Ogród ciemności i inne opowiadaniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A czy znasz ten wiersz?

Słyszałem gdzieś, nie wiem, może to u Priestleya,

O dwu takich biednych, zmęczonych złodziejach,

Którzy całą noc wytrychem otwierali drzwi do nieba.

A kiedy otworzyli, była tylko pustka,

Podobna do ram rozbitego lustra,

Nicość bez jednej nawet gwiazdy spadającej.

– Tak jest zawsze – dodał – z wierszami i ludźmi. Wymyślam sobie zjawy, a potem dziwię się, kiedy rozpływają mi się w palcach. To tak jak w zmierzchu: wydaje się, że wszystkiego jest więcej, takie to ruchliwe, dowolne, przypadkowe... Dlatego sądzę, że może być inaczej, że to, co jest, nie liczy się, a ważne jest to, co dopiero będzie. Ale tymczasem pozwalam wymykać się z rąk wszystkim rzeczom – choć tak bardzo potrzebna jest pewność...

– A ja?...

– Ty? Nie ma cię przecież, to ja ciebie stworzyłem – ty jesteś mną...

Opuścił głowę z zimnego oparcia i pochylił ją w ciemność, w to miejsce, w którym mogły być jej ręce.

Wiatr odarł resztę liści z wysokich klonów i teraz stały proste i smukłe, łącząc ciemność nieba i ziemi, jak szkielety zapomnianych okrętów.

Prawda

Siedzę tu i piszę w zamkniętym pokoju o drzwiach bez klamki, a i okna nie można otworzyć. Szyba jest z nietłukącego szkła. Próbowałem. Nie z chęci ucieczki ani z wściekłości, chciałem się tylko przekonać. Piszę na drewnianym, orzechowym stole. Papieru mam dosyć. Pisać wolno. Tylko nikt tego nie czyta. Ale ja i tak piszę. Nie chcę być sam, a czytać nie mogę. Wszystko, co dają do czytania, jest nieprawdą, litery zaczynają skakać przed oczami i tracę cierpliwość. To, co w nich jest, nic mnie zupełnie nie obchodzi od czasu, kiedy zrozumiałem, jak jest naprawdę. Dbają o mnie bardzo. Rano jest kąpiel, ciepła albo letnia, o delikatnym zapachu. Odkryłem, na czym polega różnica dni tygodnia: we wtorki i soboty woda pachnie lawendą, w inne dni szpilkowym lasem. Potem jest śniadanie i wizyta lekarska. Jeden z młodszych lekarzy (nie pamiętam jego nazwiska, nie żeby coś złego było z moją pamięcią, ale staram się teraz nie zapamiętywać rzeczy nieważnych) interesował się moją historią. Opowiadałem mu ją dwa razy, całą, a on nagrywał ją na taśmę magnetofonową. Przypuszczam, że chciał, bym ją powtórzył, po to aby porównać oba opowiadania i w ten sposób wykryć, co pozostaje w nich bez zmiany. Powiedziałem mu, co myślę, jak również i to, że szczegóły nie są istotne.

Spytałem też, czy ma zamiar opracować moją historię jako tak zwany przypadek kliniczny, aby zwrócić na siebie uwagę świata lekarskiego. Zmieszał się trochę. Może mi się tylko tak zdawało, w każdym razie odtąd przestał okazywać mi względy.

Ale to wszystko nie ma znaczenia. To, do czego doszedłem, częściowo za sprawą przypadku, częściowo dzięki innym okolicznościom, w pewnym (trywialnym) sensie także nie ma znaczenia.

Istnieją dwa rodzaje faktów. Jedne mogą stać się użyteczne, na przykład takie jak ten, że woda wrze przy stu stopniach i zmienia się w parę podległą prawom Boyle’a-Mariotte’a i Gay-Lussaca; dzięki temu można było kiedyś zbudować maszynę parową. Inne fakty nie mają takiego znaczenia, bo dotyczą wszystkiego i nie ma od nich ucieczki. Nie znają wyjątków ani zastosowań i w tym sensie są na nic. Czasem mogą mieć nieprzyjemne dla kogoś konsekwencje.

Kłamałbym, gdybym twierdził, że jestem zadowolony z mego obecnego położenia i że zupełnie obojętne jest dla mnie to, co napisano w mojej historii choroby. Ponieważ jednak wiem, że jedyną moją chorobą jest moje istnienie i że w konsekwencji tego zawsze kończącego się fatalnie schorzenia doszedłem prawdy, jestem właścicielem drobnej satysfakcji, jak każdy, kto ma rację przeciwko większości. W moim przypadku – przeciwko całemu światu.

Mogę tak powiedzieć dlatego, bo Maartens i Ganimaldi nie żyją. Prawda, którą wykryliśmy wspólnie, zabiła ich. Przetłumaczone na język większości słowa te oznaczają tylko tyle, że zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Istotnie zdarzył się, ale dużo wcześniej, około czterech miliardów lat temu, kiedy płachty zdartego ze Słońca ognia zaczęły skręcać się w kule. To była agonia, a cała reszta, razem z tymi ciemnymi świerkami kanadyjskimi zza okna, szczebiotaniem pielęgniarek i moją pisaniną, jest już tylko życiem pozagrobowym. Wiecie, czyim? Naprawdę nie?

A lubicie patrzeć w ogień. Jeśli nie lubicie, to przez rozsądek lub przekorę. Spróbujcie tylko usiąść przed ogniem i odwrócić od niego wzrok, a zaraz przekonacie się, jak przyciąga. Tego wszystkiego, co dzieje się w płomieniach (a dzieje się bardzo wiele), nie potrafimy nawet nazwać. Mamy na to kilkanaście nic nie mówiących określeń. Zresztą nie miałem o tym pojęcia, jak każdy z was. I mimo mego odkrycia nie zostałem czcicielem ognia, podobnie jak materialiści nie stają się, w każdym razie nie muszą się stać, czcicielami materii.

Zresztą, ogień... On jest tylko aluzją. Napomknięciem. Dlatego śmiać mi się chce, kiedy poczciwa doktor Merriah powiada czasem do kogoś obcego (jest to oczywiście jakiś zwiedzający nasz wzorowy zakład lekarz), że ten człowiek tam, ten chudzielec, który wygrzewa się na słońcu, jest piroparanoikiem. Zabawne słowo, nieprawdaż? Piroparanoik. Co oznacza, że mój sprzeczny z rzeczywistością system ma za mianownik ogień. Jak gdybym wierzył w „życie ognia” (słowo przezacnej doktor Merriah). Rozumie się, nie ma w tym ani słowa prawdy. Ogień, w który lubimy patrzeć, jest tak samo żywy jak fotografie naszych drogich zmarłych. Można badać go przez całe życie i niczego nie dojść. Rzeczywistość, jak zawsze, jest bardziej skomplikowana, ale i mniej złośliwa.

Napisałem sporo, a treści w tym niewiele. Ale to głównie dlatego, że mam dużo czasu. Przecież wiem, że kiedy dojdę do rzeczy ważnych, kiedy opowiem o nich do końca, wtedy naprawdę mogę się pogrążyć w rozpaczy. Aż do godziny, w której te notatki zostaną zniszczone i będę mógł się wziąć do pisania nowych. Nie piszę zawsze tak samo. Nie jestem płytą gramofonową.

Chciałbym, by słońce zajrzało do pokoju, ale o tej porze roku składa ono swoje wizyty tylko przed czwartą i do tego na krótko. Chciałbym obserwować je przez jakiś wielki, dobry przyrząd, na przykład ten, który Humphrey Field ustawił na Mount Wilson cztery lata temu, z całym kompletem pochłaniaczy nadmiaru energii, tak że człowiek może spokojnie, godzinami całymi, wpatrywać się w porytą twarz naszego ojca. Źle mówię, bo to nie ojciec. Ojciec daje życie, a Słońce umiera po trosze, podobnie jak wiele miliardów innych słońc.

Może już czas przystąpić do wtajemniczenia w tę prawdę, którą osiągnąłem dzięki przypadkowi i dociekliwości. Byłem wtedy fizykiem. Specjalistą od wysokich temperatur. Jest to fachowiec, który zajmuje się ogniem, tak jak grabarz – człowiekiem. We trzech z Maartensem i Ganimaldim pracowaliśmy przy wielkim plazmotronie boulderskim. Dawniej nauka działała w daleko mniejszej skali probówek, retort i statywów, i rezultaty były odpowiednio drobniejsze. My braliśmy z międzystanowej szyny zbiorczej miliard watów energii, wpuszczaliśmy ją w brzuch elektromagnesu, którego tylko jedna sekcja ważyła 70 ton, a w ognisku pola magnetycznego umieszczaliśmy wielką rurę kwarcową.

Wyładowanie elektryczne szło przez rurę, od jednej elektrody do drugiej, a moc jego była taka, że zdzierała z atomów elektronowe otoczki i pozostawała sama papka rozżarzonych jąder, zwyrodniały gaz jądrowy, czyli plazma, która wybuchłaby w jednej stumiliardowej części sekundy i obróciłaby nas, pancerze, kwarc, elektromagnesy z ich betonowym zakotwiczeniem, z murami gmachu i jego błyszczącą z dala kopułą – w grzybiastą chmurę, a wszystko to stałoby się daleko prędzej, aniżeli daje się pomyśleć sama możliwość takiego zdarzenia, gdyby nie owo pole magnetyczne.

Pole to zaciskało wyładowanie idące w plazmie, ukręcało z niej rodzaj pulsującego żarem sznura, cienką nić, strzykającą twardym promieniowaniem, rozpiętą od elektrody do elektrody, drgającą wewnątrz zamkniętej w kwarcu próżni, pole magnetyczne nie dawało nagim cząstkom jądrowym o temperaturze miliona stopni zbliżyć się do ścian naczynia, ocalając nas i nasz eksperyment. Ale wszystko to, powiedziane językiem wzniosłej popularyzacji, znajdziecie w byle książce, a ja nieudolnie powtarzam to tylko dla porządku, ponieważ od czegoś należy zacząć, a trudno jednak uważać za początek tej historii każdą parę drzwi bez klamki czy płócienny worek z bardzo długimi rękawami. Co prawda, zaczynam w tym momencie przesadzać, bo już się takich worków, takich kaftanów nie używa. Nie są potrzebne, skoro odkryto pewien rodzaj drastycznie uspokajających leków. Ale mniejsza o to.

Plazmę więc badaliśmy, zajmowaliśmy się zagadnieniami plazmowymi, jak przystało na fizyków: teoretycznie, matematycznie, hieratycznie, wzniośle i tajemniczo – w tym przynajmniej sensie, że pogardliwie odnosiliśmy się do nacisku naszych nie znających się na nauce, niecierpliwych opiekunów finansowych; ci bowiem żądali wyników owocujących konkretnymi zastosowaniami. W owym czasie było bardzo modne rozprawianie o takich wynikach czy przynajmniej o ich prawdopodobieństwie. Miał więc powstać, na razie projektowany tylko na papierze, plazmowy silnik dla rakiet, bardzo potrzebny był też plazmowy zapalnik do bomb wodorowych, tych „czystych”, a nawet miał być opracowany teoretycznie stos wodorowy lub ogniwo termojądrowe w oparciu o zasadę plazmowego sznura. Jednym słowem, przyszłość, jeśli nie świata, to przynajmniej jego energetyki i transportu, widziano w plazmie. Plazma była, jakem rzekł, modna, zajmować się jej badaniem należało do dobrego tonu, a my byliśmy młodzi, chcieliśmy robić to, co najważniejsze i co może przynieść rozgłos, sławę, bo ja wiem zresztą? Sprowadzone do motywów pierwszych, postępki ludzkie stają się kupką trywialności, rozsądek i umiar, a także wykwint analizy polega na tym, aby cięcie poprzeczne i utrwalenie dokonało się w miejscu maksymalnej komplikacji, a nie u jej źródeł, bo przecież wszyscy wiedzą, że niewiele jest imponującego w źródłach nawet Missisipi i każdy może je z łatwością przeskoczyć. Stąd pewna pogarda dla źródeł. Ale odszedłem, po mojemu, od tematu.

 

Wielkie plany, które urzeczywistnić miały nasze badania i setek innych plazmologów, natrafiły po niejakim czasie na strefę zjawisk tyleż niezrozumiałych, co nieprzyjemnych. Do pewnej granicy – do granicy średnich temperatur (średnich w rozumieniu kosmicznym, więc takich, jakie panują na powierzchni gwiazd), plazma zachowywała się w sposób pokorny i solidny. Jeśli się ją spętało należytymi więzami, jak owym polem magnetycznym, jak pewnymi wyrafinowanymi sztuczkami, opartymi na zasadzie indukcji, dawała się wprzęgać w kierat praktycznych zastosowań i energię jej można było pozornie użytkować. Pozornie, bo w podtrzymywanie plazmowego sznura wkładało się więcej energii, aniżeli się z niego uzyskiwało; różnica szła na straty promieniste, no i na wzrost entropii. Bilans na razie nie był ważny, bo z teorii wynikało, że przy wyższych temperaturach koszta automatycznie spadną. Powstał więc rzeczywiście jakiś prototyp motorka odrzutowego, a nawet generator bardzo twardych promieni gamma, lecz równocześnie plazma nie spełniała wielu pokładanych w niej nadziei. Mały silniczek plazmowy działał, zaś projektowane na większą moc eksplodowały bądź odmawiały posłuszeństwa. Okazało się, że plazma w pewnym zakresie pobudzeń termicznych i elektrodynamicznych zachowuje się nie tak, jak to przewiduje teoria; wszystkich to oburzyło, ponieważ teoria była pod względem matematycznym elegancka i całkiem nowa.

Takie rzeczy zdarzają się, co więcej, muszą się zdarzać. Nie stropieni zatem ową niepokornością zjawiska, liczni teoretycy, a między nimi i nasza trójka, zabrali się do studiowania plazmy tam, gdzie była najkrnąbrniejsza.

Plazma – to ma w historii pewne znaczenie – wygląda dość imponująco. Najprościej mówiąc, przypomina kawałek Słońca, i to wzięty ze środkowych raczej stref, a nie z chłodnawej chromosfery. Nie ustępuje ona blaskiem Słońcu, przeciwnie – przewyższa je nawet. Nie ma ona nic wspólnego z bladozłotawym tańcem tych powtórnych, ostatecznych już zgonów, jaki ukazuje nam łączące się z tlenem drzewo w kominku, ani bladoliliowym, gwiżdżącym stożkiem dyszy palnikowej, gdzie fluor wstępuje w reakcję z tlenem, by dać najwyższą z osiąganych chemicznie temperatur, ani wreszcie z łukiem Volty, wygiętym płomieniem wśród kraterów dwu węgli, choć przy dobrych chęciach i należytej cierpliwości badacz mógłby doszukać się miejsc cieplejszych niż trzy tysiące stopni. Również temperatury uzyskiwane dzięki pchnięciu jakiegoś miliona amperów w niegruby przewodnik elektryczny, który staje się wtedy chmurką wcale już ciepłą, albo termiczne efekty udarowych fal przy eksplozji kumulatywnej – wszystkie pozostawia plazma daleko w tyle. W porównaniu z nią podobne reakcje należy uznać za zimne, wręcz lodowate, a nie sądzimy tak tylko przez przypadek, który sprawił, że powstaliśmy z ciał kompletnie już zastygłych, zmartwiałych, w pobliżu absolutnego zera; nasze dziarskie bytowanie dzieli od niego ledwo trzysta stopni w skali absolutnej Kelvina, podczas kiedy w górę słup owej skali rozpościera się na miliardy stopni. Tak więc, doprawdy, nie jest przesadą mówić o tych najgorętszych z możliwości, które umiemy wzniecać laboratoryjnie, jako o zjawiskach wiecznego milczenia cieplnego.

Pierwsze płomyczki plazmy, które zakiełkowały w laboratoriach, też nie były takie ciepłe – dwieście tysięcy stopni uważano wówczas za temperaturę godną szacunku, a milion był już niezwykłym osiągnięciem. Matematyka jednak, ta prymitywna i przybliżona matematyka, powstała ze znajomości zjawisk strefy zimna, obiecywała ziszczenie pokładanych w plazmie nadziei jeszcze znacznie wyżej na skali termometrycznej: domagała się temperatur uczciwie wysokich, prawie gwiezdnych; myślę oczywiście o wnętrzach gwiazd. Muszą to być miejsca niezwykle ciekawe, choć na osobistą w nich obecność człowieka pewno przyjdzie jeszcze poczekać.

Tak więc potrzeba było milionowych temperatur. Zaczęto je realizować, myśmy też nad tym pracowali – i oto co się okazało.

W miarę wzrostu temperatury szybkość przemian, wszystko jedno jakich, zwiększa się; wobec skromnych możliwości tak ciekłej kropelki, jaką jest nasze oko, połączonej z drugą, większą kroplą, którą stanowi mózg, nawet płomień zwykłej świecy jest już domeną zjawisk niezauważalnych dla ich tempa, cóż dopiero mówić o dygocącym ogniu plazmy! Przyszło więc wziąć się do innych metod, fotografowało się plazmowe wyładowania, i myśmy też to robili. Nareszcie Maartens z pomocą kilku znajomych optyków i inżynierów mechaników zmajstrował kamerę filmową, istne cudo, przynajmniej jak na nasze możliwości, kamerę, która dokonywała milionów zdjęć na sekundę. Mniejsza o jej konstrukcję, nad wyraz dowcipną i chwalebnie świadczącą o naszej gorliwości. Dość, że napsuliśmy kilometry taśmy filmowej, ale w rezultacie uzyskaliśmy paręset metrów godnych uwagi i wyświetlaliśmy je sobie w tempie zwolnionym tysiąc, a potem i dziesięć tysięcy razy. Niczego szczególnego nie zauważyliśmy, poza tym, że pewne rozbłyski, zrazu uważane za zjawisko elementarne, okazały się zbitkami powstałymi przez nakładanie się na siebie tysięcznych, bardzo szybkich przemian, lecz i te w końcu dało się opanować naszą prymitywną matematyką.

Dziw padł na nas dopiero wtedy, kiedy pewnego razu, pod wpływem nie wyjaśnionego dotąd niedopatrzenia, czyli jakiejś niezawinionej przyczyny, nastąpił wybuch. Właściwie nie był to prawdziwy wybuch, bobyśmy go nie przeżyli, po prostu plazma przemogła w apokaliptycznie drobnej części sekundy zaciskające ją ze wszystkich stron niewidzialne pole magnetyczne i rozwaliła nam grubościenną rurę kwarcową, w której była uwięziona.

Przez szczęśliwy zbieg okoliczności ocalała kamera filmująca eksperyment wraz z zawartą w niej taśmą. Cała eksplozja trwała dokładnie milionowe części sekundy, reszta była już tylko pogorzeliskiem rozstrzeliwanych na wszystkie strony kropel stopionego kwarcu i metalu. Te nanosekundy zapisały się na naszym filmie jako zjawisko, którego póki życia nie zapomnę.

Tuż przed wybuchem jednolity prawie dotąd sznur plazmatycznego płomienia pozwężał się w jednakowych odstępach jak szarpnięta struna, po czym rozpadłszy się na szereg krągłych ziaren, przestał istnieć jako całość. Każde z ziaren rosło i przeobrażało się, granice tych kropelek atomowego żaru stały się płynne, wysunęły się z nich wypustki, z których powstała następna generacja kropelek, potem wszystkie te kropelki zbiegły się ku środkowi i utworzyły przypłaszczoną kulę, która kurcząc się i rozdymając, jakby oddychała, równocześnie wysyłała na zwiady w otoczenie rodzaj ognistych, na końcach dygocących macek, po czym nastąpił, tym razem już i na naszym filmie, momentalny rozkład, zanik wszelkiej organizacji i widać było tylko ulewę ognistych rozbryzgów, biczujących pole widzenia, aż utonęło ono w kompletnym chaosie.

Nie przesadzę, jeśli powiem, żeśmy sobie obejrzeli tę taśmę ze sto razy. Następnie, przyznaję, że był to mój pomysł, zaprosiliśmy do nas, nie do laboratorium, lecz do mieszkania Ganimaldiego, pewnego znanego biologa, szacowną znakomitość. Nic mu przedtem nie mówiąc ani o niczym nie uprzedzając, wycięliśmy tylko środkowe części sławetnej taśmy i dokonaliśmy na oczach czcigodnego gościa projekcji, normalnym aparatem, z tym tylko, żeśmy na obiektyw nałożyli ciemny filtr, dzięki czemu to, co na zdjęciu było płomieniem, zblakło i wyglądało jak przedmiot dość mocno oświetlony padającym światłem.

Profesor obejrzał nasz film i kiedy zapaliły się lampy, wyraził uprzejme zdziwienie, że my, fizycy, zajmujemy się tak odległymi dla nas sprawami, jak życie wymoczków w akwariach. Spytałem, czy jest pewien, że to, co widział, jest rzeczywiście kolonią wymoczków.

Pamiętam jego uśmiech, jakby to było dziś.

– Zdjęcia nie były dość ostre – wyjawił pośród owego uśmiechu – i, za pozwoleniem, znać, że ich dokonywali niefachowcy, ale mogę panów zapewnić, że to nie jest artefakt...

– Co pan rozumie przez artefakt? – spytałem.

– Arte factum, czyli coś stworzonego sztucznie. Jeszcze za Schwamma zabawiano się imitowaniem żywych form w ten sposób, że wpuszczało się do oliwy krople chloroformu; krople takie wykonują ruchy amebowate, pełzną po dnie naczynia, a nawet dzielą się przy zmianie ciśnienia osmotycznego u biegunów, ale to są czysto zewnętrzne, prymitywne podobieństwa, mające z życiem tyle wspólnego, co z człowiekiem ma wystawowy manekin. Decyduje przecież budowa wewnętrzna, mikrostruktura. Na waszym zdjęciu widać, chociaż niewyraźnie, jak przebiega podział tych jednokomórkowców; nie mogę określić gatunku i nie dałbym nawet głowy, czy to nie są po prostu komórki tkanki zwierzęcej, przez długi czas hodowane na sztucznych pożywkach i potraktowane hialuronidazą, aby je rozłączyć, rozkleić; w każdym razie to są komórki, bo mają aparat chromosomowy, choć zdefektowany. Czy środowisko było poddane działaniu jakiegoś środka rakotwórczego...?

Nawet nie spojrzeliśmy na siebie. Staraliśmy się nie odpowiadać na jego coraz liczniejsze pytania. Ganimaldi prosił, by gość zechciał jeszcze raz obejrzeć film, ale do tego nie doszło, nie pamiętam już, z jakich powodów, może profesor się spieszył, a może myślał, że za naszą lakonicznością kryje się jakiś kawał. Naprawdę nie pamiętam. Dosyć, że zostaliśmy sami i wtedy dopiero, gdy za owym autorytetem zamknęły się drzwi, popatrzyliśmy na siebie w prawdziwym osłupieniu.

– Słuchajcie – powiedziałem, nim któryś zdążył się odezwać – uważam, że powinniśmy zaprosić innego specjalistę i pokazać mu nie okrojony film. Teraz, kiedy wiemy, o co idzie gra, musi to być fachowiec całą gębą – w dziedzinie jednokomórkowców.

Maartens zaproponował jednego ze swych znajomych uniwersyteckich, który mieszkał niedaleko. Nie było go jednak w domu, wrócił dopiero po tygodniu i przyszedł wtedy na przygotowany starannie seans. Ganimaldi nie zdecydował się powiedzieć mu prawdy. Po prostu pokazał mu cały film, z wyjątkiem początku, gdyż obraz przemiany, tam gdzie sznur plazmy przewężał się w pojedyncze, febrycznie drgające krople, mógł dać zbyt wiele do myślenia. Za to tym razem wyświetliliśmy koniec, ową ostatnią fazę istnienia plazmatycznej ameby, która rozlatywała się niczym wybuchowy ładunek.

Ten drugi specjalista, również biolog, był o wiele młodszy od tamtego i przez to mniej zadufały, a także, zdaje się, lepiej życzył Maartensowi.

– To jakieś ameby głębokowodne – powiedział. – Rozsadziło je ciśnienie wewnętrzne, w chwili kiedy zewnętrzne zaczęło spadać. Tak, jak to się dzieje z głębinowymi rybami. Nie można wydobyć ich żywcem z dna oceanu – zawsze giną, rozsadzane od wewnątrz. Ale skąd u was takie zdjęcia? Opuściliście kamerę w głąb oceanu, czy jak?

Patrzył na nas z rosnącą podejrzliwością.

– Zdjęcia są nieostre, prawda? – zauważył skromnie Maartens.

– Chociaż nieostre, ale i tak ciekawe. Poza tym proces podziałów przebiega jakoś nienormalnie. Nie zauważyłem dobrze kolejności faz. Puśćcie no jeszcze raz taśmę, ale wolniej...

Puściliśmy ją tak wolno, jak się tylko dało, ale niewiele to pomogło, młody biolog nie był zupełnie zadowolony.

– Jeszcze wolniej nie można?

– Nie.

– Czemuście nie robili zdjęć przyśpieszonych?

Miałem ogromną ochotę spytać go, czy pięciu milionów zdjęć na sekundę nie uważa za pewne przyśpieszenie, ale ugryzłem się w język. W końcu – nie chodziło o żarty.

– Tak, podział przebiega anormalnie – powiedział, kiedy obejrzał film po raz trzeci. – Poza tym odnosi się takie wrażenie, jakby wszystko działo się w ośrodku gęstszym od wody... a w dodatku większość komórek potomnych drugiego pokolenia wykazuje rosnące defekty rozwojowe, mitoza jest pokiełbaszona, i czemu zlewają się razem? To bardzo dziwne... Czy to było robione na materiale pierwotniaków w środowisku radioaktywnym? – spytał nagle.

Zrozumiałem, o czym myślał. W owym czasie wiele mówiło się o tym, że sposoby stosowane do unieszkodliwiania popiołów radioaktywnych, pochodzących ze stosów atomowych, przez zatapianie ich w hermetycznych zbiornikach na dnie oceanów są nader ryzykowne i mogą doprowadzić do skażenia wody morskiej.

Zapewniliśmy go, że się myli, że to nie ma nic wspólnego z radioaktywnością, i pozbyliśmy się go nie bez trudu, zmarszczonego, przyglądającego się nam kolejno i zadającego coraz więcej i więcej pytań, na które nikt nie chciał odpowiadać, bośmy się tak uprzednio umówili. Rzecz była zbyt niesamowita i zbyt wielka, aby można ją było powierzyć obcemu, choćby i przyjacielowi Maartensa.

 

– Teraz, drodzy moi, musimy się solidnie zastanowić, co począć z tym fantem – powiedział Maartens, gdyśmy zostali po tej drugiej już konsultacji sami.

– To, co twój biolog wziął za spadek ciśnienia, który wywołał rozsadzenie „ameb”, w rzeczywistości było nagłym spadkiem natężenia pola magnetycznego... – powiedziałem do Maartensa.

Ganimaldi, który dotąd milczał, odezwał się jak zwykle rozsądnie.

– Uważam – powiedział – że powinniśmy przeprowadzić dalsze doświadczenia...

Zdawaliśmy sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmujemy. Było już wiadomo, że plazma, względnie „spokojna” i dająca się okiełznać w temperaturach podmilionowych, gdzieś powyżej tej granicy przechodzi w stan nietrwały i kończy swoje efemeryczne istnienie wybuchem, podobnym do tego porannego, który nastąpił w naszym laboratorium. Potęgowanie pola magnetycznego wprowadzało tylko czynnik nieobliczalnego prawie opóźnienia eksplozji. Większość fizyków uważała, że wartość pewnych parametrów zmienia się skokowo i że potrzebna będzie całkiem nowa teoria „gorącego gazu nuklearnego”. Zresztą hipotez mających wyjaśnić ten fenomen było już sporo.

W każdym razie nawet myśleć się nie dało o zużytkowaniu gorącej plazmy do napędu rakiet czy stosów. Drogę tę uznano za fałszywą, prowadzącą w ślepą uliczkę. Badacze, ci zwłaszcza, którzy interesowali się konkretnymi rezultatami, wrócili do temperatur niższych. Tak mniej więcej przedstawiała się sytuacja, kiedyśmy przystąpili do następnych doświadczeń.

Powyżej miliona stopni plazma stawała się materiałem, wobec którego wagon nitrogliceryny jest grzechotką dziecięcą. Ale i to niebezpieczeństwo nie mogłoby nas powstrzymać. Byliśmy już zbyt zaintrygowani niezwykłą rewelacją odkrycia i gotowi na wszystko. Inna rzecz, że dostrzegaliśmy masę horrendalnych przeszkód. Ostatni ślad klarowności, jaki wnosiła matematyka w głąb ziejących żarów plazmy, znikł gdzieś koło miliona czy – według innych, mniej pewnych metod – półtora miliona. Dalej rachunek zawodził całkowicie, bo wynikały z niego już tylko same nonsensy.

Pozostawała więc stara metoda prób i błędów, czyli eksperymentowania, w pierwszych przynajmniej fazach – na ślepo. Ale jak chronić się przed grożącymi w każdej chwili wybuchami? Bloki żelbetu, najgrubsze pancerze stalowe, zapory – wszystko to staje się wobec szczypty materii rozpalonej do milionów stopni osłoną wartą akurat tyle co arkusz bibułki.

– Wyobraźcie sobie – powiedziałem do nich – że gdzieś, w kosmicznej próżni, w pobliżu absolutnego zera, znajdują się istoty niepodobne do nas, dajmy na to, rodzaj metalowych organizmów, które przeprowadzają rozmaite eksperymenty. Między innymi udaje im się – mniejsza w tej chwili o to, jak – dosyć, że udaje im się zsyntetyzować żywą, białkową komórkę. Jedną amebę. Co się z nią stanie? Oczywiście, zaledwie stworzona, natychmiast rozpadnie się, wybuchnie, a szczątki jej zamarzną, bo w próżni zagotuje się i momentalnie obróci w parę zawarta w niej woda, ciepło zaś przemiany białkowej natychmiast wypromieniuje. Nasi eksperymentatorzy, filmując swoją komórkę kamerą taką jak nasza, będą mogli ją przez ułamek sekundy zobaczyć... po to zaś, by utrzymać ją przy życiu, musieliby stworzyć dla niej odpowiednie środowisko...

– Naprawdę uważasz, że nasza plazma zrodziła „żywą amebę”? – spytał Ganimaldi. – Że to jest życie zbudowane z ognia?

– Co to jest życie? – odpowiedziałem, prawie jak poncki Piłat, kiedy pytał: „Co to jest prawda?”. – Niczego nie utrzymuję. Jedno jest w każdym razie pewne: próżnia kosmiczna i kosmiczny mróz są daleko korzystniejszymi warunkami dla istnienia ameby aniżeli warunki ziemskie – dla istnienia plazmy. Jest tylko jedno środowisko, w którym, powyżej miliona stopni, nie musiałaby ulec zagładzie...

– Rozumiem. Gwiazda. Wnętrze gwiazdy – powiedział Ganimaldi. – Chcesz to wnętrze stworzyć w laboratorium, dookoła rury z plazmą? Istotnie, nic prostszego... Ale przedtem musielibyśmy zapalić cały wodór oceanów...

– To nie jest konieczne. Spróbujmy zrobić coś innego.

– Można by zrobić to inaczej – zauważył Maartens. – Eksplodować ładunek trytu i w bąbel wybuchu wprowadzić plazmę...

– Tego się nie da zrobić, sam o tym wiesz. Najpierw, nikt nie pozwoli ci dokonać wybuchu wodorowego, a gdyby nawet tak nie było, to nie ma żadnego sposobu wprowadzenia plazmy w ognisko eksplozji. Zresztą bąbel istnieje tylko tak długo, jak długo doprowadzamy świeży tryt z zewnątrz.

Po tej rozmowie rozeszliśmy się, w ponurych raczej nastrojach, bo wyglądało na to, że sprawa jest beznadziejna. Ale potem znowu zaczęliśmy nie kończące się dyskusje i wreszcie wynaleźliśmy coś, co wyglądało na szansę, a przynajmniej na jej blady cień. Potrzebne nam było pole magnetyczne o niesamowitym natężeniu i gwiazdowa temperatura. To miała być „pożywka” plazmy. Jej „naturalne” środowisko. Postanowiliśmy dokonać eksperymentu w polu o zwykłym natężeniu, następnie zwiększyć jego moc, nagłym skokiem, dziesięciokrotnie. Z obliczeń wynikało, że aparatura, ten nasz magnetyczny, ośmiusettonowy potwór, rozleci się, a przynajmniej uzwojenia ulegną stopieniu, ale przedtem będziemy mieli w momencie krótkiego zwarcia postulowane pole, przez dwie, a może nawet przez trzy stutysięczne sekundy. W stosunku do tempa procesów zachodzących w plazmie był to czas dość długi. Cały projekt miał jawnie kryminalny charakter i naturalnie nikt nie pozwoliłby nam na jego realizację. Ale mało to nas obchodziło. Zależało nam tylko na rejestracji zjawisk, które zajdą w momencie zwarcia i zaraz potem następującej detonacji.

Gdybyśmy zrujnowali aparaturę i nie zyskali ani metra taśmy, ani jednego zdjęcia, wszystko, czego byśmy dokonali, oznaczałoby akt zniszczenia. Budynek mieszczący laboratorium znajdował się na szczęście kilkanaście mil od miasta, pośród łagodnych, trawiastych wzgórz. Na szczycie jednego ze wzgórz urządziliśmy sobie punkt obserwacyjny, z kamerą filmową, teleobiektywami i całym elektronowym kramem, umieszczonym za płytą pancernego szkła o wysokiej przejrzystości. Dokonaliśmy serii próbnych zdjęć, używając coraz potężniejszych teleobiektywów, aż wreszcie zdecydowaliśmy się na taki, który zbliżał osiemdziesięciokrotnie. Miał bardzo małą siłę światła, ale ponieważ plazma jest jaśniejsza od słońca, nie było to ważne. W owym czasie pracowaliśmy już jak spiskowcy raczej niż jak badacze. Korzystaliśmy z tego, że były wakacje i nikt prócz nas nie bywał w laboratorium, a stan ten miał trwać jeszcze około dwóch tygodni. W tym czasie musieliśmy zrobić swoje. Wiedzieliśmy, że nie obejdzie się bez hałasu, a nawet grubszych nieprzyjemności, bo trzeba się będzie jakoś wytłumaczyć z katastrofy – obmyśliliśmy nawet kilka wariantów dość prawdopodobnego usprawiedliwienia, które miało stworzyć pozory naszej niewinności. Nie wiedzieliśmy, czy ten szaleńczy projekt da w ogóle wyniki, pewne było tylko to, że całe laboratorium po eksplozji przestanie istnieć. Liczyć mogliśmy jedynie na nią. Wyjęliśmy okna wraz z ramami z tej ściany budynku, która patrzyła na szczyt wzgórza; trzeba było jeszcze zdemontować i wynieść na zewnątrz ochronne przegrody z hali elektromagnesu, tak aby źródło plazmy było dobrze widoczne z naszej placówki.

Zrobiliśmy to szóstego sierpnia o siódmej dwadzieścia rano, pod bezobłocznym niebem, w upale pełnym słońca. W zboczu, pod samym wierzchołkiem pagóra, wykopany był głęboki rów, z którego Maartens zawiadywał, za pośrednictwem przenośnego małego pulpitu i kabli ciągnących się od budynku na wzgórze, procesami wewnątrz laboratorium. Ganimaldi opiekował się kamerą, a ja obok niego, z głową wysuniętą nad przedpiersie, przez pancerne szkło oraz ustawioną na trójnogu potężną lornetę patrzyłem w ciemny kwadrat wyłupionego okna, czekając na to, co miało stać się tam, w środku.