Ogród ciemności i inne opowiadaniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Minus 21... minus 20... minus 19... – powtarzał monotonnym głosem, bez cienia emocji, Maartens, siedzący tuż za mną nad plątaniną kabli i wyłączników. W polu widzenia miałem absolutną czerń, w której środku drgała i wyginała się leniwie rtęciowa żyłka rozgrzewanej plazmy. Nie widziałem ani nasłonecznionych wydm, ani trawy, pełnej białych i żółtych kwiatów, ani nawet sierpniowego nieba nad kopułą budynku; szkła były uczciwie zaczernione. Kiedy plazma zaczęła puchnąć w środku, przestraszyłem się, że rozsadzi rurę pierwej, nim Maartens skokiem zwarcia spotęguje pole. Otworzyłem usta, aby krzyknąć, lecz w tej samej chwili Maartens powiedział: „Zero!!”.

Nie. Ziemia nie zakołysała się ani nie usłyszeliśmy żadnego huku, tylko czerń, w którą byłem wpatrzony, ta noc jakby najgłębsza, zbladła. Otwór w ścianie laboratorium wypełniła pomarańczowa mgła, stał się on kwadratowym słońcem, w samym centrum błysnęło oślepiająco, potem wszystko pochłonął wir ognia; otwór w murze powiększył się, strzelił gałęzistymi liniami pęknięć, tryskających dymem i płomieniami, i z przeciągłym grzmotem, który szedł na całą okolicę, kopuła osunęła się w padające mury. Równocześnie przestałem widzieć cokolwiek przez szkła, odjąłem lornetę od oczu i zobaczyłem bijący w niebo słup dymu. Ganimaldi poruszał gwałtownie ustami, krzycząc coś, ale grom trwał jeszcze, przewalał się nad nami i nie słyszałem nic – uszy miałem jak zapchane watą. Maartens zerwał się z klęczek i wcisnął się pomiędzy nas, by spojrzeć w dół, gdyż dotąd zajęty był pulpitem; łoskot ucichł. Krzyknęliśmy wtedy – bodajże wszyscy.

Chmura, odrzucona siłą wybuchu, unosiła się już wysoko ponad zgliszczami, które rozpadały się coraz wolniej w obłoku wapiennego pyłu. Z jego kłębów wynurzył się oślepiający, podługowaty płomień, otoczony promienistą aureolą, rzekłbyś – drugie Słońce, rozpłaszczone na kształt robaka. Może przez sekundę wisiał prawie nieruchomo nad dymiącym rumowiskiem, wciąż kurcząc się i rozciągając, po czym spłynął ku ziemi. Już czarne i czerwone kręgi pływały mi w oczach, bo ten stwór czy płomień buchał blaskiem równym słonecznemu, ale zobaczyłem jeszcze, gdy się obniżał, jak momentalnie znika wysoka trawa, dymiąc na jego drodze, a on sunął ku nam, ni to czołgając się, ni to polatując, przy czym otaczająca go aureola rozszerzała się, tak że był już jądrem ognistego pęcherza. Przez pancerne szyby uderzył żar promieniowania, ognisty robak znikł nam z oczu, ale po dygotaniu powietrza nad stokiem, po kłębach pary i snopach trzeszczących iskier, w które obracały się krzaki, poznaliśmy, że sunie ku szczytowi wzgórza. Obijając się o siebie w nagłym ataku paniki, rzuciliśmy się do ucieczki. Wiem, że biegłem przed siebie, z karkiem i plecami osmalonymi niewidzialnym płomieniem, który zdawał się mnie gonić. Nie widziałem Maartensa ani Ganimaldiego; byłem jak ślepy, gnałem przed siebie, aż potknąłem się o jakieś kretowisko i runąłem w mokrą jeszcze od nocnej rosy trawę na dnie następnej kotlinki. Dyszałem ciężko, zacisnąwszy z całej siły powieki, i choć twarz miałem w trawie, nagle gałki oczne wypełnił mi jakiś czerwony brzask, jak kiedy słońce świeci w zamknięte oczy. Ale prawdę mówiąc, tego nie jestem już całkiem pewien.

Tu otwiera się luka w mojej pamięci. Nie wiem, jak długo leżałem. Obudziłem się, niby ze snu, z twarzą w wysokiej trawie. Gdy poruszyłem się, poczułem w okolicy karku i szyi piekący, okropny ból; przez długą chwilę nie śmiałem nawet podnieść głowy. Wreszcie to zrobiłem. Znajdowałem się na dnie kotlinki, otoczonej niskimi pagórami; dokoła łagodnie falowała w podmuchach trawa, jeszcze z ostatnimi, świecącymi kroplami rosy, która ulatniała się szybko w promieniach słońca. Jego ciepło dobrze dawało mi się we znaki; zrozumiałem to dopiero, gdy dotknąwszy ostrożnie karku, poczułem pod palcami grube bąble oparzeń. Wstałem wówczas i wzrokiem odszukałem wzgórze, na którym znajdował się przedtem nasz punkt obserwacyjny. Przez długą chwilę nie mogłem się zdecydować, bałem się tam iść. Miałem jeszcze w oczach okropne czołganie się tego słonecznego robaka.

– Maartens! – krzyknąłem – Ganimaldi!!

Odruchowo spojrzałem na zegarek: było pięć po ósmej. Przyłożyłem go do ucha – szedł. Wybuch nastąpił o siódmej dwadzieścia; wszystko potem trwało może pół minuty. Prawie trzy kwadranse byłem nieprzytomny?

Poszedłem w górę po pochyłości. Jakieś trzydzieści metrów od szczytu wzniesienia natknąłem się na pierwsze łysiny wypalonej ziemi. Były pokryte sinawym, wystygłym już prawie popiołem, niczym ślad ogniska, które tu ktoś rozpalił. Ale musiało to być bardzo dziwne ognisko, bo nie spoczywało nieruchomo.

Od zwęglonego miejsca szedł pas wyżarzonej ziemi, szeroki na jakieś pół metra, falisty, z trawą u obu brzegów zwęgloną, a dalej tylko pożółkłą i zwiędłą. Pas ten kończył się za następnym koliskiem spalonej ziemi. Tuż obok leżał twarzą w dół, z jednym kolanem prawie pod pierś podciągniętym, człowiek. Nim go jeszcze dotknąłem, wiedziałem, że nie żyje. Ubranie, pozornie całe, zmieniło barwę na srebrzystoszarą; taki sam niemożliwy kolor miał jego kark, i kiedy się nad nim pochyliłem, wszystko to zaczęło się pod moim tchnieniem rozsypywać.

Odskoczyłem z okrzykiem zgrozy, ale miałem już przed sobą skurczony czarniawy kształt, tylko ogólnym zarysem przypominający ludzkie ciało. Nie wiedziałem, czy to Maartens, czy Ganimaldi, i nie miałem odwagi dotknąć go, przeczuwając, że już nie ma twarzy. Pognałem wielkimi susami na szczyt wzgórza, ale już nie wołałem. Znowu natrafiłem na ślad ognistego przejścia, krętą, na węgiel wypaloną czarną dróżkę wśród trawy, rozszerzającą się miejscami do rozmiarów kilkumetrowego kręgu.

Oczekiwałem widoku drugiego ciała, ale nie znalazłem go. Zbiegłem ze szczytu, tam gdzie był przedtem nasz wykop; z osłony pancernego szkła pozostała jedynie rozciekła po zboczu, płaska skorupa, niby zamarznięta kałuża. Wszystko inne – aparaty, kamery filmowe, pulpit, lornety – przestało istnieć, a sam okop zapadł się jakby pod ciśnieniem przyłożonym doń z góry i tylko trochę szczątków stopionego metalu widniało wśród kamieni. Spojrzałem w stronę laboratorium. Wyglądało jak po wybuchu potężnej bomby lotniczej. Między kawałami sczepionych w upadku murów polatywały ledwo widoczne w słońcu płomyki dogasającego pożaru. Prawie tego nie widziałem, usiłując sobie przypomnieć, w którą stronę pobiegli moi towarzysze, kiedy wyskoczyliśmy jednocześnie z ziemianki. Maartensa miałem wtedy po lewej stronie, więc to chyba jego ciało odkryłem – a Ganimaldi...?

Zacząłem szukać jego śladów, daremnie, bo poza granicą wypalonego kręgu trawa już się podniosła. Biegałem tak, aż znalazłem inny wypalony pas i zacząłem schodzić nim, jak poskrzypującą pod podeszwami ścieżką, w dół... aż zastygłem. Popielisko rozszerzało się; źdźbła martwej trawy okalały przestrzeń mierzącą nie więcej niż dwa metry, o kształcie nieregularnym. Z jednej strony była węższa, z drugiej rozchodziła się... wszystko razem przypominało zdeformowany, rozpłaszczony krzyż, pokryty dość grubą warstwą czarniawego pyłu, jakby długo dogorywała tu drewniana figura z rozpostartymi rękami, rzucona na wznak... Ale może to było tylko złudzenie? Nie wiem.

Już od dawna zdawało mi się, że słyszę dalekie, przenikliwe wycie, ale nie zwracałem na nie uwagi. Doszły mię też ludzkie głosy – i one nic mnie nie obchodziły. Nagle zobaczyłem maleńkie figurki ludzi biegnących ku mnie; w pierwszej chwili przypadłem do ziemi, jakbym chciał się ukryć, a nawet odpełzłem od popieliska i skoczyłem w bok; gdy biegłem drugim skłonem, pojawili się nagle, zaszli mnie z dwu stron. Czułem, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa, było mi zresztą wszystko jedno.

Nie wiem właściwie, czemu uciekałem – o ile to była próba ucieczki. Usiadłem na trawie, a oni otoczyli mnie, jeden pochylał się nade mną, mówił coś, powiedziałem, żeby przestał, żeby raczej szukali Ganimaldiego, bo nic mi nie jest. Kiedy chcieli mnie podnieść, broniłem się, wtedy ktoś ujął mnie za ramię. Krzyknąłem z bólu. Potem poczułem ukłucie i straciłem przytomność. Obudziłem się w szpitalu.

Pamięć miałem doskonale zachowaną. Nie wiedziałem tylko, ile czasu upłynęło od katastrofy. Z głową tkwiłem w bandażach, oparzenia dawały o sobie znać silnym bólem potęgującym się przy każdym poruszeniu; starałem się więc zachowywać jak najspokojniej. Zresztą te moje przejścia szpitalne, wszystkie transplantacje skóry, które mi robiono przez całe miesiące, nie mają znaczenia, podobnie jak i to, co stało się później. Zresztą nic innego nie mogło się stać. Dopiero w wiele tygodni potem przeczytałem w gazetach oficjalną wersję wypadku. Wytłumaczenie znaleziono proste, które samo zresztą się narzucało. Laboratorium zrujnował wybuch plazmy; ogarnięci płomieniami trzej mężczyźni usiłowali uciekać; z nich Ganimaldi zginął w budynku, pod gruzami, Maartens w płonącym odzieniu zmarł, dobiegłszy na szczyt wzgórza, a ja wyszedłem z katastrofy poparzony, w stanie ciężkiego szoku. Na spopielone ślady wśród traw nie zwracano w ogóle uwagi, jako że badano przede wszystkim same ruiny laboratorium. Ktoś tam twierdził zresztą, że to trawa zapaliła się od płonącego Maartensa, który tarzał się po niej, usiłując zdusić płomienie. I tak dalej.

Uważałem za swój obowiązek powiedzieć prawdę bez względu na konsekwencje, teraz już choćby tylko przez wzgląd na Ganimaldiego i Maartensa. Bardzo ostrożnie dano mi do zrozumienia, że moja wersja wypadków jest efektem szoku, tak zwanym urojeniem następczym. Nie wróciłem jeszcze do równowagi; zacząłem gwałtownie protestować – moje wzburzenie wzięto za symptom potwierdzający diagnozę. Jakiś tydzień potem odbyła się następna rozmowa.

Tym razem usiłowałem argumentować już bardziej chłodno, opowiedziałem o pierwszym nakręconym filmie, który znajdował się w mieszkaniu Maartensa; poszukiwania nie dały jednak żadnego rezultatu. Domyślam się, że Maartens zrobił to, o czym kiedyś mimochodem wspomniał: włożył zapewne film do skrytki bankowej. Ponieważ wszystko, co miał przy sobie, uległo zupełnemu zniszczeniu, z klucza i kwitu depozytowego nic nie zostało. Film ten do dziś leżeć musi w jakimś sejfie. Tak więc i tutaj przegrałem; nie dałem jednak za wygraną i dzięki moim powtarzanym żądaniom doszło do wizji lokalnej. Powiedziałem, że udowodnię wszystko na miejscu; lekarze znów sądzili, że gdy znajdę się tam, wróci mi, być może, pamięć wydarzeń „rzeczywistych”. Chciałem pokazać im kable, które przeciągnęliśmy na szczyt wzgórza, do ziemianki. Ale i owych kabli nie było. Twierdziłem, że jeśli ich nie ma, zostały usunięte później, może przez załogi walczące z pożarem. Powiedziano mi, że się mylę – nikt nie zabierał żadnych kabli, bo nie istniały poza moją wyobraźnią.

 

Wtedy dopiero, tam, wśród wzgórz, pod błękitnym niebem, w pobliżu poczerniałych już i jakby zmalałych ruin laboratorium, pojąłem, dlaczego tak się stało. Ogniowy robak nie zabił nas. Nie chciał nas zabić. Nic o nas nie wiedział, nie obchodziliśmy go. Stworzony eksplozją, wypełznąwszy z niej, wychwycił z otoczenia rytm sygnałów, które wciąż jeszcze pulsowały w kablach, bo Maartens nie wyłączył sterującego urządzenia. To ku jego źródłu, ku źródłu impulsów elektrycznych, poczołgał się ogniowy stwór, nie żadna świadoma istota, ale dżdżownica słoneczna, walcowaty kłąb zorganizowanego żaru... który miał przed sobą ledwo kilkadziesiąt sekund istnienia. Świadczyła o tym jego rosnąca aureola; umożliwiająca mu istnienie temperatura gwałtownie spadała, w każdym mgnieniu musiał tracić olbrzymie ilości energii, wypromieniowywał ją, a nie miał jej skąd czerpać, dlatego wił się spazmatycznie wzdłuż kabli niosących elektryczność, obracając je równocześnie w parę, w gaz. Maartens i Ganimaldi znaleźli się na jego drodze przypadkowo, zresztą nie zbliżył się zapewne do nich. Uciekali; Maartensa trafił udar termiczny ognistego przejścia kilkadziesiąt kroków od szczytu, Ganimaldi, być może zupełnie oślepiony, stracił poczucie kierunku i wpadł prosto w otchłań błyszczącej agonii.

Tak, ogniowy stwór konał tam, na szczycie wzgórza, wijąc się bezsensownie, kręto wśród trawy, w gwałtownym i daremnym poszukiwaniu źródeł energii, która zeń wyciekała, niczym krew z żył. Zabił ich obu, nawet o tym nie wiedząc. Zresztą – trawa zarosła spopielone ślady.

Kiedyśmy tam przyjechali z dwoma lekarzami, jakimś obcym człowiekiem, zdaje się, kimś z policji, i profesorem Guilshem, nie można ich już było znaleźć, chociaż od katastrofy minęły ledwo trzy miesiące. Wszystko zarosło trawą, także owo miejsce – jakby cień rozkrzyżowanej postaci. Trawa w tym miejscu była szczególnie bujna. Wszystko jakby sprzysięgło się przeciwko mnie, bo ziemianka była wprawdzie, ale ktoś zrobił z niej śmietnik; w dole znajdowały się tylko zardzewiałe żelaziwa i puste puszki konserwowe. Twierdziłem, że pod nimi muszą być resztki pancernego szkła, które się stopiło. Grzebaliśmy się w tych śmieciach, ale szkła nie znaleźliśmy. To znaczy – trochę okruchów, nawet postapianych. Ludzie, którzy byli ze mną, uznali, że pochodzą one ze zwykłych flaszek, które ktoś stopił w piecu centralnego ogrzewania, potłukłszy je uprzednio dla zmniejszenia objętości przed wyrzuceniem do pojemnika z odpadkami. Chciałem, by przeprowadzono analizę szkła, ale nie zrobiono tego. Pozostał mi tylko jeden atut – ów młody biolog oraz profesor, obaj bowiem widzieli nasz film. Profesor był w Japonii i miał wrócić dopiero na wiosnę, a przyjaciel Maartensa przyznał, że istotnie pokazaliśmy mu taki film – że były to zdjęcia ameb głębokowodnych, a nie plazmy jądrowej. Zapewniał, że Maartens kategorycznie przeczył przy nim temu, jakoby zdjęcia mogły przedstawiać cokolwiek innego.

I to była prawda. Maartens powiedział tak dlatego, bośmy się umówili, pragnąc zachować wszystko w tajemnicy. W ten sposób sprawa się zamknęła.

A co się stało ze słonecznym robakiem? Może wybuchnął, kiedy leżałem nieprzytomny, a może skończył swoje przelotne istnienie cicho; jedno jest tak samo prawdopodobne jak drugie.

Z tym wszystkim byliby mnie chyba puścili, jako nieszkodliwego, ale okazałem się uparty. Katastrofa, która zabrała Maartensa i Ganimaldiego, zobowiązała mnie. W czasie rekonwalescencji zażądałem rozmaitych książek. Dawano mi wszystko, czego chciałem. Przestudiowałem całą literaturę solaryczną, dowiedziałem się tego, co jest wiadome o protuberancjach słonecznych i kulistych piorunach. Myśl, że ogniowy robak miał coś pokrewnego z tym piorunem, nasunęło mi pewne podobieństwo w ich zachowaniu. Pioruny kuliste, zjawiska właściwie do dzisiaj nie wytłumaczone i zagadkowe dla fizyków, powstają w środowisku potężnych wyładowań elektrycznych, w czasie burzy. Twory te, przypominające rozjarzone kule lub perły, unoszą się swobodnie w powietrzu, czasem poddają się jego prądom, przeciągom i wiatrom, czasem żeglują pod ich prąd; przyciągają je przedmioty metalowe i fale elektromagnetyczne, zwłaszcza bardzo krótkie – ciągnie je tam, gdzie powietrze jest zjonizowane. Najchętniej krążą w pobliżu przewodów niosących elektryczność. Usiłują jakby spijać ją. To im się jednak nie udaje. Natomiast jest prawdopodobne – tak twierdzą przynajmniej niektórzy fachowcy – że „żywią się” falami decymetrowej długości poprzez kanał zjonizowanego powietrza, jaki wytworzył macierzysty piorun liniowy, który je rodzi.

Ucieczka energii jednak przewyższa te ilości, które są absorbowane przez kule, i dlatego żywot ich trwa zaledwie dziesiątki sekund. Rozświetliwszy otoczenie błękitnawożółtym blaskiem, pokrążywszy w nim chwiejnym i błękitnym lotem, kończą nagłym wybuchem bądź rozpływają się i gasną niemal bezszelestnie. Nie są to oczywiście twory żywe; z życiem mają tyle akurat wspólnego, co owe krople chloroformu wpuszczone do oliwy, o których opowiadał nam profesor.

Czy ogniowy robak, któregośmy stworzyli, żył? Temu, kto zada mi takie pytanie, nie po to oczywiście, by drażnić szaleńca, którym nie jestem, odpowiem uczciwie: nie wiem. Sama jednak niepewność, sama ta ignorancja kryje w sobie możliwość przewrotu naszej wiedzy, o jakim się nikomu w majakach nie mroczyło.

Istnieje – powiadają mi – jeden tylko rodzaj życia: wegetacja białek, jaką znamy, rozdwojona na państwa roślin i zwierząt. W temperaturach oddalonych od absolutnego zera o trzysta zaledwie drobnych kroków powstaje ewolucja i ukoronowanie jej – człowiek. Tylko on i jemu podobni mogą się przeciwstawić panującej w całym Wszechświecie tendencji wzrastania chaosu. Tak, w myśl tego twierdzenia wszystko jest chaosem i bezładem – straszliwy żar wnętrza gwiazd, ogniowe ściany rozpalających się od wzajemnego przenikania mgławic galaktycznych, kule gazowe słońc; przecież – powiadają ci trzeźwi, rozumni, a przez to rację niewątpliwie mający ludzie – żadne urządzenie, żaden rodzaj, a choćby ślad organizacji nie może powstać w oceanach kipiącego ognia; słońca są ślepymi wulkanami, wyrzucającymi planety, te zaś, wyjątkowo i rzadko, stwarzają niekiedy człowieka – wszystko inne jest martwą zaciekłością zwyrodniałych gazów atomowych, mrowiskiem wstrząsanych protuberancjami apokaliptycznych ogni.

Uśmiecham się, słysząc ten wykład autoapologetyczny, będący wynikiem zaślepiającej megalomanii. Istnieją – powiadam – dwa poziomy życia. Jedno, potężne i olbrzymie, opanowało cały widzialny Kosmos. To, co dla nas jest grozą i groźbą zagłady, gwiazdowy żar, gigantyczne pola potencjałów magnetycznych, potworne erupcje płomienia, jest dla tej formy życia zespołem warunków przyjaznych i sprzyjających – więcej – koniecznych.

Chaos, powiadacie? Kipiel martwego żaru? Czemu więc taką nieprzeliczoną wprost mnogość zjawisk regularnych, choć niepojętych, przejawia obserwowana przez astronomów powierzchnia Słońca? Czemu wiry magnetyczne takie są zadziwiająco prawidłowe? Czemu istnieją cykle rytmiczne aktywności gwiazdy, tak samo jak istnieją cykle przemiany materii każdego żywego ustroju? Człowiek zna rytm dobowy i miesięczny, ponadto na przestrzeni życia walczą w nim przeciwstawne siły wzrostu i zamierania; Słońce ma cykl jedenastoletni, co ćwierć miliarda lat przeżywa „depresję”, swój klimakter, który sprowadza ziemskie epoki lodowcowe. Człowiek rodzi się, starzeje i umiera – jak gwiazda.

Słyszycie, ale nie wierzycie. I chce się wam śmiać. Pragniecie mnie spytać, już tylko dla drwiny, czy wierzę może w świadomość gwiazd? Czy uważam, że one myślą? I tego nie wiem. Ale zamiast beztrosko potępiać moje szaleństwo, przypatrzcie się protuberancjom. Spróbujcie raz jeden obejrzeć film nakręcony podczas słonecznego zaćmienia, kiedy to płomienne robactwo wynurza się i na setki tysięcy, na miliony kilometrów oddala od macierzy, aby w ewolucjach dziwacznych i niepojętych, rozciągając się i kurcząc w coraz nowe formy, rozwiać się wreszcie i sczeznąć w przestrzeni lub wrócić do białożarowego oceanu, który dał im początek. Nie twierdzę, że są one palcami Słońca. Równie dobrze mogłyby być jego pasożytami.

Niech i tak będzie – powiadacie – dla dobra dyskusji, aby się ta oryginalna, choć ryzykowna od przedawkowania absurdu rozmowa nie urwała przedwcześnie, chcemy jeszcze coś wiedzieć. Czemuż nie próbujemy porozumiewać się ze Słońcem? Bombardujmy je falami radiowymi. Może odpowie...? Jeżeli nie, twoja teza będzie obalona...

Ciekawym, o czym moglibyśmy rozmawiać ze Słońcem. Jakie są wspólne, dla niego i dla nas, zagadnienia, pojęcia, problemy. Przypomnijcie sobie, co wykazał nasz pierwszy film. Ogniowa ameba w milionowym ułamku sekundy przekształciła się w dwa pokolenia potomne. Różnica tempa także ma pewne (pewne...) znaczenie. Porozumcie się pierwej z bakteriami waszych ciał, z krzewami waszych ogrodów, z pszczołami i ich kwiatami, a będziemy się wtedy mogli zastanowić nad metodyką informacyjnego kontaktu ze Słońcem.

Jeśli tak – powie najdobroduszniejszy ze sceptyków – wszystko okazuje się tylko... nieco oryginalnym punktem widzenia. Twoje poglądy w niczym nie zmieniają istniejącego świata, teraz ani w przyszłości. Kwestia, czy gwiazda jest istotą, czy „żyje”, staje się sprawą umowy, zgody na przyjęcie tego terminu i niczym więcej. Jednym słowem, opowiedziałeś nam bajkę...

Nie – odpowiadam. Mylicie się. Sądzicie bowiem, że Ziemia jest kruszyną życia w oceanie nicości. Że człowiek jest samotny i gwiazdy, mgławice, galaktyki ma za przeciwników, za wrogów. Że jedyną możliwą do zdobycia jest wiedza, jaką posiadł i jeszcze posiądzie on, jedyny twórca Ładu, bezustannie zagrożonego powodzią nieskończoności, promieniującej oddalonymi punktami świetlnymi. Ale tak nie jest. Hierarchia aktywnego trwania jest wszechobecna. Kto chce, może ją nazwać życiem. Na szczytach jej, na wysokościach energetycznego wzbudzenia, trwają organizmy ogniste. Przed samym kresem, tuż u absolutnego zera, w krainie ciemności i ostatniego, zastygającego tchu, życie pojawia się raz jeszcze, jako słaby odblask tamtego, jako jego blade, dogorywające przypomnienie – to my. Patrzcie tak, a nauczycie się pokory i zarazem nadziei, bo kiedyś Słońce stanie się Nową i obejmie nas miłościwym ramieniem pożaru, i tak powracając w wieczny kołowrót życia, stając się cząstkami jego wielkości, zdobędziemy wiedzę głębszą od tej, która może być udziałem mieszkańców strefy lodowacenia. Nie wierzycie mi. Wiedziałem. Teraz zbiorę te zapisane kartki, aby je zniszczyć, ale jutro albo pojutrze znowu siądę przed pustym stołem i zacznę pisać prawdę.