powiada w tym względzie, że są to fakty występujące z bardzo nikłą częstotliwością w zbiorach zajść, do których owe fakty należą, a więc w zbiorze wszystkich pojedynków, w zbiorze jedzenia ryb i znajdowania w nich zgubionych rzeczy oraz w zbiorze ostrzałów artyleryjskich – sklepów z naczyniem.

Lecz nauka, powiada profesor Kouska, zawraca nam głowę, ponieważ gadanie o takich zbiorach jest zupełną fikcją. Teoria prawdopodobieństwa potrafi zwykle powiedzieć, jak długo musimy oczekiwać pewnego zajścia, o określonym, a niezwykle małym prawdopodobieństwie, czyli jak wiele razy trzeba by powtórzyć pojedynki, gubienie pierścionków oraz strzelanie do garnków, żeby zaszły wyżej nazwane dziwne rzeczy. Jest to bzdura, ponieważ do tego, aby zaszła bardzo nieprawdopodobna rzecz, wcale nie trzeba, by zbiór zajść, do jakich ona należy, stanowił serię ciągłą. Jeśli rzucam dziesięcioma monetami naraz, wiedząc o tym, że szansa wypadnięcia naraz dziesięciu orłów lub dziesięciu reszek wynosi zaledwie 1:796, wcale nie muszę rzucić co najmniej 796 razy, aby prawdopodobieństwo wypadnięcia dziesięciu orłów lub reszek stało się równe jedności. Mogę bowiem zawsze powiedzieć, że moje rzuty stanowią dalszy ciąg doświadczenia, na które składają się wszystkie minione rzuty dziesięcioma monetami naraz. Takich rzutów musiała być w ciągu ostatnich 5000 lat historii ziemskiej niezliczona ilość, więc właściwie powinienem się spodziewać, że od razu poczną mi wszystkie monety padać orłami bądź reszkami do góry. Tymczasem, powiada profesor Kouska, spróbujcie jeno na tym rozumowaniu oprzeć swoje oczekiwania! Z naukowego punktu widzenia jest ono zupełnie poprawne, to bowiem, czy się rzuca monetami jednym ciągiem, czy też się je odkłada na chwilę, aby zjeść w przerwie knedliczka albo skoczyć na jednego do szynku, czy wreszcie w ogóle nie ta sama osoba rzuca, lecz coraz inna, i nie w jednym dniu, ale co tydzień lub co rok, nie ma to najmniejszego wpływu ani znaczenia dla rozkładu prawdopodobieństwa, to więc, że już dziesięcioma monetami rzucali Fenicjanie, siedząc na baranich skórach, i Grecy, spaliwszy Troję, i rzymscy sutenerzy czasów Cesarstwa, i Gallowie, i Germanie, i Ostrogoci, i Tatarzy, i Turcy, pędząc jasyr do Stambułu, i kupcy dywanów w Galacie, i ci kupcy, co handlowali dziećmi z dziecięcej krucjaty, i Ryszard Lwie Serce, i Robespierre oraz paręnaście dziesiątków tysięcy innych hazardzistów, też jest całkiem nieistotne, i przez to, rzucając monetami, możemy uważać, że zbiór jest nadzwyczaj liczebny, przez co nasze szanse wyrzucania 10 orłów lub 10 reszek naraz są wprost ogromne! Spróbujcie jeno rzucać, powiada profesor Kouska, trzymając jakiegoś uczonego fizyka lub innego probabilistę za łokieć, żeby nie uciekł, gdyż tacy nie lubią, gdy im wytykać fałsz ich metody. Spróbujcie, a zobaczycie, że nic z tego nie wyniknie.

Następnie podejmuje profesor Kouska obszerny myślowy eksperyment, odnoszący się nie do jakichś zjawisk hipotetycznych, lecz do tego, co przedstawia część jego własnej biografii. Powtórzmy za nim skrótowo co ciekawsze fragmenty tej analizy.

Pewien lekarz wojskowy podczas pierwszej wojny światowej wyrzucił za drzwi sali operacyjnej pielęgniarkę, bo dokonywał zabiegu chirurgicznego w chwili, gdy ona weszła omyłkowo do tej właśnie sali. Gdyby pielęgniarka była bardziej obyta ze szpitalem, toby nie pomyliła drzwi sali operacyjnej z opatrunkową, a gdyby nie weszła do operacyjnej, toby jej chirurg nie wyrzucił; gdyby jej nie wyrzucił, to przełożony jego, lekarz pułkowy, nie zwróciłby mu uwagi na niewłaściwe zachowanie względem damy (bo to była pielęgniarka amatorka, panna z wyższej sfery), a gdyby nie zwrócił uwagi, toby młody chirurg nie uważał za wskazane przepraszać pielęgniarki, nie poszedłby z nią do cukierni, nie zakochałby się w niej, nie ożenił, przez co i profesor Benedykt Kouska nie przyszedłby na świat jako dziecko tej właśnie małżeńskiej pary.

Z podanego zdaje się wynikać, że prawdopodobieństwo przyjścia na świat profesora Benedykta Kouski (jako noworodka, nie jako kierownika katedry filozofii analitycznej) wyznaczone było przez prawdopodobieństwo zamiany lub niezamiany drzwi przez pielęgniarkę w danym roku, miesiącu, dniu i godzinie. Lecz tak wcale nie jest. Młody chirurg Kouska nie miał w owym dniu żadnych wyznaczonych operacji; lecz jego kolega, doktor Popichal, pragnąc odnieść swojej ciotce bieliznę z pralni, wszedł do domu, w którym wskutek przepalenia się bezpiecznika światło nie świeciło się na schodach, przez co spadł z trzeciego stopnia i skręcił nogę w kostce; przez to też Kouska musiał go zastąpić przy zabiegach. Gdyby się stopka nie przepaliła, toby Popichal nie skręcił nogi, na sali operowałby on, a nie Kouska, a jako osobnik znany z szarmanterii, Popichal nie użyłby silnych słów dla usunięcia z sali operacyjnej pielęgniarki, która weszła tam omyłkowo, a nie obraziwszy jej, nie widziałby potrzeby umawiania się z nią na randkę; zresztą, randka czy nie randka, w każdym razie jest zupełnie pewne to, że z wirtualnego związku Popichala z pielęgniarką nie powstałby Benedykt Kouska, ale ewentualnie ktoś całkiem inny, czyich szans przyjścia na świat praca nie bada.

Statystycy zawodowi, świadomi skomplikowanego stanu światowych rzeczy, wymigują się zwykle od omawiania prawdopodobieństwa takich zajść, jak czyjeś przyjście na świat. Powiadają na odczepnego, że tu chodzi o koincydowanie wielkiej ilości różnoprzyczynowych łańcuchów kauzalnych i że przez to punkt czasoprzestrzenny, w którym dane jajeczko zlewa się z danym plemnikiem, jest wprawdzie zdeterminowany w zasadzie, in abstracto, jednakże in concreto nigdy nie uda się nagromadzić wiedzy dość potężnej jako wszechogarniającej, aby realne wypowiedzenie prognozy (z jakim prawdopodobieństwem urodzi się osobnik X o cechach Y, czyli j a k d ł u g o muszą się ludzie rozmnażać po to, żeby pewien osobnik o cechach Y na pewno przyszedł na świat z całkowitą pewnością) stało się możliwe. Lecz ta niemożliwość jest tylko t e c h n i c z n a, a nie pryncypialna, ona tkwi w trudnościach zbierania informacji, a nie w tym, jakoby takiej informacji w ogóle nie było na świecie. To łgarstwo statystycznej nauki zamierza profesor Benedykt Kouska przygwoździć i zdemaskować.

Jak wiemy, to, żeby się profesor Kouska mógł narodzić, nie sprowadza się tylko do alternatywy „właściwe drzwi – drzwi niewłaściwe”. Nie podług jednej koincydencji trzeba by rachować szanse urodzin, ale podług wielu: tej, że pielęgniarkę skierowano do tego, a nie innego szpitala; tej, że uśmiech jej w cieniu, rzucanym przez kornet, przypominał z daleka uśmiech Mony Lizy; tej także, iż w Sarajewie został zastrzelony arcyksiążę Ferdynand, bo gdyby go nie zastrzelono, toby wojna nie wybuchła, a gdyby nie wybuchła, to panna ta nie zostałaby pielęgniarką, ponieważ zaś pochodziła z Ołomuńca, podczas kiedy chirurg – z morawskiej Ostrawy, toby się raczej ani w szpitalu, ani gdzie indziej nigdy nie spotkali. Należy więc uwzględnić ogólną teorię balistyki strzelania do arcyksiążąt, ale ponieważ trafienie arcyksięcia było uwarunkowane ruchem jego samochodu, to i teorię kinematyki modeli samochodów z roku 1914 należałoby brać pod uwagę, jako też psychologię zamachowców, ponieważ nie każdy na miejscu owego Serba strzelałby do arcyksięcia, a jeśliby nawet strzelał, toby nie trafił, gdyby mu się ręce trzęsły ze zdenerwowania, więc to, że Serb miał pewną dłoń, oko i żadnych drżączek, też posiadło swój wkład w dystrybucję prawdopodobieństwa narodzin profesora Kouski. Nie wolno też pominąć ogólnej sytuacji politycznej Europy w lecie 1914.

 

Zresztą małżeństwo nie doszło do skutku ani w tym roku, ani w 1915, gdy młoda para się na dobre poznała, bo chirurga odkomenderowano do twierdzy Przemyśl. Stamtąd miał jechać potem do Lwowa, gdzie mieszkało dziewczę Marika, które rodzice upatrzyli mu na żonę ze względu na zgodność interesów. Atoli wskutek ofensywy Samsonowa oraz ruchów południowego skrzydła wojsk rosyjskich Przemyśl został oblężony i niebawem, zamiast do lwowskiej narzeczonej, chirurg udał się do niewoli rosyjskiej, kiedy twierdza padła. Otóż zapamiętał on pielęgniarkę lepiej od narzeczonej, ponieważ pielęgniarka nie tylko była przystojna, lecz śpiewała piosenkę „Mój ukochany, śpij na kwietnym łożu” znacznie ładniej niż Marika, która miała nie usuniętego polipa struny głosowej i przez to trwałą chrypkę. Miała ona wprawdzie poddać się zabiegowi usunięcia polipa w roku 1914, lecz rinolaryngolog, który winien był polipa usunąć, przegrawszy w lwowskim kasynie dużo pieniędzy i nie mogąc spłacić honorowego długu (był oficerem), zamiast strzelić sobie w łeb, ukradł kasę pułkową i uciekł do Włoch; wypadek ów nadzwyczaj zraził Marikę do otorinolaryngologów, a zanim się zdecydowała na innego, stała się narzeczoną, jako narzeczona była zobowiązana śpiewać „Mój ukochany, śpij na kwietnym łożu”, i jej śpiew, a raczej wspomnienie tego ochrypłego i sapliwego głosu, kontrastując na niekorzyść narzeczonej z czystym timbrem praskiej pielęgniarki, spowodowało, że ta ostatnia wzięła górę w pamięci doktora-jeńca Kouski w niewoli nad obrazem narzeczonej. Tak, iż powracając do Pragi w roku 1919, nawet nie myślał szukać swojej byłej narzeczonej, lecz od razu pojechał do domu, w którym pielęgniarka mieszkała jako panna na wydaniu.

Pielęgniarka owa miała zresztą czterech rozmaitych absztyfikantów; wszyscy pragnęli ją poślubić, z Kouską zaś nie łączyło jej nic konkretnego oprócz odkrytek, które ten posyłał jej z niewoli, i odkrytki owe same w sobie, popaćkane stemplami cenzury wojskowej, nie mogły wzniecić w jej sercu szczególnie trwałych uczuć. Lecz jej pierwszym poważnym absztyfikantem był niejaki Hamuras, pilot, który nie latał, ponieważ wciąż mu się robiła przepuklina, gdy poruszał nogami orczyk samolotu, a to, ponieważ orczyki w ówczesnych samolotach poruszały się ciężko, gdyż była to wszak bardzo prymitywna epoka lotnictwa; otóż, Hamuras był operowany raz, ale bezskutecznie, bo się przepuklina powtórzyła, bo się lekarz operator pomylił co do szwów z ketgutu; a pielęgniarka wstydziła się wyjść za takiego lotnika, który zamiast latać, siedzi stale albo w izbie przyjęć w szpitalu, albo szuka w gazetowych ogłoszeniach, gdzie można dostać prawdziwie przedwojenny pas przepuklinowy, gdyż liczył Hamuras na to, że podobny pas umożliwi mu jednak latanie, wszelako wskutek wojny porządne pasy były nieosiągalne.

Należy zważyć, że w tym miejscu „być lub nie być” profesora Kouski wiąże się z dziejami lotnictwa w ogóle, a modelami aeroplanów, jakich używała armia austro-węgierska w szczególności. Konkretnie, na urodziny profesora Kouski pozytywnie wpłynął fakt, iż rząd Austro-Węgier nabył w roku 1911 licencję budowy samolotów „monoplan”, których orczyki chodziły nader ciężko, a które produkować miała wytwórnia w Wiener-Neustadt, co rzeczywiście zaszło. Otóż konkurowała w toku przetargów z tą wytwórnią i jej licencją (pochodzącą z Ameryki od Farmana) firma francuska Antoinette i firma ta miała duże szanse, ponieważ generał major Prchl, z C.K. Intendentury, przeważyłby szalę na rzecz modelu francuskiego, albowiem miał kochankę Francuzkę, która była guwernantką jego dzieci, i przez to sekretnie lubił wszystko, co francuskie, to zaś odmieniłoby rozkład szans, gdyż francuska maszyna była dwupłatem z odginanymi lotkami i sterowym upierzeniem o bardzo lekko chodzącym orczyku, więc orczyk ten nie sprawiłby znanych kłopotów Hamurasowi, przez co może pielęgniarka wyszłaby jednak za niego. Co prawda w tym biplanie ciężko chodził k n y p e l, a Hamuras miał dość delikatne ramiona, cierpiał nawet na tak zwany „Schreibkrampf” i miał stąd trudności z podpisywaniem się, bo pełne jego nazwisko brzmiało Adolf Alfred von Messen-Weydeneck zu Oryola und Münnesacks, baron Hamuras. Tak więc nawet bez przepukliny m ó g ł Hamuras w związku ze słabowitymi rękami stracić urok w oczach pielęgniarki.

Lecz napatoczył się guwernantce pewien trzeciorzędny tenor z operetki, zrobił jej nadzwyczaj szybko dziecko, generał pułkownik Prchl usunął ją ze swego domu, stracił serce dla wszystkiego, co francuskie, i armia została przy licencji Farmana, którą posiadała firma z Wiener-Neustadt. Owego tenora guwernantka poznała na Ringu, kiedy chodziła tam ze starszymi dziewczynkami generała Prchla, ponieważ najmłodsze miało koklusz, więc starano się zdrowe dzieci odseparować od chorego, i gdyby nie ten koklusz, zawleczony przez pewnego znajomego kucharki Prchlów, który woził kawę do palarni i zawsze przed południem wstępował do Prchlów, tj. do kucharki, nie byłoby choroby, wyprowadzania dzieci na Ring, poznania tenora, zdrady, a przez to jednak zwyciężyłby w przetargu Antoinette. Hamuras dostał jednak kosza, ożenił się z córką dostawcy dworu i miał z nią troje dzieci, w tym jedno bez przepukliny.

Drugiemu konkurentowi pielęgniarki, kapitanowi Miśni, nic nie brakowało, poszedł na front włoski i dostał reumatyzmu (było to zimą, w Alpach). Co do przyczyny jego zgonu wersje są sprzeczne; kapitan brał parówki, granat kalibru 22 trafił w łaźnię parową, kapitan wyleciał z niej nagi prosto na śnieg, reumatyzm, mówią, odjęło mu, lecz dostał zapalenia płuc. Gdyby jednak profesor Fleming wynalazł był swoją penicylinę nie w roku 1940, ale w 1910 na przykład, to Miśnię by z zapalenia płuc wyciągnięto, wróciłby do Pragi, ponieważ miałby do tego prawo jako rekonwalescent, i szanse przybycia na świat profesora Kouski nadzwyczaj by przez to zmalały. A więc calendarium odkryć w dziedzinie leków przeciwbakteryjnych odegrało dużą rolę w powstaniu profesora B. Kouski.

Trzeci konkurent był porządnym kupcem-grosistą, lecz nie podobał się pannie; czwarty miał się z nią już na pewno ożenić, ale nie doszło do tego przez halbę piwa. Ten ostatni absztyfikant miał ogromne długi i nadzieję spłacenia ich z posagu, a także niezwykle bogatą przeszłość. Rodzina wraz z panną i konkurentem udała się na loterię fantową Czerwonego Krzyża, że zaś na obiad były zrazy po węgiersku, ojciec panny cierpiał okrutne pragnienie, opuścił więc namiot, w którym przebywali pospołu, słuchając wojskowej orkiestry, i napił się piwa z beczki, przy czym spotkał szkolnego kolegę, który opuszczał właśnie tereny loterii fantowej, i gdyby nie piwo, na pewno by się nie zetknęli z ojcem panny; kolega ów znał, przez swoją szwagierkę, całą przeszłość konkurenta panny, i nie był od tego, żeby jej ojcu wszystko dokładnie opowiedzieć. Zdaje się, że jeszcze dodał to i owo od siebie, w każdym razie ojciec wrócił niezwykle wzburzony i narzeczeństwo, już prawie zawarte, rozleciało się bezpowrotnie. Gdyby atoli ojciec nie był jadł zrazów po węgiersku, nie odczuwałby pragnienia, nie wyszedłby na piwo, nie spotkałby kolegi ze szkół, nie dowiedziałby się o długach konkurenta, narzeczeństwo doszłoby do skutku, a iż byłoby to narzeczeństwo czasu wojny, ślub też by prędko nastąpił. Nadmiar papryki w zrazach z dnia 19 maja 1916 roku uratował tedy życie profesorowi B. Kousce.

Co się tyczy chirurga Kouski, to w randze lekarza batalionowego powrócił z niewoli i ruszył w konkury. Złe języki doniosły mu o konkurentach, a zwłaszcza o śp. kapitanie Miśni, który miał ponoć z panną solenny romans, jakkolwiek jednocześnie odpowiadał na kartki jenieckiej poczty. Będąc z natury dość gwałtownym, chirurg Kouska gotował się do zerwania już dokonanych zaręczyn, zwłaszcza iż otrzymał kilka listów, jakie panna pisała do Miśni (Bóg wie jak zawędrowały do rąk złośliwej osoby w Pradze), wraz z anonimem wyjaśniającym, że służył pannie za piąte koło u wozu, to jest za żelazną rezerwę. Do zerwania zaręczyn nie doszło za sprawą rozmowy, jaką miał chirurg ze swoim dziadkiem, który był mu właściwie ojcem od dziecka, ponieważ jego rodzony ojciec jako utracjusz i szaławiła nie wychowywał go wcale. Dziadek był starcem przekonań niezwykle postępowych i uznał, że młodziutkiej dziewczynie łatwo zawrócić głowę, zwłaszcza kiedy zawracający nosi mundur i powołuje się na stale grożącą mu śmierć żołnierską.

Kouska ożenił się więc z panną. Gdyby jednak miał dziadka innych przekonań albo gdyby liberał ów zmarł przed osiemdziesiątym rokiem życia, pewno by do ślubu nie doszło. Dziadek prowadził wszakże nader zdrowy tryb życia i systematycznie poddawał się kuracjom wodnym podług księdza Kneippa; to jednak, w jakim stopniu coranne lodowate tusze, przedłużając dziadkowi życie, zwiększyły szanse przyjścia na świat profesora B. Kouski, obliczyć się nie daje. Ojciec chirurga Kouski, apostoł mizoginizmu, z pewnością nie brałby zniesławionego dziewczęcia w obronę; nie miał jednak na syna żadnego wpływu od czasu, kiedy poznawszy pana Serge Mdivaniego, został jego sekretarzem, wyjechał z nim do Monte Carlo i wrócił, wierząc w system rozbicia ruletki, przekazany mu przez pewną hrabinę-wdowę; dzięki temu systemowi stracił cały majątek, dostał się pod kuratelę i oddać musiał syna własnemu ojcu na wychowanie. Gdyby atoli ojciec chirurga nie uległ demonowi hazardu, to własny jego ojciec by się go nie wyrzekł, i znów nie doszłoby do powstania profesora Kouski.

Czynnikiem, który przechylił szalę narodzin profesora, był właśnie pan Serge vel Sergiusz Mdivani. Mając dość swego majątku w Bośni, żony i teściowej, wziął Kouskę (ojca chirurga) – na sekretarza i wyjechał z nim do wód, ponieważ Kouska-ojciec znał języki i był światowcem, natomiast Mdivani wbrew nazwisku nie posiadał żadnego języka poza chorwackim. Lecz gdyby pan Mdivani był za młodu lepiej pilnowany przez s w o j e g o ojca, toby zamiast gzić się z pokojówkami, uczył się języków, nie potrzebowałby tłumaczy, nie wywiózłby ojca Kouski do wód, ten by nie wrócił z Monte Carlo jako szuler, a tym samym nie zostałby wyklęty i wyrzucony z domu przez swego ojca, który nie wziąwszy do siebie chirurga, jako dziecka, nie wpoiłby mu zasad, chirurg zerwałby z panną, i znów nie pojawiłby się na świecie profesor Benedykt Kouska. Otóż ojciec pana Mdivaniego nie miał głowy do pilnowania postępów w nauce swego synka, gdy ten miał się języków uczyć, ponieważ swoim wyglądem ów syn przypominał mu pewnego dostojnika kościelnego, co do którego pan Mdivani senior żywił podejrzenia, iż to on jest prawdziwym ojcem małego Sergiuszka. Czując tedy podświadomą niechęć do Sergiuszka, zaniedbywał opiekę nad nim; wskutek tego Sergiusz nie wyuczył się, jak należało, języków.

Sprawa jego ojca rzeczywiście była powikłana, ponieważ nawet matka Sergiuszka nie miała pewności, czy był on synem jej męża, czy synem popa, nie wiedziała zaś na pewno, czyim był synem dlatego, ponieważ wierzyła w zapatrzenie. W zapatrzenie wierzyła, bo życiowym autorytetem była dla niej babka Cyganka; mówimy już, wypada zaznaczyć, o relacji między babką Sergiuszka Mdivaniego a szansami narodzin profesora Benedykta Kouski. Mdivani urodził się w 1861 roku; jego matka – w roku 1832; babka zaś Cyganka – w 1798. Tak więc sprawy, które toczyły się w Bośni i Hercegowinie w latach końcowych osiemnastego wieku, czyli 130 lat przed narodzinami profesora Kouski, wywarły istotny wpływ na rozkład prawdopodobieństwa jego przyjścia na świat. Lecz babka Cyganka też nie pojawiła się na pustym miejscu. Nie chciała wyjść za prawosławnego Chorwata, tym bardziej że wówczas cała Jugosławia była wszak pod jarzmem tureckim, a małżeństwo z giaurem nie wróżyło jej nic dobrego. Lecz miała owa Cyganka wuja, który był od niej o wiele starszy, wojował jeszcze pod Napoleonem; podobno brał udział w odwrocie Wielkiej Armii spod Moskwy. W każdym razie z wojaczki pod cesarzem Francuzów wrócił do domu z przeświadczeniem o znikomości różnic międzywyznaniowych, boż się był napatrzył różności wojennych, nakłaniał tedy bratanicę, aby wyszła za Chorwata, bo choć to giaur, przecież dobry i miły chłopiec. Wydawszy się za Chorwata, babka od strony matki pana Mdivaniego zwiększyła tedy szanse urodzin profesora Kouski. Co do wuja, ów nie wojowałby pod Napoleonem, gdyby nie przebywał podczas kampanii włoskiej w regionie Apeninów, dokąd wysłał go jego gospodarz, hodowca owiec, z partią kożuchów. Został zgarnięty przez patrol konny gwardii cesarskiej i miał do wyboru pójść w rekruty lub być ciurą obozowym: wolał tedy nosić broń. Otóż, gdyby gospodarz wuja-Cygana nie hodował owiec albo gdyby, hodując je, nie wyrabiał baranich kożuchów, na jakie był popyt w Italii, i gdyby nie wysłał tego wuja z kożuchami do Włoch, toby konny patrol cygańskiego wuja nie pochwycił, po czym, nie nawojowawszy się po Europie, ten wuj, pozostając przy konserwatywnych przekonaniach, nie namówiłby swej siostrzenicy, żeby wyszła za Chorwata. Przez to zaś matka Sergiuszka, nie mając babki Cyganki i nie wierząc przez to w zapatrzenie, nie uważałaby, że od samego przyglądania się temu, jak pop rozkłada ręce, basem śpiewając u ołtarza, można mieć syna – wykapanego popa, a mając zupełnie czyste sumienie, nie lękałaby się męża, obroniłaby się przed zarzutami zdrady małżeńskiej, mąż, nie dopatrując się już złego w wyglądzie Sergiuszka, pilnowałby jego nauk, Sergiusz wyuczyłby się języków, nie potrzebowałby nikogo jako tłumacza, przez co ojciec chirurga Kouski nie pojechałby z nim do wód, nie zostałby hazardzistą i utracjuszem, namawiałby syna chirurga, jako mizogin, by rzucił pannę za flirtacje ze śp. kapitanem Miśnią, przez co znowu nie byłoby na świecie profesora B. Kouski.

 

Lecz zważmy teraz, że dotąd rozpatrywaliśmy widmo probabilistyczne narodzin profesora Kouski przy założeniu, że oboje jego fakultatywni rodzice istnieli, a prawdopodobieństwo tych narodzin redukowaliśmy jedynie przez wprowadzenie bardzo drobnych, zupełnie wiarygodnych zmian zachowania ojca lub matki profesora Kouski, zmian, wywołanych postępkami osób trzecich (generała Samsonowa, babki Cyganki, matki Mdivaniego, barona Hamurasa, guwernantki-Francuzki generała majora Prchla, cesarza Franciszka Józefa, arcyksięcia Ferdynanda, braci Wright, chirurga od przepukliny barona, otorinolaryngologa Mariki itd.). Lecz przecież dokładnie tego samego typu rozważania można zastosować do szansy pojawienia się na świecie panny, co jako pielęgniarka wyszła za chirurga Kouskę, albo też do tego chirurga. Biliony, tryliony okoliczności musiały zajść, jak zaszły po to, żeby panna ta na świat przyszła i żeby przyszedł na świat przyszły chirurg Kouska. I analogicznie niezliczone mrowie zajść warunkowało przyjście na świat ich rodziców, dziadków, pradziadków itd. Jest chyba rzeczą nie wymagającą argumentacji to, że gdyby np. nie przyszedł na świat krawiec Vlastimil Kouska, który urodził się w roku 1673, to tym samym nie mogłoby być ani jego syna, ani wnuka, ani prawnuka, więc i pradziadka chirurga Kouski, więc i jego, więc i profesora Benedykta.

Ale rozumowanie analogiczne dotyczy też tych przodków rodu Kousków i rodu pielęgniarki, którzy w ogóle nie byli jeszcze ludźmi, ponieważ byli istotami pędzącymi czwororęki żywot nadrzewny w młodszym eolicie, kiedy pierwszy paleopithecus, dopadłszy jednego z tych czwororękich i zauważywszy, że ma do czynienia z czwororęką, posiadł ją pod drzewem eukaliptusowym, które rosło tam, gdzie dziś jest Mala Strana w Pradze. Wskutek zmieszania się chromosomów tego jurnego paleopiteka i tej czwororękiej praczłowiekini powstał ten typ mejozy i to sprzężenie genowych lokusów, które przenosząc się przez następnych 30 000 generacji, wytworzyło właśnie na twarzy panny pielęgniarki ów uśmiech, podobny odrobinę do uśmiechu Mony Lizy, z płótna Leonarda, który oczarował młodego chirurga Kouskę. Lecz ten eukaliptus mógł wszak rosnąć cztery metry dalej; wówczas czwororęka, uciekając przed goniącym ją paleopitekiem, nie przewróciłaby się, potknąwszy się o jego gruby korzeń, i tym samym, zdążywszy wleźć na drzewo, nie poczęłaby, a gdyby nie poczęła, to potoczywszy się odrobinę inaczej, pochód Hannibala przez Alpy, wojny krzyżowe, wojna stuletnia, owładnięcie przez Turków Bośnią i Hercegowiną, wyprawa moskiewska Napoleona oraz kilkanaście trylionów podobnych zajść, uległszy minimalnym zmianom, doprowadziłoby do stanu, w którym żadną miarą nie mógłby już urodzić się sam profesor Benedykt Kouska, przez co widać, że dystrybucja szans jego egzystencji zawiera taką podklasę probabilizmów, w których mieści się rozkład wszystkich eukaliptusowych drzew, jakie rosły na miejscu dzisiejszej Pragi mniej więcej 349 000 lat temu. Otóż te eukaliptusy wyrosły tam, ponieważ, uciekając przed tygrysami szablastozębnymi, wielkie stada słabnących mamutów, co się były najadły eukaliptusowego kwiatu, mając od niego (ten kwiat silnie piecze podniebienie) zgagę, piły dużo wody z Wełtawy; a woda owa, mając podówczas własności czyszczące, spowodowała ich masowe wypróżnienia, dzięki którym zasadzeniu uległy ziarenka eukaliptusów tam, gdzie przedtem wcale ich nie bywało; lecz gdyby ta woda nie była zasiarczona dopływami górnego biegu ówczesnej Wełtawy, to mamuty, nie dostawszy od niej biegunki, nie spowodowałyby wyrośnięcia gaju eukaliptusowego na polach dzisiejszej Pragi, czwororęka nie przewróciłaby się, uciekając przed paleopitekiem i nie powstałby ten genowy lokus, który dał licom panny uśmiech Mony Lizy, co skusił młodego chirurga; a zatem, gdyby nie biegunka mamutów, profesor Benedykt Kouska też by na świat nie przyszedł. Lecz zważyć trzeba, że wody Wełtawy uległy zasiarczeniu około roku dwuipółmilionowego przed naszą erą, a to za sprawą przemieszczenia się głównej geosynkliny górotworu, jaki wydawał centrum Tatr; górotwór ów spowodował wyparcie siarkowych gazów z głębi margli dolnojurajskich dlatego, ponieważ w okolicy Alp Dynarskich doszło do trzęsienia ziemi, które spowodował meteor o masie rzędu miliona ton; meteor ów pochodził z roju Leonidów, i gdyby nie spadł w Alpach Dynarskich, lecz nieco dalej, toby się geosynklina nie wygięła, pokład siarkowy nie wydostałby się na powierzchnię, nie zasiarczyłby Wełtawy, ta nie spowodowałaby biegunki mamutów, przez co widać, że gdyby meteor nie upadł 2,5 miliona lat temu na Dynarskie Alpy, toby profesor Kouska też się nie mógł urodzić.

Profesor Kouska zwraca uwagę na fałszywy wniosek, jaki niektórzy skłonni są wyciągać z jego wywodu. Ludzie tacy sądzą, że z wyłożonego wynika, jakoby cały Kosmos był czymś w rodzaju maszyny ustawionej tak i pracującej po to, żeby profesor Kouska mógł się urodzić. Jest to, naturalnie, zupełnym nonsensem. Przedstawmy sobie, że ktoś chce obliczyć szanse powstania Ziemi na miliard lat przed jej genezą. Nie będzie mógł przewidzieć dokładnie, jakiej postaci wir planetogenetyczny utworzy jądro przyszłej Ziemi; nie obliczy jej przyszłej masy ani jej składu chemicznego z porządną dokładnością. Niemniej przepowie, w oparciu o wiedzę astrofizyczną, o znajomość teorii grawitacji i teorii budowy gwiazd, że Słońce będzie miało rodzinę planetarną i że tym samym będzie wśród innych planet okrążała je planeta numer trzy, licząc od środka systemu: i ta właśnie planeta może być uznana za Ziemię, gdyby nawet wyglądała inaczej, niż to głosiła przepowiednia, ponieważ planeta o dziesięć bilionów ton od Ziemi cięższa albo mająca dwa małe Księżyce zamiast jednego – dużego, albo pokryta oceanami w wyższym procencie powierzchni, przecież dalej byłaby Ziemią.