Ostatnia misja sir Gabriela

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Znów się spotykamy, panno Ashfield.

– I obawiam się, lordzie Wesley, że w jeszcze bardziej niestosownej sytuacji niż ostatnim razem. Pan Friar niedawno przyjechał z Ameryki i chyba nie rozumie, co znaczy słowo „nie”. Chyba wpuszczono go tu tylko dlatego, że potrafi udawać kogoś, kim nie jest, bo nie widzę żadnych innych cech, które mogłyby to uzasadniać. – Wiedziała, że paple bez sensu, ale nie potrafiła przestać. Zdziwienie i ulga na widok earla odebrały jej rozsądek, a całe ciało wciąż drżało z lęku.

Gabriel Hughes przystanął obok niej i przyłożył dwa palce do tętnicy na szyi George’a Friara.

– Trochę szybki, ale w tych okolicznościach…

Wyglądał na zmęczonego. Podkrążone oczy wskazywały na brak snu. Popatrzył wymownie na czerwony ślad na policzku nieprzytomnego Friara.

– Ubiera się okropnie, nieprawdaż?

Uśmiechnęła się na ten komentarz wygłoszony z zimną krwią. Lord Wesley w ogóle nie wydawał się przejęty tym, co się zdarzyło.

– Ja go nie zepchnęłam. Potknął się o donicę i spadł do ogrodu.

– Ale wcześniej dała mu pani w twarz?

Poczuła, że się rumieni.

– Poprosiłam go, żeby zabrał ode mnie ręce, lordzie Wesley, ale on tego nie zrobił.

Gabriel szybko podniósł wzrok.

– Ale nie skrzywdził pani? – Jego złociste oczy pociemniały, ale gdy potrząsnęła głową, ich wyraz złagodniał. – W takim razie może lepiej byłoby, gdyby nie zobaczył tu pani, gdy się ocknie.

Zrozumiała wskazówkę i odwróciła się, by odejść.

– Panno Ashfield?

– Tak? – zapytała przez ramię.

– Jeśli pani nie powie o tym nikomu, ja dopilnuję, żeby on również tego nie zrobił.

– Jak? – zapytała z przerażeniem.

– Zamierzałem dokonać tego groźbą, ale jeśli woli pani, żebym pozbawił go życia…?

Czy to możliwe, by mówił poważnie? Przypomniała sobie słowa Friara, że Wesley zabił Henriettę, ale zaraz odrzuciła tę myśl, bo dostrzegła uniesione kąciki jego ust. Żartował, jednak słyszała już zbliżające się głosy i wiedziała, że musi zniknąć. Mimo wszystko nie mogła tak tego zostawić.

– Czasami nie jestem pewna, co o panu myśleć, milordzie. Wydaje mi się, że pod tym wspaniałym ubraniem i kunsztownym węzłem krawata nie jest pan do końca tym, kim się pan wydaje.

Gabriel Hughes potrząsnął głową. Gdy się odezwał, w jego głosie nie było nawet cienia humoru, a twarz wydawała się nieprzenikniona.

– Byłoby dla pani bezpieczniej, gdyby widziała pani we mnie człowieka, jakiego widzi cała reszta świata – hulaszczego earla bez cienia zasad moralnych, człowieka, który nie dba o nic oprócz skomplikowanych węzłów swojego krawata.

George Friar jęknął. Adelaide obróciła się na pięcie i uciekła. Nie potrafiła przeniknąć Wesleya. Nie był podobny do nikogo, kogo znała wcześniej. Nawet gdy się śmiał, otaczała go aura niebezpieczeństwa, a kolor jego oczu przypominał jej oczy sokołów, które widziała jako młoda dziewczyna, gdy do Sherborne przybyła obwoźna menażeria.

Stanęła obok lady Harcourt, która podniosła na nią wzrok.

– Ciągle gdzieś znikasz, moja droga. Nie powinnaś tego robić. Gdyby twój wuj tu przyszedł i zapytał, gdzie jesteś, nie umiałabym odpowiedzieć. Poza tym byłoby znacznie lepiej, gdybyś…

Urwała, gdy na drugim końcu sali rozległy się krzyki. Obydwie spojrzały w tamtą stronę. Pan Friar wpadł do środka, ocierając krwawiący nos dużą białą chustką. Na szczęście skierował się prosto do wyjścia, Adelaide jednak na wszelki wypadek schowała się w cieniu za plecami przyzwoitki.

Zaraz potem pojawił się Gabriel Hughes w towarzystwie lorda Montcliffe. Earl Wesley trzymał lewą rękę w kieszeni. Obydwaj byli podobnego wzrostu i budowy. Oczy wszystkich gości powędrowały w ich kierunku. Lady Harcourt podniosła do oczu lornetkę.

– Mój Boże, cóż za czasy! Do czego to dochodzi? Walka na pięści podczas balu? Kim jest ten niski mężczyzna, Bertramie, ten obok lorda Wesley i lorda Montcliffe?

Serce Adelaide zaczęło bić szybciej. Czyżby miało dojść do sceny? Czy wyjdzie na jaw, że to ona spowodowała obrażenia Amerykanina?

– Pan George Friar. To arogant i oszust – powiedział przeciągle jej kuzyn. – Może lord Wesley zrobił w końcu to, na co wielu z nas nie potrafiło się jeszcze zdobyć.

– Co takiego? – zapytała Imelda ostro. – Złamał mu nos?

– Nie, ciotko. Zmusił go, żeby się zamknął.

Earl Berrick, stojący obok nich, zmarszczył czoło.

– Wątpię, czy lord Wesley chciałby sobie brudzić ręce, chyba że miałby w tym jakiś cel.

Bertie skinął głową.

– Jest o wiele bardziej prawdopodobne, że siedziałby w pokoju karcianym albo uwodził liczne damy z towarzystwa, które czują się nieszczęśliwe w małżeństwie.

Lady Harcourt popatrzyła surowo na ciotecznego wnuka.

– Stoisz obok młodej debiutantki, Bertramie. Proszę, uważaj na język.

Kuzyn rzucił jej uroczy uśmiech.

– Wybacz mi, ciociu. Przepraszam cię, Addie.

– W takim razie musisz mi to jakoś wynagrodzić.

– Jak?

– Zechciej mi towarzyszyć w wycieczce do Królewskich Ogrodów Botanicznych w Kew. Jest tam ogród fizykalny, który zawsze chciałam zobaczyć.

– Wyglądasz okropnie, Gabe. – Daniel Wylde nie przebierał w słowach, gdy wyszli z balu u Harveyów. – Powinieneś się porządnie wyspać.

Gabriel usłyszał w jego słowach szczerą troskę.

– Przeżyję – mruknął.

– Kim jest dla ciebie ten Friar?

– Nikim. Potknął się i przeleciał przez balustradę. Ja znalazłem go pierwszy.

– Wątpię – stwierdził Montcliffe. – Moim zdaniem musiała być w to wplątana jakaś kobieta, chyba że masz teraz zwyczaj dawać w twarz obcym mężczyznom. Poza tym nie uderzyłbyś rannego, gdybyś nie żywił do niego jakiejś urazy.

Gabriel zaklął, ale niczego nie wyjaśnił.

– Twoja siostra Charlotte jest niemiła, ale ty, Gabrielu, zawsze wiedziałeś, co to dobre maniery.

– Minęło sporo czasu. Ludzie się zmieniają i pierwszy gotów jestem przyznać, że dotyczy to również mnie.

– Dlaczego?

Kusiło go, by podzielić się troskami – może poczułby się od tego lepiej? – ale łatwiej było tego nie zrobić. Mimo wszystko nie zawadziło trochę wysondować Montcliffe’a.

– Co wiesz o Randolphie Clementsie?

– Jego żona Henrietta zginęła w pożarze kaplicy w Ravenshill. Chodziły pogłoski, że ty miałeś coś z tym wspólnego, ale niczego nie udowodniono.

– Sądzę, że Clements zabił swoją żonę.

– I uszło mu to na sucho?

– Nie został skazany. A ten Friar jest jednym z jego amerykańskich kuzynów.

– Sądzisz, że on również był w to wmieszany?

– Przypuszczam, że nie bez powodu znalazł się tu, w Londynie.

– Jest bogatym kawalerem i szuka żony. Wiele osób uznałoby, że to wystarczający powód. Kto go uderzył, zanim ty się tam pojawiłeś?

– Panna Adelaide Ashfield.

– A kim ona jest?

Gabriel przełknął.

– Bratanicą Penbury’ego i jedną z tegorocznych debiutantek.

– To ta w złotej sukni? – Na twarz Montcliffe’a powoli wypełzł uśmiech. – Widzę, że interesuje cię ta dama.

– Nie – odrzekł Gabriel, starając się, by jego głos zabrzmiał przekonująco.

– Ale widzę, że pomściłeś obrazę, a skoro tak, to chyba nie jest ci obojętna.

Gabriel zapomniał już, jak przenikliwym umysłem odznacza się Daniel Wylde. W jego bystrym spojrzeniu błyszczała ciekawość.

– Nigdy mi nie powiedziałeś, co się właściwie zdarzyło w tej przeklętej kaplicy. Niektórzy mówią, że to ty podłożyłeś ogień.

– Nie. Nie pamiętam, od czego zaczął się pożar. Wiem, że próbowałem ją ocalić, ale potem…

Urwał, po raz kolejny nadaremnie przeszukując pamięć.

– Nie udało ci się?

– Nie kochałem Henrietty Clements tak, jak ona chciała, żebym ją kochał.

Zapadło milczenie. Poczucie winy przenikało duszę Gabriela jak zimny północny wiatr. Przez całe swoje dorosłe życie nawiązywał romanse z kobietami dla celów politycznych, a teraz przyszło mu zbierać owoce swego postępowania. To była jego pokuta i zarazem odkupienie. Impotencja, do której to życie go doprowadziło, była w pełni zasłużona. To była kara boża za wszystkie spowodowane przez niego zniszczenia. Nie mógł temu zaprzeczyć. Gdyby w tej chwili był sam, uderzyłby w coś pięścią, a ponieważ nie był sam, zacisnął tylko dłonie tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę.

– A może ja skrzywdziłem twoją siostrę w taki sam sposób? – rzekł naraz Daniel.

– O czym ty mówisz?

– O Charlotte. Ja też nie kochałem jej wystarczająco mocno i dlatego niszczyliśmy się wzajemnie. Chodzi o coś podobnego, prawda?

Milczenie przeciągało się.

– Ale potem Amethyst nauczyła mnie, na czym polega szczera miłość – dodał Daniel.

Boże, pomyślał Gabriel, co ja bym dał za taką żonę! Znów ogarnęło go poczucie pustki i samotności. Nie zaznał dotychczas prawdziwej bliskości z drugą osobą i teraz już wiedział, że to nigdy nie będzie możliwe. Przez chwilę niemal czuł nienawiść do przyjaciela za to, że tamten był szczęśliwy. Człowiek, którego spotyka zły los, zawsze ma wrażenie, że wszystkim dokoła wiedzie się lepiej. Nawet jego siostra, która w życiu podjęła sporo złych decyzji, napisała ostatnio, że poznała w Edynburgu bogatego i dobrze wykształconego mężczyznę i zamierzała związać z nim swoją przyszłość.

– Przyjedź do Montcliffe, Gabe. Przyda ci się trochę wiejskiego powietrza. Amethyst jest w ósmym miesiącu ciąży, więc nie przyjeżdża już do Londynu. – Daniel Wylde przyglądał mu się uważnie. – Bardzo ją ucieszy twoja wizyta. Mnie też.

Gabriel podziękował za propozycję, obiecał, że się zastanowi, i odszedł.

 

Przez całą noc myślał o Adelaide Ashfield, o jej uśmiechu i błękitnych oczach. Friar był dla niej zagrożeniem. Gabriel nie wiedział jeszcze, na czym to ma polegać, ale był tego pewien. Znów skupił się na porozkładanych na stole mapach i rysunkach, w których szukał jakiegoś wzoru.

Gdzieś w środku tej łamigłówki znajdował się Clements, ale bardzo starannie zacierał za sobą ślady. Jego kuzyn George Friar opowiadał wszystkim, że przypłynął do Anglii mniej więcej miesiąc przed śmiercią Henrietty na pokładzie kliperu „Vigilant”, kursującego między Baltimore a Londynem. Gabriel jednak sprawdził listę pasażerów tego konkretnego rejsu i nie znalazł jego nazwiska. Dlaczego Friar kłamał? I czy kłamał również w kwestii własnej tożsamości?

Frank Richardson także odwiedzał Friara i Clementsa. Wraz ze swoim kuzynem, Johnem Goode’em, zatrzymał się w tawernie Pod Białym Koniem. A zatem było ich już czterech. Gabriel szukał sześciu osób, bo o tylu wspominała Henrietta Clements. Gdy przybyła do niego do Ravenshill, była tak rozgniewana, że prawie nie mogła mówić. Tyle pamiętał.

– Mój mąż tu jest – powiedziała po prostu. – Przyjechał zaraz za mną. Jestem pewna, że jego polityczne sympatie są przy Francji i Napoleonie. Zabierz mnie do Ameryki, Gabrielu. Mam ciotkę w Bostonie. Będziemy wolni i razem zaczniemy wszystko od początku. Mam pieniądze i sporo biżuterii. – Otoczyła go ramionami. Próbował się odsunąć i to było wszystko, co pamiętał. Dalej ziała wielka czarna dziura, pusta przestrzeń czasu, z którego nie miał żadnych wspomnień. Za każdym razem, gdy próbował sobie coś przypomnieć, znajdował tylko ból.

Rozległo się stukanie do drzwi. Gabriel na wszelki wypadek stanął z boku i zawołał:

– Kto tam?

– Archie McCrombie, sir – odezwał się stanowczy głos.

Gabriel otworzył zasuwę i wpuścił do środka niedużego rudzielca. Wraz z nim do pokoju wpadł podmuch chłodnego powietrza.

– Friar zatrzymał się przy Beaumont Street. Przez większość ostatniego tygodnia zabawiał się z dziewczętami pani Fitzgerald. Zostawiłem tam Bena, żeby nigdzie nam nie uciekł.

– Spotkał się z kimś jeszcze?

– Z Frankiem Richardsonem, milordzie. Przychodzili jeszcze inni, ale nie rozpoznałem ich. Ktoś za mną szedł, ale udało mi się go zgubić. Wysoki i dobrze ubrany. Nie pasował do tej dzielnicy i mógłbym się założyć, że był uzbrojony.

– Spodziewał się kłopotów czy zamierzał sam je sprawiać?

– Powiedziałbym, że jedno i drugie, sir. Zatoczyłbym krąg i poszedłbym za nim, gdybym nie był umówiony z panem.

– Nie, dobrze zrobiłeś. Dajmy im sznur, na którym się powieszą. Nie chcemy złapać jednej ryby, tylko wszystkie sześć.

– Tak, sir.

Po wyjściu McCrombiego Gabriel podszedł do okna. Wieczór był szary i zimny, padał deszcz. Gabriel myślał o tym, że żył zaledwie cieniem życia, jakie prowadził wcześniej.

Stan jego finansów był kiepski. W nieskończoność przeglądał księgi majątkowe, szukając oszczędności, ale zarówno Ravenshill, jak i londyński dom pochłaniały ogromne fundusze. Nie był wciąż zupełnie bez grosza, tak jak kiedyś Daniel Wylde, ale jeszcze kilka lat i…

Otrząsnął się z tych myśli. Gdy już dopadnie wspólników Clementsa, będzie mógł wyjechać z Londynu i zamieszkać na stałe w Ravenshill Manor, a wtedy sprzeda dom w mieście. Nowobogaccy bardzo chętnie kupowali stare arystokratyczne rezydencje w dobrych dzielnicach. Wiedział, że nie będzie miał kłopotów ze znalezieniem kupca, a w Essex jakoś sobie poradzi, przynajmniej dopóki matka będzie żyła. Zaklął cicho, gdy przypomniał sobie ich rozmowę przy kolacji poprzedniego wieczoru.

– Musisz sobie znaleźć żonę, która dałaby ci dzieci, Gabrielu. Byłbyś o wiele szczęśliwszy.

Wezbrał w nim gniew, który tlił się w duszy od czasu pożaru.

– Wątpię, czy kiedykolwiek się ożenię – wybuchnął.

Blizny na prawym udzie przypominały mu o wszystkim, co należało już do przeszłości. Żadna normalna kobieta nie zechce go w takim stanie. Nawet kurtyzany i prostytutki były poza jego zasięgiem.

Matka położyła dłoń na jego dłoni. Poczuł jej ciepło i kruchość. Ostatnio popadała w coraz większą melancholię. Gabriel próbował jednak złagodzić jej obawy.

– Wszystko się jakoś ułoży. Niedługo wyjedziemy z Londynu i wrócimy do Essex. Będziesz mogła zajmować się ogrodem i czytać. Może znów zaczniesz grać na fortepianie?

W starych, przyćmionych oczach zebrały się łzy.

– Nadałam ci imię anioła z Biblii. Dobrze zrobiłam, bo czasami wydaje mi się, że został mi już w życiu tylko smutek.

Potrząsnął głową, nie chcąc tego słuchać. Przyszły mu do głowy nauki starożytnego pasterza Hermasa: Gdy chodzi o wiarę, każdemu człowiekowi towarzyszą dwa anioły – jeden prawości, a drugi niegodziwości. Anioł niegodziwości opisywał go w tej chwili lepiej, ale Gabriel wolał nie wspominać o tym matce.

A zatem do tego doprowadziło go życie. Był zgorzkniały, głupi, przepełniony gniewem, zamknięty na wszystko. Nawet Alan Wolfe, szef brytyjskiego wywiadu, stwierdził, że Gabriel po pożarze stał się zbyt znaną osobą i nie może już służyć tak jak wcześniej. Toteż większość czasu spędzał sam, dzień po dniu i tydzień po tygodniu, skupiony na osobistej zemście. Kiedyś uważał, że pragnienie zemsty jest niszczącym uczuciem, a teraz… To było jak narkotyk, przenikało go do szpiku kości, rozpraszając otępienie.

Coraz więcej trudu kosztowało go przestrzeganie konwenansów, udawanie lekkoducha i dandysa. Koronkowe mankiety koszul, starannie zawiązany krawat, uśmiech pokrywający wściekłość i coraz głębsze poczucie samotności.

Szczerość Adelaide Ashfield wstrząsnęła nim i skłoniła do myślenia, jej bezpośredniość przeniknęła przez wszystko, co próbował ukryć. Widział jednak w jej oczach, że ona również nie mówi mu wszystkiego. A Friar krążył wokół niej. Każda rozmowa z nim skupiała się wokół dwóch tematów: pogardliwych uwag na temat rodziny królewskiej i parlamentu oraz potrzeby znalezienia dobrej żony.

Rewolucje były owocem niedoboru i utraty. Gabriel w żaden sposób nie potrafił zrozumieć, dlaczego George Friar, który, jak twierdził, prowadził udane interesy w Baltimore, miałby łączyć swój los z losem kuzyna o antybrytyjskich przekonaniach. Choć byli ze sobą spokrewnieni, to jednak bardzo się różnili. Może chodziło o fanatyzm religijny? Coraz głośniej szeptano o deprawacji młodego księcia. Ameryka, która niedawno zdobyła niepodległość, zdawała się oferować lepszy i bardziej szczery sposób życia, większą równość społeczną nieograniczaną przez pozbawionego skrupułów monarchę.

Przypuszczenia i nieufność – z tego teraz składało się jego życie. Gabriel rzadko wierzył pozorom, w każdej twarzy wypatrywał cienia.

Napełnił szklankę, próbując sobie przypomnieć dźwięk śmiechu panny Adelaide Ashfield. Ręka, w której trzymał kryształową karafkę, drżała.

Adelaide była pierwszą osobą, która wydawała mu się szczera i prawdziwa, bez cienia sztuczności i udawania. Ale Gabriel wciąż się zastanawiał, kto ją kiedyś skrzywdził.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Adelaide starała się polubić Fredericka Lovelace’a, earla Berrick, choć był próżny i nudny, a te dwie wady sumowały się w trzecią – płytkość.

– Mimo wszystko ma arystokratyczny tytuł – stwierdził jej wuj z dumą, gdy zauważył zainteresowanie Berricka Adelaide. – Wydawało mi się, że Richard Williams to dobra partia, ale tu masz człowieka, który wart jest dziesięć tysięcy funtów rocznie, moja droga, a domu na wsi zazdroszczą mu wszyscy.

Adelaide jednak z trudem udawała zainteresowanie, gdy wspomniany earl zasypywał ją faktami dotyczącymi wyścigów konnych. Gdy wreszcie skończył przydługi monolog, zapytał:

– Czy lubi pani konie, panno Ashfield?

Dopiero teraz przyszło mu do głowy, że nie zadał jeszcze żadnego pytania, które by dotyczyło jej samej.

– Nie, milordzie. Zwykle staram się trzymać od nich z dala – odrzekła.

Lady Harcourt zmarszczyła czoło, a wuj natychmiast zaczął mówić:

– Moja bratanica rzecz jasna jeździ konno, choć nauczyciel, który miał doskonalić jej jazdę, uważa, że nieco brakuje jej odwagi. Może zechciałby pan przejechać się z nią po Hyde Parku? Sądzę, że potrzebuje po prostu więcej praktyki.

– W rzeczy samej, jeśli wybiera się pani dzisiaj na przejażdżkę, to może się spotkamy, panno Ashfield? Z największą chęcią pomogę pani w jeździeckiej edukacji.

Wuj wydawał się zadowolony. Z dumą pokiwał głową.

– Skoro pan już o tym wspomina, to rzeczywiście zamierzaliśmy wybrać się dziś do parku.

Adelaide nie odpowiedziała, ale puls jej przyspieszył. Modliła się w duchu, by wuj nie obiecał Berrickowi jej towarzystwa.

– Może spotkamy się tam z panem około piątej?

Adelaide nic na to nie mogła odpowiedzieć. Zadowolona była tylko, że wuj zamierzał jej towarzyszyć. Ale właśnie tego rodzaju bzdury od samego początku powstrzymywały ją przed przyjazdem do Londynu.

– W takim razie będę w parku o piątej. – Berrick ujął jej dłoń i skłonił się nisko, ukazując wyraźną łysinę.

Gdy odszedł, wuj dopił brandy i spojrzał na bratanicę.

– Sądzę, Adelaide, że to dobrze wychowany młody człowiek o szerokich zainteresowaniach i sporym majątku. Przynajmniej mielibyśmy pewność, że nie żeni się z tobą dla pieniędzy.

Adelaide słuchała go z przerażeniem.

– Obiecałeś, wuju, że jeśli przyjadę do Londynu na sezon, pozwolisz mi samej wybrać sobie męża. Nie chcę, żebyś mi dyktował, kto jest odpowiedni, a kto nie.

– Wszystko pięknie, moja droga, ale Frederick Lovelace to dobry człowiek o doskonałym pochodzeniu i jako twój wuj czuję się w obowiązku zauważyć, że przysporzyłby naszej rodzinie doskonałych koneksji.

– Może to dobry człowiek, wuju, ale nieodpowiedni dla mnie.

Alec Ashfield obrócił się w jej stronę i po raz pierwszy w życiu Adelaide zobaczyła w jego oczach gniew.

– W takim razie znajdź sobie lepszego, moja droga. Znajdź takiego, który będzie spełniał twoje wymagania, a dam ci swoje błogosławieństwo.

W atmosferze pojawiło się napięcie. Lady Harcourt podniosła się z miejsca.

– Jestem pewna, że znajdzie, Alecu. Być może twoja bratanica potrzebuje trochę czasu, żeby zrozumieć, jaki zaszczyt wyrządza jej earl Berrick, ale miejmy nadzieję, że to umówione spotkanie przybliży nas do celu.

Wracając do swojej sypialni na piętrze, Adelaide miała ochotę głośno krzyczeć. Teraz już była pewna, że niepotrzebnie zgodziła się na przyjazd do Londynu. Trzeba było zostać w Sherborne i nie zważać na żadne argumenty. Po jej policzku spłynęła łza. Otarła ją gniewnie.

Jej ciotki bez dyskusji godziły się z tym, że gotowa była zostać starą panną. Nie musiała im niczego wyjaśniać. One również kiedyś podjęły taką decyzję i żadna nawet przez chwilę tego nie żałowała.

Naraz cały dzień wydał jej się duszny i trudny, a w dodatku czekało ją jeszcze kilka godzin w Hyde Parku w towarzystwie adoratora, który robił sobie zbyt wielkie nadzieje. Czy nie mogłaby udać, że zachorowała? Potrząsnęła jednak głową. Nie, musi się spotkać z earlem Berrick i powiedzieć mu osobiście, że nie ma zamiaru wychodzić za niego ani za kogokolwiek innego. Miała nadzieję, że na tym się cała sprawa zakończy.

Przejażdżka zaczęła się nie najlepiej. Lord Berrick ujął jej dłoń i przycisnął do niej usta. Adelaide natychmiast skojarzyło się to ze spotkaniem z panem Friarem. Wyrwała mu palce, schowała rękę za plecy i stanęła w milczeniu. Wszyscy dokoła patrzyli na nich z zaciekawieniem.

– Bardzo czekałem na tę chwilę, panno Ashfield. Mam nadzieję, że pozwoli pani pomóc sobie wejść na siodło.

Podłożył dłonie pod strzemię. Adelaide podziękowała mu. Pomyślała, że gdy wsiądzie na konia, Berrick przynajmniej nie będzie mógł jej dotykać i może wtedy uda jej się nieco rozluźnić. Przed bramą parku obydwoje z wujem zsiedli z koni i teraz wuj pozostał z tyłu, zapewne po to, by dać jej trochę czasu sam na sam z Frederickiem Lovelace’em.

Na szczęście ruch w parku był spory. Adelaide miała nadzieję, że uda jej się objechać trasę, nie wdając się w zbyt długie rozmowy z Berrickiem. Zamierzała tylko powiedzieć mu, że nie planuje wychodzić za mąż.

Nigdy nie czuła się pewnie w siodle, a tutaj, pośród wielu wierzchowców, jej ogier denerwował się i trudno go było okiełznać. W Northbridge rzadko jeździła konno; z dworu do wioski nie było daleko, toteż wolała chodzić pieszo. Zdawało się jednak, że w Londynie wszyscy są wytrawnymi jeźdźcami.

Wzięła głęboki oddech, próbując stłumić lęk. Wielokrotnie słyszała, że konie wyczuwają zdenerwowanie jeźdźca, a sądząc po zachowaniu zwierzęcia, na którym siedziała, potrafiło ono przeniknąć jej uczucia na wylot. Do tego ogier nieustannie zbaczał w stronę klaczy, na której jechał earl Berrick. Jeszcze tylko tego brakowało, pomyślała, i owinęła wodze na dłoni, próbując odciągnąć wierzchowca na bok.

 

Podniosła wzrok i nieoczekiwanie zobaczyła przed sobą roześmiane oczy lorda Wesley.

– Panno Ashfield – uniósł kapelusz. Jechał na ogromnym czarnym ogierze, który dumnie unosił głowę i wyróżniał się na tle innych zwierząt w parku. Na takich koniach zapewne rycerze przystępowali do bitew. Jaki pan, taki kram, pomyślała Adelaide, zadowolona, że obecność Wesleya nieco przyhamowała zapędy lorda Berrick. Zdecydowała, że okrąży tor jeszcze dwa razy i na tym zakończy przejażdżkę, a jeśli po drodze uda jej się zbliżyć do Wesleya, tym lepiej.

– Widzę, że równie dobrze potrafi pani jeździć jak tańczyć walca – usłyszała i nie była w stanie powstrzymać szerokiego uśmiechu.

– Jeszcze nie widział pan, jak maluję akwarele i haftuję. Z tymi niezbędnymi kobiecie umiejętnościami radzę sobie jeszcze gorzej.

Jego śmiech przenikał ją na wylot.

– W takim razie co robi pani dobrze?

– Leczę. Prowadzę praktykę w Northbridge. Ludzie przybywają z daleka po moje maści i napary. Widzi pan, mam tam ogród, a ciotki nauczyły mnie wielu rzeczy o…

Urwała na widok jego zdziwienia. Może takie umiejętności również nie były uważane za odpowiednie dla kobiety z dobrego towarzystwa?

– Tak jak Asklepios? – zapytał. Potrząsnęła głową.

– No cóż, nie potrafię ożywiać umarłych tak jak on, milordzie, ale też nie chciałabym, by Zeus poraził mnie gromem.

– Można by się zastanawiać, czy przyjmowanie złota za wskrzeszanie umarłych było w dobrym guście. Ktoś musiał położyć temu kres.

Adelaide była zdumiona. Oprócz wiekowych ciotek rzadko spotykała kogoś, kto potrafiłby spamiętać skomplikowane imiona i uczynki bohaterów greckiej mitologii. Lord Wesley musiał być doskonale wykształcony. Dlaczego zatem ukrywał swoją edukację? Słońce zabarwiało jego włosy na rozmaite odcienie jasnego brązu, czerwieni i złota. Gdy odgarnął włosy z czoła, zauważyła, że kostki lewej dłoni miał posiniaczone i pokaleczone. Czyżby był to skutek spotkania z Friarem?

Rozejrzała się, sprawdzając, czy lord Berrick nie znajduje się zbyt blisko niej, i powiedziała:

– Jeśli pan chce, mogę panu dać maść na te palce.

W odpowiedzi Wesley schował rękę w kieszeni. Adelaide z westchnieniem poprawiła okulary.

– Po co je pani nosi? – zapytał z niezadowoleniem.

– Okulary? – Nie była pewna, czy dobrze go zrozumiała.

– W tych oprawkach jest zwykłe szkło. Ktoś, kto ma kiepski wzrok, potrzebuje grubszych soczewek.

– Czy hoduje pan sokoły, milordzie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Obrócił się w jej stronę.

– Nie, a dlaczego pani pyta?

– Bo sądzę, że nieco przypomina pan te ptaki. One również zauważają wszystko, choć wydają się na nic nie zwracać uwagi.

Gabriel Hughes uprzejmie skinął jej głową i został z tyłu, a na jego miejsce podjechał Lovelace.

– Jakaż to piękna pora dnia, panno Ashfield, nieprawdaż? Chciałbym również powiedzieć, że doskonale pani jeździ.

Adelaide stłumiła śmiech, a także chęć, by zawrócić konia i odszukać w tłumie zagadkowego lorda Wesley.

Jechała kłusem, a wesoły jak szczygiełek Lovelace wciąż coś do niej mówił. Gabriel popatrzył na nią i pomyślał, że powinien skierować się do bramy i opuścić park, ale coś kazało mu zostać. Później przyszło mu do głowy, że może był to jej wyraźny brak swobody w siodle, a może bezpośrednie spojrzenie, jakie mu rzuciła, proponując maść na poranione palce.

W pobliżu rozległ się okrzyk. Jakiś młody człowiek wołał do przyjaciela. W każdej innej sytuacji taki dźwięk nie miałby żadnego znaczenia, ale Adelaide ściągała wodze tak mocno, że jej koń zdenerwował się i stanął dęba. Nie było żadnej nadziei, by mogła sama go uspokoić, a Berrick tylko odsunął się na bok i patrzył, niepewny, co powinien zrobić.

Gabriel w jednej chwili zeskoczył z siodła, podbiegł do spłoszonego wierzchowca, pochwycił luźno wiszące wodze i nakazał Adelaide Ashfield trzymać się grzbietu za wszelką cenę. Zwróciła na niego przerażone niebieskie oczy, ale posłusznie przycupnęła na grzbiecie ogiera, zaciskając palce na grzywie.

Po chwili udało mu się uspokoić konia. Wyciągnął ramiona do przerażonej Adelaide.

– Może pani już puścić grzywę. Trzymam panią.

Nie była w stanie rozprostować palców. Musiał zrobić to za nią, a potem ujął ją wpół, zsunął z końskiego grzbietu i postawił na ziemi. Na szczęście podszedł do nich ktoś, kto pochwycił wodze.

– Jest pani już bezpieczna.

– Dzię-dziękuję – wykrztusiła bez tchu, drżąc na całym ciele. Z włosów wysunęły jej się szpilki i zgubiła gdzieś kapelusz. – Ni-nigdy nie lubiłam ko-koni i o-one też mnie nie lubią. Po-powinnam pójść pieszo.

– I stracić taką przygodę? W każdym razie nie pozwoliła się pani zrzucić. Gdyby wylądowała pani na tyłku w samym środku parku, byłby to znacznie większy powód do konsternacji.

Uśmiechnęła się i otarła łzy wierzchem dłoni. Wciąż była w szoku, ale jego żart wyraźnie ją uspokoił.

Wuj Alec mocno pochwycił ją za ramię.

– Widziałem, co się stało. Czy nic ci nie jest?

– Nie… Wszystko w… w porządku.

Alec Ashfield przeniósł uwagę na Gabriela Hughesa.

– Lordzie Wesley – powiedział lodowatym tonem. – Dziękuję za pomoc, ale sądzę, że teraz już poradzimy sobie sami.

– Oczywiście, lordzie Penbury – odrzekł earl równie chłodno i odszedł, prowadząc konia za sobą.

Adelaide miała ochotę pobiec za nim. Przy nim czuła się bezpiecznie. Chciała mu powiedzieć, że wszystko jest w porządku i że podoba jej się jego poczucie humoru.

Na miejscu opuszczonym przez Hughesa stanął lord Berrick.

– Dałbym sobie radę z pani koniem, panno Ashfield, ale Wesley mnie ubiegł. Nie wiedziałem, że jest pani tak niedoświadczona, bo inaczej nie proponowałbym przejażdżki po parku. Obawiam się teraz, że pani sukienka jest zupełnie zniszczona, a kapelusz zgnieciony. Na szczęście okulary się nie stłukły, więc jest również powód do radości!

Nawet jej wuj patrzył na Lovelace’a z pewnym niedowierzaniem. Ten zaś nie przestawał gadać aż do chwili, gdy podbiegł do nich Bertram.

– Mój Boże, Wesley jest bohaterem! – wykrzyknął z wyraźnym podziwem. – Gdyby nie utrzymał twojego konia, Addie, spadłabyś, a upadek z tak dużego zwierzęcia jest bardzo bolesny.

– To prawda – odrzekł jej wuj z napięciem.

– Mam nadzieję, że ktoś mu podziękował? – ciągnął Bertram, zdając się nie zauważać chłodnej atmosfery. – Na pewno ramię będzie go bolało.

Adelaide uśmiechnęła się. Jej kuzyn, choć grał i pił za dużo, czasami był niezrównany.

– Może nie podziękowaliśmy mu tak wylewnie, jak powinniśmy – przyznał wuj cicho. – Napiszę do niego, kiedy wrócimy do domu.

Adelaide zmęczona sytuacją ucieszyła się, gdy wuj i kuzyn poprowadzili konie w stronę bramy.

Wykąpała się, przebrała i gdy już jej żołądek się uspokoił, wyjęła z garderoby dużą skórzaną torbę. Nigdzie się nie ruszała bez swoich maści i tynktur. Przywracały jej równowagę i pozwalały się uspokoić jak nic innego. Lubiła czuć w ręku ciężar moździerza.

Nie było trudno zrobić maść na poranione palce. Z bursztynowej flaszeczki wlała do moździerza sporą dawkę ziół w oleju – arnika na sińce i nagietek na otarcia. Z lubością wdychała zapach kamfory i rzęsy wodnej, które ściągały skórę i łagodziły podrażnienia.

Na małym palniku roztopiła w niskiej temperaturze pszczeli wosk i dodała trochę do mieszanki. Na koniec dorzuciła jeszcze lawendę o ostrym, męskim zapachu. Wybrała niedużą buteleczkę z jaskrawozielonego szkła, przelała roztwór i mocno zakorkowała, a potem owiązała szyjkę sznureczkiem i przymocowała gałązkę lawendy. To było wszystko. Wyjęła jeszcze arkusz papieru z sekretarzyka, owinęła buteleczkę i włożyła do środka krótką wiadomość. Nie miała pojęcia, gdzie mieszka earl, toteż wezwała kamerdynera wuja i kazała mu dopilnować, by paczuszkę jak najszybciej doręczono lordowi Gabrielowi Wesley.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?