Shadow Raptors. Tom 1. Kurs na kolizjęTekst

Z serii: Shadow raptors #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Sławomir Nieściur

All rights reserved

Copyright © by Drageus Publishing House Sp. z o.o.,

Warszawa 2019

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-94-4

ISBN MOBI: 978-83-65661-95-1

1

Krążownik „Rubież”, stocznia naprawcza

Układ planetarny Epsilon Eridani

– Komandorze, wrogi obiekt! Sektor trzeci! – rozległ się głos pierwszego oficera.

Drzemiący przy konsoli komandor Lupos poderwał się ze swojego miejsca jak oparzony, po czym jednym susem doskoczył do wpatrzonego we wskazania przyrządów porucznika.

– Prędkość?

– Dwie tysięczne świetlnej. Idzie prostopadle do płaszczyzny ekliptyki.

– Daj na główny wyświetlacz, Moss!

– Tak jest!

Na ciemnej jak smoła powierzchni wielkiego ekranu, zajmującego prawie całą przednią ścianę mostka, wykwitły nagle dziesiątki różnokolorowych symboli, pokazujących pozycje rozmieszczonych w sektorze boi sygnalizacyjnych i platform artyleryjskich. Pomiędzy oznaczeniami stacjonarnych instalacji wiły się pulsujące, przerywane linie, wyznaczające trajektorie mobilnych systemów rakietowych. W nierównych interwałach rozbłyskiwały na seledynowo symbole aktywujących się młotów – wielotonowych stalowych kul z doczepionymi napędami, których podstawową, a w zasadzie jedyną funkcją było taranowanie z ogromną prędkością obiektów sklasyfikowanych jako zagrażające instalacjom układowym. Pośród tej mozaiki sunął w poprzek ekranu jaskrawożółty symbol wrogiego okrętu. Ikony bezzałogowych instalacji obronnych, które mijał intruz, gasły jedna po drugiej jak świeczki na wietrze.

– Oumuamua! – rozległ się na mostku zbiorowy jęk.

Po raz pierwszy skuński okręt pojawił się w Układzie Słonecznym sto osiemdziesiąt pięć lat wcześniej, na początku 2017 roku, i początkowo wzbudził jedynie umiarkowane zainteresowanie ziemskich obserwatoriów. Ot, jeden z dryfujących od eonów przez przestrzeń okruchów kosmicznego gruzu, pochwyconych na pewien czas w pole grawitacyjne Słońca. Nie emitował żadnego promieniowania, nie ciągnął za sobą charakterystycznego dla komet warkocza gazów, słabo odbijał światło. Jedynymi cechami, które odróżniały go od innych tego typu ciał, był charakterystyczny, wrzecionowaty kształt oraz specyficzna rotacja – obiekt nie koziołkował, lecz obracał się wokół osi podłużnej.

Nazwano go Oumuamua, co w którymś z ziemskich dialektów oznaczało jakoby pierwszego posłańca. Do tego samego nawiązywało również oficjalne oznaczenie, które mu nadano, czyli „1I”, jako że zgodnie z ustaleniami założonej na początku XX wieku Międzynarodowej Unii Astronomicznej niewielkie ciała niebieskie przemieszczające się w przestrzeni międzygwiezdnej oznaczane są w sposób podobny do komet. Tajemniczy przybysz został obfotografowany, opisany, wciągnięty do oficjalnych rejestrów, opublikowano też na jego temat kilka artykułów w specjalistycznej prasie oraz niezliczoną ilość wzmianek na przeróżnych portalach internetowych.

Jakiś czas później, ku ogromnej konsternacji astronomów, Oumuamua zmienił trajektorię, gwałtownie przyspieszył, po czym zniknął w pasie planetoid, znajdującym się pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza. W rejonie, w którym soczewki i zwierciadła ziemskich teleskopów widziały go po raz ostatni, dryfowała w przestrzeni jedynie chmura zmrożonego organicznego gazu i niewielka ilość drobnych okruchów skalnych. Od tego momentu sprawy nabrały tempa.

Mniej więcej po roku od zniknięcia pierwszego w układzie pojawił się kolejny obiekt, niemal dwukrotnie większy od poprzednika, a zaraz po nim dwa następne, równie wielkie. Na koniec do Układu Słonecznego wpłynął majestatycznie prawdziwy kolos: pięciokilometrowej długości, planetoida niemalże, otoczona rojem swoich mniejszych kopii.

Poruszając się dokładnie torem, którym leciał pierwszy Oumuamua, obiekty pomknęły w kierunku Jowisza, by zniknąć dokładnie w tym samym miejscu, co ich poprzednik. Nim upłynęła dekada, w kierunku Fałdy, bo tak roboczo nazwano punkt, w którym dematerializowali się tajemniczy podróżni, wysłano sondy badawcze, a wkrótce po nich pierwszą misję załogową.

Już na miejscu ustalono, że w głównym pasie planetoid, a konkretnie w samym środku rodziny o wdzięcznej nazwie Flora, znajduje się mający trzy tysiące kilometrów średnicy obszar idealnie pustej przestrzeni, emitujący jednocześnie zadziwiająco duże ilości promieniowania elektromagnetycznego o składowej dipolowej identycznej, jak ta cechująca pomarańczowe karły.

Po trwającej kilka miesięcy intensywnej obserwacji dziwnego zjawiska w środek anomalii posłano zestaw ekranowanych sond, wyposażonych w najnowszej generacji systemy nadawcze i wizyjne.

Zgodnie z przewidywaniami badaczy wszystkie, co do jednej, zniknęły natychmiast po osiągnięciu celu. Naukowcy nie przewidzieli jedynie, że nie utracą łączności z próbnikami nawet na milisekundę. Niedługo później wpatrzeni w ekrany jajogłowi ujrzeli transmitowany przez sondy widok dziesiątków znajomo wyglądających wrzecionowatych skalnych kształtów, dryfujących w przestrzeni i podświetlonych blaskiem odległej, ciemnożółtej gwiazdy, oraz wielką żebrowaną konstrukcję w kształcie kuli, wokół której uwijały się setki mniejszych obiektów.

Nieopodal kuli dryfowała w przestrzeni planetoida, kilkakrotnie przewyższająca rozmiarami tajemniczą instalację. Ze zrytej kraterami powierzchni wznosiły się ku ciemnej pustce ogromne dźwigary i rusztowania, po których sunęły w stronę kuli taśmociągi z urobkiem.

Przesłane z modułów astrolokacyjnych dane pozwoliły ustalić, że naturalne bądź sztucznie wytworzone punktowe zagięcie czasoprzestrzeni umożliwiło sondom dotarcie w pobliże odległego o dziesięć i pół roku świetlnego pomarańczowego karła Epsilon Eridani i okrążającej go pojedynczej planety AEgir oraz jej księżyca, ochrzczonego później mianem Sigil.

W 2045 roku, gdy do układu Epsilon Eridani wleciały pierwsze ziemskie okręty kolonizacyjne, budujący tam swą bazę Skunowie po raz pierwszy – i jak się później okazało, również ostatni – podjęli próbę skomunikowania się z ludzkością. Komunikat tekstowy, który odebrano na okrętach, sformułowany był w bezbłędnej angielszczyźnie i brzmiał następująco: „To miejsce należy do Skun. Opuśćcie je”.

Ludzkość rzecz jasna nie usłuchała.

Siedemnaście lat później szczątki głównej bazy Skunów – owej jajowatej konstrukcji – oraz towarzyszących jej dziesiątków kamiennych Oumuamua dryfowały w przestrzeni, ściągane stopniowo grawitacją Epsilon Eridani jako bezkształtne, stopione piekłem atomowego ognia zlepki żużlu i metalu. Wśród tego cmentarzyska połyskiwały gdzieniegdzie srebrem zdeformowane, poprzepalane na wylot wiązkami plazmy i podziurawione pociskami kinetycznymi kadłuby piętnastu ziemskich okrętów wojennych.

Ocalałe ze zgotowanego przez ziemskich najeźdźców pogromu niedobitki floty Skunów czmychnęły na krańce układu, gdzie ukryły się wśród liczącego miliony obiektów wielkiego pasa lodowych asteroid i skąd przez następne sto czterdzieści lat z przerażającym uporem systematycznie miały nękać zadomawiających się w układzie ziemskich konkwistadorów.

– Mamy tam jakieś siły? – zapytał ponuro komandor.

– Nie – odpowiedział krótko Stanley Moss, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Ile czasu zajmie mu przedarcie się w pobliże planety?

– W tym tempie jakieś trzydzieści sześć godzin.

– Rozproszyć młoty! – rozkazał Lupos. – Formacja potrójny wachlarz! I niech uderzają asynchronicznie!

Komandor wycofał się pod przeciwległą ścianę mostka, by mieć lepszy ogląd sytuacji na ekranie. Dopiero patrząc z takiego dystansu, dostrzegł, jak szeroką wyrwę w umocnieniach zdążył już wyorać skuński moloch od momentu, gdy wyłonił się z pasa asteroid.

– Ktoś mi wyjaśni, jakim cudem przeszedł niezauważony przez pół sektora? – zapytał podniesionym głosem, łypiąc złowrogo w stronę stanowisk nasłuchu.

Zgarbieni nad swoimi konsolami łącznościowcy skulili się jeszcze bardziej. Na mostku krążownika zapadła cisza, przerywana jedynie monotonnym pikaniem, które towarzyszyło przemieszczającemu się na ekranie symbolowi obcej jednostki.

– No słucham? Kapralu Kulak? – zwrócił się do siedzącego najbliżej łącznościowca. Mężczyzna odwrócił się do niego z fotelem, po czym zmęczonym ruchem ściągnął z głowy staromodne słuchawki.

– Przecież pan wie, komandorze – odparł z westchnieniem. – Nadajnik dalekiego zasięgu nie działa, odbiornik również, a transmisja z radiolatarni raz jest, raz jej nie ma. Ten sygnał – wskazał na ekran – i tak ma godzinne opóźnienie.

– A co to ma do rzeczy?! – żachnął się Lupos. – Skunowie lecą sobie jak gdyby nigdy nic od… – Zmarszczył brwi, obliczając w pamięci dystans, który przebył wrogi okręt od przypuszczalnego punktu startu. – Pięciu? Sześciu godzin? Opóźnienie opóźnieniem, ale na litość boską, jesteśmy podłączeni do anten stacji. Nasłuchujemy już drugi dzień! Pakiety przychodzą cały czas, godzina czy dwie nie powinny robić różnicy!

 

– On tam musiał być od dawna, panie komandorze – odezwał się ze swojego stanowiska porucznik Moss.

– Słucham? – Lupos odwrócił się gwałtownie w jego stronę.

Oficer nawet tego nie zauważył, bo drapiąc się po ostrzyżonej na jeża głowie, patrzył w skupieniu na ekran.

– W pozostałych sektorach nie ma zniszczeń, nie odnotowano rozbłysków ani emisji promieniowania. Pobrałem też dane z tamtejszych ewidencji młotów… Chwileczkę… – Sprawdził coś na podręcznym wyświetlaczu. – Ani jeden nie wszedł w tryb bojowy od dziesięciu dni.

– No to skąd się, u diabła, wzięli w układzie? I to w samym środku terytorium Autonomii? – jęknął komandor.

– Znikąd. – Pierwszy oficer wzruszył ramionami.

– Jak to?

– Proszę spojrzeć. – Moss przysunął się bliżej ekranu i stuknął palcem w jego lewy dolny narożnik. – Wyszli z drugiego pasa asteroid, i to z największego rumowiska. Autonomia od dawna traciła w tym rejonie mnóstwo sprzętu, z czego większość znikała bez śladu. To między innymi z tego powodu tak mocno zaangażowali się w wyścig do tego nowego gruzowiska. Mam rację, Katiu? – Odwrócił się w stronę dziewczyny siedzącej w najdalszym kącie, za półokrągłym pulpitem.

Urodziwa inżynier pokazała uniesiony kciuk. Urodzona i wychowana na jednym z habitatów Związku Orbitalnego, w warunkach niskiej grawitacji, była smukła jak łania i wiotka jak elf.

– Tutejsze zasoby węglika krzemu, nawet jeżeli zsumować złoża w pasie asteroid i te z obu planet, pod względem objętościowym są mniejsze niż te nowo odkryte, zaś ich eksploatacja coraz mniej opłacalna. Straty w sprzęcie, jakie Związek Orbitalny poniósł dotychczas, niemal dwukrotnie przekroczyły wartość ogólnego wydobycia, włącznie z kosztami ekspedycji poza układ Epsilon Eridani, do pola planetoid zewnętrznych – wyrecytowała monotonnym głosem i jakby mimochodem. Wzrok miała wbity w rozjarzony wszystkimi kolorami tęczy panel sterowania systemami napędu krążownika.

– Chwileczkę… Czy ja dobrze zrozumiałem? Sugerujecie, że ten Oumuamua czaił się tam już od dawna?! – zdumiał się Lupos.

Oboje jednocześnie skinęli głowami.

– Od dwa tysiące sto osiemdziesiątego siódmego roku aż do dziś – podjęła Sniegowa – czyli przez ostatnie piętnaście lat, w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęło w tamtym rejonie trzynaście naszych masowców, osiemnaście okrętów eskorty i kilkadziesiąt bezzałogowych szperaczy. Coś rozniosło na strzępy jedną sigiliańską rafinerię i uszkodziło dwie inne. Mało tego, rozbił się tam niedawno patrolowiec z AEgira z ekipą dochodzeniową na pokładzie. Oficjalna wersja jest taka, że zderzyli się z zabłąkaną asteroidą, ale… ale ja w to nie wierzę. – W jej głosie zabrzmiał sceptycyzm. – Zeskanowałam z najbliższego szperacza całą okolicę w promieniu dwudziestu sekund świetlnych i nic nie znalazłam, panie komandorze. Żadnego obiektu. Oprócz rzecz jasna szczątków patrolowca. Gdyby sprawcą był przypadkowy, wytrącony z trajektorii głaz, skanery z pewnością by go wykryły.

– I to waszym zdaniem jest dowód na to, że Oumuamua czyhał tam w ukryciu?

– Nie inaczej, panie komandorze. Czaili się tam, czaili od dawna! – oznajmił Moss z przekonaniem. – Zapewne w cieniu jakiejś większej skały. I odparowywali wszystko, co znalazło się w zasięgu strzału.

– Bzdury pan wygaduje, poruczniku! – żachnął się Lupos.

– Badałam sprawę tych zaginięć, komandorze – powiedziała Sniegowa z naciskiem. – To musiał zrobić właśnie ten okręt! Sześćset dwadzieścia jeden osób. Tyle zaginęło. A to – wskazała oskarżycielsko na ekran – jest sprawca tej hekatomby! – Jej głos nie był już beznamiętny.

Lupos spoglądał z konsternacją to na nią, to na ekran, podobnie zresztą jak reszta obsady mostka, nie wyłączając skarconych przed paroma chwilami łącznościowców.

Jedynie kapral Kulak nie wyglądał na poruszonego. Nałożył słuchawki i wrócił do obserwacji przyrządów.

– Jeżeli ich nie powstrzymamy, przedrą się na orbitę AEgira – dodał ponuro Moss.

– Komandorze, przekaz tekstowy z Habitatu Szóstego – zakomunikował nagle Kulak. – Przesłać na pański terminal?

– Po prostu zreferuj – odparł Lupos, masując skronie.

Był zmęczony, bolała go głowa, w głębi duszy wciąż jeszcze odczuwał pobitewny stres. Utarczka ze skuńskimi myśliwcami, które wyroiły się niespodziewanie w przestrzeni pomiędzy Epsilon Eridani a jej najbliższą planetą, AEgirem, i obskoczyły jego krążownik, kosztowała go utratę wszystkich bezzałogowych szperaczy eskorty. Prawdę mówiąc, gdyby nie refleks inżynier Sniegowej, która w ostatniej chwili odpaliła napęd pulsacyjny, oraz brawura dowódcy eskorty, pułkownika Dresslera, prawdopodobnie z życiem pożegnaliby się wszyscy na okręcie. Dzięki tym dwojgu krążownik wyszedł ze starcia jedynie mocno pokiereszowany.

– Chwileczkę… – Kulak jeszcze raz przebiegł wzrokiem tekst depeszy. – Ci geniusze przysłali zaszyfrowaną! – jęknął. Z wnęki pod blatem konsoli wyjął plik pożółkłych ze starości tablic deskrypcyjnych.

– Jakie kodowanie? – zapytała ze swojego stanowiska Sniegowa. Podniosła się z miejsca i kołysząc biodrami, podeszła do kartkującego archaiczną książkę szyfrów łącznościowca.

– A skąd niby mam wiedzieć?! – warknął z irytacją kapral. – Same zera i jedynki. Pierwszy raz coś takiego widzę na żywo!

– Żartuje pan? – zdumiała się. – Przecież to zapis binarny, na litość boską! Czego oni was uczą na tych kursach? Proszę to przesłać na mój terminal. – Ignorując pełne ekspresji mamrotanie zawstydzonego mężczyzny, szybkim krokiem wróciła na swoje stanowisko.

– Uwaga, młoty za chwilę osiągną cel! – zakomunikował Moss.

Lupos natychmiast przeniósł wzrok na główny ekran.

Do okrętu Skunów zbliżały się w szybkim tempie trzy roje punkcików. Jedno ze skupisk było tuż przy molochu.

– Wielokrotne trafienie – zameldował porucznik zupełnie niepotrzebnie, bo wszyscy doskonale widzieli znikające jeden po drugim symbole pocisków kinetycznych.

– Albo i nie – mruknął pod nosem Lupos. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ekran. Z doświadczenia wiedział, że młoty są naprawdę skuteczne tylko wobec mniejszych, słabiej opancerzonych lub wcześniej uszkodzonych w boju spotkaniowym jednostek, czyli takich, które nie miały szans ani ich zestrzelić, ani też uciec przed szarżującymi bezzałogowcami.

Ogromne, wydrążone w środku bryły kamienia, bo tym w istocie były okręty wojenne Skunów, wyposażone dodatkowo w potężne systemy defensywne, młoty mogły jedynie spowolnić.

– Druga formacja w celu! – znowu zameldował porucznik. – Oumuamua przyspieszył. Trzy tysięczne świetlnej. Trzecia formacja… chybiła – dodał po chwili.

Na mostku rozległ się chóralny jęk zawodu. Lupos jeszcze głębiej zapadł się w fotel.

– Wystrychnęli nas na dudka – stwierdził ponuro. – Te myśliwce, które nas zaatakowały, miały za zadanie odciągnąć nasze siły jak najdalej od sektora, wykrwawić, żeby ten gigant mógł spokojnie przeorać nasze pozycje… – Zrezygnowanym gestem musnął jeden z przycisków, wyłączając tym samym terminal, po czym obrócił się z fotelem w stronę Sniegowej.

– Rozkodowałam wiadomość – poinformowała inżynier. – Standardowy komunikat, nadany na wszystkich pasmach. Wykryli wroga i proszą o wsparcie.

– Naprawdę nie mamy tam żadnych sił? – Komandor spojrzał na Mossa błagalnie, jakby spodziewał się, że ten wyciągnie nagle jakiegoś ukrytego w rękawie asa i oznajmi z tą charakterystyczną dla siebie nutką pyszałkowatości, że jednak coś jest.

– Tylko automaty, żadnych załogowców – odparł oficer ze smutkiem.

– Kurwa mać! Jak długo potrwa naprawa uszkodzeń?

– Za długo, panie komandorze – odrzekł ponuro Moss. – Montaż podzespołów nadajnika potrwa co najmniej cztery godziny, drugie tyle zajmie kalibracja systemu. No i musimy zaczekać na nowy deflektor. Dwie doby minimum, a i to pod warunkiem, że tutejsza biurokracja nie opóźni terminów dostaw.

– Komandorze, napisali, że na Habitatach Szóstym, Czwartym oraz Jedenastym przebywają aktualnie jedynie służby techniczne! Właśnie rozpoczął się sezon rehabilitacyjny! – wykrzyknęła z radością Sniegowa. – Populacje są już w enklawach, na planecie! – Uradowana, zaklaskała w dłonie jak mała dziewczynka.

Poorane zmarszczkami oblicze komandora wygładziło się, na wąskich ustach zaigrał uśmiech. Lubił tę dziewczynę, jej entuzjazm, ale przede wszystkim cenił niezwykły profesjonalizm.

– Doskonale – powiedział, wstając. – Monitorujcie to draństwo – zwrócił się do łącznościowców. – Zapisy zrzucajcie na serwery stacji. Prędzej czy później ktoś je odczyta.

– Czy nadal mam wywoływać pułkownika? – spytał Kulak.

– Tak, aż do skutku. Może pan ustawić pętlę. Gdy się odezwie, natychmiast proszę łączyć na mój komunikator. Poruczniku, pani inżynier, pójdziecie ze mną. – Lupos wskazał ręką na wyjście. – Musimy przedyskutować kilka spraw.

2

Habitat Czwarty

Wysoka orbita AEgira

– Kolizja. Personel techniczny proszony jest na stanowiska. Powtarzam: kolizja. Personel techniczny proszony jest na stanowiska.

Monotonny, pozbawiony jakiejkolwiek intonacji głos zaszeleścił we wszystkich pomieszczeniach habitatu. Chwilę później zagłuszył go pulsujący jęk syren alarmowych. Światło lamp przeszło płynnie z kojącej żółci w drapieżną, krwistą czerwień.

Drzemiący w wyściełanej pianką komorze medkomu Ian poruszył się niespokojnie, otworzył oczy i zdecydowanym gestem odsunął ramię iniektora. Urządzenie piknęło ostrzegawczo, dysze podawcze natychmiast znikły w gąbczastej otulinie zasobnika z roztworem regeneracyjnym.

Zapachniało wanilią. Lubił tę woń, nieodmiennie wprawiała go w dobry nastrój. Uśmiechając się błogo, nabrał głęboko powietrza raz i drugi, aż zakręciło mu się w głowie. Powoli opuścił nogi na podłogę i ostrożnie wstał.

Umieszczona na czubku automatu medycznego końcówka optyczna śledziła jego ruchy czarną jak smoła źrenicą obiektywu. Jej antyradiacyjna przesłona opuszczała się i podnosiła niczym ludzka powieka, połyskujące srebrem chwytaki czekały w pogotowiu, by wystrzelić w kierunku pacjenta i podtrzymać go, gdyby stracił równowagę.

Na przegubie jednego z nich dostrzegł brunatną plamkę zaschłej krwi.

– Kolizja. Personel techniczny… – przez jazgot alarmu przebił się komunikat.

Ian westchnął ciężko, podszedł do ściany i kolejno dezaktywował głośniki – szczęściem dla niego właśnie w tym pomieszczeniu umieszczony był panel kontrolny dla całej sekcji medycznej.

Po kilku próbach udało mu się wyregulować także oświetlenie do standardowej ciepłożółtej barwy.

W salce znowu zrobiło się cicho i przytulnie. Na tyle przytulnie, że przez chwilę poczuł przemożną ochotę, by wślizgnąć się z powrotem do komory, okryć szczelnie kocem termicznym i spać dopóty, dopóki krążąca w żyłach mieszanka regeneracyjna nie odbuduje każdej uszkodzonej komórki.

„Jeszcze będzie okazja” – pomyślał, sięgając po wiszący na haku uniform.

Dioda doczepionego do mankietu komunikatora migała zielono, sygnalizując przychodzące połączenie. Zignorował ją. Na ogromnej stacji przebywało aktualnie zaledwie pięć osób: on, trzech techników i szef zmiany – wiecznie skwaszony inżynier Simon Duvall. Żaden z nich nie byłby na tyle bezczelny, żeby wydzwaniać do niego, gdy przebywał w komorze leczniczej, zatem w grę mogła wchodzić jedynie transmisja z „Rubieży”. Namiary na jego komunikator osobisty mieli wszyscy członkowie załogi krążownika, od komandora począwszy, na konserwatorze modułów sanitarnych kończąc. Nie miał ochoty z nimi rozmawiać. Jeszcze nie.

Ubrał się i ponownie stanął przed panelem. Ze szczeliny nad mozaiką przycisków wysunęła się tacka z poziomym wyświetlaczem. Ekranik urządzenia pokryty był siateczką pęknięć i – podobnie jak manipulator medkomu – zachlapany krwią.

– Podaj wynik skanowania – powiedział Ian głośno i wyraźnie, by nie najwyższej klasy obwody aparatury medycznej mogły prawidłowo zinterpretować komendę.

Automat zadziałał zgodnie z poleceniem i podłączył jedno z ramion do gniazda w bocznej ściance komory, inicjując tym samym transfer danych biometrycznych.

– Podaj postęp kuracji! – Starając się nie dotykać plam krwi, Ian musnął kwadracik czytnika linii papilarnych. – Siedem trzy zero sześć dwa pięć – wyrecytował kod swojego identyfikatora, słysząc za plecami serię kliknięć.

– Skanowanie. Obiekt numer sześć tysięcy dwanaście. Ian Dressler. Kod siedem trzy zero sześć dwa pięć. Pierwotny odczyt: minus trzydzieści. Status: niezdolny do pełnienia obowiązków służbowych, przewidywany okres niezdolności: trzydzieści koma pięć doby standardowej. Zalecenie: cykl regeneracyjny trzeciego stopnia – oznajmił automat miłym kontraltem.

 

Ian sapnął, pauzując program. Niewiele brakowało.

Był odrobinę zaskoczony. Wleczony przez jednego z techników do ambulatorium, zdawał sobie sprawę, że mocno oberwał, ale że aż tak? Owszem, bolała go wtedy głowa, niemiłosiernie rwało pod żebrami, żywym ogniem paliły posiekane odłamkami plecy, ale zanim jeszcze na lądowisku pojawił się ktoś z obsługi, samodzielnie zdołał wygramolić się z kanonierki, odłączyć zasilanie, a nawet wygrzebać ze schowka rzeczy osobiste, z zapasowym uniformem włącznie. Przytomność stracił dopiero w komorze regeneracyjnej, gdy manipulatory medkomu zabrały się do wydłubywania mu z pleców drobin metalu.

– Trzydzieści procent… – Pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym na powrót uruchomił tryb diagnostyczny. – Odczyt pierwotny, wizualizacja! – zażądał, przybliżając twarz do ekranu.

Wyświetlacz zamigotał, po czym pojawiła się na nim obracająca się powoli trójwymiarowa sylwetka człowieka, upstrzona świecącymi na czerwono punktami, oznaczającymi obszary uszkodzonej tkanki.

– O cholera… – westchnął na widok gęstego skupiska kropek w obrębie bioder i niżej, w dolnej części jamy brzusznej. Odruchowo pomacał się po plecach.

Na wysokości nerek wyczuł drobne zbliznowacenia. Już wiedział, czemu szacunki medkomu miały aż tak wysokie wartości: odłamki poszycia kanonierki przebiły kombinezon i wdarły się głęboko w ciało, uszkadzając nerki, pęcherz, wątrobę i częściowo żołądek. Kilka utkwiło w części lędźwiowej kręgosłupa, o milimetry omijając rdzeń kręgowy.

– Skanowanie. Obiekt numer sześć tysięcy dwanaście. Ian Dressler. Kod siedem trzy zero sześć dwa pięć. Odczyt wtórny: minus dwa – kontynuował tymczasem automat. Czerwone punkciki znikły jak zdmuchnięte, ludzik na ekranie przestał się obracać. – Status obiektu: niezdolny do pełnienia obowiązków służbowych, przewidywany okres: jeden koma trzy doby standardowej. Zalecenie: cykl regeneracyjny pierwszego stopnia, poziom zero koma zero zero jeden.

Odetchnął z ulgą. Z wizualizacji wynikało, że maszyna połatała go perfekcyjnie, tak na zewnątrz, jak i wewnątrz, zaś wlew mieszanki dodatkowo przyspieszył regenerację tkanek. Króciuteńki cykl pierwszego stopnia, który właśnie zaleciła, oznaczał jedynie drobną kosmetykę powłok skórnych, stosowaną przy leczeniu oparzeń. W swojej długiej karierze operatora kanonierki przechodził takie kuracje wiele razy, w zasadzie po każdym starciu.

Przypominające dawne ziemskie batyskafy stateczki, wyposażone w pojedyncze reaktory fuzyjne, podczas walki zamieniały się w rozgrzane do czerwoności kokony. Ich konstruktorzy w pierwszym rzędzie postawili na wydajność systemów bojowych oraz maksymalnie grube opancerzenie, kompletnie nie przejmując się czymś takim, jak komfort siedzącego w środku człowieka. W rezultacie w ciasnych wnętrzach zainstalowano jedynie podstawowe systemy chłodzenia, z punktu widzenia operatora tragicznie wręcz niewydajne.

Do tej pory pamiętał jedno ze swoich wielodniowych oczekiwań na zabieg regeneracyjny i uroczą pielęgniarkę, która odwiedzała go wtedy od czasu do czasu, a to po to, by zmienić mu opatrunki, a to, by go nakarmić, a pod koniec już zupełnie bez powodu. Obandażowany jak mumia, unieruchomiony w koszmarnie niewygodnym stelażu, nie mógł jej wtedy nawet uszczypnąć w opięte obcisłym fartuszkiem pośladki. Gdy po tygodniu odpięto go od stalowego rusztowania i odklejono opatrunki, dziewczyny już nie było na pokładzie – zakończyła zmianę i wróciła na orbitę księżyca Sigil, gdzie mobilną bazę miał wówczas Korpus Medyczny.

Wyłączył terminal.

Szum aparatury ucichł, przesłona kamery medkomu wróciła do pozycji spoczynkowej, a cały mechanizm odwrócił się do ściany. Z umieszczonych w podniesionej pokrywie komory otworków buchnęły kłęby pary, dezynfekując wnętrze. Po kilku chwilach wieko opuściło się przy wtórze syku mechanizmów pneumatycznych.

Urządzenie było gotowe na przyjęcie kolejnego pacjenta.

Stanąwszy na środku pomieszczenia, Dressler rozejrzał się w poszukiwaniu swojego przybornika. Wypatrzył go pod osmalonym, poplamionym krwią i wydzielinami kombinezonem bojowym, rzuconym w kąt ambulatorium.

Połyskujące metalicznie pudełko na pierwszy rzut oka wyglądało na nienaruszone, mimo to delikatnie nim potrząsnął. Zgromadzone wewnątrz przedmioty zastukały o wyściółkę, diody zamka mignęły błękitem, sygnalizując szczelność pojemnika.

Uspokojony, odłożył przybornik na podłogę, po czym zaczął przeszukiwać kombinezon, otwierając kolejno zamocowane przy nim zasobniki z żywnością i medykamentami. Tubki z odżywkami, których nie uszkodziła wysoka temperatura, poupychał po kieszeniach uniformu. Jedną wycisnął wprost do ust. Cierpki żel gładko spłynął przełykiem, łagodząc, a nawet niwelując poczucie dyskomfortu, towarzyszące mu od momentu wyjścia z kojących objęć komory regeneracyjnej.

Po wyjściu z ambulatorium skierował się do hangaru.

Klucząc pomiędzy żebrowanymi dźwigarami, dotarł na środek hali, gdzie wśród zwałów pianki gaśniczej tkwił zdeformowany, osmalony i, o dziwo, wciąż jeszcze gorący wrak jego kanonierki. Mniej więcej w połowie wysokości okręciku, tuż obok wnęki z kapsułą operatora, ziała potężna wyrwa. Spomiędzy jej poszarpanych krawędzi wydobywały się smużki dymu i od czasu do czasu iskry, wysysane na bieżąco przez zawieszony pod rozsuwanym sklepieniem pochłaniacz spalin.

Pociski termiczne Skunów potrafiły żarzyć się tygodniami i miesiącami, zamieniając trafione obiekty w niekształtne bryły stopionego żelastwa.

– Jutro wyrzucimy ją w przestrzeń, dopali się w atmosferze AEgira. – Wzgórek piany pomiędzy pobliskimi legarami zadrżał, a po chwili rozpadł się na mniejsze fragmenty. Spomiędzy śnieżnobiałych strzępów wyszedł przysadzisty, potężnie zbudowany mężczyzna w kombinezonie roboczym.

Ian natychmiast go rozpoznał.

Greg Larson, mechanik okrętowy, delegowany na habitat z należącej do Związku Orbitalnego enklawy sanatoryjnej zlokalizowanej na powierzchni planety. To właśnie on pomógł Ianowi dowlec się z lądowiska do ambulatorium.

– To diabelstwo jest nie do opanowania – westchnął, zatrzymując się przy okopconej burcie.

Pilotem sterownika dźwigu wskazał biegnącą wzdłuż sklepienia potężną szynę suwnicy i dyndający na niej masywny hak, potem przeniósł wzrok na tlący się stateczek.

– Gdyby kanonierka miała kapsułę, po prostu bym się katapultował. Nie przyleciałby za mną ogon i nie mielibyście teraz na pokładzie aktywnej termopiguły – oświadczył ponuro Ian.

– Spokojnie, pułkowniku, nikt nie ma do pana pretensji – uśmiechnął się technik, strącając z czoła strzępek piany. – W sumie to nawet dobrze się złożyło. Wymontowałem z pańskiego wraku reaktor i całe uzbrojenie. W ładowni mamy całkiem elegancką PF-2 i mnóstwo amunicji. Wybudzę kilka automatów montażowych, wgram im stosowne schematy i za kilkanaście godzin będzie pan miał do dyspozycji może nie najnowszy, ale za to uzbrojony lepiej od kanonierki torpedowiec.

– Macie tutaj PF-2? – zdumiał się Ian. – Niby skąd?

– Z odzysku – wyjaśnił Larson. – Mało to złomu orbituje wokół AEgira? Simon zdobył swego czasu zlecenie na usunięcie kilku skupisk śmieci, które orbitowały zbyt blisko Sigila. Wśród nich znaleźliśmy torpedowiec. Rozszabrowany, fakt, ale to, co zostało, było w całkiem dobrym stanie. Kadłub, oprzyrządowanie sterownicze, nawet silniki manewrowe. Solidny ziemski wyrób, nie to, co ten szajs klecony w naszych stoczniach. – Z grymasem niechęci spojrzał na wrak kanonierki. – Grzech było zostawić, więc sobie wzięliśmy z myślą o ewentualnym remoncie. Resztę barachła zepchnęliśmy z orbity.

– Dobry pomysł – pokiwał głową Ian. Perspektywa przesiadki z nieludzko ciasnej, kiepsko wentylowanej łupiny, jaką była kanonierka, na jednostkę wyposażoną w kabinę pilotów z prawdziwego zdarzenia zdecydowanie poprawiła mu humor.

– Prawda? Duvall ma smykałkę do interesów – uśmiechnął się technik.

Podszedł do wraku kanonierki i wspiąwszy się na palce, zajrzał w kopcącą dziurę w kadłubie.

– Miał pan szczęście w nieszczęściu – stwierdził. – Cały impet uderzenia poszedł w obudowę kapsuły pilota i zbiornik systemu chłodzenia. Tylko dlatego pan przeżył. Dwieście pięćdziesiąt litrów mieszanki chłodzącej to jednak dużo, nawet dla pocisku termicznego. Po prawdzie, to ona dopiero teraz zaczyna się rozpalać – mruknął zafrasowany, obmacując krawędzie otworu. – Musimy się jej pozbyć, i to jak najszybciej.

Odsunął się od powgniatanej burty kanonierki. Masując w zamyśleniu kwadratową szczękę, popatrzył na nakryte przezroczystym kloszem stanowisko operatora maszyn, znajdujące się w drugim końcu hali.