Księżna mimo woli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Doktor Cameron orzekł, że cudem uszłaś z życiem. Gdybyś przesunęła się o centymetr dalej, nie byłoby cię wśród nas. Na szczęście, kiedy cię znaleźli, miałaś głowę unieruchomioną pomiędzy dwiema deskami.

– Zatem udało mi się – mruknęła Lucinda.

Wyczuwała, że nie mówią jej całej prawdy. Poznała to po spojrzeniach, jakie bratowe wymieniły między sobą, i zgodnej powściągliwości w słowach. Zdziwiło ją też, dlaczego w jej sypialni nie ma braci, ale zanim o to spytała, domyśliła się przyczyny. Ukrywanie przed nią prawdy nie przyszłoby braciom tak łatwo jak ich żonom; jedynie Cristo w razie konieczności potrafił trzymać język za zębami.

– Czy ktoś jeszcze został ranny?

Po wahaniu bratowych poznała, że odpowiedź na to pytanie brzmi twierdząco.

– Jakiś mężczyzna był z tobą w powozie – odrzekła Emeralda.

Ujęła jej drugą dłoń i zaczęła ją kojąco głaskać. Było to niepotrzebne i lekko irytujące, ponieważ Lucinda nie miała w niej czucia.

– Byłam z nim sama? – Przecież to bez sensu, pomyślała. Co mogła robić nocą na drodze w towarzystwie obcego mężczyzny? To nieporozumienie. – Kto to był?

– Książę Alderworth – powiedziała Beatrice.

– Alderworth?

Lucinda wiedziała, o kogo chodzi. Ten arystokrata, znany nie bez powodu jako Rozpustny Książę, zasłużenie cieszył się złą sławą wyrafinowanego uwodziciela. Jego towarzystwo kompromitowało przyzwoite kobiety. Czemu miałaby być z nim sam na sam w powozie, w dodatku daleko od domu?

– Czy Asher wie, że on tam był? – zwróciła się do Emeraldy.

– Niestety, tak.

– A oprócz Ashera ktoś jeszcze wie?

– Niestety, tak – powtórzyła Emeralda.

– Kto?

– Cała londyńska socjeta.

– Czyli wybuchł skandal, a ja jestem skończona?

– Nie. – Głos Beatrice – Maude zabrzmiał stanowczo. – Twoi bracia nigdy na to nie pozwolą, podobnie jak my.

Lucindę ogarnęło znużenie. Cała ta sytuacja okazała się ponad jej siły. Z poważnymi twarzami Eleanor i Emeralda spoglądały na nią zatroskanym wzrokiem. Nawet Beatrice-Maude, która rzadko się denerwowała, wyglądała na wytrąconą z równowagi. Skaza charakteru – te słowa wypłynęły znikąd, gdy zamknęła oczy i zapadła w sen.

ROZDZIAŁ TRZECI

W bibliotece londyńskiej rezydencji Carisbrooków, zlokalizowanej w Mayfair, książę Alderworth z trudem usadowił się w fotelu, mając naprzeciw siebie trzech braci Wellinghamów, zajmujących solidne krzesła z poręczami.

Bolała go głowa, prawa noga wciąż była spuchnięta od kolana w górę, gruby opatrunek spowijał lewe ramię, a żebra zostały ciasno zabandażowane, aby oddychanie stało się choć trochę mniej bolesne. Prócz tego jego ciało znaczyło mnóstwo rozcięć i zadrapań od odłamków szkła oraz drewna. Troska o jak najszybszy powrót do pełnego zdrowia po wypadku była jednak mniej istotna niż pilne i efektywne załatwienie sprawy pomiędzy nim a trzema Wellinghamami.

– Pański strój był wysoce niestosowny i niekompletny, a Lucinda była ledwie ubrana. Od tygodnia w Londynie aż huczy od plotek na temat waszej skandalicznej eskapady – stwierdził Asher Wellingham, książę Carisbrook, który nie zwykł owijać w bawełnę.

– Stan naszej odzieży wziął się stąd, że powóz stoczył się ze zbocza. Zazwyczaj nie wychodzi się z takich tarapatów nienagannie ubranym – wycedził Alderworth, który nie zamierzał pozwolić, by Wellinghamowie zapędzili go w kozi róg.

Wiedział, że ta uwaga ich zirytuje, ale skoro postanowił utrzymywać, że ich siostra nie wzięła udziału w rozpasanym przyjęciu, musiał tłumaczyć zaistniałą sytuację nieszczęśliwym wypadkiem drogowym.

– Myśleliśmy, że Lucinda pojechała ze swoją przyjaciółką, lady Posy Tompkins, do majątku jej ciotki. Dlaczego więc, zamiast tam być, znajdowała się w powozie sam na sam z osławionym londyńskim rozpustnikiem, wystrojona jak dziwka?

– Panowie nie zapytali jej o to?

– Lucinda niczego nie pamięta – wyjaśnił Taris Wellingham, którego spokój był równie złowieszczy jak furia starszego brata.

– Naprawdę?

– Niczego sprzed wypadku, z samego wypadku i po wypadku.

Taylen ujrzał przed sobą światełko w tunelu. Pomyślał, że może tędy droga. Jeżeli Lucinda nie jest żądna jego krwi, a on dobrze rozegra swoje karty, to może jej bracia przestaną go prześladować.

– Wasza siostra poinformowała mnie, że próbowała wrócić do londyńskiej rezydencji Wellinghamów po tym, jak została rozdzielona ze swoją przyjaciółką – powiedział, niewiele mijając się z prawdą, po czym skłamał: – Poprosiła mnie o odwiezienie do domu, na co, rzecz jasna, się zgodziłem.

– Jej torebka, kapelusz i okrycie zostały odesłane do domu z księcia wiejskiej rezydencji. Czy to nie dziwny zbieg okoliczności? – Głos Crista Wellinghama zabrzmiał głucho. – Hrabia Halsey rozpowiedział w towarzystwie, że gościła na pańskim przyjęciu, a inni jego uczestnicy potwierdzili jego słowa.

– Halsey kłamie. Organizowałem przyjęcie i wiem, kogo zaprosiłem.

– Problem w tym, że reputacja Lucindy jest poważnie zagrożona, a pan, książę, wydaje się nie dostrzegać swojej roli w kwestii jej upadku.

Tego było Taylenowi za wiele.

– Upadek to mocne słowo, lordzie Taris.

– Równie mocne jak kara.

Asher uderzył w stół i Alderworth wstał. Nawet z obandażowanym ramieniem i opuchniętą nogą był gotów stawić czoło trzem Wellinghamom. Wprawdzie nie uczył się sztuki dżentelmeńskiej walki, ale tyle razy zebrał cięgi, że wiedział, jak oddawać i bić.

– Alderworth, przysięgam, uśmiercimy pana – zagroził Cristo, wymawiając z naciskiem każde słowo.

– Tym samym wydacie wyrok na siostrę – zauważył. – Lepiej pozwólcie sprawie przycichnąć. Śmiejcie się z tego, a także z tych, którzy twierdzą, że to prawda.

– Tak jak pan to robi, książę?

– Społeczeństwo angielskie nadal trzyma się śmiesznie restrykcyjnych zasad, choć możliwość korzystania z wolnej woli zaczyna powoli docierać do umysłów mężczyzn, którzy powinni w nią uwierzyć.

– Mężczyzn takich jak książę? – spytał Taris.

Wstał z krzesła i mimo słabego wzroku pewnym krokiem podszedł do okna. Taylen dostrzegł jednak zatroskane spojrzenie, jakim odprowadzał go jego brat. Oto chodziło: o troskę o siebie nawzajem, o dobre imię rodziny i ochronę czci jedynej siostry. On nigdy nie zaznał troskliwości od rodziców, babki, a tym bardziej od wuja. Podobnie jak zrozumienia, poczucia bezpieczeństwa i bliskości. Zawsze był samotny przeciwko całemu światu. Na skutek zaniedbań ze strony rodziny, braku akceptacji i miłości wyrósł na takiego człowieka, jakim był obecnie. Myśl tę uznał za przygnębiającą w obliczu solidarnej, opiekującej się sobą rodziny.

– Mam pilne sprawy do załatwienia – oznajmił. – Poza tym muszę odetchnąć świeżym powietrzem. Wybaczą panowie, ale ich pożegnam. – Z tymi słowami skierował się ku drzwiom.

– I co o nim sądzicie?

Asher zadał to pytanie kilka minut później, gdy Cristo podszedł do bufetu po butelkę francuskiej brandy.

– On coś ukrywa – stwierdził Taris, biorąc z rąk brata napełnioną szklaneczkę. – Z jakiegoś powodu próbuje nam wmówić, że Lucinda znalazła się nocą w jego powozie z konieczności i że nawet przez chwilę nie była w Alderworth.

Cristo zaklął.

– Z jakiego powodu by to robił, skoro programowo nie liczy się z opinią własnego środowiska?

– Przypuszczam, że nawet największy rozpustnik stawia sobie granice deprawacji. W jego przypadku może to być niewinność naszej siostry. – Taris pociągnął łyk brandy, po czym mówił dalej: – Z tego, co wiem, on studiuje filozofię nowej świadomości. To dosyć niezwykła lektura jak na kogoś, kto twierdzi, że nie interesuje go nic poza swobodą seksualną i anarchią.

– Nie ufam mu. – Asher jednym haustem opróżnił szklaneczkę.

– Przecież nie możemy bić się z człowiekiem w bandażach – zauważył z uśmiechem Cristo.

– Wobec tego poczekamy, aż mu je zdejmą – zdecydował Asher tonem, który świadczył o tym, że nie żartuje.

Lucinda podjechała do stołu ze śniadaniem. Bolały ją wszystkie mięśnie, a serce waliło głucho przy najmniejszym wysiłku. Od wypadku minęły dwa tygodnie i zgodnie z zapowiedzią doktora, zaczęła odzyskiwać czucie w ciele. Potrafiła bez upadku przejść krótki dystans, a gnębiące ją wcześniej drżenie mięśni zmniejszało się w miarę, jak odzyskiwała siły. Mimo to głównym środkiem przemieszczania się po domu pozostał fotel na kółkach, ponieważ nadal była osłabiona. Na domiar złego gnębiła ją melancholia.

Posy, która większą część minionego tygodnia spędziła w Londynie, wciąż nie mogła się pogodzić z tym, co spotkało przyjaciółkę.

– Nie powinnam była zabierać cię do Alderworth. To wszystko spotkało cię przeze mnie, a teraz… nie mam pojęcia, jak to naprawić. – Łzy jak groch popłynęły jej po policzkach i po różowym staniku sukni, znacząc mokry ślad.

– Przecież siłą nie zaciągnęłaś mnie do wiejskiej siedziby Alderwortha. Tyle to pamiętam. – Lucinda starała się pocieszyć przyjaciółkę.

– Ale gdy zamknęłam się na klucz w naszym pokoju, ty nie mogłaś…

– Nie przerzucajmy się winą – przerwała jej Lucinda. – Co się stało, to się nie odstanie. Dobre i to, że zaczynam odzyskiwać władzę w członkach, a także energię.

Wytłumaczenie przyjaciółce, że nie żywi do niej pretensji zajęło Lucindzie dobrych kilka dni i była zmęczona jej ciągłymi napadami łez. Teraz skupiła się na śniadaniu, przy którym zebrali się jej krewni.

Asher, który w jadalni czytał najnowsze wydanie „Timesa”, jak to zwykł czynić każdego ranka, złożył gazetę na pół i nagle coś przykuło jego wzrok.

– Piszą, że hrabia Halsey ma złamany nos, podbite oko i dwadzieścia szwów na policzku. Cztery dni temu został napadnięty przy stajniach na Davies Mews, o dwa kroki stąd. Nie było świadków.

 

Spojrzał spod oka na siostrę, chcąc sprawdzić jej reakcję. Od czasu nieszczęśliwego wypadku rodzina chodziła wokół niej na palcach, jakby w obawie, że mogłaby się załamać na najmniejszą wzmiankę o skandalu. Lucinda miała już tego dosyć, więc w milczeniu wzruszyła ramionami.

– Napastnicy poczynają sobie coraz śmielej, jak widać – odezwała się Emeralda, smarując masłem grzankę. – Być może niechcący wyświadczyli nam przysługę, bo to chyba Halsey z uporem twierdził, że Lucinda paradowała roznegliżowana na przyjęciu u Alderwortha, prawda? Gdyby nie jego oświadczenie, o ileż łatwiej dałoby się zatuszować tę sprawę.

Lucinda znała Richarda Allenby’ego, hrabiego Halsey z jak najlepszej strony. Był bardzo dobrze wychowany i dosyć miły, nie miała więc pojęcia, dlaczego tak podle ją oczerniał. Jednak w związku z tą wiadomością nagle zaczęło się coś wyłaniać z mroku niepamięci. Ocierając serwetką usta, odchyliła się do tyłu i zamarła.

– Co się z tobą dzieje? – zaniepokoił się stanem siostry Asher. – Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

– Co konkretnie rozpowiadał o mnie hrabia Halsey?

– Rozpuścił plotki, że tej nieszczęsnej nocy mogło dojść do zbliżenia między tobą a Alderworthem. Podobno widział, jak na pierwszym piętrze szukałaś sypialni księcia.

W tonie brata pobrzmiewała irytacja jak zwykle, kiedy mówił o jej eskapadach. W tym przypadku Lucinda uznała je za w pełni zrozumiałe.

– Twierdził, że doszło do zbliżenia? – zapytała, wyraźnie wstrząśnięta. – Dlaczego skłamał? Przecież nikt w to nie uwierzy.

– Niestety, towarzystwo wzięło opowieści Halseya za dobrą monetę. – Asher przestał owijać w bawełnę.

– Co na to Alderworth?

– Nic, i w tym cały problem. Gdyby kategorycznie zaprzeczył i wkroczył na salony z równą pewnością siebie jak do Wellingham House, być może ludzie przestaliby dawać wiarę Allenby’emu. Tymczasem zaszył się na wsi, pozostawiając za sobą cały ten bałagan.

– Alderworth zjawił się w naszym domu? – Lucinda zmarszczyła brwi. – Coś przypomniało jej się w związku z nim… – Czego chciał?

– Mówiąc wprost, chciał oczyścić się z winy. Upierał się, że owej feralnej nocy nie uczestniczyłaś w przyjęciu zorganizowanym w jego wiejskiej rezydencji, że nie byłaś jego gościem. – Asher odłożył gazetę i uważnie przyjrzał się siostrze. – To krętacz, ale bardzo bystry. Alians z nami może się okazać dla niego bardzo korzystny.

– Alians? – powtórzyła Lucinda, niepewna, co brat miał na myśli.

– Odbudowanie zrujnowanej reputacji damy wymaga określonych środków, i bynajmniej nie tymczasowych.

– Masz na myśli ślub? – wyszeptała z lękiem Lucinda.

Skandaliczne wyczyny księcia Alderworth były w towarzystwie powszechnie znane. Opowiadano sobie o kompletnym nieliczeniu się z opinią socjety tego człowieka, który żył według własnych zasad, nie zważając na obowiązujące reguły i konsekwencje. Poczuła przyspieszone bicie serca, bo wróciły do niej wspomnienia. Z trudem wstała z fotela na kółkach, wypuszczając z drżących palców filiżankę. Herbata rozlała się brunatną plamą na białym obrusie.

Z mgły niepamięci wyłoniła się naga postać Taylena Ellesmere’a, księcia Alderworth, podnoszącego się ze skłębionej pościeli. Wysmukłe, zgrabne ciało zajaśniało w blasku świecy. Przy łóżku, na nocnym stoliku, dostrzegła prawie pustą karafkę. Po chwili oboje stali w ciasnym uścisku. Wpatrywała się w jego zielone oczy, gdy się nad nią nachylił i zaczął ją całować – a nie było to niewinne muśnięcie, lecz żarliwy i zaborczy pocałunek. Wstrząśnięta spojrzała na Ashera.

– Co ci jest? Wyglądasz, jakbyś była chora – zaniepokoił się, szczerze zatroskany.

– Właśnie coś sobie przypomniałam i zaczynam wierzyć, że wszystko, co mówi o mnie hrabia Halsey, może być prawdą – wyjąkała.

Kolana się pod nią ugięły, uderzyła bokiem o oparcie fotela i byłaby upadła, gdyby Asher nie złapał jej w ostatniej chwili.

– Chcesz powiedzieć, że oddałaś się księciowi?!

– Był nagi w swojej sypialni. Dotykał mnie, chciałam wyjść, ale drzwi były zamknięte, a on miał klucz – zasypała brata wiadomościami, z których każda była gorsza od poprzedniej.

– Mój Boże! – wykrzyknął Asher.

Nigdy dotąd, po żadnej ze swoich wariackich eskapad, nie usłyszała tak rozpaczliwej nuty w głosie brata. Łzy napłynęły jej do oczu. Poczuła dłoń Emeraldy w swojej dłoni, a potem jej dyskretny uścisk.

– Poślubisz moją siostrę, gdy tylko uda mi się załatwić specjalną licencję, a potem znikniesz z Anglii na zawsze, ty świnio.

Asher Wellingham kilka razy spoliczkował księcia Alderworth, a Cristo go przytrzymywał. Każdy cios był zadawany z rozmysłem i wręcz z kliniczną precyzją. Krew lała się Taylenowi z nosa, ledwie widział na prawe oko i czuł, jak w ustach chwieją mu się górne jedynki. Potraktowali go brutalnie, najwyraźniej zapominając o dobrych manierach, których się po nich spodziewał.

– Jeżeli mnie zabijecie… będzie trudno o… ślub – wystękał Taylen.

Kolejny bolesny cios, tym razem w pierś, sprawił, że skrzywił się bólu.

– Wyjaśnisz Lucindzie, że znalazła się w Alderworth wyłącznie z twojej winy i że straciłeś poczucie przyzwoitości znacznie wcześniej, nim ją poznałeś. Przysięgniesz, że w tej sytuacji nie miała najmniejszych szans obronić się przed zdeprawowanym i doświadczonym uwodzicielem.

– Instrukcja dosyć wyczerpująca – wymamrotał Taylen, starając się zachować resztki wisielczego humoru.

– Owszem. Jeżeli się do niej zastosujesz, to darujemy ci życie, abyś mógł naprawić zło wyrządzone naszej siostrze. Lucinda jest rozstrojona, czemu nie należy się dziwić. Nazwała cię nikczemnikiem, który ją upił i wykorzystał.

– Tak powiedziała?

– Tak, i dodała parę gorszych określeń. Nawet jeżeli cię nienawidzi, to ma świadomość, że jesteś jedynym człowiekiem, dzięki któremu może odzyskać dobre imię, biorąc z tobą ślub. W tej kwestii jest bardzo stanowcza.

– To bezcenna zaleta u narzeczonej. – Tym razem głos księcia był pozbawiony zjadliwej ironii, którą stosował z mistrzowską precyzją.

– Możesz się śmiać, Alderworth, ale jeżeli sobie wyobrażasz, że po ceremonii pozwolimy ci zbliżyć się do Lucindy, to znów będziesz miał z nami do czynienia. Dosyć szkód jej narobiłeś. Najwyższa pora za to zapłacić.

Taylen kaszlnął raz, potem drugi; trudno mu było złapać oddech. Gdy młodszy brat pozwolił mu opaść ciężko na podłogę, uderzył zranionym w wypadku ramieniem o twardy parkiet i poczuł ostry ból, promieniujący od łokcia aż po obojczyk. Zaczął się trząść, zbolały i upokorzony. Zaklął, gdyż od dawna nic takiego mu się nie przytrafiło. Nagle przypomniał sobie pamiętne lato w Alderworth, wykrzywioną ze złości twarz wuja, wyżywającego się na nim z powodu drobnej przewiny, bezlitosne cięgi i gorący wiatr na poranionych od nich plecach, a także krew. Wstał z trudem i wyprostował się, trzymając się oparcia krzesła.

– Waszą siostrę zawodzi pamięć. Nawet jej nie tknąłem.

– Ona twierdzi co innego, a każdy, kto zna Lucindę, wie, że uczciwość jest jedną z jej największych zalet – stwierdził Asher. – Szczerze mówiąc, zważywszy na liczbę gości, którzy od czasu wypadku nie przestają plotkować na temat tego, co zaszło w Alderworth, twoje biadolenia i wykręty wydają mi się obelgą. Mężczyzna godzien tego miana przyznałby się do swoich błędów i poddał zasłużonej karze.

Taylen z doświadczenia wiedział, kiedy należy zakończyć scysję z przeciwnikiem, gotowym zatłuc go na śmierć. Skinął więc głową i po chwili ujrzał wyraz ulgi na twarzy Ashera.

– Zapłacimy ci, żebyś wyjechał tydzień po ślubie. Dostaniesz pokaźną sumę, aby bezpiecznie dotrzeć do celu podróży. Zostaniesz tam i twoja noga nie postanie w pobliżu Londynu lub naszej rodziny.

– Wiemy, że grozi ci bankructwo – odezwał się Taris, usadowiony na sofie przy kominku. Mówił cicho i zdecydowanie. – Twój ojciec poważnie zadłużył majątek, a ty nie masz wystarczających środków, aby spłacić kolejne raty. Próbowałeś wykaraskać się z tarapatów, ale rachunki wciąż rosną. Nie ma się co dziwić, przy twoim stylu życia raczej trudno o zyski. Jeżeli przyjmiesz naszą propozycję, to może uda ci się zachować rodowy majątek jeszcze przez kilka lat. Natomiast jeśli ją odrzucisz, najbliższe Boże Narodzenie spędzisz w więzieniu za długi.

– Czy wasza siostra wie o tej propozycji?

– Ależ tak. Lucinda tego chce. – Cristo wysunął się do przodu, demonstrując pogardliwą minę. – Masz jej na zawsze zniknąć z oczu.

Nieskonsumowane małżeństwo w zamian za pieniądze, pozwalające zachować rodzinną posiadłość, podsumował w myśli Taylen. Oczyma wyobraźni ujrzał kontury dachu dworu, rysujące się na tle nieba, złoty kamień połyskujący w słońcu i liczne akry żyznej ziemi, rozciągające się wokół. Ojciec zaniedbał Alderworth, ale on nie mógł sobie na to pozwolić, nawet jeżeli alternatywa oznaczała zaprzedanie duszy.

– Dobrze – oznajmił schrypniętym głosem.

Był świadomy, że zgoda kosztuje go utratę honoru. Stłumił jednak w sobie odruch buntu. Wiedział, że tylko on może ocalić Alderworth z jego liczącą cztery wieki historią i że Lucinda szczerze go znienawidzi.

Tymczasem przygotowano pióro i papier do złożenia oświadczenia i podpisu.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Na widok przyszłego męża, Taylena Ellesmere’a, księcia Alderworth, Lucinda pomyślała, że wygląda jak bokser po wyjątkowo ciężkim meczu. Oboje podeszli do ołtarza niewielkiej kaplicy w Mayfair, czekając na rozpoczęcie ceremonii zaślubin. Nawet nie odwrócił głowy, żeby na nią spojrzeć. Zauważyła, że lewy nadgarstek ma w bandażach, podbite oko, a policzek przecina gruba szrama. Sztywna postawa i ostentacyjny dystans świadczyły o tym, że z trudem hamuje złość. Spod bardzo krótkich włosów, ogolonych niemal do skóry, prześwitywała opalizująca blizna, ciągnąca się od koniuszka ucha aż po skroń.

Lucinda zauważyła, że nawet Asher był zaszokowany wyglądem przyszłego szwagra, ale skoro sprawy zaszły tak daleko, niewiele można było zrobić. Kości zostały rzucone, uznała. Wyjdzie za księcia, aby uratować reputację i pozycję w towarzystwie, a on ożeni się z nią, ponieważ zmusili go do tego jej bracia. W tym rozrachunku zabrakło miejsca na radość ze ślubu – ukoronowania miłości – czego dowodem były puste ławy w kaplicy. Przybyli tylko jej najbliżsi krewni wraz z garstką przyjaciół, natomiast zabrakło gości pana młodego. W tej sytuacji zadała sobie pytanie, kto będzie drużbą księcia, i w chwilę później uzyskała odpowiedź. Stanął obok niego Cristo, po wyrazie twarzy którego można było domyślić się, że przyjął tę rolę z konieczności.

Wcześniejsze ceremonie zaślubin członków rodziny Wellingham zapisały się w pamięci Lucindy jako uroczyste i podniosłe, gromadzące tłumy krewnych i przyjaciół młodych par. Tymczasem jej ślub był skromny i cichy, a towarzyszący mu nastrój przygnębiający. Zastanawiała się, jak długo po ślubie Alderworth zostanie w Londynie i jakich użyje słów, aby wytłumaczyć swoją późniejszą nieobecność. Asher zapewnił ją, że dla zachowania pozorów książę zabawi w stolicy przez tydzień lub nieco dłużej, po czym wyjedzie, co Wellinghamowie powitają z niewymowną ulgą.

Z głupoty popełniła ogromny błąd, a teraz nie tylko ponosi konsekwencje, ale co gorsza, obciąża konsekwencjami rodzinę. Miała ochotę cisnąć na ziemię wiązankę z białych róż i pachnących gardenii i zerwać z siebie białą suknię, uszytą w pośpiechu przez jedną z najlepszych modniarek w Londynie. Wybawieniem okazał się welon, gdyż za zasłoną z koronek mogła ukryć przed światem twarz odzwierciedlającą jej stan ducha. Jeszcze przed tygodniem nie byłaby w stanie chodzić ani ustać tak długo, ale dziś przenikająca ją trwoga pozwoliła jej zapomnieć o bólu.

U boku Lucindy stała jej druhna, Posy Tompkins, która wciąż nie potrafiła sobie wybaczyć, że namówiła przyjaciółkę na tragiczny w skutkach wyjazd do Alderworth. Nie przestawała troszczyć się o Lucindę i wciąż od nowa przepraszać.

– Na pewno chcesz przechodzić przez to wszystko? – szepnęła. – Mogłybyśmy uciec razem do Europy. Mam aż nadto pieniędzy dla nas obu. Odwiedziłybyśmy moich krewnych w Rzymie albo w Paryżu.

– I do końca życia pozostałybyśmy na wygnaniu?

– Kto wie, czy to nie lepsze niż… – Posy nie dokończyła.

Lucinda wiedziała, co chciała jej powiedzieć: że to lepsze niż małżeństwo z mężczyzną, który wygląda, jakby uczestniczył we własnym pogrzebie. Uniosła z trudem głowę. Ona także nie była uszczęśliwiona takim zakończeniem sprawy.

 

– Żyjemy w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku, a nie w średniowieczu – szeptała dalej Posy. – Jeżeli nie chcesz tego ślubu, to wystarczy głośno to zakomunikować. Nikt nie może zaciągnąć kobiety siłą do ołtarza, nawet jeśli alternatywą będzie skandal.

– Twoje słowa nie dodają mi otuchy.

– Pozwól mi odwołać ceremonię. Wezmę całą winę na siebie, ponieważ to ja zabrałam cię do Alderworth i pożyczyłam ci suknię…

Tymczasem pastor przemówił spokojnym niskim głosem, rozpoczynając ceremonię zaślubin. Lucinda miała świadomość, że gdyby uległa namowom przyjaciółki i wycofała się w ostatnim momencie, definitywnie odcięłaby się od rodziny, a tego zdecydowanie nie chciała. Poza tym nie było innego, bardziej sensownego wyjścia niż ślub, po nim wspólny małżeński tydzień dla zachowania pozorów, a potem – spokój i wolność. Lucinda pomyślała, że jeśli Bóg w swej nieskończonej mądrości da jej siłę do przetrwania paru następnych godzin i kilku dni, to złoży mu solenną obietnicę dozgonnego poświęcenia się dobrym uczynkom.

Gdy Taylen ukradkiem zerknął na przyszłą żonę, spostrzegł, że pod welonem jej głowę otacza warkocz, w który wpleciono blade pączki róż. Tego dnia wydała mu się niższa i drobniejsza; sprawiała również wrażenie przestraszonej. Oto jak zemściły się na niej kłamstwa, jakie rozgłaszała na ich temat, pomyślał. Musiała zdawać sobie sprawę z tego, że nie stanowią podstawy do zawarcia przez nich ślubu. Był zadowolony, że twarz ukryła za welonem, bo nie chciał patrzeć w jej zdradliwe oczy, dopóki nie będzie musiał. Zdziwił go jej ślubny strój. Przypuszczał, że będzie chciała oszczędzić sobie trudu, tymczasem wytworna suknia leżała na niej jak ulał, tworząc plamę bieli u stóp. Na lewym przegubie połyskiwała delikatna srebrna bransoletka z czterema złotymi gwiazdkami. Rozmowa, jaką wciąż prowadziła szeptem z druhną, zaczęła działać mu na nerwy, odetchnął więc z ulgą, kiedy pastor przywołał zebranych do porządku, po czym rozpoczął ceremonię.

– Małżeństwo nie jest stanem, w który wkracza się lekkomyślnie lub w oparciu o fałszywe obietnice – powiedział i zwrócił się do Lucindy: – Czy chce pani, abym kontynuował?

Naturalnie, że chce, pomyślał Taylen. Przecież zostanie księżną i uniknie kompromitacji. Zdecydowanie by wolał, żeby pastor przeszedł do finałowej przysięgi, pomijając całą resztę. Niewątpliwie skróciłoby to przebieg ceremonii, a jego uwolniło od towarzystwa Lucindy i rodziny Wellinghamów. Niestety, ku niezadowoleniu Taylena, pastor tego nie uczynił, tylko poczekał, aż stojąca przed nim panna młoda odpowie. Uczyniła to w milczeniu – bez cienia entuzjazmu skinęła głową.

– Zatem zebraliśmy się tu dziś, aby połączyć tego mężczyznę i tę kobietę świętym węzłem małżeńskim…

…na zawsze, dodał w duchu Taylen i nie potrafił myśleć o niczym innym nawet wówczas, gdy odpowiadał na pytania pastora. W pewnym momencie naszła go refleksja, że jego ojcu i matce przysięga małżeńska nie przeszkodziła w pogoni za urokami życia, i po raz pierwszy poczuł się mniej rozczarowany rodzicami. Wygląda na to, uznał, że będzie musiał ruszyć chaotyczną i krętą drogą, której przysiągł sobie unikać. Wydedukował, że to, co się teraz działo, było karą za to, jakim stał się człowiekiem. Gdyby nie to konkretne przykre zdarzenie, nieuchronnie spotkałoby go inne. Ten wniosek nieco go uspokoił. Z zadumy wyrwał go głos pastora zadającego sakramentalne pytanie.

– Czy ty, Taylenie Andrew Templetonie Ellesmerze bierzesz sobie tę oto Lucindę Alice Wellingham za żonę?

– Tak – odparł z rezygnacją, jednocześnie myśląc, że drugie imię, delikatne i eteryczne, pasowało do stojącej przy nim młodej kobiety.

Panna młoda wymówiła słowa przysięgi drżącym i pozbawionym radości głosem i wkrótce ceremonia dobiegła końca.

Taylen odwrócił się do Lucindy, gdyż tego się po nim spodziewano, i powoli uniósł jej welon. Żona w niczym nie przypominała odważnej dziewczyny, która uciekając przed nachalnymi adoratorami, przypadkowo trafiła do jego sypialni w Alderworth. Miała ciemne kręgi pod oczami, wysypkę na policzkach, a na czole pozostałości po guzie. Jasnoniebieskie oczy, które wtedy tak go zachwyciły, były pozbawione blasku, a zmęczenie potęgowało jej bladość. Oboje stali się ofiarami fatalnego zbiegu okoliczności i konwenansów.

Już miał dotknąć jej czoła, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Przecież ten ślub tylko z nazwy to wstydliwa parodia czegoś, co powinno być piękne i wzniosłe. Myśl, że cel, czyli w jego przypadku chęć przeżycia, uświęciła to niemoralne posunięcie, napełniła go niesmakiem i melancholią. Niespodziewanie przypomniał mu się Machiavelli i wrócił myślami do tamtej nocy, gdy nieproszona wtargnęła do jego pokoju, z rumieńcem na policzkach, w czerwonej, głęboko wydekoltowanej sukni.

Nagle zapragnął, aby Lucinda Wellingham wzięła go za rękę jak wtedy w Alderworth, jakby dostrzegła w nim coś, co inni przeoczyli. Nonsens, uznał, kręcąc głową, i w tym samym momencie poczuł na sobie pełne potępienia spojrzenie jej bladoniebieskich oczu. Wszystkie kłamstwa, jakich się dopuścili, wytworzyły między nimi przepaść nie do pokonania.

– Niełatwo być żoną bankruta – powiedział, nie czyniąc żadnego gestu.

Widział, że się wzdrygnęła, ale nie obrócił swoich słów w żart. Chciałby, żeby wśród zebranych znalazła się choć jedna osoba uradowana z jego towarzystwa, lecz takiej nie było. Bracia z żonami podeszli do Lucindy i otoczyli ją opiekuńczym kołem, a jemu przesłali nienawistne spojrzenia. Taylen doszedł do wniosku, że gdyby teraz nagle padł trupem, rażony jakąś śmiertelną chorobą, smętna farsa, jaką był ślub, zmieniłaby się w radosną stypę. Uznał w duchu, że w całym dotychczasowym życiu nigdzie nie czuł się tak niemile widziany jak w tej kaplicy w gronie świeżo poślubionej żony i jej najbliższych krewnych.

Lucinda szybko odwróciła się od Taylena, woląc na niego nie patrzeć. Nie wyglądał, jakby czuł się winny czy choćby odrobinę skruszony. Zhańbił ją, uprzednio spoiwszy czerwonym winem. Miał za nic jej niewinność, a teraz nie zadał sobie najmniejszego trudu, aby zrehabilitować się za wcześniejsze ohydne postępki. Mało tego, posłał jej nieprzejednane spojrzenie! Ten bankrut i zdrajca został jej mężem, a ona nie była w stanie znieść myśli, że mógłby jej dotknąć. Na szczęście najbliżsi – bracia wraz żonami – stanęli wokół niej w kręgu, odgradzając ją od świeżo poślubionego męża. Niechcianego, a wręcz przez nią znienawidzonego.

Lucinda poczuła się trochę lepiej, gdy Posy Tompkins przepchnęła się przez gromadę krewnych i stanęła przy niej. Tym bardziej że przyjaciółka, zresztą jako jedyna, zdawała się dostrzegać pewne korzystne strony jej zamążpójścia.

– Będziesz teraz wolna – wyszeptała podekscytowana. – Kobieta zamężna ma znacznie więcej swobody.

– Wątpię, by wśród przychodzącej do domu korespondencji znalazło się chociaż jedno zaproszenie na moje nazwisko.

– Wobec tego zaczniemy wydawać własne przyjęcia albo organizować spotkania, o których będzie się mówić w kręgach socjety.

– Jak kurtyzany? – spytała nie bez ironii Lucinda.

Uczestnictwo w niedawnej farsie sprawiło, że życie wydawało się jej puste i pozbawione sensu. Posy nie miała pojęcia o umowie, określającej charakter właśnie zawartego małżeństwa, ponieważ jej o tym nie powiedziała.

– Taylen Ellesmere jest księciem, w dodatku bardzo przystojnym. Wiele kobiet będzie ci zazdrościć takiego męża. Dziękuj Bogu, że nie jest bezzębnym starcem, któremu brzydko pachnie z ust.

Mimo woli Lucinda lekko się uśmiechnęła. Może warto posłuchać przyjaciółki i poszukać jasnej strony przymusowego związku? Przysięga małżeńska została złożona i klamka zapadła. Biadolenie i złoszczenie się tego nie zmieni. Obiecała sobie w duchu, że w przyszłości nigdy więcej nie pozwoli, aby kłamstwo i zdrada miały jakikolwiek wpływ na jej życie.

– Nakryto do stołu, Lucy. Asher pyta, czy przyjdziesz, żebyśmy mieli to za sobą. – Beatrice-Maude mówiła cicho, żeby nikt niepowołany jej nie usłyszał.