Mord w lesie kociewskim

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Goszczurny

Mord w lesie kociewskim

Saga

Mord w lesie kociewskim

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 1973, 2021 Stanisław Goszczurny i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728023563

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

PRELUDIUM ZBRODNI

Szeroka wstęga szosy wije się wśród malowniczej okolicy. Od Malborka wiedzie przez płaską jak stół równinę, na której oko nie ma się na czym zaczepić. Z rzadka widać tu zabudowania wielkich gospodarstw, tłuste, pszeniczne pola pocięte są rowami odwadniającymi, przy których gdzieniegdzie, jak wojsko rozciągnięte w tyralierę, rosną wierzby głowiaste. Ale tak jest tylko do Wisły. Kiedy szosa przekroczy spięte łukiem nowoczesnego mostu brzegi rzeki, krajobraz od razu się zmienia. Tu już są łagodne wzgórza pokryte lasami, wioski stają się częstsze, robi się raźniej i weselej. Zając często wyskoczy z lasu na drogę, nierzadko ujrzysz na skraju w gęstych zaroślach sarnę, a zimą dzika. Szosa łagodnym łukiem omija Tczew, którego wieże i dachy widać wyraźnie z okien samochodu. Potem teren fałduje się coraz bardziej, lasy gęstnieją; jesienią zwłaszcza urzekają gamą kolorów od czystego złota do ciemnej zieleni, a nierzadko spoza grubych pni zalśni tafla jeziora z brzegami porośniętymi trzciną i tatarakiem. Nagle zza obłego grzbietu pagórka, po którymś z rzędu zakręcie, wyłaniają się spoza lasu domy. Gęstnieją, jest ich coraz więcej, aż w końcu widać tynkowane mury, niezbyt liczne wieże kościelne, dachy i czerwone refleksy słońca odbitego od szyb.

Starogard Gdański – czyste, schludne, spokojne miasto. Stolica pięknej ziemi zwanej Kociewiem. W centrum zgrabny czworobok ratusza, pośrodku ryneczki okolonego niewielkimi kamieniczkami. Dwie kawiarenki, przestronna restauracja, czyste wystawy sklepów.

Mieszkańcy Starogardu Gdańskiego nie bez dumy obnoszą się z tym mianem stolicy Kociewia. Nie bez dumy też mówią o historii swego miasta, o patriotyzmie przodków, którzy naciskom germanizacyjnym przeciwstawiali upór, odwagę, pracowitość i gorące przywiązanie do ojczyzny. Nie bez dumy też dziś mówią, że ich miasto tak pięknie rośnie, że stąd leki produkowane w Zakładach Farmaceutycznych wędrują do wielu krajów, że w butach i sandałach z ich miasta chodzą ludzie daleko poza naszymi granicami. Cieszą się swym miastem, są dumni z ziemi, która je otacza, z lasów dochodzących gęstym kordonem aż po jego granice.

Starogardzki rynek, malowniczy ratusz pamiętają czasy, kiedy bywali tu ludzie, których nazwisk uczą się dziś dzieci w szkołach.

Siedemnasty sierpnia 1769 roku. O bruk starogardzkiego rynku stukały końskie kopyta, telepały się furmanki, szybko przejeżdżały karety! Ludzie nerwowo kręcili się po mieście, panowała atmosfera podniecenia, w powietrzu wisiała burza.

Przed ratuszem rojno było i gwarno. Z gęstniejącego tłumu czasem słychać było gniewny okrzyk, to znów pieśń odważna wybuchała nie wiadomo skąd i zaraz podchwytywali ją wszyscy. Ten i ów z młodszych nie ukrywał zbytnio strzelby, szabli czy kosy na sztorc osadzonej. Kobiety lękliwie patrzyły na bojowe miny chłopaków, żegnały się ukradkiem, zatroskane, ale nie protestujące przeciw narastającemu napięciu.

– Nie damy się Prusakom! – buchnął głośny okrzyk.

– Pogonimy precz z Pomorza!

– Nasi nam pomogą, nie zostawią braci samych!

Rozważniejsi uciszali rozpalone głowy młodych, ale niezbyt energicznie, bo nastrój panował bojowy i podniosły. Burzyli się Kociewiacy, jak burzyło się całe polskie Pomorze przeciwko pruskiemu królowi Fryderykowi II, którego wojska bezprawnie wkroczyły na Pomorze. Niemcy głosili, że krzywda im się dzieje, że wyznawcy Lutra swobody nie mają na tej polskiej ziemi. Więc to wojsko niby na pomoc im ruszyło gwałcąc polskie granice. Niby na pomoc, a w rzeczywistości po to, by raz jeszcze ponowić od wieków podejmowane próby zagarnięcia Pomorza, oderwania go od Macierzy.

Obrady w ratuszu się skończyły. Na rynek poczęli się wysypywać odświętnie odziani właściciele majątków z całej ogromnej okolicy, oficerowie i generałowie w barwnych strojach, pobrzękujący szablami, pokrywający wzruszenie dziarskim podkręcaniem wąsów. Mieszczanie, chłopi, uzbrojona młodzież ciasnym kołem ich otoczyli chciwi wieści o tym, co uradzono. Ten i ów pokazywał palcem poszczególne ważne persony wychodzące z ratusza.

– Idzie, idzie pan Wybicki – powiedział ktoś w tłumie.

– Któryż to?

– Nie, to nie on...

Oczy wszystkich szukały sylwetki posła ziemi pomorskiej – Józefa Wybickiego z Będomina, daremnie jednak, bo choć patronował konfederacji, do Starogardu przybyć nie mógł. Nie było tajemnicą, że człowiek ten, gorący patriota, wytrwały wróg germańskich nacisków na Pomorze, był duszą buntu antypruskiego ogarniającego tę ziemię. Oczom tłumu ukazał się inny wielmoża, podwojewodzi pomorski – Michał Lniski, też znany ze swej odwagi i przywiązania do Polski. A dalej widać było innych znanych na Pomorzu ludzi, którzy tego dnia przybyli do Starogardu, by radzić w ratuszu.

Wnet ciekawość tłumu została zaspokojona. Bo oto wszem ogłoszono, że na ratuszu zawiązana została Konfederacja Pomorska „ku obronie miłej Ojczyzny naszej” – jak głosił jej manifest.

Niejeden miał łzy w oczach, kiedy słuchał tych słów nawołujących do walki przeciw pruskiemu najeźdźcy. Odwaga i chęć czynu ogarniały ludzi, gdy docierało do nich zapewnienie i wezwanie głoszące, że Konfederacja bronić będzie praw wszystkich, „jakiejkolwiek kondycji i religii” i że do wspólnej obrony ojczyzny ich zaprasza. Błyskały oczy i zaciskały się pięści na rękojeściach szabel, gdy czytano: „Ktobykolwiek na zdradę Ojczyzny skrycie lub jawnie wdawał się, przeciwko takowemu wszyscy podnieść się jako powszechnemu nieprzyjacielowi ofiarujemy...”

Konfederacja Pomorska, zawiązana w Starogardzie Gdańskim przeciwko najazdowi Fryderyka II, nie trwała długo, ale zapisała się piękną kartą w historii tej ziemi. Zapisała się walkami tutejszych patriotów pod Chojnicami, Bierzgławiem i Brodnicą.

Nie od razu poradzili sobie wielekroć silniejsi Prusacy z konfederatami, którzy choć gorzej uzbrojeni, górowali męstwem i determinacją. Musiał Fryderyk wysyłać dodatkowe wojska dla uśmierzenia powstania. Wojska te krwawo i okrutnie rozprawiły się z polskimi patriotami.

Mieszkańcy Starogardu do dziś pamiętają nazwisko jednego z generałów dowodzących wówczas tą bezwzględną i bezlitosną ekspedycją. Był to jeden z tych pruskich rycerzy, którzy konsekwentnie, od wieków realizowali politykę walki z polskim Pomorzem, robili to, co ich krzyżaccy przodkowie; każdy sposób, nawet najbardziej nieludzki, uważali za dobry, byleby tylko zdobyć tę polską ziemię dla Niemiec.

Nazwisko generała brzmiało von Tadden. Upamiętnił się okrucieństwem, bezwzględnością i pruską butą.

Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa. Von Tadden – twórca NPD, najgłośniej krzyczący o prawie do odwetu i o potrzebie odebrania Polsce jej piastowskich ziem – jest nie tylko kontynuatorem tradycji „Drang nach Osten”, ale jest również potomkiem tamtego pruskiego „rycerza”, który wymordował polskich patriotów broniących swej ziemi.

*

Po Konfederacji, rozbitej przez pruską przemoc, nie poddali się Kociewiacy najeźdźcy. Kiedy naczelnik Kościuszko poderwał naród do walki, tu także ludzie podnieśli głowy i chwycili za broń. Na Pomorzu i w Wielkopolsce wybuchło w roku 1794 nowe powstanie. Generał Jan Henryk Dąbrowski na czele oddziałów powstańczych ruszył na Pomorze w kierunku Tczewa i Gdańska. Nie dotarł, jego oddziały zostały rozbite i znów polała się krew kociewska, znów niebo rozświetliły pożary.

Były potem dalsze próby uwolnienia Pomorza. Szedł na Gdańsk korpus generała Antoniego Madalińskiego, poderwali się znów Kociewiacy na wieść o powstaniu w Toruniu, a wkrótce potem na nowo rozbudziło nadzieję antypruskie sprzysiężenie w Gdańsku.

Raz za razem podrywali się Pomorzanie, by uparcie walczyć o swoją wolność i swoją polskość. Przegrywali, ginęli, lecz nie gasł ich patriotyzm, nie znikła wiara w zwycięstwo.

To właśnie ta wiara w zwycięstwo słusznej, polskiej sprawy przyświecała Józefowi Wybickiemu, kiedy ruszył na obczyznę i tam w Legionach Dąbrowskiego walczył dalej. Tę wiarę wlał w słowa pieśni, którą dla Legionów napisał, a stała się ona własnością całego narodu:

Jeszcze Polska nie zginęła,

Póki my żyjemy...

Słowa Mazurka Dąbrowskiego, napisane przez współtwórcę i przywódcę Konfederacji Pomorskiej zawiązanej w Starogardzie Gdańskim, krzepiły Kociewiaków, kiedy w pierwszych latach tego wieku na nowo i jeszcze raz stawiali opór pruskiemu zaborcy. W latach 1906 – 1907, kiedy Prusacy z upartą bezwzględnością germanizowali wszystko, co nosiło ślady polskości, kiedy w kościołach, szkołach i urzędach wymagali tylko języka niemieckiego, narodziła się tu nowa forma walki: strajk szkolny. Te strajki w Starogardzie i na Kociewiu przybrały charakter masowy. Nie pomagały represje, kary i szykany. Dzieci, których umiłowania mowy ojczystej uczono w domach, przez długi czas stawiały opór, bojkotowały naukę w szkołach, gdzie siłą żądano języka niemieckiego i gdzie chciano ich pozbawić tego, co matka wpoiła razem z mlekiem: mowy polskiej.

 

*

Niepokój, który ogarnął kraj w lecie 1939 roku, tu, w Starogardzie Gdańskim i na całym polskim Pomorzu, był szczególnie silny. Tu bowiem ludzie szczególnie dobrze wiedzieli, czym grozi napaść germańska. Tu pamięć ofiar germanizacji, bezwzględnego wydziedziczenia i tępienia polskości była szczególnie silna. Zawsze tak było, że na rubieżach, z daleka od narodowego centrum patriotyzm jest najsilniejszy. Tu zresztą żyli ludzie, którzy brutalnej, germańskiej siły doświadczyli na sobie. Dzieci, które strajkowały w pierwszych latach tego wieku, teraz były już dorosłymi mieszkańcami tej ziemi. Toteż każde drgnienie na politycznym barometrze tutaj odbierane i rejestrowane było ze zdwojoną wrażliwością.

Były też szczególne powody do tej nadzwyczajnej wrażliwości. Miasto Starogard Gdański liczyło wówczas niecałe 15 tys. mieszkańców. Z tej liczby niespełna 1 tys. osób stanowili Niemcy. Różni to byli ludzie: rzemieślnicy i kupcy, właściciele młynów i restauratorzy. Cieszyli się zupełną swobodą, nikt ich nie prześladował, nikt nie utrudniał im pracy ani nie ograniczał bogacenia się. Z reguły byli lepiej sytuowani niż przeciętny mieszkaniec miasta – Polak, a w okolicy największe majątki także należały do nich. Tę niewielką stosunkowo grupę łączyło jedno: otwarcie przyznawali się do swej niemieckości. Byli wśród nich ludzie spokojni i lojalni. Ale większość butnie i bez osłonek pokazywała, co myśli o Polakach, Polsce i jakie ma zamiary w stosunku do ziemi, która ich żywiła. Stare tradycje walki ze słowiańszczyzną, uparte dążenie do przyłączenia Pomorza do Rzeszy stanowiły treść ich dążeń i działalności. Tendencje te znajdowały silne poparcie ze strony Vaterlandu, skąd szła pomoc materialna, zachęta moralna, ukrytymi kanałami przepływała broń, a wraz z nią przybywali instruktorzy bądź jako turyści, bądź jako krewni tutejszych mieszkańców.

Niepokój ludności polskiej ze Starogardu i okolic budziły tajemnicze strzały, rozlegające się w pobliskich lasach, na terenach majątków niemieckich właścicieli. Widywano grupy młodzieży niemieckiej zbierającej się jawnie, śpiewającej butnie pieśni, odbywającej szkolenie organizacyjne i wojskowe. Polacy, którzy mieli za sobą wiekowe doświadczenia walki z germańskim naporem, przekazywane im przez dziadów i ojców, czuli, że te wszystkie oznaki świadczą, iż nieprzejednany wróg przygotowuje się do walki, a jaki jest cel tej walki – wiedzieli aż nadto dobrze. Nie napawało ich otuchą stanowisko władz polskich, które przymykały oczy na prowokacje, otwarte niemal organizowanie się i wyczyny bojówek hitlerowskich. Nie chciano drażnić, nie chciano ulec prowokacji. Pociechą dla Kociewiaków były jedynie głośne, wielkomocarstwowe zapewnienia przywódców kraju o naszej sile, gotowości do walki i nieustępliwości wobec żądań coraz głośniej płynących z brunatnego Berlina, a powtarzanych przez miejscowych zwolenników Hitlera.

Aż nadszedł wrzesień 1939 roku ...

*

Potężne salwy dział pancernika „Schleswig-Holstein,” które pierwszego września 1939 roku o godzinie 445 zahuczały nad Gdańskiem i zasypały lawiną ognia i stali polską placówkę Westerplatte, słabo były słyszalne w Starogardzie. Blisko 50 km, to jednak odległość dość znaczna. Ale przecież nie było zakątka w Polsce, w którym by nie usłyszano tych strzałów. Równocześnie bowiem przełamane zostały szlabany graniczne, ruszyły pancerne armie Hitlera, wszędzie rozpoczęła się kanonadą, a na niebie ukazały się złowrogie samoloty z czarnymi krzyżami.

Wojna. Dla ziemi kociewskiej oznaczała ona szczególnie realne i bliskie niebezpieczeństwo. Granica z Trzecią Rzeszą znajdowała się zbyt blisko, by ktokolwiek z Polaków nie mógł odczuwać zagrożenia. Liczono się wprawdzie z silną akcją wojsk polskich z rejonu Gdyni, a także od strony Torunia i Gniezna, gdzie rozlokowane były jednostki, których zadaniem było bronić Pomorza. Jednakże od pierwszej chwili zdawano sobie sprawę, że ta bliskość granicy niemieckiej spowodować może, iż siły wroga pojawią się szybko w tych okolicach. Chociaż więc duch z początku był dobry i nikt nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów klęski, jaka groziła krajowi, jednak ewakuowano z miasta władze, ważniejsze urzędy i instytucje. Miasto jednak było spokojne. Na twarzach ludzi widać było troskę i niepewność, rozmawiano ostrożnie, jakby w obawie, by wróg nie podsłuchał, ale mimo to na pierwszy rzut oka wydawać się mogło, że nic specjalnie się nie zmieniło.

Tylko niemieccy mieszkańcy miasta, zwłaszcza ci młodsi, od razu ukazali się w hitlerowskich mundurach. Miny mieli butne, zaczepne, na Polaków patrzyli „wilkiem”, jakby tylko szukali okazji do zaczepki. Na razie jednak nie zaczepiali. Zdawali sobie sprawę, że jest ich zbyt mało, by mogli ujawnić swoje prawdziwe zamiary. Zbierali się tylko w grupki, pogadywali między sobą, chciwie słuchali komunikatów niemieckich o przebiegu walk i w miarę upływu czasu stawali się coraz bardziej pewni siebie.

Paul Drews wodził wśród nich rej. Był najgłośniejszy. Widać było, że czeka na właściwy moment, by wreszcie pokazać, kim jest naprawdę. Dotychczas znali go tutaj jako ślusarza-elektromontera. Ci, co mieli możliwość zetknięcia się z nim bliżej, znali jego uwielbienie dla Führera i Rzeszy. Nie krył się z tym, że jeszcze na długo przed wybuchem wojny należał do Ausland-Organisation – do NSDAP, i był członkiem bojówek tej hitlerowskiej partii. Wokół niego gromadzili się przyjaciele: Sievert, Wiechert, Gohr, Muenchau i inni, tak samo pewni siebie, głośni i butni. Jednakowo mieli powypychane kieszenie od spodni i często odruchowo łapali się za nie. Rozsadzała ich niecierpliwość. Na razie jednak czekali.

Okazja do pierwszego wystąpienia nadarzyła się szybko...

*

Marcin Żychski nie był już młodym człowiekiem. Miał za sobą wiele lat pracy i teraz zażywał odpoczynku na emeryturze. Martwił się, że czas jego odpoczynku wypadł w okresie niepokoju, ale nie wtrącał się do spraw publicznych. Wojna niespodziewanie wyrwała go z kręgu spraw drobnych, którymi żył od czasu przejścia na emeryturę.

Wraz z innymi urzędami i władzami administracyjnymi ewakuowano także część administracji miejscowego więzienia. Pozostało w nim jednak 240 więźniów. Nadzór nad nimi mieli polscy strażnicy, którzy nie odeszli wraz z innymi w kierunku Świecia, ale brakowało kierownictwa. Marcin Żychski był wieloletnim funkcjonariuszem służby więziennej, zanim dosłużył się emerytury. Objął kierownictwo więzienia. Mógł pełnić funkcję naczelnika, bo znał tu każdy kąt, każdą celę. Żychski sumiennie i z poczuciem odpowiedzialności przystąpił do pełnienia obowiązków naczelnika. Obszedł całe niezbyt wielkie więzienie, skontrolował wszystko, następnie kazał sobie przedstawić listę więźniów. Byli wśród nich różni ludzie, z najrozmaitszymi wyrokami. Marcin Żychski znał już najnowsze, wojenne rozporządzenia władz. Jedno z nich nakazywało amnestię dla niektórych kategorii więźniów. Toteż jedną z pierwszych czynności naczelnika Żychskiego było spełnienie nakazu amnestii. Już w pierwszym dniu wojny mury starogardzkiego więzienia opuściło siedemnastu więźniów.

W milczeniu odbierali rzeczy z depozytu. Potem pobrali należną im odprawę, która miała im wystarczyć na pierwsze dni i dojechanie do domów. Ten i ów pytał, czy inni także skorzystają z amnestii, a kiedy usłyszał, że nie – bez słowa odchodził. Za bramą nie od razu się rozeszli. Naczelnik widział, jak jeszcze stali, zbierali się w grupki, rozmawiali z coraz większym ożywieniem. Potem odeszli wąską uliczką w kierunku rynku. Naczelnik Żychski nie myślał o nich więcej. Ruszył w głąb więzienia, gdzie narastała atmosfera napięcia i niepokoju. W metalowe drzwi cel więźniowie walili pięściami i obcasami, domagali się uwolnienia. Całe więzienie huczało niespokojnie.

Z daleka, niezbyt wyraźna, ale jednak słyszalna, dobiegała kanonada artyleryjska. Na niebie widać było od czasu do czasu klucze samolotów, które jednak leciały dalej, w stronę Gdańska i Gdyni, nie atakując spokojnego, malowniczo położonego małego miasta.

Tymczasem tamci, świeżo zwolnieni z więzienia, nie odeszli daleko. Pierwsi zatrzymali się przy najbliższej knajpie przy ulicy Kościuszki. Mieli pieniądze przed chwilą otrzymane jako więzienną odprawę. Nie wahali się długo. Weszli. Za nimi pozostali wkroczyli do wnętrza. Niecierpliwie wołali wódki, szybko rozlewali ją do kieliszków, pili łapczywie, jakby chcieli nadrobić długą, przymusową abstynencję. Szybko też zaczęło im szumieć w głowach. Wtedy też zapewne przyszedł im do głowy ten pomysł.

– Nas zwolnili, a tamci? – zawołał któryś.

– Jest wojna – krzyknął drugi – niech każdy się martwi sam o siebie.

– Razem siedzieliśmy, to nasi koledzy! – zaprotestował inny.

– Odbijemy ich!

Wypili jeszcze. Teraz już byli odważni, gotowi na wszystko. Wokół nich, zwabieni wódką, którą częstowali byli więźniowie, gromadzili się miejscowi awanturnicy. Niejeden miał kumpla za czerwonymi murami więzienia. Okrzyk: „Odbijemy kolegów”, podziałał na wszystkich podniecająco. Nie zastanawiali się, co robią. Wprost z knajpy ruszyli z powrotem ku więzieniu. Po drodze chwytali, co im wpadło w ręce: łomy, drągi, kamienie. Drzwi więzienia były zamknięte, ale straż była teraz nieliczna, składała się głównie z ludzi starszych, takich jak Marcin Żychski, powołanych na nowo do pełnienia swoich obowiązków. Świeżo uwolnieni więźniowie, pijani i podnieceni, a wraz z nimi miejskie szumowiny, wyrostki i opryszki nie wahali się. Przypuścili szturm. Rozbili bramę, wdarli się do środka, sterroryzowali strażników i poczęli wypuszczać kolegów z cel. Mury aż dygotały od wrzasku i łomotania w drzwi. Przybysze otwierali cele. Więźniowie, pijani wolnością i podnieceniem, rwali się do miasta. Powstał tumult i zamieszanie. Nie wszystkie cele udało się otworzyć, ale większość więźniów uwolniono. Około 140 runęło za bramę. Lecz tu czekała ich niespodzianka.

Mieszkańcy miasta słyszeli i widzieli, co się dzieje w więzieniu i wokół niego. Bunt pijanych szumowin, ich atak na więzienie wzbudziły najpierw niepokój, a potem strach. Ludzie zdawali sobie sprawę z tego, co może się stać z ich domami, sklepami i dobytkiem, jeśli wszyscy więźniowie, pewni bezkarności, wyruszą do miasta. Toteż w czasie gdy pijani uwalniali swych kolegów, coraz więcej spokojnych mieszkańców gromadziło się pod murami. Nie stali bezczynnie. Rzucili się na pomoc straży. Zamieszanie jeszcze bardziej się powiększyło, ale już sytuacja zaczęła się wyjaśniać. Kto wyrwał się z celi, ten uciekł do miasta, reszta jednak została zatrzymana. Ludność pomogła straży opanować bunt. Ale i ci, którzy uciekli na wolność, niedługo się nią cieszyli. Kiedy znaleźli się poza więzieniem, jeszcze rozgrzani buntem, a także jeszcze podnieceni wódką, nagle usłyszeli strzały.

W pierwszej chwili nikt nie mógł się zorientować, kto do kogo strzela. Lecz nagle rozległ się przeraźliwy krzyk. Jeden z więźniów zakręcił się w miejscu, wzniósł ręce do góry i padł na chodnik. Obok drugi skulił się nagle i chwycił rękami za brzuch. Tymczasem rozległy się niemieckie okrzyki. Strzelanina trwała nadal. I wówczas wszyscy zorientowali się, co się dzieje i kto strzela. Młodzi ludzie w brunatnych mundurach trzymali w rękach rewolwery. Błyskały z luf ognie strzałów. Sievert, Gohar, Kaschubowski – mieszkańcy Starogardu rozpoznawali znajomych Niemców. Żądni walki z Polakami, skorzystali z pierwszej okazji i wypróbowali swoje umiejętności na bezbronnych. Byli ranni i zabici. Ludzie w panice rzucili się do ucieczki. Wkrótce ulice opustoszały, zostały na nich tylko pierwsze ofiary niemieckich kul.

1 września, mimo iż miasto było spokojne, jego mieszkańcy przeżyli jeszcze jeden wstrząs. Minęło południe, wzburzenie wywołane wypadkami w więzieniu opadło, choć wiele jeszcze mówiono na ten temat. Ludzie jednak z wolna wracali do swoich zwykłych spraw, które mimo wojny istniały przecież. Trzeba było coś robić, trzeba było zjeść obiad, trzeba było żyć...

Wkrótce po południu, gdzieś koło czternastej, ciasne uliczki miasta, ciche dotychczas i jakby przyczajone, wypełnił nagle głośny warkot motoru. Mieszkańcy rzucili się do okien. Ten i ów pomyślał, że może to Wojsko Polskie nadchodzi, by bronić miasta, opuszczonego przez drugi pułk szwoleżerów, stacjonujący tutaj przed wojną. Ciekawość jednak szybko zamieniła się w zdumienie, a potem w lęk. Przez miasto jechał z pełną szybkością samochód pancerny. Miał dziwny, nieznany kształt, pomalowany był na ciemnozielony kolor ochronny. Na jego wieżyczce widniał niewielki czarny krzyż obwiedziony białymi liniami.

 

– Niemcy! – rozległ się czyjś rozpaczliwy krzyk. Nikt nie odpowiedział. Zatrzaskiwały się okna, opuszczano żaluzje sklepów, ludzie znikali z ulic. Wiedzieli co prawda, że miasto pozbawione wojska nie będzie się broniło, ale pojawienie się wozu pancernego wywołało grozę. Tymczasem samochód zatrzymał się w pobliżu więzienia. Tam znów zahuczało. Wśród więźniów znajdowali się także niemieccy przestępcy. Teraz im zaświtała nadzieja, że rodacy ich uwolnią. Krzyczeli, pragnąc zwrócić na siebie uwagę. Naczelnik i strażnicy nie mieli nawet odwagi ich uciszać. Ale tamci, w wozie, albo tego nie słyszeli, albo nie zwrócili uwagi. Wychylili się spoza pancerza. W hełmach nasuniętych na oczy, z automatami gotowymi do strzału nieufnie rozglądali się po pustych ulicach. Od strony rynku już biegli pierwsi Niemcy, by witać swoich. Ale i na nich patrol nie zwrócił uwagi. Motor zawarczał głośniej i wóz, ku rozczarowaniu Niemców, a uldze Polaków, opuścił miasto.

Już do końca dnia pierwszego września nic więcej nie wydarzyło się w mieście. Tylko wzmagał się niepokój jego mieszkańców. Chciwie czekali na pocieszające wiadomości, ale nie mogli się doczekać niczego, co by ich uspokoiło. Z Gdańska napływały niedobre wiadomości: że padła Poczta Polska po wielu godzinach walki, że w Szymankowie hitlerowcy urządzili krwawą rzeź polskich kolejarzy, że Westerplatte zostało straszliwie zaatakowane z lądu, morza i powietrza, a Gdynia jest bombardowana i ostrzeliwana. Pokazały się łuny, rozlegała się kanonada artyleryjska.

Niemcy starogardzcy z narastającą niecierpliwością czekali na moment, w którym by mogli wkroczyć do akcji. Byli jednak nadal ostrożni. Woleli jeszcze poczekać aż wojska niemieckie podejdą bliżej, znali patriotyzm tutejszej ludności i wiedzieli, co im grozi w wypadku, gdyby ujawnili się przedwcześnie. Na razie nie mieli szans. Nazajutrz jednak nie wytrzymali. Przed południem rozeszła się wśród nich wiadomość, że od strony Gdańska i Tczewa mogą nadejść niemieckie jednostki. Grupy fanatycznych zwolenników Führera nie czekały. Wyszli poza miasto i na szosie – tej właśnie wijącej się wśród pagórków i lasów, a wiodącej do Królewca, Malborka, w stronę Reichu – poczęli wystawiać posterunki. Polacy zareagowali. I oni liczyli, że od strony morza przyjdzie Wojsko Polskie. Służba porządkowa w brunatnych mundurach została rozpędzona. Ale w mieście spokój już minął. Atmosfera była napięta do ostatecznych granic. Wiadomości o postępach armii hitlerowskich przygnębiały Polaków, a dodawały otuchy Niemcom. Oczekiwano, że lada chwila wojsko niemieckie pokaże się w mieście.

Drugiego września po południu na pięknej szosie zadudniły motory. Nawet ci z Polaków, którzy jeszcze mieli nadzieję, teraz ją stracili. Do miasta wkraczało wojsko niemieckie. Przygotowani na ich przyjęcie miejscowi Niemcy szaleli z radości. Rzucali kwiaty, śpiewali Horst Wessel Lied. Teraz już jawnie nosili broń.

Jednostki frontowe Wehrmachtu niedługo zatrzymały się w Starogardzie. Trzeciego września miasto przejęło SS. W tym samym dniu do bramy miejscowego więzienia ktoś głośno zakołatał. Naczelnik Żychski popatrzył na twarze strażników. Były blade, ludzie z trudem ukrywali strach.

– Otwórzcie bramę – polecił.

Kilkanaście osób w czarnych mundurach przekroczyło bramę. Prowadził ich mężczyzna w sile wieku, bystro lustrujący każdy kąt, uważnie i ostro patrzący w oczy strażników.

– Kto tu jest naczelnikiem? – zapytał głośno. Żychski wysunął się do przodu.

– Ja.

– Nazwisko?

– Marcin Żychski.

– Przejmuję więzienie – oznajmił głośno przybysz. – Nazywam się Johann Fast. SS-Unterscharführer Fast – dodał pełny tytuł z wyraźną dumą.

Żychski skinął głową i zapytał:

– To znaczy, jestem już niepotrzebny?

– Nie. Rozkazuję pozostać na miejscu i pełnić normalnie obowiązki. Tylko podlegacie mnie i moim ludziom. Nic tu nie może się stać bez naszej wiedzy. Zrozumiano?

– Jestem już na emeryturze – próbował wyjaśniać Żychski, ale esesman przerwał ostro.

– Nie dyskutować! Od dziś macie słuchać i wykonywać rozkazy, jasne? Teraz wprowadzamy nasz porządek, koniec waszych rządów!

Przeszedł się kilka kroków po pomieszczeniu. Potem znów stanął przed Żychskim i polskimi strażnikami.

– Podlegacie mnie i moim ludziom – powtórzył. – I ostrzegam: ani słowa o tym, co tutaj się będzie działo. Tajemnica służbowa, wiecie, co to znaczy? Za gadanie kula w łeb, zapamiętajcie to sobie!

Nikt mu nie odpowiedział. Przestraszeni Polacy wstrzymali oddech. A Fast milczał przez chwilę, a potem rzucił:

– Skoro wszystko jasne, to teraz pokażcie mi więzienie. Chcę poznać je dokładnie.

Puścił przodem Żychskiego, a sam ruszył za nim w asyście esesmanów.