BełkotTekst

Z serii: Proza polska
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wybaczcie... ech... co za głupia pizda. Chciałaby naprawdę wrażliwego chłopca. Wypchanym portfelikiem też nie pogardzi. A jakżeby inaczej! Balon nadmuchany żądaniami. Ona chce. Ona pragnie. Ona ma ochotę. Ona żąda. Ona wydaje dyspozycje. Ona rozdziela i nagradza. Cała reszta to pocztówki. Z miejsc ładnych i kolorowych. Sięga po nie ręką i oto jest: zwycięzca konkursu. Orkiestra! Macanego! Grajcie! Graaajcie! Ona zaśpiewa. Zapisała się na kurs fri jazzu i dżudżitsu. Ha ją obchodzi, co to jest, ale to właśnie ten czas. Wykonuje mi przed twarzą chwyty ostateczne. Zapomniałem, zapomniałem, zapomniałem! Dodać sobie animuszu. Zmuszony jestem odpowiedzieć tylko niezdarnie wyćwiczonym gestem laboratoryjnym. Widziałem ten efekt na myszach. Zdają egzamin. Wyzwalają mimikę opiekuńczą. Łzy. Ale. He. Nie z nią ta gadka, jest jak makowina, której gęsty sok staje się nektarem śmierci. Jestem skłonny go zlizać i skończyć tę scenę, ale nie daje mi dojść do słowa. Wyrzuca z siebie setki informacji, które niczym klątwy z nordyckich opowieści mają mnie do czegoś sprowokować. Do jakichś uniesionych reakcji. Będę musiał dokonać wewnętrznej dezynfekcji. Zamiast mielić ozorem, mogłaby wykonywać świętą prostytucję i w taki sposób przysłużyć się bogom. Mogłaby oddać się 370 słoniom bojowym Hannibala, a następnie wpaść nocą na smażoną kiełbasę pod Halą Targową. Ale bardzo proszę dużo musztardy! – widzę, jak krzyczy sprzedawcy w ciemnościach – lubię na ostro... – celebruje przyrumienioną kiełbasę jak krwawy łup i myśli o białych panterach śnieżnych. Dobrze wyglądam w futerku? Robi jej się mokro między nogami i zamiast zjeść tę kiełbasę, pakuje sobie ją, suto podlaną musztardą, w pizdę. Dopiero teraz może spokojnie umyć sobie zęby.

Religia, którą uprawia, daje przynajmniej wymierne korzyści socjalne. Jej preparowane pątnicze łzy to czysty szlam, ale zdają egzamin. Obcieram je gestem i czuję, że kleją się jak smoła. Fest cierpi, zostawiła Tomka, żeby być z Michałem, albo na odwrót, ale teraz Michał nie chce być z nią i ona nie wie, czy ma wrócić do Tomka i czy będą znowu razem, albo na odwrót. Razem do następnego razu. Aż się Michałowi znów zachce spuścić z kija. Dlatego płacze. Delikatna i wrażliwa z niej samiczka. Bezbronna wobec okrutnego męskiego świata. Obejmuję ją czule, lepiąc się do rynsztoku, jakim jest jej twarz, i czuję, że mi bat staje na samą jeszcze niezbyt sprecyzowaną myśl. Wsuwam jej palce pomiędzy nogi. Zasysa je chciwie cipą, nie przestając łkać. Czuje się taka samotna i opuszczona. I porusza się miarowo, zaciskając moje palce. Już jest jej lepiej, ładuje mi beztrosko jęzor do gęby i smakuję zatęchłą woń papierosów i kilku innych obrzydliwych, na wpół strawionych składników spożywczych. Między zębami ma jeszcze resztki zetlałych nitek do czyszczenia. Kiedy zaczyna szczytować na swój sposób, a ja z ciekawości rozpinam spodnie, mówi, że ona tak nie może, że Tomek albo Michał, w każdym razie któryś z nich, wciąż ją kocha i ona jego też. Wycieram chusteczką rękę brudną od makijażu, który teraz stara się żywo poprawić paluchami, i odchodzę. Tymczasem ona szereguje zapachy, odświeża się łokciem oraz miętową gumą z podwójnym aktywatorem świeżości. Jest gotowa na podbój świata. Z wykałaczką w dłoniach staje na wysokości zadania. 3 metry. Stadion zastyga nieruchomo. Skoczy czy nie skoczy? Skoczyła – udało się... media wszystko pokazały... sukces... zgięta wpół... ona wie, co jest na czasie, a co nie jest, i co będzie w przyszłości, a co nie. Jest gotowa zakochać się raz jeszcze. Tak naprawdę. Do usranej śmierci. W bardzo wrażliwym, wyszczekanym chłopcu. Najlepiej, proszę ja was, made in UK z twardym włoskim i hmn... cóż... najlepiej białym bindasem. I urodzić mu gromadkę uroczych, gaworzących dwujęzycznie dzieciaków. A na dodatek nie ma nic przeciwko parom homoseksualnym. Królestwo za dobrego konia vel sztywną fujarę! Krzyczy. A filmy... i inne... kurde flak, wychodzą z mody... jak by na to nie patrzeć...

Ultranowoczesna kobieta. Doliczyć koszty transformacji. Mówisz takim. Co robisz? Piszesz wiersze? Książkę? Malujesz? Zdjęcia? Filmy? Architektura? Reklama? Muzyka? Moda? Internet? Scenografia? Aktorstwo? Modelarstwo? Firma papy? Salon? Co tam jeszcze? Interesujesz się...? Niepotrzebne skreślić. Nie spodziewałem się innej odpowiedzi. Jak nakazano w prasie – być zainteresowanym to teraz dobrze. Tusz do podkreślania osobowości. Poza tym więcej tu wszelakich osobowości niż gówien na Plantach. Co rusz ktoś wtyka ci swoje obindowane portfolio, tu performance, tam performance, i jakie bogate życie duchowe, elaboraty na temat własnych wnętrzności. Być to może? No. Przynajmniej poruszamy się po znajomym gruncie. I wszystko jest doskonale przewidywalne.

Spałaś z nim? Tak, ale to był tylko sex. Żadnych uczuć, po prostu czyste fizyczne zbliżenie. Energiczne pocieranie członkiem o szyjkę macicy. Fizjologia. Masaż wewnętrzny. Nic wielkiego. Normalka. Każdy w tej sytuacji postąpiłby... i tak dalej. Przy okazji schudła, odzyskała zdrowie i gumową pewność siebie. Same plusy.

Uff. Jak tak, to dobrze, od razu czuję się lepiej, znacznie lepiej – i pocałowałem ją czule w policzek. Kamień spadł mi z serca. Spała z nim, ale to był tylko sex. Nic więcej, tylko najnormalniejszy kurewski sex. Żadnych uczuć. Jak to dobrze, bo już zaczynałem się bać, że to coś poważniejszego. Kurwa jedna.

Sytuacja nienadzwyczajna. Każdemu się zdarza. Żadne objawienie, a raczej typowy problem telewizyjny. Syndrom kaprala. Dawanie dupy przez kraty. Koszary. Wino sex zawróciło mi totalnie w głowie. Gdzie nie spojrzę, tam dupsko. Napięte jak wigilijna ryba w siatce. Pod nóż. W szczupłych trykotach i półtonach pieśni godowych. Ciepłe majty głęboko wchodzą w poślady. Szczupak wśród nich. Okazja. Bonus. Plus to szczególne kiwanie w dupie. Tym razem w mojej. Szyja, chochla, zamrożona żytnia. Obyśmy byli jak ta pszenica, która wyda owoc. Inaczej święto trupa w Rakowicach. Syf i malaria, ciepły koniak czeski. Lolo Ferrari is dead.

Szewska? To gdzie ją teraz mogę spotkać? Blek? Dżez Rok? Dziewiątka? Ogródek? Wolność... widziano ją... rozpytywała oszołomionych panów, jakimi furami jeżdżą. Wie, czego chce. Pojemność silnika. Jazda na ssaniu. Przebieg. Przyspieszenie. Pewien pacjent z Warszawy miał. Znacie te historie... Qrwa, taki z niego gość je... Kwaśniewski, Gołota, biznesmeni z Pruszkowa... w klapach pozłacane pióra, na rękach pysznią się zegarki... wszyscy wizytówki z napisem „prezes”... a na deser Zakopane w kwiecie kurortu... reketierzy na nartach w obcisłych kombinezonach... markowane egzekucje w lesie nieopodal... i teraz on z Warsaw Poland Summer proponuje jej rolę w swojej nowej a dobrej firmie... ona z gracją przyjmuje zaproszenie... daleko wcięta na plery... sfingowany ślub, oczywiście w Mikołajkach... ginekolog część pierwsza... klatka po klatce... mogę rzeczowo stwierdzić – pasują do siebie – tańcząc razem, tworzą doskonały układ choreograficzny. Tak na oko zupełnie przyzwoite aktorstwo. Technicznie na niezłym poziomie. Oparte już na enginie trzeciego Q. Pirotechnika intymna OKI. No i wszystko ze sobą powiązane. Wątki jak makaron. Brakuje tylko kolekcji love songs i świec, i kolacji, i wina, i kabli, ażeby doszło do parzenia w stylu syna Kirka Douglasa w erotycznej opowieści z deszczykiem z pupy Sharon Ston. Tak czy owak, sukces towarzyski gwarantowany. Zasady działania drylownicy do wiśni przyswojone na czwórkę plus. Korzystając z okazji, skręci się całość na amatorskim sprzęcie. Być może uda się zmontować przynajmniej film klasy B. Z dorodnymi dogami i całą plejadą gwiazdeczek. Takie filmy są chętnie oglądane. Filmy, gdzie piękna, naga dziewczyna ucieka przed strasznym, wielkim potworem, i vice versa: wielka, straszna dziewczyna goni pięknego, nagiego potwora. Porno horror. Macica wybucha krwią jak pękaty kleszcz. Feeria barw i odcieni. Gwiazdy tańczą wokół rozpalonej głowy. Ostatnie tchnienie. Beaty. Głowa podana na liściach nenufaru. Z ryżem i sosem chilli. Przysmażona jak się patrzy.

Tomek gryzie swoje paznokcie jak magdalenki maczane w lipowej herbacie... zadumany... gdzie te zyski?... gdzie te zyski... utracone?... nie wystarczała jej symboliczna nowa astra... łyżka w bagażniku, klama w skrytce, a pod przednim siedzeniem solidna pałka... – przypomina sobie z łezką – na złych ludzi... na dobrych od czasu do czasu... Potrzeba jest matką wynalazków.

Tak mi żal ciebie, Tomku, jak siebie. Nękał mnie podobny broblem. I tak. Przyznaję bez bicia. Była niezła. Z przodu i z tyłu była niezła. Nietypowa dupa rodem z Polsatu. Lubiła się bawić w tatę i mamę. Zwłaszcza w pierwszy etap taty i mamy zwany kryciem mamy. Zawieszenie sportowe, przyspieszenie jak marzenie. W przeciągu czterech do sześciu sekund docierała bezbłędnie do punktów zwrotnych. Popularna i cycata. Nie odzywała się zbyt, żebyś nie wyczuł, jak bardzo jest głupia. Przynajmniej była użyteczna do publicznych pokazów, prokreacyjnych gestów tanecznych (zobaczcie ją na deskach w wolności, sam mjut), okresowego czyszczenia komina, smażenia kiełbasy, gotowania jaj i smarowania rdzewiejących łożysk kulkowych. Czasem aż limuzyna, jak się zrobiła.Kunsztowna. Leica wśród aparatów. Leksus. Pączek z różą. We wspaniałych, drogocennych materiałach termoizolacyjnych. Spotkałeś ją na promocji słynnych amerykańskich papierosów. Ty z ciemnym, ona z paczką. Mocna w gębie. Gibka w piździe. Kupiłbyś od niej worek dobrych ziemniaków. Gdyby tylko chciała sprzedać. Teraz co rusz promocja, a ty śnisz, że bóg podaje ci generała jej rękami, a potem ona go spala piczą jak na filmach i parzy się, boleśnie jęcząc. Dość!

Dobrze. Teraz. Pozwólcie przedstawić sobie. Mahatma Tomek we własnej osobie. Bywalec ołtarzy bohemy. Genialny i młody. Wyraz twarzy: chuj grymaśny. Sypnął mu się wąs mądrości. Mądrzejszy jest od telewizora. Jego pomysł na życie jest rozchwytywany przez zdrową, wolną prasę. Co za genetyka! Uroda popołudniowca. Rokuje nadzieję na naprawdę świetny klon. Z pewnością uruchomią potem specjalną linię produkcyjną. Zejdzie z palety całymi seriami. Zaludni Chiny i Indie razem wzięte. Kulisi będą wozić go rikszami po zatłoczonej Kalkucie. Oto nadciągnął nadczłowiek! Ubersahib! Wyśmienity dawca nerek. Kanibale z ochotą zamówią czteropak nieco tęższej wersji. Jego sproszkowane zęby to doskonały afrodyzjak. Zaś odgrzewane monologi to pierwszorzędny środek wymiotny. Podczas stosunków płciowych stara się naśladować znanych aktorów. Z różnym skutkiem. Poza tym to prawdziwy i wypróbowany przyjaciel. Teraz stoi tu dla mnie. Specjalnie dla mnie. Sprawia mi ogromną przyjemność swoją antypotną obecnością.

 

Śri Tomek, gdy jest za granicą, nie przyznaje się, że pochodzi z Polski. Po co. Przecież tak naprawdę jest obywatelem wielu ras. Wielu płci. Trzyma mocno z pedrylami. Bi. Wiesz, kurde, nowa Europa... wszystkie dzieci nasze są... Sasza, Natasza, Tomek, Dżon... Sława, jeżeli można używać podobnych słów, gdy się sprzedaje oprawki renomowanych producentów oprawek, zupełnie nie uderzyła mu do pały. Poza tym dorabia na chemii spożywczej. Pod ogólniakami. Łajty, kwary, zielone, wszystko tanio, sucho i bezpiecznie. Za młodu Katowicki Uniwersytet Lubelski juma. Jak je? Kul je. Jego aniołek stróż raz nasmarowany działa bezbłędnie. Piniądze. Tak. Są. Ale nie zawróciły mu w głowie. Jest całkowicie normalnym, przedestylowanym człowiekiem. Ubiera się nieco cieplej, nieco lepiej. Nieco drożej. Nie zmienił się ani trochę. Ma w sobie pokorę. Mnicha zen. Czerwonych porzeczek. To mógłbyś być ty lub ja. Wypowiada mi te banały tonem sugerującym, że ma mnie serdecznie w dupie, a to, że tu stoję i do mnie mówi, to tylko jego dobra wola. Pan mój i bóg mój. Nie przerywa swojej transgenicznej tyrady ani na chwilę – owszem, zaspokaja wszystkie materialne i niematerialne, naturalne i sztucznie wywołane potrzeby, pozwala sobie na to czy tamto, to wszystko bardzo ciężka praca i dni wyrzeczeń od kurzenia, i znajomi we właściwym miejscu i czasie, tatuś, mamusia, ma prawo być dumny z tego, co robi, zna wielu i wielu zna jego, i będzie jeszcze lepiej – teatr swój kontaktów i telefonów widzi gigantyczny, ale nie wynosi się ponad innych... jeżeli nie ma na to akurat ochoty, cóż... to zwykłe życie, harówka, a to, że sobie może pozwolić na to czy na tamto, nie zmienia niczego, oczywiście, że cały czas jest z Iwoną, ale akurat się złożyło, że laska chce mu pociągnąć, to głupio w takiej sytuacji byłoby się nie zgodzić, zwłaszcza że prosi go o to stara znajoma, a przynajmniej wygląda na kogoś takiego z twarzy i niekoniecznie Iwona musi o tym wiedzieć, dobrze, dobrze, niestety musi uciekać, jest przecież umówiony i – rzecz jakże naturalna – już spóźniony, na razie, na razie, będzie pamiętał o mnie. W piekle. Aha. Gdybym spotkał Beatę... oczywiście, ja też będę pamiętał...

Na odchodnym poprawia ciemne okulary ułożone obowiązkowo na czole – powodzenia! Powodzenia! Niebiosa, rosę spuśćcie nam z nosa! Pierdzi mentalnie, w pełni zadowolony z wydzielonego porami żelu i nieco też szarmancko szlachetny wieczorem. A świat się krztusi. Świat musi.

Palenie tytoniu powoduje raka i choroby serca, Tomku, pamiętaj! Nie wspominając nawet o raku piersi, odbytnicy, próchnicy... defektach... inkubacji znanych... oj... pękło... błona... komunikat: rozmowa zakończona pomyślnie. Gdzie jestem? Na plakatach jednostki chorobowe... ciała – profile modeli... marzycielskie... i romantyczne... włosy starych kobiet wokół widelców... na talerzach żeberka... zamarzające płyny sercowe... zdrowy, pozbawiony cholesterolu produkt, dający poczucie zadowolenia, łatwy w smarowaniu, o klarownym, wyrafinowanym smaku... dobre picie, dobre jedzenie i dobre lekarstwa... szlif świata... wilgotny wciąż całun w dowodzie osobistym... żeby ci tak zamiast chuja serce stanęło.

Alt+F4. Co złego, to nie ja. Co złego, to nie mi. Dygoczę jak małpka z show... zainstalowana na negocjacjach o lepsze jutro dla siebie i swoich dzieci. Mam do tego prawo! Mam prawo do rytualnego tycia! Mam prawo do dewiacyjnej promocji! Milla Jovovich zagrała w nowej reklamówce L’Oréal. Pełna napięcia! Zadęcia! Doskonała obsada. Lepiej tyć nie może. Po pysku ciekną mi toksyczne łzy, po tych moich proustowskich słodkich batonikach z orzeszkami ziemnymi... wspomnień z tyłka rzadki czar... telewizor idzie, radio gra, pralka chodzi, pierwszy program śnieży, w łazience się pali, a w kuchni świeci, mama śpiewa mi robotnicze kołysanki... podprogowe komunały... musiałem zostać w domu na pogrzeb Breżyniewa... kazali w szkole zostać... grałem w piłkę w technikum budowlanym... spocony i posiniaczony na obiad do domu... miałem wszystkie „Światy Młodych” z Bruzli w rubryce filmowej... Wojny gwiezdne, he... też... a na Niewolnicę Isaurę czekałem z drżącym sercem, gdy dla rannej zmiany szła, to nawet i dwa razy w dniu się oglądało... trafiła w gusta spragnionego gęstego chłamu widza bezbłędnie... a filmy z nieruchawymi potworami i bezprzyczynowym mordobiciem najbardziej się podobały... można było naśladować w szkole... pewnego dnia ojciec przyniósł do zabawy żywą rtęć.

Metaliczne kulki toczyły się po płytkach PCV z zabawnym wigorem... – ta scena, pamiętacie, Terminator wstaje, gdy wszystkie te metaliczne kulki rozlane po podłodze się połączą... azot bucha gdzieś z kontenera... czeluść opuszczonej fabryki... ściga potem bohaterów pozytywnych, sam niejednoznaczny moralnie... dreszczyk faktycznej emocji, i jak drażni wyobraźnię! Ołowiem też się bawiłem, ołów – dodaj do ulubionych!... to dopiero było... wszak materia... metal, a ty go wyginasz, jakbyś był cudotwórcą... pani od fizyki przystawia licznik Geigera do ścian i okazuje się, że promieniują jak cholera... wielka płyta... na bazie odpadów z elektrowni. Okres wytrzymałości budynku – 40 lat. To dużo! Gdyby oni wówczas stworzyli piramidy... czerstwi junacy z nowohuckiego Meksyku... spuścizna byłaby krótkotrwała, nie byłoby więc tych sytuacji, gdzie musisz stać na grobach przeszłości, starając się ich nie zadeptać, chwytać się z trudem gałęzi, co wyrosną, a jedynie brzuchem zamocowany w teraz... w trawieniu... 30 lat minęło – do stajni wkraczają trzej mędrcy z Brukseli – wesołych świąt i udanych niskich cen... certyfikaty jakości dla dzieciątka... błona dziewictwa masy socjalistycznej jak pęknięty balonik. Nowe, grube filozofie... nowe, sztywne prawa... bogata w mikroprocesory pasza... społeczeństwo zrzuca wężową skórę... to futerko jest lepsze, to futerko mieć wolę... mimetyzm społeczny proamerykański... kiedy szaleje rzeczywistość, dzieją się różne jaja... 40 lat minęło, wielka płyta upada... nowe budownictwo upada... dumny, szklano-betonowy, toksyczny konstrukt... widzę cię! słyszę cię! sąsiedzie... fraktalu... mój klonie pierdolony!

Można wszystko, byle cicho. Byle w ciasnym gronie było. A jeszcze nie tak dawno w szklarniach tylko dojrzewały prawdziwe kaktusy epoki. Halo, halo. Tutaj, przy rondzie. W ogrodzie botanicznym. Abyście mogli państwo znaleźć drogę do siebie samych w harmonii ze wszechświatem. Nalepa lepił się gdzieś po Polsce. Jeden bilet ulgowy, drugi normalny. Pierwsza fala kolorowych krakowskich narkomanów przekazywała zaszczytną pałeczkę trochę młodszej, acz smutniejszej generacji. Fala. Moja miłość do kontrkultury... pod wieczorowymi ogólniakami z cieknącym nosem... bałwochwalcze oszołomienie... w różnych stanach skupienia. Ściskając legitymacje pankowskie, stopem do Jarocina. He.

Da. To było smutne doświadczenie – ten w większości mdły polski rock. Dojmujące. Witamy załogę z Ciężkowic! Co wam, chłopcy, zalega w jelitach? Możecie nadupcać się po ryjach, ale plis, dwa metry dalej. Temperatura niepokojowa. Watahy polują na skóry. Donut’s combat. Nie dadzą zjeść na spokojnie pączka. Wszędzie zakrwawione, pozbawione zębów, żółte gęby. To był schyłek. Kramy z pamiątkami. Trupie czaszki, plakietki, kadzidła, duperele dla rzekomego podziemia. Pan Maciej na czarnej okładce. Pod kościołem ciemne pieczywo z ziarnami słonecznika. Bezpieczny pakiet z Monaru. Błogostan. Stary, czujesz się tak, jak się nigdy jeszcze nie czułeś. Metadon podawany niczym piłeczka. Jak z trzech dżisów zrobić cztery. Łikendowy kurs. Bęc. Prohibicja. Dla kogo i komu? Robią flaszkę w podcieniach ratusza. Różne wynalazki piją. Z apteki, nie z apteki. Dyktę, nie dyktę. Gałka muszkatołowa, aviomarin, woda utleniona, piguły, banany, że o tamponach z czystą w tyłkach nie wspomnę. Pod płotem i za kioskiem Ruchu ślisko od szczyny. Na chodniku gęsta flegma. Total hai na muniu. Przykry haik. Wolny kac i szybka miłość po 14 jabcokach. Tłuste, długie włosy z fast blusem. Okoliczna ludność nie jest do końca przekonana co do tej fety gnijącej młodości. I tak, i nie. Nie za bardzo to czuć agroturystyką. Wokal z KSU podrywa młode kiszki w koszulkach z nadrukami zespołów muzycznych. Takiemu to dobrze! Piecze kiełbasę na ognisku, które wszak sam wzniecił. Rock’n’krocze. Pogo misia gogo. Kakało sie wygotowało. Gdzie są chłopcy z tamtych lat. Przez kominy poszli w świat. Kartusz. Da. Szkoda czasu, benzyny. Wszystkiego.

Uff, off... dałem mamie do wyprania przepocone ubranko. Gdzie żeś je tak zbrudził – pytała. Aaa... nigdzie.

Pokolenie lat „Przekroju”, „Perspektyw” i Atari 800 XR wymarło naturalnie. Magazyny „Razem” i „Świerszczyki” w punkcie skupu. Nawet nie potrzeba było meteorytu. Ino fikcje. Saients. „Młody Technik” na ten przykład.

Widzę ten czas tak wyraźnie i całą przeszłość poprzez miraże słodyczy i smaku racjonowanej żywności, trwało to... błyskawiczne wyładowanie... zaledwie trzaski na łączach... mały zgrzyt... brałem udział... owszem... powrót nocną ulicą obcego miasta rowerem ze słabymi hamulcami. Błędnie wypisane bilety powrotne... podrajcowani gondolierzy pałują tych, co nie posiadają... środków na pokrycie... manekin Marcina ucieka z taksówki na moście Grunwaldzkim. Spieprza jak ścigane zwierzę pomiędzy zabytkami. Widzę to teraz, listopadowym wieczorem, na zimnej, zarażonej kaszakiem ulicy Lubicz. Oddaję się refleksji i kwaśny deszcz moczy moją twarz. Oddaję się chłodnym, nieprzyjemnym kroplom, jakby to były jakieś w dupę jebane łzy. Jakbym czerpał z tego wszem przykazaną, tfu... poetykę koniunkturalną. Wyrażoną metaforycznym zapotrzebowaniem społecznym. Niekonwencjonalność stała się konwencją. Zatem przede wszystkim smak szluga i kolor jowisz TV. Moje nogi, szeroko rozłożone. Słyszę, jak upada gdzieś mydło. Paf... paf...

Ślizga się pomiędzy wąskimi uliczkami nadwyrężonej na zgięciach mapy. Jawi się cały przekrój żółtobeżowego miasta. Projekty. Ogrody. Tereny zielone. Salwator. Zabudowania. Wyposażenie mieszkań. Gigant. Azory. Infrastruktura sportowa. Morderstwo na Grodzkiej. Spalony lokal z egzotycznym żarciem. Maczałeś w tym paluchy, Arti? Pawilony gastronomiczne. Jubilatka z podmiejskimi nożownikami. Ezoteryczny bilard. Pekin w toaletach miasta. Jeden. Drugi. Trzeci. Blok cudów na Zielonym. Teatr Ludowy. Tereny rekreacyjne. Cafe Cabaret. Prasa, książka, chemia. Wątpię. Rio. Zwis. Smutny Ermitaż. Szybki tramwaj. Wolno się sączy. Ropa. Syrop. Smalec. Kokieteria. Dwudziestolecia PRL. Aleja Planu Sześcioletniego. Aleja Jana Pawła. Dom handlowy Wanda. Zajazd Meksyk przed pętlą dwudziestki. Dziwki na Kogutku pod Olkuszem. Modlitwa do zamarzających trupów na Rakowicach. Mozart, dom handlowy, i kłębowisko napierdolonych, wygłodniałych kowbojów wokół konsolety na jeden i ten sam kardridż o słodkich herosach. Taki sam, o jaki się pytałeś wtedy, kutasie. Przenoszą się z tym bajzlem jak tabory cygańskie. Dilerka autoryzuje się wzajem przed wejściem do lokali zastępczych i dewastacją tychże. Nie ma szans, żeby choć upchnąć głupiego pirata. A co dopiero mówić o większych sumach. Dilpaki w ukrytym wymiarze. Pupa. Jakoś gwarantowana jakość. Tuż obok. Tuż-tuż. Porządne zachodnie volkssuczki. Cichutko. Stop. Naruszenie przepisów kucharskich. Panie policjanty i ich szarmanckie ciemne tonfy. Jeden sowicie pokryty gęstym prawem gest i zabiorą pieczołowite całopalenie. Mając dostęp do tajno-śmiesznych magazynów, są w wiecznej ciąży i w żyłach im krąży, i w sercu śpiewa. Krew nie woda!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?