Dama w czerwieni

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zatęskniła za swoim zagajnikiem i piaskiem w Albany Manor, lecz wiedziała, że nie może jeszcze wyjechać. Najpierw musi poznać prawdę. Zupełnie jednak nie wiedziała, jak mogłaby to zrobić. Na myśl o tym, że miałaby stanąć z nim twarzą w twarz w towarzystwie, sprawiała, że krew odpływała jej z twarzy. Była sama. Ojciec cierpi na depresję, a mąż Marii jest starym przyjacielem porywacza. Gdyby dowiedział się, że to Winterton ją porwał, Roy uznałby za swój obowiązek zażądać satysfakcji i wyzwać go na pojedynek.

Winterton jest byłym żołnierzem; Roy nie miałby z nim szans. Gdyby zginął, Maria cierpiałaby do końca życia. Kolejny skandal z pewnością zabiłby papę. Czyż doktor nie powiedział, że ojciec potrzebuje przede wszystkim spokoju, jeżeli ma kiedykolwiek wyzdrowieć?

Cały ten chaos wirował w jej głowie, aż w końcu ukazało się idealne rozwiązanie. Florentia pewnym siebie głosem oznajmiła siostrze:

– Chciałabym namalować tego lorda Winterton. Jeśli jest tak piękny, jak o nim mówią, to idealnym obiekt. Zdaje się również, że może pozwolić sobie na portret.

Maria popatrzyła na Florę w osłupieniu.

– Chcesz go malować przebrana za chłopca? Winterton nie jest naiwnym młokosem, którego łatwo oszukać, Florentio.

– Skoro jest taki urodziwy, to z pewnością pochlebi mu możliwość pozowania do pierwszego i jedynego portretu, który wykonam z natury. Dodatkową korzyścią będzie fakt, że jeśli wykonam to zamówienie, to pan Ward zostawi mnie w spokoju na jakiś czas. Ten portret może być rozwiązaniem, którego szukamy.

– Mówisz dziwne rzeczy, Floro, zupełnie jakbyś nie była sobą. Nigdy nie rysowałaś nikogo z natury.

– A więc najwyższy czas spróbować, Mario. Nowy kierunek, że tak to ujmę, inna perspektywa.

– A Heronowie?

– Po ukończeniu portretu lorda Winterton wyjadę z Londynu na dobre i wszystko się skończy. Mogę malować inne rzeczy, aby zasilić nasz budżet, a oczekiwania pana Warda nie będą mnie już obchodzić. Uwolnię się od niego, a ty nie będziesz musiała się martwić, że coś pójdzie nie tak.

Kiedy siostra wyszła, Flora wstała i wyjrzała przez okno. Dostrzegła w szybie odbicie swoich ust.

– Proszę cię, Boże, pozwól mi go zrozumieć.

James dopił brandy zamówione przez Roya Warrendena i skinął na kelnera, aby przyniósł im następną kolejkę.

Noc była ciepła jak na tę porę roku i wszystkie wschodnie okna klubu White’a były otwarte. Od balu u Allanów upłynęły trzy dni, a wczoraj rano James otrzymał wyjątkowo zaskakujący list.

– Pan Frederick Rutherford, malarz, napisał, że chce wykonać mój portret. Wczoraj po południu odwiedził mnie jego agent, pan Ward.

Mina, która przemknęła po twarzy Roya, zdawała się mówić, że przyjaciel o tym wiedział, lecz James odrzucił tę myśl jako niedorzeczną. Maria Warrenden wspominała, że słabo znają malarza, a Winter nie wyobrażał sobie, co słabowity samotnik z prowincji może mieć wspólnego z zamożnym baronem i jego małżonką.

– Agent zdradził mi, że będzie to jedyny portret wykonany przez Rutherforda z natury, ponieważ artysta nadzwyczaj ceni sobie prywatność.

– Rozumiem. – Roy przyglądał mu się uważnie. – A ty masz zamiar się zgodzić?

– Nie jestem pewien, ale zaintrygowało mnie, że postanowił zwrócić się do mnie osobiście.

– Może fascynuje go sposób, w jaki towarzystwo do ciebie lgnie, szczególnie kobiety?

James potrząsnął głową.

– Myślę, że jest w tym coś więcej niż tylko przelotne zainteresowanie. Twoja żona mówiła, że trochę go zna. Co miała na myśli?

– Poznaliśmy pana Rutherforda dopiero niedawno i nie umiem o nim nic powiedzieć. A w szczególności odczytać jego intencji.

– Twoja żona ma siostrę, prawda? Lady Florentię, o ile się nie mylę?

Wyraz przerażenia przemknął na twarzy Roya. James domyślił się, że z dziewczyną stało się coś strasznego. Puls przyspieszył mu ze zdenerwowania, a po plecach przebiegł zimny dreszcz. Czyżby to ją porwał z Mount Street i doprowadził do upadku.

– Dlaczego wspomniałeś o niej w związku z Rutherfordem, Winter?

– Co mówiłeś? – James otrząsnął się z zamyślenia.

– Florentia, moja szwagierka, jest trochę nieśmiała. Źle się czuje w Londynie i zdecydowanie woli ciszę i spokój w majątku swoich rodziców, Albany Manor w Kent. Ale wracając do portretu… to chyba nie do mnie powinieneś kierować pytania. Agent, o którym wspomniałeś, na pewno zna Rutherforda o wiele lepiej.

James powoli przełknął brandy, rozkoszując się poczuciem ciepła, które dawała.

Sekrety i kłamstwa. Zarówno jego własne, jak i Warrendena. Coś tu było nie tak, choć nie umiał jeszcze powiedzieć co dokładnie. Miało to jednak związek z malarzem Rutherfordem.

– Chyba zgodzę się zamówić ten portret, choć cena jest niebotycznie wysoka.

– Cóż, zrób to dla potomności. Ten portret będzie krokiem ku historii.

– Ale nie zgodzę się pozować w galerii agenta. Chcę, żeby sesje odbywały się u mnie, na St James’s.

– Chłopakowi może być trudno się tam dostać ze wszystkimi malarskimi utensyliami. Artyści nie są chyba aż tak zamożni.

– W takim razie wyślę po niego powóz. Gdzie się zatrzymał? Nikt, kogo pytałem, nie ma pojęcia.

– Pomieszkuje trochę tu, trochę tam, jak mi się wydaje. Rutherford bardzo ceni sobie swobodę. Moja żona towarzyszyła mu podczas pierwszej wizyty u pana Warda, więc spędził noc u nas w domu.

– Tak, słyszałem o tym.

Warrenden uśmiechnął się.

– Tak mi się wydawało. Rutherford to kameleon, Winter. Dobrze byłoby, gdybyście zakończyli pozowanie jak najszybciej się da. I nie zadawaj mu zbyt wielu pytań.

– Sądzisz, że inaczej się ulotni?

– Mam szczerą nadzieję, że nie, bo chciałbym, aby stanął na nogi – odrzekł Roy. – A ty mógłbyś mu w tym pomóc.

– Myślisz, że mógłby to być dla niego początek świetlanej kariery? Przecież już ma wielu wielbicieli. Chce jeszcze więcej?

Roy roześmiał się szorstko i wstał.

– Ocenę jego ambicji zostawiam tobie, Winter, a teraz wracam do domu. Ale bardzo jestem ciekaw, jak ci się uda ta zabawa. – Przerwał na chwilę, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć coś więcej. – Frank Reading mówił, że wróciłeś do Anglii, żeby dowiedzieć się czegoś o przedwczesnej śmierci swojego ojca.

– Miał rację. Nigdy nie uwierzyłem, że popełnił samobójstwo, i chcę odkryć prawdę.

James wypowiedział te słowa gniewnym, pełnym napięcia tonem, którego nie zdołał ukryć. Przy Royu Warrendenie mógł sobie na to pozwolić, gdyż nie był to człowiek skory do plotek.

– Reading mówił też, że rozpytujesz o to w nieciekawych dzielnicach. Czasami odkrywanie tajemnic ma swoje konsekwencje, Winter.

– Jestem na nie przygotowany, o ile tylko pozwolą mi zrozumieć przyczyny śmierci ojca.

Roy skinął głową.

– Cóż, mam nadzieję, że znajdziesz jakąś sensowną odpowiedź. Gdybyś potrzebował jakiejkolwiek pomocy…

– Dzięki, ale lepiej będzie, jeśli zajmę się tym sam.

James patrzył, jak Warrenden idzie do wyjścia, omijając ostatnich klientów klubu, po czym uniósł butelkę brandy, aby nalać sobie jeszcze jeden kieliszek.

Był pewien, że Roy nie mówi mu całej prawdy o Rutherfordzie. Istniał między nimi jakiś związek, ale nie potrafił się domyślić, o co dokładnie chodzi.

Wiedział, że Warrendenowie znają malarza lepiej, niż są skorzy przyznać się do tego. Chłopak przez cały pobyt w Londynie nocował w ich domu na Grosvenor Square, a kiedyś przejeżdżając obok powozem, dostrzegł Marię Warrenden trzymającą go za rękę z nieukrywaną przyjemnością.

Boże, czyżby ona przyprawiała swojemu mężowi rogi tuż pod jego nosem? I gdzie, do diabła, było miejsce tajemniczej lady Florentii Hale-Burton w tej całej układance?

Cios padł z tyłu, kiedy James szedł na skrzyżowanie, aby zatrzymać dorożkę. Oślepiający, ostry ból sprawił, że upadł na kolana, walcząc o zachowanie przytomności. Myślał tylko o tym, że niebezpieczeństwo, o którym wspomniał Roy, właśnie go dopadło.

Obok jego twarzy pojawił się but, niemal dotykając jego ust, lecz wraz z szokiem Jamesowi wróciła siła.

Chwyciwszy napastnika za nogę, powalił go na ziemię, po czym w mgnieniu oka usiadł na nim okrakiem i zadał mu cios pięścią w głowę. Bandyta znieruchomiał.

– Kim jesteś i czego ode mnie chcesz, do cholery?

– Perkins mnie przysłał, z zajazdu Pod Rudym Lisem w dokach. Węszyłeś pan dookoła, a to mu się nie spodobało. To on nas wysyła, żeby sprawdzić, kto zadaje za dużo pytań.

James zrozumiał, że mężczyzna jest jedynie posłańcem, zwykłym osiłkiem, który nie ma pojęcia, o co chodzi. Puścił go i wstał, patrząc, jak tamten podnosi czapkę.

– Mogę pogadać z panem Perkinsem? Dobrze zapłacę za jego czas.

Osiłek skinął głową.

– Jeśli będzie chciał gadać, damy panu znać.

Po tych słowach nieznajomy odwrócił się i zniknął w ciemnościach. James otarł krew z warg i schylił się po kapelusz, strącony do rynsztoka.

Śmierć ojca wstrząsnęła nim do głębi. Usiłował odnaleźć jego karcianych partnerów, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Samobójstwo było rzeczą haniebną; nie mógł uwierzyć, że ojciec odebrał sobie życie.

Zaklął jeszcze raz i spojrzał w niebo, na wschodzący księżyc. Taki sam jak wówczas, gdy porwał Florentię Hale-Burton. Zacisnął dłonie w pięści i oparł się o mur, aby odnaleźć w kieszeniach zapalniczkę i cygaro. Chciał znowu zobaczyć tę kobietę, powiedzieć jej, że to była pomyłka, i ją przeprosić. Chciał wziąć ją za rękę i zapewnić, że nie uważał tego porwania za błahostkę. I że zmieniło ono jego życie tak samo jak jej.

To jak w kartach, pomyślał. Wykłada się jedną, potem drugą i trzecią, aż w końcu zostaje tylko świadomość, że nie ma się już nic wartościowego.

 

Czuł ból w karku. Zaciągnął się cygarem, patrząc z przyjemnością na żarzącą się końcówkę. Serce nie biło mu już tak mocno.

Florentia Hale-Burton miała astmę. Zastanawiał się, czy nadal na nią cierpi. Miała też adoratora i torbę pełną książek. Słyszał, jak ktoś wymienił jej nazwisko w pokoju karcianym na jakimś balu. Mówiono, że zawsze była dziwna, ale jeśli córki earla Albany zadałyby sobie trochę trudu, przyćmiłyby wszystkie inne kobiety w sali.

Może i tak, powiedział do siebie, lecz wówczas w powozie była albo nieprzytomna, albo wściekła, albo wymiotowała, nie mógł więc obiektywnie tego ocenić.

Pamiętał jednak jej twarz po tym, jak jej ojciec do niego strzelił. Chwyciła go za szyję, usiłując zatamować krew, która przeciekała jej między palcami. W jej błękitnych oczach widział wówczas ból i przerażenie.

Oboje wypadli wtedy z powozu na bruk. Przykryła go swoim ciałem jak kocem, poczuł jej miękkość i falę opadających włosów, zanim oderwano ją od niego.

– Boże – przemówił na głos. – Boże, dopomóż mi – dodał, jakby w tej właśnie chwili, w ciemnościach wiosennej nocy, zrozumiał to, co zawsze powinien był wiedzieć.

Po tym wszystkim, co jej zrobił, Florentia Hale-Burton usiłowała mu pomóc. Wyciągnęła rękę i próbowała zatamować krew, osłaniając go własnym ciałem przed kolejnym strzałem.

Myśl o tym wprawiła go w osłupienie.

Roy Warrenden powiedział, że jest nieśmiała i rzadko opuszcza dom w Kent. Jakże więc mógłby się z nią spotkać, żeby jej podziękować i upewnić się, że… wydobrzała?

Wszystko zdawało się ze sobą łączyć. Malarz. Ostrożność Roya. Strach jego żony. Siostra zesłana do Kent po tym, jak zniszczył jej życie przez swoją głupotę.

Najpierw jednak musiał załatwić sprawy z Perkinsem z zajazdu w dokach świętej Katarzyny, gdyż duch jego ojca domagał się uwagi.

Splunął krwią na chodnik i wyprostował się, czekając, aż miną mu mdłości. Przynajmniej jest na właściwym tropie, skoro mu grożono.

To już jakiś początek.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Winterton zgodził się na wszystkie propozycje Florentii oprócz miejsca spotkania.

Trzymała teraz w ręku jego list, opieczętowany woskiem; dostarczono go tego popołudnia.

Jego pismo było równie piękne jak on sam, o ile wierzyć plotkom. Litery były wąskie i pochylone, a w słowach dawało się wyczuć lekką arogancję i jakby echo pytania.

Szanowny Panie Rutherford!

Z przyjemnością przeczytałem Pański list i jestem bardzo zainteresowany propozycją. Mam nadzieję, że moja twarz będzie dla Pana godną inspiracją.

Pragnąłbym jednak, aby sesje portretowe odbywały się w moim domu na St James’s Square, który wynająłem na obecny sezon. Jest tu dobre światło i będę czuł się lepiej, niż gdybym miał spędzać długie godziny w galerii u nieznajomego.

Jeśli zechce Pan dać mi znać zwrotną pocztą, kiedy i o której godzinie chciałby Pan zacząć, każę wysłać po Pana mój powóz. Warrenden powiedział mi, że od czasu do czasu zatrzymuje się Pan u jego rodziny. Czy właśnie tam ma na Pana oczekiwać?

Z góry cieszę się na naszą współpracę.

Z wyrazami szacunku,

James Waverly

Nie użył ani tytułu, ani herbu. List zapieczętowano zwykłym, nieperfumowanym woskiem, który można było tanio kupić na każdym targu w Londynie.

Powinnaś być ostrożna, Florentio, przypomniała sobie słowa siostry. Winterton nie jest naiwnym młokosem, którego łatwo oszukać.

Cóż, ona także nie jest naiwną panienką. To, co musiała przejść, kiedy wybuchł skandal, uczyniło ją bardziej niezależną i roztropną.

Portret miał stać się sposobem na zrozumienie Wintertona, ocenę możliwości i rozważenie, jaką formę może przybrać jej zemsta.

– Zemsta… – wymówiła cicho.

Nigdy nie myślała o sobie jako o kimś mściwym i samo to słowo nieco ją przerażało. Jeśli jednak lord Winterton naprawdę okaże się jej porywaczem, to musi zrozumieć, co uczynił jej rodzinie i jak jego czyn wpłynął na ojca.

Od tamtego nieszczęsnego dnia cierpiała na bezsenność, wciąż musiała zmagać się z uczuciem strachu i zagrożenia. Najgorzej było nocą, kiedy Florentia budziła się zlana potem i zastanawiała się, co mogła zrobić, aby zapobiec swemu losowi. O poranku dostrzegała w swoich podkrążonych z bezsenności oczach niepokój i ból.

Maria wyszła za mąż i coraz częściej mówiła o dzieciach, Flora natomiast przez owo okropne wydarzenie została pozbawiona nadziei na założenie rodziny. Musi zobaczyć się z Wintertonem w cztery oczy, aby zrozumieć, co robić dalej i jaką ścieżkę ku lepszemu życiu mogłaby teraz obrać.

Coraz częściej dochodziła do wniosku, że tylko dzięki wybaczeniu, zdołałaby uwolnić się od demonów przeszłości. Niestety wątpiła w to, że odnajdzie w sobie aż tyle miłosierdzia.

Nazajutrz rano ubrała się starannie w strój Fredericka Rutherforda. Zmieniła kształt twarzy, wypychając dolną część policzków materiałem. Przećwiczyła oddychanie przez usta, dzięki czemu jej głos brzmiał bardziej głucho i nosowo. Patrząc na swoje odbicie w lustrze, nie dostrzegła już owej wystraszonej kobiety, którą była, gdy po raz pierwszy włożyła ten kostium przed przybyciem do Londynu. Dorosła do swojej roli pod każdym względem i świadomość tego dodawała jej odwagi.

Lord Winterton nie widział jej od sześciu lat, a podczas ich krótkiego i pełnego napięcia spotkania zapewne i tak nie przyglądał jej się zbyt uważnie. Flora była pewna, że przebranie pomoże jej zachować anonimowość.

Na wszelki wypadek włożyła do kieszeni niewielki nóż do papieru owinięty w skórę. Nie zamierzała go użyć, ale dzięki niemu czuła się choć odrobinę bezpieczniej.

Naraz rozległo się pukanie do drzwi i weszła Maria z niezadowoloną miną.

– Powinnaś poważnie przemyśleć swój pomysł, Floro. To twoja ostatnia szansa, bo kiedy już wsiądziesz do tego powozu…

Florentia przerwała jej.

– Nic mi się nie stanie. Winterton raczej nie zaatakuje młodego, słabowitego artysty. To arystokrata, na miłość boską, etykietę i dobre maniery ma w małym palcu.

Odpowiedź ta wcale nie rozwiała obaw siostry.

– Etykieta i dobre maniery nie kojarzą mi się z Wintertonem, Floro. Chciałabym ci towarzyszyć?

– Nie. – Odbywały podobną rozmowę już po raz kolejny. – Nie będziesz mi tam potrzebna, a z tego, co czytałam na temat sesji portretowych, widzowie nie są mile widziani.

– Mimo wszystko uważam, że nie powinnaś tak ryzykować. Czy ktoś jeszcze z wami będzie?

– Powiedział, że nie.

– A jeśli zdoła cię przejrzeć?

– A ty potrafisz?

– Cóż… nie. Gdybym nie wiedziała o tym wszystkim, sama bym cię nie rozpoznała.

– Malowanie zajmie mi najwyżej cztery poranki. Dwanaście godzin. A pieniądze z honorarium bardzo przydadzą się rodzicom. Myślę również, że dużo zyskam w oczach pana Warda i wartość moich prac wzrośnie.

Ale przede wszystkim zmierzę się z przeszłością, dopowiedziała w duchu.

– Mówiłam już papie, że mogę wam pomóc, ale nie chciał się zgodzić.

– Wiem, wiem… Papa jest zbyt dumny, aby przyjąć pieniądze Roya, Mario.

– Dumny i niemądry, a jeśli cała ta sprawa przysporzy ci kłopotów, to porządnie zmyję mu głowę. Mam nadzieję, że nie wrócisz zbyt późno, a jeśli tylko będziesz mnie potrzebowała…

– Nie będę.

– Roy powiedział, że zabije Wintertona, jeśli spadnie ci choćby włos z głowy.

Flora w cichości zastanawiała się, czy siostra w ogóle wierzy w tak absurdalny scenariusz. Jej mąż był drobny i niewysoki, jakby stanowił przeciwieństwo Wintertona.

– Będę o tym pamiętać.

Do oczu Marii napłynęły łzy.

– Zaufaj mi, siostro. Proszę cię.

Brązowe loki Marii podskoczyły, kiedy kiwnęła głową; zaraz potem wszedł lokaj i podał Florentii płaszcz i kapelusz, po czym oboje wyszli.

Londyńska rezydencja Wintertona na St James’s Square była o wiele okazalsza od wszystkich innych domów, w których bywała Florentia. Najwyraźniej majątek wicehrabiego uplasował go na samej górze drabiny społecznej, a jego pozycja wciąż stawała się silniejsza, jeśli wierzyć opowieściom Marii.

Nagle zaczęła czuć się niepewnie; strój, który w domu wydawał jej się rodzajem tarczy, stał się teraz jedynie cienką osłoną podstępu. Było jednak zbyt późno, aby się wycofać. Lokaj oczekujący u stóp szerokich schodów wiodących do domu poprosił, aby poszła za nim.

Przy drzwiach frontowych kolejny, jeszcze bardziej surowo wyglądający służący wskazał jej krzesło w przedpokoju. Flora usiadła, ściskając przygotowane płótno i niewielką torbę z farbami i węglem do rysunku.

Pół godziny później nadal tam tkwiła, a odwaga zbierana przez lata bólu rozproszyła się gdzieś w takt ciężkiego tykania stojącego zegara w kącie.

W końcu zjawił się ten sam służący ze swoją lekceważącą miną. Flora przypuszczała, że zwykły malarz nie należy do osób, którym okazuje się szczególne względy. Była zaskoczona, że nie odesłano jej do drzwi dla służby; domyślała się, że to dlatego, że przyjechała powozem jego lordowskiej mości.

Pokój, do którego ją wprowadzono, był zaciemniony. Zasłony zaciągnięto i tylko jedna świeca paliła się na biurku, za którym siedziała niemal nieruchoma postać.

– Dziękuję za przybycie, panie Rutherford.

Mężczyzna wskazał dłonią krzesło naprzeciw biurka, lecz nie podniósł się z miejsca.

Florentia usiadła najostrożniej, jak umiała. Kiedy jej oczy przywykły do ciemności, ujrzała dokładnie to, co pragnęła zobaczyć… i czego tak się bała.

James Waverly, lord Winterton, rzeczywiście okazał się jej porywaczem.

Był nadal niezaprzeczalnie przystojny, lecz jedno jasnozielone oko miał nabiegłe krwią, a dolna warga była pęknięta w kąciku.

Serce zaczęło jej walić jak młotem i miała nadzieję, że nie widać tego przez ubranie. Uciskał ją owinięty wokół szyi fular. Poczuła nagły ucisk w gardle. Boże, proszę, oby tylko nie odezwała się astma, błagała w myślach.

– Jestem niedysponowany, panie Rutherford. Przepraszam, że kazałem panu czekać – odezwał się cicho wicehrabia. Jego głos nie przypominał jednak w niczym tego, który zapamiętała. Był głęboki i zachrypnięty.

Florentia kiwnęła głową w odpowiedzi i nieelegancko pociągnęła nosem. Gula w gardle nie pozwalała jej wydobyć z siebie głosu. Sama jednak nie wiedziała, dlaczego zachciało jej się płakać. Z powodu ulgi? Szoku? Z radości, że jej ojcu nie udało się go zabić?

Lata poczucia winy i gniewu skupiły się w tej jednej chwili głębokiej ulgi. Florentia przełknęła i kilka razy odetchnęła głęboko, aby odzyskać równowagę. Nie dbała o to, co pomyśli sobie wicehrabia, i cieszył ją panujący w pokoju półmrok.

Spoczywająca na biurku dłoń Wintertona była mocno posiniaczona, a jego twarz nosiła ślady bójki. Znowu przemoc…, pomyślała i poczuła, jak narasta w niej wrażenie osaczenia; naraz przed oczami stanęły jej sceny z dnia, w którym ją porwał.

Wielkim wysiłkiem opanowała się i spojrzała na Wintertona obojętnie.

– Pomyślałem, że ustawimy sztalugi w tym pokoju, panie Rutherford. Tutaj czuję się najbardziej komfortowo.

– Będę potrzebował lepszego światła, milordzie.

Florentia była zadowolona z dźwięku swojego obniżonego głosu. Oddychała przez usta i pamiętała, aby co jakiś czas zakaszleć.

– Obiecuję, że następnym razem zasłony będą odsunięte – odrzekł z uśmiechem.

Florentia zamarła. Wspomnienie było tak silne, że zupełnie zbiło ją z tropu. Aby zająć czymś ręce, zaczęła manipulować przy okularach.

Miał teraz o wiele dłuższe włosy. Brązowozłote fale opadały mu aż na ramiona. Widoczne niegdyś blizny były teraz zakryte. Jego skóra miała ciemniejszy odcień, jakby podróżował po ciepłych krajach. Pasowało to do koloru jego oczu. Skonstatowała, że czas okazał się łaskawszy dla niego niż dla niej.

– Zastanawiałem się już, czy nie jest pan jedynie wytworem czyjejś wyobraźni, panie Rutherford, skoro tak niewielu miało okazję pana widzieć. Chcę też zadać panu kilka pytań, zanim zaczniemy.

– Oczywiście, milordzie.

Służalczość była kolejną maską odwracającą uwagę od jej tożsamości. Podstęp zaczynał nabierać zamierzonego kształtu i Florentia zaczynała się odprężać. Zmarszczone brwi Wintertona dodały jej odwagi i odpowiedziała mu ostrym spojrzeniem.

– Skąd zna pan lady Warrenden?

 

Nie takiego pytania się spodziewała i znowu poczuła dreszcze na plecach.

– Państwo Warrenden mieszkają w Kent niedaleko mnie, sir.

– A więc zna pan dobrze tę rodzinę?

– Interesują ich moje prace, milordzie.

– A kogóż nie, panie Rutherford? Wygląda na to, że ma pan w towarzystwie wielu wielbicieli.

– Ale nie tak nie tak wielu jak pan, lordzie Winterton.

Uniósł brwi i spojrzał jej prosto w oczy.

– Nie widziałem pana na żadnym balu w ostatnich tygodniach sezonu. Czyżby nie przepadał pan za życiem towarzyskim?

Florentia odwróciła wzrok i kaszlała przez dobre dwadzieścia sekund.

– Bardziej interesuje mnie malarstwo – wykrztusiła, łapiąc oddech. – Prawdę mówiąc, zajmuje mi tyle czasu, że aż strach.

– A więc darzy pan swoje rzemiosło namiętnym uczuciem? – spytał ściszonym głosem i zacytował: – „Strach z wszystkich ludzkich uczuć najpodlejszy[1].”

– Szekspir?

– Któryś z Henryków, jak sądzę. Nie pamiętam który.

Henryk VI – mruknęła.

Nie spodziewała się, że były żołnierz z krwią na rękach i doświadczeniami wpisanymi w każdą bruzdę na twarzy będzie z taką łatwością cytował Szekspira. Sądząc po jego wyglądzie, nadal walczył o swoje miejsce w świecie. Siniak pod okiem będzie jutro wyglądał jeszcze gorzej.

– Jest pan zarówno artystą, jak i uczonym? – spytał wicehrabia z rozbawieniem.

Nie odpowiedziała; wstał więc i nalał jej kieliszek brandy. Przynajmniej wydawało jej się, że to brandy.

Boże, nie przewidziała tej trudności. Mężczyźni piją alkohol, ona zaś rzadko pijała cokolwiek mocniejszego od słabego ponczu i nie miała pojęcia, co robić.

Wczuj się w rolę, nakazała sobie, podnosząc kieliszek do ust. Trunek rozgrzał ją od stóp aż po cebulki włosów, a po kilku chwilach poczuła, że kręci jej się w głowie.

Nie da rady. Jeszcze jeden moment roztargnienia i Winterton zacznie coś podejrzewać. I tak marszczył już brwi z niedowierzaniem.

Znowu zaczęła kaszleć, po czym wytarła nos wielką chustką otrzymaną od Marii i teatralnie wytarła nią nos.

Im dłużej to trwało, tym było jej trudniej. Czuła się jak owad pod lupą, obserwowana uważnym, badawczym spojrzeniem. Czyżby ją podejrzewał? Czy przejrzał jej podstęp? Strach przed demaskacją wzmógł jeszcze efekt działania alkoholu. Ile łyków brandy potrzeba, aby się upić?

Przerażała ją utrata kontroli nad sytuacją…

Szczupły i gładkolicy pan Rutherford wyglądał, jakby dopiero co ukończył szkołę. Jego wygląd sugerował także, że powinien leżeć w sanatoryjnym łóżku, otoczony zapachem kamfory i mięty.

Mięta…

James zaklął pod nosem, przypomniawszy sobie katastrofę w powozie. Bolała go głowa, knykcie paliły go jak ogniem, a cios otrzymany poprzedniego wieczoru najwyraźniej uszkodził naczynia krwionośne w jego oku, które teraz przybrało odcień fioletu.

Nie miał ochoty widzieć Rutherforda tego dnia, gdyż raziło go światło, lecz ostatnie słowa pana Warda powstrzymały go przed odwołaniem spotkania.

– Chłopak jest bardzo zdolny, lordzie Winterton, ale sam o tym nie wie. Jego geniusz wypływa z wnętrza, a nie z formalnego wykształcenia. Za kilka miesięcy ten portret może być wart dwadzieścia razy więcej, wspomni pan moje słowa… Proszę tylko pamiętać, aby nie wystraszyć Rutherforda, bo więcej nie pojawi się w Londynie.

Owa przestroga zirytowała go. Jak do tej pory wszystko, czego dowiedział się o malarzu, było sprzeczne i zagadkowe.

– Czy długo nosi pan okulary, panie Rutherford?

Grubość soczewek wskazywała, że chłopak jest jedynie o krok od ślepoty.

– Od wczesnych lat, sir.

James zauważył, że odsunął od siebie brandy, jakby stanowiła niebezpieczeństwo, i splótł palce na biurku przed sobą. Miał małe, gładkie dłonie. Na kciuku widać było sporą bliznę. Kiedy Rutherford dostrzegł jego spojrzenie, natychmiast opuścił dłonie na kolana.

– Trunek nie pomaga panu w pracy? – zaryzykował pytanie, mając w pamięci artystów spotkanych w Ameryce, którzy twierdzili, że najlepsze prace tworzą właśnie pod wpływem alkoholu. Wąsy nad pełnymi wargami wyglądały okropnie nienaturalnie na gładkiej, młodej skórze i James zaczął zastanawiać się, czy nie są sztuczne.

– Ile pan ma lat?

– Dwadzieścia, sir. Prawie dwadzieścia jeden.

James był w tym samym wieku, kiedy Francuzi wzięli go do niewoli w bitwie pod Maderą, a kiedy cztery dni później odzyskał wolność, pomyślał, że lepiej byłoby, gdyby zginął.

– Ma pan rodzinę?

– Tak, sir. W Kent.

W błękitnych oczach malarza zamigotało wahanie i napięcie. Czyżby Rutherford się bał? Czy czuł się przytłoczony odpowiedzialnością? A może to alkohol?

James uniósł kieliszek.

– A zatem… Napijmy się za udany portret – zaproponował, a następnie wychyliwszy się do przodu, zapytał: – Czy nie ma pan nic przeciwko temu, abyśmy nie zaczynali dzisiaj? Okazało się, że za godzinę mam pilne, niespodziewane spotkanie.

– Oczywiście, milordzie.

– Może podczas naszych prywatnych spotkań mógłby pan zwracać się do mnie po prostu „Winter”.

Chłopak kiwnął głową. Jego bezbronność i niepewność była tak ujmująca, że James zapragnął się nim zaopiekować. Myśl ta sprawiła, że nie ruszył się z fotela, choć przed chwilą zamierzał to zrobić. Czarne włosy Rutherforda były postrzępione i matowe, lecz było w nim jakieś nieoczekiwane, delikatne piękno, coś tragicznego, mówiącego, że jego życie nie należy do łatwych.

Miał ochotę położyć mu dłoń na kościstym ramieniu w uspokajającym geście, lecz nie zrobił tego.

– Czy życzy pan sobie, abym podczas sesji był ubrany w określony sposób?

Po raz pierwszy na twarzy młodzieńca pojawiły się prawdziwe emocje.

– Proszę ubrać się, tak aby czuł się pan swobodnie. Nie zamierzam malować pana na pokaz. Sportretuję pana takim, jakim jest naprawdę.

– A kim naprawdę jestem? Potrafi pan to dostrzec podczas malowania, Rutherford?

– A chciałby pan tego, lordzie Winterton?

W pokoju zapadła nagła cisza. James zorientował się, że ściska dłońmi krawędź biurka z dziwnym przeczuciem, że jest świadkiem jakiejś niepewnej gry. Było to zupełnie nieznane mu uczucie; nie potrafił orzec, czy dopada go choroba, czy też brak snu.

Maska, którą przywdziewał na użytek towarzyski, zaczęła opadać pod naporem dręczącego go mroku. Majątek stanowił niejaką ochronę, lecz oto nadciągały zmiany; niebezpieczeństwo, w którego cieniu żył, wkradało się do jego życia. Zastanawiał się, czy to nie efekt opóźnionego wstrząśnienia mózgu doznanego na skutek ciosu. W myślach zobaczył swój portret ze szramą na szyi jako ilustracją wszystkich złamanych przez niego serc i obietnic.

Nic nie wydawało się już bezpieczne.

Powinien odesłać Fredericka Rutherforda, zapłacić mu honorarium i poinformować, że zmienił zdanie. Nie potrafił jednak tego zrobić. Coś łączyło go z tym chłopcem, jakaś więź, której nie potrafił określić.

„Nie zamierzam malować pana na pokaz. Sportretuję pana takim, jakim jest”.

Ale kim teraz jest? Świadom swojej niewiedzy wstał i zakończył spotkanie.

Kiedy Florentia zbierała swoje rzeczy, drzwi otworzyły się i weszły dwie osoby. Kobieta rzuciła się na Wintertona, bez skrępowania całując go w usta. Flora odwróciła wzrok, czekając na zakończenie powitania.

– Panie Rutherford, pozwolę sobie przedstawić państwa Rafaela i Arabellę Carmichael. – James z uśmiechem zwrócił się do przybyłych. – To pan Frederick Rutherford, sławny artysta. Przyjechał, aby namalować mój portret. Jak mówi jego agent, dla potomności i pomyślności.

– Wątpię, aby komukolwiek udało się coś namalować w półmroku – oświadczyła z humorem kobieta. – To byłby cud, gdyby malarz cię zobaczył.

Mówiąc to, Arabella Carmichael przyjrzała się uważnie artyście. Była najpiękniejszą kobietą, jaką Florentia kiedykolwiek widziała. Jej włosy mieniły się odcieniami rdzy, rubinów i jesiennych liści; pełne usta i rumiane policzki dopełniały symbolicznego obrazu ognia i płodności, radości, lata i sukcesu. Tego rodzaju czerwieni Flora używała bardzo oszczędnie w swoich pracach, gdyż bladły przy niej wszystkie inne kolory. Mąż Arabelli był równie urodziwy. W klapie surduta miał ozdobną szpilkę w kształcie rubinowego węża otoczonego drobnymi diamencikami.

Florentia, ukryta w swoich szarościach i brązach, czuła się obok nich jak zakurzony gołąb – nieatrakcyjna i zwyczajna. Pragnęła jak najszybciej wydostać się z tego pokoju, wypełnionego nagle atmosferą zmysłowości i niedopowiedzenia.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?