Hiszpański kwiat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lucien przyjął tłumaczenie ze zrozumieniem. Ledwo widoczny uśmiech odmienił Tomeu, który stał się prawie ładny.

– Nazywam się Bartolomeu Diego y Betancourt, señor. Boję się o Alejandrę – oznajmił i zamilkł, najwyraźniej chcąc sprawdzić, jakie wrażenie wywarła ta wiadomość.

– Poznaję cię. To ty umieściłeś mnie na płóciennych noszach, które ciągnął koń.

– Robiłem to wbrew sobie. Uważałem, że lepiej by było, gdyby pan umarł. Alejandra uparła się przywieźć pana tutaj. Gdyby to zależało ode mnie, wbiłbym panu nóż w serce i byłby z panem koniec.

– Rozumiem.

– Czyżby, señor? Naprawdę rozumie pan, jak niebezpieczny jest dla Alejandry pana pobyt w hacjendzie i jaką cenę może ona zapłacić za pańskie ocalenie? El Vengador potrafi być bezwzględny, jeśli ktokolwiek wejdzie mu w drogę.

– Nawet własna córka?

– Enrique Fernandez skończy życie jako człowiek zgorzkniały i otoczony nienawiścią. Jeśli Alejandra zostanie z ojcem, pójdzie w jego ślady, bo jest równie uparta jak on. Fernandez ma wrogów, którzy uderzą, kiedy najmniej się tego spodziewa. Otacza go też zgraja tych, którzy zazdroszczą mu władzy.

– Należysz do nich?

Młody człowiek żachnął się.

– Powiedziała, że pan jest bardzo sprytny i że potrafi odgadywać ukryte intencje. Według niej, jest pan jeszcze bardziej niebezpieczny niż jej ojciec. Jeśli zostanie pan tutaj dłużej, El Vengador zorientuje się, z kim ma do czynienia, i każe pana zamordować. Dlatego chce, żeby pan zniknął.

– Wiem.

– Zależy jej także na pana bezpieczeństwie. Ona jest mi bliska jak siostra. Jeśli pan ją skrzywdzi, to…

– Nie skrzywdzę – wpadł mu w słowo Lucien.

– Wierzę panu, kapitanie, i między innymi z tego powodu tu jestem. Być może jest pan wystarczająco potężny, żeby ją chronić.

– Sądzisz, że Alejandra przyjmie moją ochronę? – Lucien by się roześmiał, gdyby Tomeu nie był tak przejęty ich rozmową i taki młody.

– Mąż Alejandry został zabity niecały rok temu, zaledwie kilka miesięcy po ich ślubie.

– Ach tak. – Lucien wcześniej przypuszczał, że coś podobnego musiało się stać. Ludzie, którzy doświadczyli osobistych strat, często gorliwie zwracają się ku Bogu i wierze, podobnie jak Alejandra.

– Ma innych krewnych?

– Wuja gdzieś na południu, ale nie łączy ich bliższa zażyłość.

– Przyjaciół poza tobą?

– To jest oddział partyzancki, którego zadaniem jest sianie terroru w szeregach wroga. Większość kobiet albo schroniła się w bezpiecznych miejscach, albo powędrowała na tamten świat. To niebezpieczne miejsce do zamieszkania.

– Dziś tu, jutro gdzie indziej?

– Właśnie.

– Czy Alejandra zraniła cię w nadgarstek?

– Tak. Chciałem, żeby została moją żoną, ale odmówiła.

– Przekonująca odmowa – zauważył Lucien.

– Siniak na jej twarzy powstał przypadkowo. Ściągnąłem ją ze schodów, bo straciłem równowagę. Ona mi powiedziała, że nigdy nie wyjdzie powtórnie za mąż, a nawet prośbę o rękę będzie traktowała jak osobistą obrazę.

– Kochała męża?

– Niech pan sam ją o to zapyta, señor.

- Zapytam. Uważasz, że ojciec ją skrzywdzi?

– Nierozmyślnie. Pańska obecność jest dla obojga trudna. Alejandra wolałaby, żeby pan dostatecznie wyzdrowiał przed podróżą, a Enrique chce się pana pozbyć jak najprędzej. Tytuł hrabiowski trochę panu pomógł. Kiedy jednak oddział zostanie zaatakowany, będzie trzeba opuścić hacjendę i się rozproszyć. Lepiej nie mieć na głowie kogoś, o czyje zdrowie i bezpieczeństwo trzeba się troszczyć. Prościej wysłać pana do domu.

Słowa Tomeu uświadomiły Lucienowi, że chłopaka cechuje niemała inteligencja. Na pewno ktoś taki jak El Vengador nie rozpowiada na lewo i prawo o swoich zamysłach, a Tomeu miał dobre rozeznanie w zamiarach starego. Spostrzegł, że zauważył on sygnet na jego palcu. Domyślił się tego, czego tamten nie dopowiedział. Na pewno należał do podejmujących decyzje w grupie. Uśmiechnięta miła twarz niewątpliwie stanowiła maskę, bo to brutalność i brak skrupułów były cechami zapewniającymi przetrwanie w ruchu partyzanckim.

Czy ojciec Alejandry przysłał Tomeu na przeszpiegi? A może ona to zrobiła? Możliwe również, że wizyta była podyktowana dobrymi chęciami chłopaka, który chciał go ostrzec. W ciągu trzydziestu dwóch lat spędzonych na tym świecie Lucien nauczył się podawać wszystko w wątpliwość i dzięki temu ciągle żył.

– Co z rodziną jej męża? Nie mogłaby tam poszukać schronienia?

– To moi kuzyni. Są spragnieni krwi Fernandezów bardziej niż ktokolwiek inny w Hiszpanii. Bardziej niż krwi Francuzów, a to chyba coś panu mówi.

Winna jest wojna. Rozdarła tkankę społeczną, zniszczyła więzi rodzinne. Lucien pomyślał o swojej najbliższej rodzinie pozostawionej w Anglii i jej rozgałęzieniach, licznych wujkach, ciotkach i kuzynach. Nagle dojmująco zatęsknił za domem.

– Przykro mi… – Wiedział, że to żadna odpowiedź, ale nie miał innej.

Młody człowiek chyba zrozumiał. Skierował się ku drzwiom.

– Niech pan nikomu nie ufa podczas podróży na zachodnie wybrzeże.

– Dobrze.

– I proszę czuwać nad Alejandrą.

Zniknął w ciemnościach. Tymczasem w wilgotnym powietrzu dały się słyszeć pierwsze głosy ptaków, zwiastujące nowy dzień.

Rozdział czwarty

Tomeu wyruszył na południe, a Anglik uczył się chodzić w gaju oliwnym. Od rana mozolnie i powoli, lecz uparcie i wytrwale przemierzał ścieżkę między drzewami. Pocił się z wysiłku, chociaż dzień był dość chłodny.

Alejandra musiała przyznać, że robił postępy. Już nie kulał i się nie garbił, tylko trzymał prosto niczym żołnierz podczas musztry. Pokonywał dystans między dwoma drzewami trzykrotnie, po czym siadał, żeby odpocząć i wyrównać oddech.

Jest tak samo uparty i zdeterminowany jak ona. Wiedziała, że trzyma przy sobie nóż, który mu podarowała, gdyż przeszukała jego pokój i stwierdziła, że tam go nie ma. Tak nisko upadła podczas tej wojny, że grzebała w cudzych rzeczach. Matka powiedziałaby jej kilka przykrych słów na ten temat, ale nie żyła, a nikt inny nie dbał o maniery Alejandry. Od śmierci matki nie miała nikogo bliskiego oprócz ojca. Robiła wszystko, żeby się mu przypodobać. Ubierała się po męsku i zdobywała informacje wywiadowcze.

Lucien zauważył ją i pozdrowił gestem dłoni. Pomyślała, że Anglicy dbaliby o dobre maniery nawet na łożu śmierci.

– W nocy odwiedził mnie pani przyjaciel Tomeu – zagadnął.

Zszokowana, milczała.

– Sądziłem, że za pani wiedzą, a widzę, iż jest pani zaskoczona.

– O czym rozmawialiście? – zapytała po chwili, mocno zaniepokojona tym, co Tomeu mógł ujawnić Anglikowi.

– Powiedział mi, że przez miesiąc była pani żoną jego kuzyna. Przyznał się też, że poprosił panią o rękę, ale spotkał się z odmową.

– Okazał się gadatliwy, jak słyszę.

– W przeciwieństwie do pani. Dawał do zrozumienia, że nie jest tu pani bezpieczna.

– Dawał do zrozumienia? – Alejandra się roześmiała. – To przecież fakt, kapitanie. Otacza nas trzy tysiące nieprzyjacielskich żołnierzy z wojowniczymi generałami na czele i cesarzem, który chciałby zawładnąć całą Europą.

– Odniosłem wrażenie, iż miał na myśli bardziej osobiste zagrożenie.

– Osobiste?

Lucien skinął głową. Alejandra dobrze wiedziała, o czym mówił Tomeu, bo wówczas, gdy zraniła go w nadgarstek, używał takich samych argumentów.

– On za dużo gada. Nie prosiłam pana o pomoc, to pan mnie potrzebuje, żeby się stąd wyrwać – zauważyła z przekąsem.

Lucien pominął milczeniem tę uwagę i powiedział:

– Uprzedzał, że podróż na zachodnie wybrzeże może się okazać niebezpieczna. Władza pani ojca budzi zazdrość i są tacy, którzy chcą go jej pozbawić. Zresztą, włącznie z Tomeu.

Uśmiechnęła się.

– Kiedy mój ojciec ponownie poprosi pana o wsparcie jego walki o niepodległość Hiszpanii, niech pan się od razu zgodzi, nawet gdyby nie zamierzał pan podejmować współpracy.

– Ponieważ zabije mnie, jeśli tego nie zrobię?

– Zostało mu niewiele czasu na wykonanie wszystkiego, co uważa za konieczne. Dla niego jest pan albo środkiem do celu, albo nikim. Pana życie zależy od tego, jak bardzo jest pan przywiązany do zasady honorowania danego słowa. Moja rada brzmi: lepiej się do niej nie przywiązywać.

– U was słowo nic nie znaczy?

– Mniej niż nic. Honor jest pierwszą ofiarą wojny.

– Za życia pani matki…

Nie pozwoliła mu dokończyć.

– Za trzy dni wyruszamy. Pójdą z nami jeszcze dwie osoby. Ojciec zaopatrzy pana w ciepły płaszcz i solidne buty.

Zdaniem Alejandry, obuwie angielskich żołnierzy było bardzo liche. Widocznie wojskowy dostawca chciał się zanadto wzbogacić, nie brał pod uwagę, że od jakości umundurowania mogło zależeć życie żołnierzy.

„Honor”. To słowo wcisnęło się w przestrzeń między nimi jak wąż i torowało sobie drogę na powierzchnię, manewrując pomiędzy pragmatyzmem a chciwością.

– Najpierw czeka nas przeprawa przez góry, będzie pan musiał znaleźć siłę do wspinaczki.

Alejandra machinalnie spojrzała na niewielką płaską odległość między drzewami oliwnymi. Trudno ją porównywać z przestrzeniami, jakie przyjdzie Anglikowi pokonać w górach. Była bliska zwątpienia w sens własnego planu. Nie chciała, żeby kapitan Lucien Howard spadł z przełęczy lub zamarzł przemoczony lodowatym deszczem. Będzie mogła mu trochę pomagać, ale Adan i Manolo nie zgodzą się na nic, co narażałoby na szwank ich bezpieczeństwo. Będzie musiał sobie poradzić albo umrze, uznała w duchu. W tym momencie zauważyła, że Anglik się uśmiechnął. Musiał się zorientować, o czym pomyślała.

 

Był jeszcze piękniejszy, gdy się uśmiechał. Taki sam jak na rycinie umieszczonej w angielskiej gazecie. Był nie tylko urodziwy, lecz także inteligentny. Co gorsza, miał zdolność odgadywania myśli i motywacji innych ludzi i potrafił obracać tę umiejętność na swoją korzyść.

– Będę w formie w dniu rozpoczęcia podróży. Już teraz czuję się o wiele silniejszy – zapewnił.

Pochylił się do przodu, a przy tym ruchu osunął się bandaż na karku. Alejandra dostrzegła świeżo zabliźnioną czerwoną skórę. Blizna pozostanie na zawsze, pomyślała, będzie mu przypominała to miejsce i ten czas.

Lucien wyobraził sobie, że wrócił do rodzinnego domu, do niedotkniętego okrucieństwami wojny świata, w którym się niegdyś obracał. Naznaczony bliznami ukrytymi pod wytwornym ubraniem, nie będzie już tym samym człowiekiem, co dawniej. Czy jednak kogoś będzie obchodziła historia zapisana na skórze jego grzbietu? Czy ktoś zrozumie koszty, jakie poniósł? Ilu będzie skłonnych okazać mu współczucie z powodu poniesionej ofiary?

Zupełnie inaczej czuł się tutaj, w pobliżu Alejandry, w świetle bladego zimowego poranka, pod szarozielonymi gałęziami drzewa oliwnego, rzucającymi cętkowate cienie. Tutaj nie musiał udawać, że jest kim innym niż w rzeczywistości. Chociaż Alejandra była mistrzynią w ukrywaniu emocji, Lucien zauważył, że w związku z czekającą ich wyprawą martwiła się jego kiepskim stanem fizycznym.

Gdyby nie ona, prawdopodobnie nie starczyłoby mu hartu ducha, by wciąż na nowo próbować, padać i się podnosić. Całe ciało go bolało, nie do końca zabliźnione świeże rany piekły, utrata wagi zabrała mu siły. Obecność Alejandry mobilizowała Luciena i zachęcała do wytrwałości, tym bardziej że nie użalała się nad nim ani nie okazywała współczucia. Załamałby się, gdyby było przeciwnie.

Ciężko sapiąc, wstał z siedzenia, zdziwiony, że tak znacznie ją przewyższa.

– Jutro dojdę stąd do domu.

– To więcej niż dwieście kroków – zauważyła obojętnie.

– Do domu i z powrotem – dodał z uśmiechem.

Nieoczekiwanie się uśmiechnęła. Zielone oczy poweselały, na policzkach pojawiły się urocze dołki. Wyobraził ją sobie w londyńskiej sali balowej, kunsztownie uczesaną, wykwintnie ubraną. Kolor sukni powinien być śmiały, najlepiej czerwony. Wśród londyńskich piękności nie miałaby sobie równych.

– Jeśli pan pokona taki dystans, Ingles, przyniosę panu butelkę najlepszej aguardiente de orujo.

– Wody ognistej? Słyszałem o niej, ale nigdy jej nie próbowałem.

– Jak pan za dużo wypije, następny dzień przeleży pan w łóżku do zmroku, zwłaszcza jeśli nie jest pan do niej przyzwyczajony. Natomiast jak jej pan skosztuje, wstąpią w pana nowe siły.

– Weźmie pani udział w tym święcie?

– Może – odparła, przechylając głowę na bok i patrząc mu w oczy.

Lucien spędził wieczór na podłodze w swoim pokoju, próbując ćwiczeniami wzmocnić górne partie ciała. Wyczerpany wysiłkiem i zarazem sfrustrowany własną kiepską kondycją, zaległ na wyłożonej płytkami ceramicznymi podłodze. Odpoczywał i planował, jak nazajutrz pokona dystans z ogrodu oliwnego do domu. Będzie szedł osłoniętą od wiatru ścieżką, wysadzaną po obu stronach nisko przyciętym lawendowym żywopłotem, który nie posłuży mu za podporę w razie utraty równowagi. Ścieżka kończyła się trzema stopniami prowadzącymi na kryty ganek. Dwieście kroków w jedną stronę i dwieście z powrotem po płaskim, nie licząc stopni. Musi wierzyć w to, że da radę.

Leżąc na podłodze, miał okazję lepiej się przyjrzeć znakom wyrytym na murze pod parapetem okiennym. Zauważył, że jest ich więcej, niż mu się wydawało. Pomiędzy większymi kreskami znajdowały się mniejsze, niewidoczne z łóżka. Dwadzieścia dziewięć małych kresek pomiędzy pierwszą a drugą dużą kreską, trzydzieści jeden między drugą a trzecią i piętnaście od trzeciej do czwartej dużej kreski. Czyżby oznaczały dni miesiąca? Jeśli tak, to być może chodziło o luty, marzec i kwiecień, a 1808 był rokiem przestępnym. Z jakiego powodu ktoś w taki sposób zapisywał upływ czasu?

W tym momencie za ścianą dzielącą jego pokój od sąsiedniego, który zajmowała Alejandra, rozległ się stłumiony płacz. Lucien nie miał wątpliwości, kto płacze. Podniósł się z podłogi i zbliżył do ściany. W tym momencie po drugiej stronie zapanowała cisza, jak gdyby Alejandra wiedziała, kto nasłuchuje. Lucien stał nieruchomo, prawie nie śmiejąc oddychać.

Czuła, że Anglik stanął za obrzuconą gipsową zaprawą kamienną ścianą. Tam, gdzie było jej miejsce podczas miesięcy poprzedzających śmierć Juana, więźnia jej ojca, zdrajcy ich sprawy. Była przekonana, że nie ocali kapitana Luciena Howarda, jeśli ojciec uzna, że należy się go pozbyć. Dlatego jak najszybciej musi wyprowadzić go z hacjendy i zmierzać wraz z nim na zachód.

Dzień się kończył, rozśpiewane przed zmrokiem ptaki umilkły.

Juan nie mógł mówić i stracił lewe ramię, ale zdołał przeżyć dwa i pół miesiąca. Codziennie modliła się o jego śmierć i znaczyła na ścianie dni przedłużającej się agonii. Te kreski wciąż tam są na pamiątkę i jako ostrzeżenie. Niech nikt, kto zdradzi El Vengadora, nie czuje się bezpieczny, nawet jeśli jest mężem jego jedynej córki. Juan umarł z różańcem w dłoni, bo w końcu ojciec wyraził na to zgodę. Działo się to dokładnie rok temu, zanim wojna wkroczyła w najokrutniejszą fazę. Ilu ludzi straci życie w ciągu najbliższego roku, licząc od dziś?

Alejandra wyciągnęła ze schowka mapy, które znalazła na polu bitwy przy Lucienie Howardzie. Szczegółowe i bardzo dokładne. Byłyby bezcenne dla każdej armii szukającej przejść przez Góry Kantabryjskie. Ciekawe, że Francuzi nie przeszukali jego juków i nie zabrali takiego skarbu. Prawdopodobnie za bardzo się spieszyli. Przypuszczała, że dlatego nie dobili kapitana.

Wiedziała, że powinna oddać mapy ojcu, ale coś ją przed tym powstrzymało. Bez względu na to, co myślała o inwazji Francuzów, nie chciała dostarczać ojcu powodu do zabicia kapitana. To były angielskie mapy i powinny służyć Anglikom. W drodze na zachód odda je kapitanowi, żeby mógł je zabrać do kraju. Może będą dla Luciena pewną rekompensatą za trudy udziału w wojnie po stronie Hiszpanii i otrzymane rany.

Była wstrząśnięta nieprzyjaznym stosunkiem ojca do Anglika i zmęczona koniecznością nieustannego czuwania nad jego bezpieczeństwem. Od tygodni nie dosypiała z obawy, że znajdzie go z poderżniętym gardłem albo że zostanie on po kryjomu wywieziony w nieznane miejsce. Wiedziała, iż nie zazna spokoju, dopóki Lucien Howard nie znajdzie się z dala od hacjendy, gdzie będzie mógł bezpiecznie odzyskiwać nadwerężone zdrowie.

Znieruchomiała, słysząc pukanie do drzwi. Spojrzała w lustro i zauważyła, że ma zaczerwienione oczy i opuchnięte powieki, świadczące o tym, iż płakała. Pukanie powtórzyło się i chcąc nie chcąc, zapytała:

– Kto tam?

– Ojciec. Mogę wejść?

Błyskawicznie ukryła mapy w szufladzie i potarła policzki. Na tle zaróżowionych policzków zaczerwienienie oczu będzie mniej rażące. Dopiero wtedy odciągnęła zasuwkę.

Enrique Fernandez y Castro wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Alejandra zorientowała się, że zauważył jej zdenerwowanie.

– Gdyby twoja matka tu była… – zaczął, ale zamilkł, widząc smutek, który pojawił się na twarzy córki.

Łączyła ich jedynie pamięć o Rosalie Santo Domingo y Giminez. Oboje kochali tę dobrą i dzielną kobietę, ale każde z nich inaczej radziło sobie z jej brakiem. Enriquego nie opuszczało uczucie gniewu, Alejandra zamknęła się w sobie do tego stopnia, że trudno było nieraz nawiązać z nią kontakt. Obecnie rzadko rozmawiali o zmarłej. Tak było łatwiej znosić ból i próbować nadal żyć, chociaż centrum, wokół którego obracał się ich świat, zniknęło.

– Angielski hrabia odzyskuje siły. – Było to stwierdzenie, nie pytanie. – Słyszałem, że to człowiek obdarzony rozumem i intuicją. Co o nim sądzisz?

– To porządny człowiek, ojcze. Może wykonać dla ciebie dobrą robotę w Londynie, o ile mu na to pozwolisz.

– Ale również stanowić dla nas zagrożenie, a zwłaszcza dla ciebie. Inne grupy partyzanckie mogą zechcieć go przejąć.

Alejandra dobrze znała ojca i wolała udawać obojętność. Gdyby zaczęła nalegać na swój udział w wyprawieniu Luciena Howarda na zachód, ojciec mógłby zmienić plany. Zachowała milczenie i czekała, co jeszcze ojciec powie.

– Tomeu twierdzi, że on umie czytać w myślach.

– Wierzysz mu? – spytała ze śmiechem.

– Wierzę, że Anglik potrafi znacznie więcej, niż sobie wyobrażamy, Alejandro, musimy więc się postarać, by wiedział o nas jak najmniej.

– Masz na myśli dom i jego zabezpieczenia oraz mieszkańców i załogę?

– Zawiążesz mu oczy, gdy będziesz go wyprowadzała. Nie chcę, żeby zobaczył bramy i mosty, a także zabudowania w dole nad rzeką.

– Dobrze.

– Zostaw go w Corcubion, nie prowadź dalej. Znajdziesz tam dla niego łódź, która zabierze go do Anglii.

– Adan ma rodzinę w Pontevedrze.

– To prawie dodatkowy tydzień górskimi drogami. Chcę, żebyś wróciła szybciej.

– Jak sobie życzysz, ojcze. – Alejandra zaczęła się zastanawiać nad implikacjami wyprawienia Luciena na morze z miejscowości, nad którą ich ludzie nie sprawowali kontroli.

– Dużo kosztuje mnie ten brytyjski szpieg. Jeśli kiedykolwiek uznasz, że nie jest wart narażania się i podejmowania ryzyka, to go zabij. Te same instrukcje wydałem Adanowi i Manolowi. Pozbądźcie się go w razie najmniejszych kłopotów. Wyruszycie za trzy dni. Masz tu sakiewkę.

– On jeszcze dostatecznie nie wydobrzał, ojcze – odparła Alejandra, biorąc do ręki ciężki skórzany woreczek.

– Jeśli w ciągu trzech dni nie wyjdzie stąd o własnych siłach, to nigdy nie będzie chodzić. Zrozumiałaś, córko?

– Zrozumiałam.

Ojciec definitywnie chciał się pozbyć Anglika, uznała w duchu Alejandra, i jeśli nie uda się przeprowadzić tego z zachowaniem pozorów poprawności, zrobi to inaczej.

– Wyruszymy, jak się ściemni, tak będzie bezpieczniej – powiedziała. Chciała dać kapitanowi Howardowi czas na przyzwyczajenie się do trudności. Wiedziała, że im później wyruszą, tym mniej godzin czeka ich pierwszego dnia marszu.

– Zgoda. Nie zobaczę go przed opuszczeniem hacjendy, gdyż jutro przed świtem wyjeżdżam do Betanzos i będę tam tydzień. Obiecaj mu w moim imieniu, że ktoś się z nim skontaktuje. Wkrótce.

– Dobrze.

Enrique uśmiechnął się i przez moment wyglądał jak dawny kochający ojciec. Od dłuższego czasu Alejandra nie czuła z nim takiej bliskości jak w tej chwili.

– Z Bogiem, córko.

Ojciec wyszedł z pokoju, a ona nasłuchiwała jego oddalających się kroków, gdy szedł korytarzem. Miała trzy dni na przygotowanie angielskiego kapitana do wyczerpującego marszu, co prawda, nie przez góry, ale wzdłuż wybrzeża. Będzie mu łatwiej, ale prowadzącym go trudniej, bo będą pozbawieni osłony. Poza tym ten teren zamieszkiwała rodzina Juana i w związku z tym będą musieli unikać zwracania na siebie uwagi.

Dzisiaj kapitan pokonał dystans co najwyżej pięciuset kroków, po czym mógł odpocząć. Za trzy dni nie będzie miał tego luksusu. Alejandra wyciągnęła różaniec z kieszeni i zaczęła się modlić do Boga, żeby podczas wyprawy dał kapitanowi siłę, odwagę i wytrzymałość. Poprosiła o to samo dla siebie.

Nazajutrz wprawdzie było bezchmurnie, lecz zimno. Alejandra stała obok Luciena. Z pola przyglądała im się grupka ludzi.

– Niech pani nie idzie ze mną – powiedział, widząc, że zamierza mu towarzyszyć. – Proszę poczekać, aż wrócę. – Nie uszły jego uwagi cienie pod oczami Alejandry.

– Alkohol pana rozgrzeje – odparła.

Był zadowolony, że nie użalała się nad nim ani nie starała się dodać mu odwagi. Nie męczyły go nudności, nie miał zawrotów głowy. Po raz pierwszy od tygodni zjadł obfite śniadanie. Postawił pierwszy krok, po nim kolejne. Szedł wzdłuż lawendowego żywopłotu, czując odurzający ostry zapach. Doszedł do trzech stopni prowadzących na ganek. Zatrzymał się i wziął głęboki oddech. Był spocony. Opuściła go śmiałość, z jaką wyruszył. Wejście na schody wymagało o wiele większego wysiłku niż chód po płaskim. Nie było poręczy, nie miał się czego przytrzymać, kiedy podniósł stopę i przeniósł na nią ciężar ciała. Pokonał pierwszy stopień, potem drugi, trzeci i stanął na zadaszonym ganku. Obejrzał się za siebie. Alejandra tkwiła nieruchomo pod drzewami oliwnymi. Chyba spodziewała się, że on zaraz upadnie.

Lucien uśmiechnął się do niej, na co odpowiedziała uśmiechem. Droga powrotna wydała mu się łatwiejsza. Zejdzie ze stopni, przejdzie ścieżką wzdłuż lawendowego żywopłotu, dojdzie do drzew, pod którymi czeka Alejandra. Wprowadził zamiar w czyn, a kiedy dotarł do celu, nie potrzebował usiąść, żeby odpocząć. Przystanął, zdjął z głowy kapelusz i wziął z jej rąk ozdobny kielich.

 

Salud.

– Na zdrowie – odpowiedział po angielsku.

Stuknęli się kielichami. Był rozgorączkowany postępem, jakiego dokonał, i o wiele mniej zmęczony, niż przypuszczał. Nazajutrz spróbuje pokonać dłuższy dystans, a następnego dnia jeszcze dłuższy.

– Pojutrze wyruszamy na zachód.

Tak szybko? Alkohol palił gardło, zebrało mu się na nudności, ale nie zamierzał tego okazać. Pociągnął drugi łyk. Dzisiaj rano mu się powiodło, lecz nie wyobrażał sobie wspinaczki po górach i udawania, że nie brak mu energii i siły.

– Jeśli nie będzie pan nadążał, zostanie zastrzelony. Ojciec wydał taki rozkaz.

Lucien dopił resztę zawartości kielicha, wyciągnął go przed siebie, żeby Alejandra go ponownie napełniła.

– Pozostaje mi liczyć na to, że woda ognista ma taką moc, o której mnie pani zapewniała.

– Ojciec ma wrogów, a Francuzi się nie wycofali. Na szczęście znamy ten teren jak własną kieszeń i będziemy uzbrojeni.

– My?

– Adan, Manolo i ja. – Rozejrzała się, jak gdyby chciała sprawdzić, czy nie ma nikogo w pobliżu. – Ma pan nóż, kapitanie. Gdyby ktokolwiek panu zagroził, niech pan go użyje.

– Ktokolwiek? – Zajrzał w ciemne oczy Alejandry.

– Ktokolwiek – potwierdziła. – Dostanie pan nowe ubranie na drogę. Constanza ufarbuje panu włosy na ciemno, bo jasne zdradzałyby, że jest pan obcy.

– Mam iść w przebraniu?

Lucien zauważył, że się zawahała. Znał opowieści o tym, jak przebrani w cywilne ubrania żołnierze kończyli na gałęzi. Czułby się bezpieczniej w płaszczu nałożonym na swój biało-niebieski mundur, ale miał świadomość, że mógłby sprowadzić poważne kłopoty na tych, którzy będą go eskortować.

– Mówi pan po hiszpańsku jak ktoś, kto pochodzi z tego terenu. To musi wystarczyć.

– Spodziewa się pani problemów?

Parsknęła śmiechem.

– Czy mogę panią o coś zapytać?

Alejandra skinęła głową, więc dodał:

– Co stało się z pani mężem?

– Zdradził nas, więc umarł – odparła.

– Jak?

– Jak zdradził czy jak umarł?

– Jedno i drugie.

– Zdarzyło się to prawie rok temu, zimą. Doszło do walki i mój mąż przegrał. Umierał powoli.

– Przez trzy miesiące? Mieszkam teraz w jego pokoju?

– Skąd taki pomysł? – Alejandra się cofnęła.

– Świadczą o tym znaki na ścianie w pokoju, który zajmuję, a przypuszczam, że pani mąż w nim przebywał. W zeszłym roku luty miał dwadzieścia dziewięć dni, marzec ma trzydzieści jeden. Przypuszczam, że zmarł piętnastego kwietnia. Moim zdaniem, pani wyryła znaki na ścianie.

– Tak, ja to zrobiłam.- Tym razem nawet nie starała się ukryć irytacji. – Każdej nocy, gdy stałam w jego pokoju i życzyłam mu śmierci, dodawałam jeden znak. Zdradził nas dla pieniędzy. Czy tego też się pan domyślił? Za pokaźną kwotę w pesos i za karabiny, którymi zamierzał uzbroić własną grupę partyzancką i usunąć mnie oraz mojego ojca.

– Przyznał się?

– Nie. Strzał w głowę nie sprzyjał jakimkolwiek wyjaśnieniom. Ojciec pozwolił mu żyć tak długo, by zrozumiał swój błąd, a poza tym chciał się dowiedzieć, kto jeszcze był zamieszany w spisek.

– Dowiedział się?

– Juan umarł, nie wypowiedziawszy słowa, potrafił jednak pisać, o czym nie wiedziałam. – Z tymi słowami Alejandra odeszła.

Lucien wcześniej domyślił się, że wyrazy napisane węglem drzewnym na karcie Biblii wyszły spod ręki trzymanego w pokoju więźnia. Teraz poznał jego tożsamość. Zastanawiał się, czy Alejandra znienawidziła męża tylko za zdradę ich partyzanckiego oddziału, czy za coś jeszcze.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?