Hiszpański kwiat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Lekarz zaleca, żeby pan dużo pił – powiedziała.

– Brandy? – usiłował zażartować, ale ona się nie uśmiechnęła.

Podała mu szklankę napełnioną jakimś płynem.

– Jest posłodzony miodem – wyjaśniła. – Miód dobrze panu zrobi.

– Dziękuję – odparł i usiadł w pościeli.

Spróbował płynu, który okazał się pomarańczowo-miętowym syropem. Pił małymi łykami, czując, jak przyjemnie chłodzi gardło.

– Nie za dużo naraz – upomniała go Alejandra.

Kiedy się kładł, poczuł nudności. Wolał, żeby nie musiała sprzątać, gdyby zwymiotował. Przełknął i odliczył do pięćdziesięciu.

– Jest pan religijny, kapitanie? – zapytała ni stąd, ni zowąd.

– Wychowałem się w wierze anglikańskiej, ale dawno nie byłem w kościele.

– Brak wiary powoduje cierpienia ciała.

Zabrzmiało to jak mądrość zaczerpnięta z ważnej dla Alejandry książki, która utkwiła jej w pamięci.

– Myślę, señorita, że z moimi cierpieniami więcej wspólnego mają Francuzi.

– W pańskiej sytuacji ignorowanie Boga jest ryzykowne – zauważyła z nutą nagany w głosie. – Ksiądz mógłby udzielić panu odpuszczenia.

– Nie – uciął. Wbrew jego woli zabrzmiało to zbyt kategorycznie. – Jeśli umrę, to trudno. Jeśli zostanę przy życiu, tym lepiej.

– Wierzy pan w przeznaczenie?

– Wierzę, że los doświadcza tych, którzy sami sobie nie pomagają. Jest taki element w buddyzmie.

– Czy bierze pan z każdej religii to, co panu się najbardziej podoba?

Lucien milczał. Wyczuł, że jego odpowiedź ma znaczenie dla Alejandry, a zabrakło mu siły, aby jej tłumaczyć, iż dawno temu utracił wszelką wiarę. Na jego prośbę okiennice nie zostały zamknięte na noc. Nisko nad horyzontem dały się widzieć pierwsze blaski jutrzenki. Pocieszające było to, że dożył kolejnego dnia.

– Pani źle sypia? Dlaczego siedzi tu pani o tak wczesnej porze?

– Kiedyś nawet późnym rankiem trudno było mnie dobudzić, ale od kiedy… – Urwała. – Rzeczywiście nie sypiam za dobrze – dokończyła.

– Ma pani rodzinę w innym miejscu, bezpieczniejszym niż to?

– Myśli pan o miejscu, dokąd mógłby odesłać mnie ojciec? – Wstała i zdmuchnęła płomień świecy stojącej w lichtarzu na nocnym stoliku. – Nie potrzebuję opieki, señor. Potrafię sama o siebie zadbać. – W półmroku wydawała się jeszcze drobniejsza. – Wiara w los może być bardzo przydatna – nawiązała do poprzedniego wątku rozmowy. – Dobrze jest wierzyć, że postępowanie człowieka nie ma żadnego wpływu na to, co się na końcu wydarzy.

– Chce pani powiedzieć, że wiara zwalnia od odpowiedzialności?

– Niech pan jej nie lekceważy. Poczucie winy może całkowicie zniszczyć duszę.

– Ale czy pani nie uważa, że wiara w los zwalnia od odpowiedzialności, bo wyłącza wolną wolę?

– Twierdzę, że każda prawda jest skażona ziarnem kłamstwa i tylko głupcy sądzą, iż jest inaczej.

– Odnosi się to do słów zapisanych na kartce, którą wydarła pani z Biblii? Tych napisanych węglem drzewnym?

– Zwłaszcza do tych – odparła z przekonaniem, którego jeszcze niedawno nie dało się słyszeć w jej głosie. – Te słowa stanowiły przekaz, a on dobrze wiedział, że go znajdę. – Powiedziawszy to, szczelnie otuliła się szalem, który wcześniej swobodnie leżał na ramionach, i wyszła z pokoju.

Lucien znowu został sam.

Rozdział drugi

Alejandra obserwowała kapitana Luciena Howarda, który uczył się chodzić w cieniu gaju oliwnego, rosnącego na zboczu powyżej zabudowań hacjendy. Zrobił krok i upadł, postąpił drugi i znowu upadł, po kolejnym także nie zdołał zachować pionowej postawy. Na jego usilne naleganie służący codziennie wynosił go na zewnątrz. Uparty Anglik najwyraźniej nie zamierzał rezygnować z ćwiczeń, które kosztowały go wiele wysiłku, ponieważ był na tyle wycieńczony, że nie potrafił samodzielnie się utrzymać na nogach. Mimo to wciąż próbował. Właśnie sfrustrowany i wściekły odpoczywał, obejmując pień drzewa oliwnego. Szorstka kora do krwi otarła mu dłonie, bo po każdym upadku wolno podnosił się z pyłu drogi, chwytając się pnia. Był cieniem człowieka, którego przyniesiono z pobojowiska spod La Coruñy, ponieważ gorączka wyssała zeń wszystkie siły.

Alejandra wzięła w dłoń różaniec. Przeżegnała się i pomodliła w myśli: Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi… Wzniosła modły za tych, którzy umarli. Rosalie, Pedra, a nawet Juana, który prośbę o wybaczenie ukrył w Biblii, wiedząc, że ona ją znajdzie, i mając świadomość, iż ona nie chce, aby błagał ją o przebaczenie. Potrafiła kontemplować wyłącznie bolesne tajemnice różańca, ponieważ odpowiadały jej stanowi ducha. Zbawienie tych, którzy odeszli, można zapewnić różnymi sposobami. Wierzyła głęboko, że jednym z nich było zachowanie o nich pamięci z pomocą odwiecznych słów modlitwy różańcowej. Nie była w stanie się posłużyć tajemnicami chwalebnymi czy radosnymi.

Skończyła i schowała różaniec do lewej kieszeni, żeby mieć go zawsze pod ręką. Ze skórzanej pochewki przymocowanej do kostki nogi wyciągnęła nóż, którego koniec był tak wyostrzony, że niemal prześwitywał na niebiesko. Schyliła się i odcięła zdrewniałą gałązkę z małego aloesu, po czym ostrugała ją w szpic. Przyszło jej do głowy, że jej życie jest niczym ten ostry, ale cienki szpikulec, mogący się w każdej chwili złamać. Lekko nacisnęła nim skórę na przedramieniu. Zabolało, ale nawet się nie skrzywiła.

Pomóż mi, a ja ci wybaczę. Dowód zdrady uwieczniony węglem.

Z nakłucia wypłynęła krew i pojedynczym cienkim strumyczkiem kapała po palcach na ziemię. Czasami ból był jedynym bodźcem zmysłowym, jaki odbierała, na wszystkie inne od dawna stępiała. Prawdę mówiąc, ból i kapiąca na ziemię krew były jedynymi dowodami, że ona wciąż jeszcze żyje. Odjęła szpikulec od skóry i przycisnęła rankę palcami, by zatamować krew, która wsiąkła w gliniastą glebę.

Lucien Howard znowu był bliski upadku. Pomyślała, że, podobnie jak ona, jest uparty i zawzięty, nie poddaje się i nie rezygnuje. Schowała nóż do pochewki, po czym odchyliła się w tył i zamknęła oczy. Poczuła ciepło porannego słońca na policzkach i chłodny wiatr od Atlantyku we włosach. To moja ziemia i nigdy jej nie opuszczę, pomyślała, bo tutaj błąkają się dusze tych, którzy odeszli na tamten świat. Niemal czuła obecność Rosalie, swojej matki, która dobrze rozumiała jej potrzebę samotności i ból.

Odgłos upadku sprawił, że Alejandra uniosła powieki. Anglik po raz kolejny runął na ziemię i tym razem nie zdołał się podnieść. Zaczęła w myślach odliczać sekundy: jedna, druga, trzecia, czwarta. A jednak się pozbierał. Oparł dłoń o pień drzewa i naprężył mięśnie ramienia. Odruchowo chciała sięgnąć po różaniec, ale się powstrzymała. Nie pomoże mu modlitwą. Niech pozostanie tak samo osamotniony jak ona w czasie tej obrzydliwej wojny. Rany na plecach wciąż się nie zabliźniły, a na karku rozwinęła się nowa infekcja. Postanowiła, że zawoła Constanzę, niech go znowu obejrzy i znajdzie jakieś remedium. To wszystko, co może dla niego zrobić, a potem niech on odpłynie.

Córka El Vengadora obserwowała go z daleka oparta o ciemnożółtą ścianę domu, osłonięta od wiatru, nieruchoma, milcząca. Niemal znienawidził demonstrowane przez nią obojętność i zaciekłość. Wiedział, że mu nie pomoże. Będzie patrzyła, jak on raz po raz pada, aż do momentu, w którym zabraknie mu siły, by się podnieść. Wtedy odejdzie i przyśle kogoś, żeby pomógł mu wrócić do łoża boleści w pokoju z oknami osłoniętymi gazowymi firankami od nadmiaru światła dziennego.

Od bitwy pod La Coruñą upłynęło prawie sześć tygodni, czterdzieści dwa dni, odkąd nie zjadł czegoś naprawdę pożywnego i sycącego. Przeraził się, kiedy przydzielony mu do pomocy posługacz postawił go przed lustrem, bo ujrzał obciągnięty skórą szkielet. Nie poznał własnej wymizerowanej twarzy z zapadniętymi policzkami, w której tkwiły nienaturalnie wielkie oczy.

Alejandra przestała przychodzić do jego pokoju jakieś trzy tygodnie temu, zaraz potem jak wezwany przez nią ksiądz udzielił mu ostatniego namaszczenia. Był wówczas pogrążony w malignie, a mimo to zapamiętał uczucie ulgi, jakie przyniósł chłód święconej wody. „Przez to święte namaszczenie niech Pan w swoim nieskończonym miłosierdziu…” Śmierć miała go zabrać ukojonego szmerem tych słów i kontaktem z chłodną wodą. Nie sprzeciwiał się, ponieważ śmierć nieustannie towarzyszyła żołnierzowi, czyhając w pobliżu.

Jednak nie umarł. Przetrwał gorączkę, a kiedy opadła, popadł w stan nie mniej wyczerpującego wyziębienia. Wtedy zaczął się domagać wynoszenia na ścieżkę biegnącą pod drzewkami oliwnymi, bo chciał spróbować zażyć ruchu. W pobliżu pojawiła się Alejandra i obserwowała go z dystansu. Uznał, że tym razem odejdzie. Zbyt wiele razy upadł, żeby chciała nadal się przyglądać jego zmaganiom z własną bezsilnością. Pocierane o pień drzewa dłonie krwawiły, rozbite o wystający korzeń kolano bolało niemiłosiernie. Nie miał ani chęci, ani siły, żeby się kolejny raz podnieść.

Miał nadzieję, że sztormy nie pogrążyły łodzi Daniela Wylde’a, bliskiego przyjaciela, w mrocznych odmętach Zatoki Biskajskiej i dotarł bezpiecznie do domu w Anglii.

– Jezu, pomóż mu i spraw, żeby o mnie nie zapomniano – szepnął do siebie Lucien.

Pomyślał, że rodzina nigdy o nim nie zapomni, a zwłaszcza matka. Jednak życie ma to do siebie, że potoczy się dalej. Urodzą się kolejne dzieci, nastąpi wiele wydarzeń i na skutek tego pamięć o nim zblednie, tak jak to się stało ze wspomnieniami, które on nosi w sercu po ojcu i najmłodszym bracie.

– Psiakrew! – zaklął z furią.

Uprzytomnił sobie, że złość, która go nagle opanowała, to coś nowego, do tej pory jej nie odczuwał. Zmobilizowała go do zebrania się w sobie, uruchomienia resztek siły. Uchwycił się szorstkiego pnia i wdrapał po nim do pozycji stojącej. Znowu znalazł się w świecie żywych.

 

Nie odpuści, postanowił, nie pozwoli, by ugięły się pod nim nogi, nie będzie myślał o tym, że zaraz upadnie, a jego wysiłki znowu pójdą na marne i będzie musiał się poddać. Utrzymywał się w pionie, chociaż w uszach tętno waliło niczym werbel, a klatkę piersiową przenikał niewyobrażalny ból za każdym świszczącym, nierównym, z trudem łapanym oddechem.

W tym momencie Alejandra znalazła się przy nim i popatrzyła mądrymi zielonymi oczami.

– Wiedziałam, że panu się uda.

Lucien się uśmiechnął. Co mu pozostało?

– Jutro zrobi pan parę kroków więcej, pojutrze jeszcze więcej, a popojutrze dojdzie pan od tej ścieżki do tamtej. Wkrótce potem wyruszy pan do domu.

Twarz Alejandry przybrała zawzięty, ostry wyraz. Na rękawie i palcach widać było dość świeże ślady krwi. Zadał sobie w duchu pytanie, skąd się wzięły. Zauważyła, dokąd skierował wzrok, i uniosła brodę.

– Francuzi zajęli La Coruñę i Ferrol. To klęska. Soult paraduje ulicami niczym nieskrępowany. Wkrótce zawładną całą północą.

– Tak bywa na wojnie – stwierdził Lucien. – Jedni przegrywają…

– …a inni tchórzą – dopowiedziała. – Lepiej by było, gdybyście w ogóle się nie zjawili, jeśli po nic nieznaczącym starciu wycofaliście się z podkulonymi ogonami.

Poczuł złość, ale ją stłumił. Bolały go plecy, wzrok zachodził mgłą, było mu zimno. Nie rozumiał jej zapalczywości. Jak mogła mówić o tchórzostwie, skoro tyle odwagi było w ludziach, którzy przyparci plecami do morza, walczyli z przeważającymi siłami francuskimi? Zapamiętał akty nieludzkiej odwagi.

– Powinien pan usiąść – powiedziała łagodniej.

Dotknęła go, co zdarzało się wyjątkowo rzadko, odkąd znalazła go na polach pod La Coruñą. Chwyciła go pod łokieć, drugą ręką objęła przez plecy. Na szyi miała łańcuszek, który ginął pod kołnierzykiem rozpiętej bluzki. Lucien był ciekaw, co nosiła na łańcuszku. Przestał o tym myśleć, kiedy podsunęła mu ogrodowe krzesło i pomogła usiąść.

– Dziękuję.

Jak przyjemnie było siedzieć! Stabilne drewniane krzesło dawało poczucie bezpieczeństwa. Zamknął oczy, żeby nie raził go blask przedpołudniowego słońca, i skupił na identyfikacji każdego bolącego miejsca swojego ciała z osobna. Nauczyła go tego triku znachorka na Jamajce, kiedy tam chorował. Od tamtej pory go stosował i wyglądało na to, że z dobrym skutkiem.

Anglik siedział nieruchomo i wydawał się nieobecny duchem. Alejandra poczuła się nieswojo. Wciąż do końca nie wiedziała, kim on właściwie jest. Żołnierz, szpieg, który posługuje się literackim językiem i dialektami swobodnie jak miejscowy, a niemal w każdej sytuacji i chwili ma świadomość, co się z nim dzieje. Alejandra odgadła to z jego postawy i z oczu, dzisiaj jaśniejszych niż kiedykolwiek przedtem, czujnych i myślących.

Wcześniej takiego kogoś jak on nie spotkała. Nawet teraz, kiedy siedział do cna wyczerpany i jakby nieobecny duchem, najwyraźniej zauważył ludzi jej ojca wracających z południa kraju. Rzucił ukradkowe spojrzenie w tył, jakby chciał ocenić zagrożenie i stosownie do niego zareagować.

– Skąd zostanę wyprawiony? – spytał.

Alejandra rzadko dzieliła się z kimś planami wybiegającymi dalej niż na następną godzinę, bo to dawało pytającemu za dużo swobody w przygotowaniu się do wywinięcia się od przymusu. Z nim jednak postanowiła być szczera.

– Nie stąd, ponieważ jest tu zbyt niebezpiecznie. Z zachodniego wybrzeża.

– Z jednego z tych małych portów w Rias Altas?

Okazuje się, że kapitan Lucien Howard zna lokalną geografię, w przeciwieństwie do lokalnej polityki, pomyślała Alejandra.

– Nie, są tam liczni wrogowie mojego ojca. – Spojrzała w niebo i zmieniła temat. – Wiatr od oceanu zwiastuje sztorm.

Nad horyzontem zgromadziły się ciemne chmury. Wyglądały jak gruba wstęga ołowiu zawieszona tuż nad powierzchnią wody.

Alejandra była świadoma, że zanim jej ojciec pozwoli Anglikowi odpłynąć, musi dokładnie ustalić, jakim on jest człowiekiem, i zrozumieć, o co chodzi jego ludziom. Poza tym wykoncypować, jakie zagrożenie stanowi, jeśli nie jest tym, za kogo się podaje. Po chwili usłyszała głos kapitana, który, jakby czytał w jej myślach, powiedział:

– Nie jestem waszym wrogiem, Alejandro.

Szkoda, że rzadko zwracał się do niej po imieniu, ponieważ w jego ustach jej imię brzmiało pieszczotliwie. Serce Alejandry zabiło żywiej, co ją jednocześnie zdziwiło i zaniepokoiło. Chcąc ukryć wrażenie, jakie na niej zrobił, obejrzała się na tych, którzy wracali z Betanzos. Był z nimi Tomeu; biały bandaż, którym miał owinięty nadgarstek, był widoczny nawet na odległość.

– Ale nie jesteś przyjacielem, Angliku, mimo twojego poświęcenia i oddania sprawie Hiszpanii.

Roześmiał się, mrużąc oczy. Co jest w nim takiego, że kruszy jej obojętność? Być może nawet się zaczerwieniła.

– Znalazłem się tutaj przez pomyłkę, señorito.

To coś nowego. Udzielił informacji o charakterze osobistym, i to nieproszony.

– Przez pomyłkę? – powtórzyła zdziwiona.

– Za długo zatrzymałem się na Wieży Herkulesa, skąd wypatrywałem brytyjskich statków transportowych. Statki nie nadpłynęły, a mnie otoczyli Francuzi.

– Tam pana znaleźli?

– Wzięli jednego z moich ludzi, a ja chciałem go odbić.

– Udało się?

– Nie.

Zamilkli, wsłuchując się w coraz silniejszy wiatr, który zmieniał kierunek. Wkrótce chmury przesłonią słońce i zacznie mocno padać. Pierwsza odezwała się Alejandra:

– Był szpiegiem tak jak pan?

Lucien zaprzeczył ruchem głowy.

– Są w ludziach słabości, które ujawniają się tylko w momentach wielkich napięć, takie jak zazdrość, chciwość, strach. Guy okazał się tchórzem, ale uciekł w złym kierunku.

– Zostawił go pan, żeby ukarać?

– Nie. Starałem się przeprowadzić bezpiecznie przez linie francuskie, lecz mi się nie udało.

Z niektórych ludzi, pomyślała Alejandra, w warunkach wojennych wychodzi na wierzch tchórzostwo, a z innych męstwo graniczące z brawurą. Potrafiła wyobrazić sobie, ile trudu musiał zadać sobie kapitan Howard, żeby odnaleźć swojego towarzysza. Nie żywiła wątpliwości, że nikt i nic nie zdołałoby go do tego zmusić, gdyby nie chciał tego uczynić. Dla większości ludzi istniała jednak granica poświęcenia, wyznaczająca cele, za które warto byłoby umierać, a dobrze wymierzony cios zazwyczaj przynosił rezultaty. Jej ojciec był mistrzem w zadawaniu takich ciosów.

Siła woli i ducha Anglika, wbrew naznaczonemu ranami i obecnie słabemu ciału, była oczywista. Człowiek niezłomny nie do pokonania. Wyobrażała sobie, że postawiony wobec konieczności wyboru między śmiercią a hańbą zdrady, bez wahania wybrałby śmierć. Zastanawiała się, czy ona potrafiłaby zachować się tak samo.

Był piękny z tymi swoimi przejrzystymi oczami i złocistymi włosami, odrośniętymi na sporą długość po tygodniach choroby, wymykającymi się teraz ze skórzanego rzemyka, którym je przewiązywał. Chciałaby zanurzyć w nich palce, aby zobaczyć, jak kontrastują z jej śniadą skórą. Lucien – to miękko brzmiące imię pasuje do kapitana.

Wzdrygnęła się, przywołując się do rzeczywistości.

– Przyślę panu dzisiaj wieczorem Constanzę. Jest zielarką i zna się na leczeniu ran.

Odgarnął włosy z czoła, błysnęły w słońcu.

– Jeśli przyniesie maści, sam je sobie wetrę.

– Jak pan sobie życzy.

Zostawiła go, choć deszcz mógł spaść lada chwila, bo bardzo silnie wiało. Niech sobie radzi, jak potrafi, zdecydowała. Przy stajniach odwróciła się i spostrzegła, że ją obserwuje.

Rozdział trzeci

Luciena obudził niepokojący dźwięk. Potrafił ocenić zagrożenie związane z różnymi odgłosami. Im były głośniejsze, tym mniej prawdopodobne, że ktoś, kto je wywoływał, przyszedł zabić. Ten był ledwo słyszalny. Drugiego wieczoru po przywiezieniu go na hacjendę Lucien dostał od Alejandry nóż. „Na wszelki wypadek” – powiedziała. „Przypuszczam, że wie pan, jak go użyć. Jeśli nie, to może nawet lepiej”. Wziął go bez słowa, ale zapamiętał złośliwą uwagę. Wsunął nóż pod poduszkę w taki sposób, by w razie potrzeby móc po niego sięgnąć w każdej chwili. Teraz sprawdził, czy jest na swoim miejscu, i położył na nim dłoń.

Drzwi otwarły się, zamigotało światło świecy, do pokoju wszedł ojciec Alejandry. Usiadł na stołku postawionym obok łóżka i wyciągnął przed siebie nogi. Lucienowi wydawało się, że z grymasem bólu.

– Ma pan lekki sen, kapitanie.

– Lata praktyki, señor.

– Niech pan zostawi nóż. Przyszedłem porozmawiać. – Ojciec Alejandry sprawiał wrażenie zmęczonego i zamilkł na dłużej.

– Dowiedziałem się, że jest pan angielskim parem, kapitanie Howard – odezwał się wreszcie, a na jego dłoni zalśnił herbowy sygnet Rossów.

Lucien był przekonany, że rodowy klejnot bezpowrotnie utracił na polu bitwy.

– Lord Lucien Howard, szósty hrabia Ross – dodał El Vengador. – Tak brzmi pański tytuł. Jest pan głową rodziny mającej wpływy pośród angielskiej arystokracji.

Lucien słuchał, spodziewając się, że to nie koniec.

– Z tego, co mi wiadomo, pański rodzinny majątek jest zrujnowany wskutek nieudolności pańskiego ojca i dziadka. W kufrach Howardów prześwituje dno, a wkrótce nic w nich nie zostanie .

To żadna tajemnica, pomyślał z goryczą Lucien. Ubóstwo hrabiów Ross było dobrze znane. Każdy mógł się o tym dowiedzieć. Zwrócił uwagę na gazetę, którą trzymał w dłoni ojciec Alejandry. Był to numer „The Timesa” z jego podobizną na tytułowej stronie, czarno-białą kopią portretu zamówionego niegdyś przez matkę. Uśmiechał się na nim swobodnie i szczerze. Od tamtych beztroskich lat upłynęła cała wieczność.

– Ma pan liczne rodzeństwo i matkę, która pana opłakuje, gdyż został pan uznany za poległego.

Matka była drobna i niezbyt silnego zdrowia. Lucien wyobraził sobie jej rozpacz. Niewykluczone, że ją zabije, zanim on zdąży wrócić.

– Mam w związku z tym dla pana propozycję, milordzie. – El Vengador wymówił ostatnie słowo z dość widocznym przekąsem. – Mógłbym poderżnąć panu gardło i nikt nigdy by się nie dowiedział, co się panu przydarzyło, ale…

Stary ma skłonność do teatralizowania, pomyślał Lucien.

– Ale… – podjął wątek.

– …z racji swojej pozycji społecznej może pan mieć nam coś do zaoferowania – dokończył El Vengador.

Lucien zamknął na chwilę oczy, konstatując, że ten partyzancki watażka jest niebezpiecznym przeciwnikiem i nie będzie łatwym sojusznikiem. Miał w ręku wszystkie atuty, ponieważ od niego zależało życie Luciena. Gdyby postanowił opuścić hacjendę wbrew woli gospodarza, niewątpliwie zabrałby ze sobą na tamten świat sporo ludzi, ale nie planował walki. Był słaby, a także czuł się do pewnego stopnia dłużnikiem El Vengadora. Domyślał się, że są sprawy, których stary mu nie wyjawi.

– Czemu ja? – zapytał, patrząc mu w oczy. – Dlaczego nie ktoś dobrze uplasowany w angielskiej socjecie, ale pochodzący stąd? Przypuszczam, że w moim środowisku są wasi agenci. Czemu się nimi nie posłużycie? – Lucien przeniósł wzrok na sygnet i gazetę.

– Nie mamy dojścia do miejsc, do których pan ma nieskrępowany dostęp, milordzie. Nie moglibyśmy marzyć o znalezieniu się w pobliżu króla.

– Anglia jest demokracją – zauważył Lucien. – Parlament stanowi prawo, nie arystokracja i monarcha.

– A jedną z izb parlamentu tworzą parowie królestwa. Pańskie nazwisko widnieje w jej składzie, prawda, hrabio Ross?

Lucien zrozumiał w końcu, o co chodzi. Gdyby nie posiadał tytułu, byłoby już prawdopodobnie po nim, a dzisiejsza rozmowa to zawoalowane ostrzeżenie.

Z pewnością El Vengador umieścił w Londynie niebezpiecznych ludzi, których serca przepajała idea wolnej Hiszpanii, i dysponował środkami do wcielenia tej idei w życie. Anglia i Hiszpania mogły stać po tej samej stronie przeciwko Napoleonowi, ale każdy z tych krajów inaczej planował zagospodarowanie zwycięstwa. Ułomna wersja demokracji, którą byłaby skłonna zaakceptować armia hiszpańska, zresztą niejednolita, bo rozdzierana konfliktami między rozlicznymi odłamami generalicji, bardzo różniła się od tej, jaką preferowali dowódcy partyzantki. Lucien słyszał o okropnościach „małej wojenki” toczonej przez bandy partyzanckie, pustoszące niedostępne i izolowane obszary północnej części kraju.

– Partyzantka sieje postrach wśród żołnierzy francuskich, ale nie cieszy się także sympatią dużej części ludności hiszpańskiej z powodu przymusowego poboru i grabieży – powiedział, powstrzymując się przed użyciem ostrzejszych słów, takich jak zdziczenie i barbarzyństwo. – Skąd pomysł, że chciałbym wam pomóc? Nie życzyłbym sobie przykładać ręki do śmierci moich współrodaków. Gdybyśmy sromotnie przegrali wojnę, byłyby wam znane dane personalne każdego dowodzącego oficera.

 

Słysząc ruch przy drzwiach, obaj odwrócili głowy. Weszła Alejandra. Od trzymanego przez nią w dłoni obnażonego srebrzystego ostrza odbijało się światło świecy. Musiała do tej pory spać, było to widać po jej zaróżowionych policzkach i potarganych włosach. Najwyraźniej położyła się w ubraniu i z nożem pod ręką. Lucien zdziwił się, że widząc ojca w pokoju, nie schowała noża.

– Nie przyszedłem, żeby go zabić, córko.

To oświadczenie zastanowiło Luciena. Czyżby Alejandra czuwała nad jego bezpieczeństwem? Nie patrzyła na niego, tylko na sygnet i gazetę leżące na nocnym stoliku. Odniósł wrażenie, że wiedziała o dochodzeniu przeprowadzonym przez ojca w jego sprawie i była świadoma zagrożenia.

– Weźmiesz go ze sobą, zaprowadzisz do portu i wsadzisz na łódź najpóźniej za tydzień – dodał El Vengador.

– Dobrze.

– Znajdź kogoś, kto wyruszy z wami. Może Tomeu?

– Nie. – Przecząco pokręciła głową. – Wezmę Adana. On ma dobre kontakty na zachodnim wybrzeżu.

– W takim razie postanowione. – El Vengador wstał ze stołka. – Nie oczekuję, że wykona pan to zadanie bez nagrody, hrabio Ross. Na wskazane przez pana konto w banku wpłynie okrągła kwota, gdy zakończymy naszą współpracę, a ja będę zadowolony z uzyskanych informacji.

Być może El Vengador nigdy nie spotkał się z odmową, pomyślał Lucien, i uważa, że zawarli porozumienie. Niestety, znalazł się w paszczy lwa i drażnienie go świadczyłoby o braku rozsądku.

– Dokładnie przemyślę pańską propozycję.

El Vengador uścisnął mu dłoń energicznie i zaskakująco przyjaźnie.

– Za wolność i za zwycięstwo – powiedział i opuścił pokój.

Alejandra stanęła pod ścianą, na lewo od okna.

– Wiedziała pani o tym? – zapytał Lucien, wskazując na gazetę i sygnet. – A także o co poprosi mnie pani ojciec?

– Albo o co nie poprosi. – Podeszła do nocnego stolika i wzięła do ręki gazetę.

– Wygląda pan młodziej z uśmiechem.

– To stara podobizna.

Niski dźwięczny śmiech Alejandry wypełnił przestrzeń.

– Wie pan, co myślę, Lucienie Howard, szósty hrabio Ross? – spytała. – Mój ojciec nie mógłby pana zabić, nawet gdyby tego chciał.

– Mam nadzieję, jedyna córko El Vengadora, że się nie mylisz.

Odłożyła gazetę równie ostrożnie, jak przedtem brała ją do ręki. Nie wykonywała zbędnych ruchów. Nie było w niej cienia wahania. Kiedy wchodziła do pokoju, nie miała pojęcia, co zobaczy; równie dobrze mógł być martwy. Mimo to z wyrazu jej twarzy nie potrafił odgadnąć, czy odczuła ulgę, czy zawód.

Ważne, że przyszła. Schowała nóż do miękkiej skórzanej pochewki, którą nosiła przymocowaną do lewej kostki. Czy walczyłaby z ojcem w jego obronie? Zdumiał się, że przyszło mu to do głowy.

– Dziękuję – powiedział.

Bez słowa wyszła z pokoju. Lucien usłyszał skrzypnięcie zasuwki.

Przyśnił mu się Linden Park, rezydencja Howardów w Tunbridge Wells. Słońce lśniło w szybach okien, brzegi rzeki Teise, porośnięte płaczącymi wierzbami, pokrywała młoda wiosenna zieleń. Ojciec i brat wciąż żyli. Most jeszcze się nie załamał, a ich, sparaliżowanych paniką, nie ciągnęły na dno nasiąknięte lodowatą wodą grube ubrania i on nie musiał biec im na ratunek.

Z Christiną, jego siostrą, mknęli konno okolicznymi dolinkami szybsi niż wiatr, budząc popłoch wśród stad szpaków i strzyżyków oraz młodych owieczek pasących się na polach. Z Danielem Wylde’em i Francisem St. Cartmailem budowali szałasy w lesie i polowali na króliki, strzelając z wiatrówki ojca. Gabriel Hughes, nie tak żywiołowy jak pozostali, nie uczestniczył w polowaniach, ale przyjeżdżał konno popatrzeć, co porabiają. Od niego Lucien przyswoił sobie zasadę, żeby nie narzucać innym własnego zdania, i przyjął do wiadomości, iż należy odnajdywać ukryty sens w tym, co mówią ludzie.

W jego śnie pojawiła się też Alejandra z rozpuszczonymi włosami, połyskującą w świetle świecy karnacją, pełnymi czerwonymi ustami i ciemnymi oczami, ubrana w powiewną koszulę nocną, przez którą prześwitywało ciało. Czekał ze wstrzymanym oddechem, pałając pożądaniem, żeby do niego podeszła. Zbliżyła się do niego szybko jak wszechogarniający i nienasycony pożar. Ustami przylgnęła do jego warg, po czym zanurzyła nóż w przestrzeń między jego obnażonymi żebrami.

– Cholera! – obudził się, ciężko dysząc, z członkiem twardym niczym skała. Wciąż czuł smak jej ust i ciepło ciała. Uprzytomnił sobie, jak bardzo tej chłodnej zimowej nocy jest spragniony bliskości.

Po raz pierwszy od czasu, gdy leżał wyczerpany bólem i gorączką, był na granicy łez. Miał chęć zapłakać nad sobą i nad nią, nad wojną siejącą śmierć i cierpienie na mozolnej drodze do zwycięstwa. Alejandra, nieodrodna córka swojego ojca, nieustannie dawała mu to do zrozumienia na różne sposoby. A to zachowując dystans i okazując wzgardę albo ukazując mu się ze swoim nieodstępnym nożem i różańcem, którego paciorki przesuwała z niezachwianą wiarą gorliwej katoliczki.

Czy coś wydarzy się w drodze na zachód, kiedy będą obok siebie podczas długich nocy rozjaśnianych księżycem, pośród tonącego w jego poświacie zimowego krajobrazu? Jak długo potrwa podróż? Ile mil przemierzą? Jeśli nie wypłynie do Anglii z Rias Altas, to może nastąpi to z bardziej na południe położonych Rias Baixas albo z ruchliwego portu morskiego w Vigo?

Uświadomił sobie, że odmienił go sen, z którego zbudził się z krzykiem. Odebrał mu pewność siebie, wywołał zamęt i jednocześnie wzbudził nadzieje, których nienawidził. Przydałoby się wypić kieliszek brandy, a jak nie brandy, to przynajmniej mocnego hiszpańskiego odpowiednika. Niestety, na nocnym stoliku stała jedynie karafka z wodą zaprawioną sokiem z pomarańczy, miodem i miętą. Zaczerpnął obfity haust i gwałtownie bijące serce zwolniło.

Wsunął na palec sygnet pozostawiony na stoliku. Nosił go od czasu, kiedy wkroczył w dorosłość, i był szczęśliwy z odzyskania rodowego klejnotu. Wziął do ręki gazetę, ciekawy daty wydania. Pierwszy lutego. Urodziny matki. Mógł sobie wyobrazić, jak się poczuła przygwożdżona wiadomością z pierwszej strony.

Lucien zdawał sobie sprawę, że może się znaleźć za linią nieprzyjaciela i walczyć o przeżycie. Nie wyobrażał sobie jednak, że ocali go obca dziewczyna, nawet jeśli uparcie nie będzie się do tego chciała przyznać. Wyjął spod poduszki nóż, wsunął go do skórzanego futerału i położył na stoliku nocnym. Pokój wypełniało głośne tykanie mechanizmu zegara wiszącego na przeciwległej ścianie. Dochodziła czwarta. Wiedział, że nie zaśnie.

Próbował przypomnieć sobie mapy, które wiózł w jukach podczas długiej drogi na północ, ku wybrzeżu morskiemu. Wraz z grupą przewodników wyrysowali wiele map, wymierzyli odległości, pieczołowicie nanosili elementy topograficzne, doliny, przełęcze, rzeki i mosty, zaznaczali nawet poziom wód. Osobiście korygował dane, opatrywał mapy własnymi uwagami i obserwacjami.

Przypuszczał, że utracił teczkę z mapami, zanim natknął się na Francuzów, bo nie widział jej koło siebie, gdy leżał ranny na pobojowisku. Prawdopodobnie mógłby spróbować odtworzyć te mapy z pamięci, niemniej strata była niepowetowana. Nie dysponując znajomością lokalnej topografii, armia brytyjska będzie narażona na uciążliwe i niebezpieczne ruchy, gdy powróci do Hiszpanii.

Hałas przy drzwiach zwiastował, że Lucien będzie miał kolejnego gościa. Tym razem w drzwiach stanął Tomeu.

– Możemy porozmawiać, Ingles?

Człowiek, który pomagał transportować Luciena z pola bitwy, wydawał się mu młodszy niż wówczas. Zamknął za sobą drzwi, lecz nie odchodził od nich, może chciał nasłuchiwać, co się za nimi dzieje.

– Przepraszam, że przychodzę tak późno, kapitanie, ale za godzinę wyruszam na południe, a chciałem się zobaczyć z panem. W szparze pod drzwiami zauważyłem światło, więc zaryzykowałem, sądząc, że pan nie śpi.