Wielkie księstwo Litewskie i InflantyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Od Autora

Rozdział 1. Pińsk – stolica Polesia

Samochodem po białoruskich drogach

Polesie

Tutejsi

Miasto nad Piną

Krótka lekcja białoruskiego

Śladami dawnej świetności

Flotylla Pińska

Wrześniowa tragedia

„Ponury” w akcji

Multietniczne dzieje Pińska

Śladami Ryszarda Kapuścińskiego

Rozdział 2. Na peryferiach II Rzeczypospolitej

Kraina lasów i bagien

Mikaszewicze i Lenin

Próby emancypacji narodowej

Z mandatu Kremla

Kontrowersje

Rodzinny dwór pisarki

Lato leśnych ludzi

Teoria i praktyka

Białoruski Kmicic

Przygody Brytyjczyka na Polesiu

Rozdział 3. W kręgu Radziwiłłów

Niedawno tutaj była Polska

Wieś, której już nie ma

Radziwiłłowie herbu Trąby

Nieśwież

Ród bohaterów i dziwaków

Skandalista epoki

Marszałek w Nieświeżu

Czarna dama i lodowisko Aleksandra Łukaszenki

Następczyni Pawki Morozowa

Dawidgródek

Powrót polskich panów…

Rozdział 4. Śladami wielkiej miłości wieszcza

Tuhanowicze

Dylematy panny Wereszczakówny

Jezioro Świteź

Bolcieniki

Koniec romansu

Rozdział 5. Miasto nad Niemnem

Długie dzieje Grodna

Ulubione miasto Stefana Batorego

Sejm grodzieński

Holandia nad Niemnem

Piwo w Grodnie

Grodzieńskie kościoły

Pani Eliza

Niedobra miłość

Rozdział 6. Dyneburg (Daugavpils)

Kierunek Inflanty

Najdalsze kresy Rzeczypospolitej

Hrabia Leon Plater

W poszukiwaniu polskich śladów

Polskie czołgi w Dyneburgu

Rozdział 7. Cztery stulecia wspólnej historii

Krasław

Trudne dzieciństwo poetki

Emilia Plater

Zakon Kawalerów Mieczowych

Mitawa i dynastia Kettlerów

Kolonie rodu Kettlerów

Faworyt carycy

Politycy i marynarze

Bitwa pod Kokenhausen (Koknese)

Jan Karol Chodkiewicz pod Kircholmem (Salaspils)

Rozdział 8. Kowno

Najbardziej litewskie z miast

Na starówce w Kownie

Nauczyciel Adam Mickiewicz

Dom Perkuna

Zamek w Kownie

Mikołaj Konstanty Čiurlionis

Dziwne losy rodziny Bacewiczów

Dolina Mickiewicza

Rozdział 9. Śladami marszałka

Uzdrowisko nad Niemnem

Podły smak solanki

Ostatnia miłość Marszałka

Uroki litewskiej kuchni

Grób Jana Czeczota

Między Litwą a Rosją

Bezdany

Pikieliszki

Rozdział 10. Rozwód Jadwigi z Jagiełłą

Szawle

Góra Krzyży

Książęta na Birżach i Dubinkach

W radziwiłłowskiej stolicy

Rzeczpospolita w stanie upadku

Umowa w Kiejdanach

Bogusław Radziwiłł

 

Bohater czy zdrajca?

Telsze

Litewski nacjonalizm

Wojna w rodzinie

Tragedia Stanisława Narutowicza

Dwadzieścia trudnych lat

Za rządów „pierwszego Litwina”

Ponary

Rozdział 11. Wilno

Wieża Giedymina

Wilno i Wilniuki

Jerozolima Północy

Katedra

Groby w katedrze

Uniwersytet Stefana Batorego

Ferdynand Ruszczyc

Jan Bułhak

Student Adam Mickiewicz

Filomaci

Wileńskie lata Marszałka

Ostra Brama

Cela Konrada

Proces filomatów

„Słowo” i Cat-Mackiewicz

Bracia Sztrall i ciocia Rózia

Poeta na Zarzeczu

Prohibicja po litewsku

Kościół św. Anny

Kościół Świętych Piotra i Pawła na Antokolu

Rossa

Wybrana bibliografia

Okładka


Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Redaktor merytoryczny

Bogusław Brodecki

Redaktor prowadzący

Zofia Gawryś

Redaktor techniczny

Elżbieta Bryś

Korekta

Zofia Firek

Copyright © by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2014

Copyright © by Sławomir Koper, Warszawa 2014

Zapraszamy na strony www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona Spółka Akcyjna

ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

Dział wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78

Faks. 22 652 27 01

e-mail: biuro@bellona.pl

ISBN 9788311136120

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Od Autora

K iedy kilka lat temu kończyłem pisanie książki Ukraina. Przewodnik historyczny. Tragiczne dzieje, polskie ślady, wiedziałem, że do tematyki kresowej jeszcze kiedyś powrócę, ponieważ ślady polskości na Kresach znaleźć można nie tylko na ziemiach znajdujących się w aktualnych granicach państwa ukraińskiego. Nie sposób przecież pominąć milczeniem kilku wieków polskiego osadnictwa i rozwoju kultury na obszarach Białorusi, Litwy i Łotwy. Stąd też wziął się pomysł na niniejszą książkę, będącą opowieścią o miejscach i ludziach związanych z Inflantami i Wielkim Księstwem Litewskim.

Nie jest to klasyczny przewodnik, a bardziej opowieść o moich podróżach na wschód, o dawnych polskich miastach, o pozostałościach kultury materialnej, o miejscach, które odegrały ważną rolę w dziejach naszego kraju. Nie unikam trudnych tematów, albowiem historia polskich Kresów to stulecia wspólnych dziejów Polaków, Białorusinów, Litwinów, Łotyszy i Żydów. Wschodnie terytoria Rzeczypospolitej były tyglem religii i narodów, których wzajemne relacje nie zawsze układały się poprawnie.

Nie miałem ambicji, aby napisać książkę o wszystkich miejscach, które odwiedziłem. Świadomie dokonałem wyboru, gdyż zawsze uważałem, że autor, który chce napisać o wszystkim, tak naprawdę nie napisze o niczym. Nie można w ramach jednej książki pomieścić kilkuset lat polskości na tak wielkim obszarze. Nie chciałem pisać krótkich, encyklopedycznych notek, wolałem za to skoncentrować się na kilku czy kilkunastu tematach i przedstawić je nieco szerzej, tym bardziej że nie jest to moje ostatnie słowo na temat Kresów. Planuję kolejną książkę, która ma być relacją z wędrówki po miejscach, o których nie opowiedziałem ani w książce o Ukrainie, ani w niniejszej pracy. Nie ulega przecież wątpliwości, że dzieje polskich ziem wschodnich to temat na wiele tomów, a nie na dwie lub trzy pozycje.

Na zakończenie chciałbym wyznać, że sam nie mam korzeni kresowych, a moi przodkowie od stuleci mieszkali na Mazowszu. Mimo to, podobnie jak każdemu niemal Polakowi, tematyka kresowa jest mi bardzo bliska. Nigdy nie zapomnę tego, co czułem podczas pierwszego spaceru po wileńskiej Rossie albo w czasie nabożeństwa odprawianego w pięknej, kresowej polszczyźnie w jednym z białoruskich kościołów. Na zawsze też zapamiętam widok uczniów polskiej szkoły w Krasławiu na Łotwie i wieczorną wędrówkę nad brzegiem Piny w Pińsku. To są chwile, dla których warto żyć, bo czułem wtedy dumę z przeszłości naszego narodu i miałem poczucie przynależności do wspólnoty, która przetrwała przez stulecia. I pomimo wyjątkowo trudnej historii zachowała własną tożsamość kulturową i narodową, nie pozwalając odebrać sobie tych wartości.

Sławomir Koper

Rozdział 1

Pińsk – stolica Polesia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Samochodem po białoruskich drogach

Przekraczanie granicy z Białorusią z reguły nie należy do przyjemności, nawet wówczas, gdy odwiedzamy ten kraj na prywatne zaproszenie. To bardziej traumatyczne przeżycie niż wjazd samochodem na Ukrainę, bo na białoruskich przejściach granicznych do dzisiaj panują obyczaje rodem z epoki Breżniewa.

Terminal w Sławatyczach oddano do użytku stosunkowo niedawno (w 1994 roku), ale nie oznacza to przyspieszenia formalności. Przez trzy godziny stałem na końcu grupy dziesięciu samochodów, a białoruscy pogranicznicy zupełnie nie przejmowali się upływem czasu. Inni oczekujący na kontrolę graniczną sprawiali wrażenie ludzi dobrze znających miejscowe realia. W pewnej chwili podeszła do mnie pasażerka jednego z samochodów, proponując „składkę” na celników. Odmówiłem, ponieważ nie w pełni orientowałem się, o co w tym wszystkim chodzi, zauważyłem jednak, że pozostałe pojazdy miały numery rejestracyjne z pobliskich polskich miejscowości. Ich właściciele z pewnością chcieli uniknąć dokładnej kontroli, zastanawiałem się nawet, co mogli przemycać na wschód? Wydawało mi się, że to raczej Polska powinna być krajem docelowym przemytu, bo alkohol i papierosy są na Białorusi znacznie tańsze niż u nas. Usłyszałem jednak, że tam ludzie czasami też chcą normalnie zjeść, niebawem zresztą kolejka zaczęła mnie ignorować.

Wkrótce przekonałem się, że nieprzemyślane oszczędności nie popłacają, bo kiedy wreszcie przyszedł czas na kontrolę mojego samochodu, zauważyłem, że białoruski funkcjonariusz tylko szukał powodu, aby mnie zatrzymać na granicy. I rzeczywiście szybko go znalazł – triumfalnie wyciągnął z auta gaśnicę samochodową, twierdząc, że upłynął termin jej przydatności do użytku. Miał całkowitą rację, kto zresztą sprawdza takie szczegóły? Nakazał mi powrót na polską stronę i zakup nowej gaśnicy z aktualnym atestem.

Zastosowanie się do polecenia pogranicznika oznaczało oczekiwanie w nowej kolejce i stratę kilku godzin. Obrzucany drwiącymi spojrzeniami handlarzy poszedłem do biura upartego funkcjonariusza, ale tym razem wiedziałem już, co mam robić. Po kilku minutach solennych obietnic, że kupię nieszczęsną gaśnicę na najbliższej białoruskiej stacji benzynowej, dostałem wreszcie zgodę na wjazd. Swoją prośbę poparłem rzecz jasna dodatkiem motywacyjnym w wysokości 50 tysięcy miejscowych rubli (ok. 15 zł), co w zupełności usatysfakcjonowało mojego adwersarza.

Oddałem wypełnione formularze graniczne (zobowiązałem się w nich, że nie sprzedam samochodu i nie podejmę nielegalnej pracy) i wreszcie mogłem jechać. Gaśnicy oczywiście nie kupiłem, bo te dostępne na Białorusi nie mają przecież unijnej homologacji…

Jechałem wolno na wschód, ciesząc oczy widokiem rzadko oglądanym przez turystów z Polski. Krajobraz nie różnił się specjalnie od tego podlaskiego, ale Białoruś od samego początku mnie zaskakiwała. Spodziewałem się podobnych warunków jak na Ukrainie: dziurawych dróg, rozpadających się moskwiczy i żiguli, a do tego kierowców z iście kozacką fantazją. Tymczasem droga okazała się całkiem niezła, a samochody, których co prawda było niewiele, to z reguły nie najgorzej prezentujące się auta zachodniej produkcji. I tylko brak przydrożnych barów i restauracji przypominał mi, że kraj rządzony przez Aleksandra Łukaszenkę nie nastawia się na turystykę. Przez ponad sto kilometrów nie widziałem żadnego miejsca, w którym można byłoby zjeść obiad, ale nigdy nie należałem do ludzi przejmujących się podobnymi drobiazgami. Moja podróż po Białorusi miała być wędrówką po polskich śladach, a nie po miejscowych knajpach. Bułka, kiełbasa i musztarda zakupione w przydrożnym sklepie (ceny jak w Polsce!) i do przodu. Na wszelki wypadek przestrzegałem jednak wszystkich ograniczeń prędkości, uprzedzano mnie bowiem, że z miejscową drogówką nie ma żartów.

Szybko dotarło do mnie to, że handlarze na granicy mówili prawdę – wybór artykułów spożywczych był niewielki, a ceny (jak na tutejsze zarobki) astronomiczne. Tanie okazały się właściwie tylko papierosy i alkohol, natomiast opakowania miejscowych produktów żywnościowych mogły odstraszyć nawet najbardziej wygłodniałego turystę. Chodząc po białoruskich sklepach, często miałem wrażenie, że czas w tym kraju zatrzymał się w epoce Breżniewa – tutaj faktycznie mógł być popyt na polską żywność.

Polesie

Pierwszym celem mojej podróży był Pińsk, miasto uważane przed wojną za stolicę Polesia. Kraina ta zawsze mnie fascynowała, a podróże do ukraińskiej części Polesia jeszcze wzmogły moją ciekawość. W Pińsku urodził się zresztą jeden z moich ulubionych pisarzy, Ryszard Kapuściński, stamtąd też pochodzili Adam Naruszewicz i Andrzej Kondratiuk. Jako dorastający chłopak pasjonowałem się również dziejami miejscowej flotylli rzecznej.

Województwo poleskie było największym obszarem administracyjnym II Rzeczypospolitej. Miało powierzchnię 42 tys. km kw. (ponad 10% obszaru kraju), zamieszkiwało je jednak zaledwie 800 tys. mieszkańców (1921). W niezwykły sposób prezentowały się proporcje zagospodarowania ziemi na terenie województwa. Grunty orne zajmowały tu 27% obszaru, natomiast lasy, łąki, wody i bagniska ponad 70%. Na 100 km kw. przypadało zaledwie 2,7 km bitych dróg.

 

Praktyka życiowa wyglądała jeszcze gorzej od statystyki. Wiele rejonów Polesia było dostępnych wyłącznie drogą wodną, nie istniały również dokładne mapy tych terenów. Władza administracji państwowej często kończyła się na granicach miast i większych osiedli, natomiast dalej było tak jak przed wiekami.

„[…] wszędzie już dotarł zwalczający wszystko biały człowiek, zbadał i opisał szczegółowo – pisał w 1934 roku Ferdynand Ossendowski. – I rzecz dziwna – we własnej siedzibie jego pozostał kraj mało znany, pod wielu względami zagadkowy, trudno dostępny i w znacznej swej części – prawie niezaludniony! Jest to – Polesie”[1].

Według spisu z 1921 roku 42% ludności stanowili Białorusini. Polską narodowość zadeklarowała czwarta część mieszkańców, natomiast Ukraińców (Rusinów) było 18%. Co dziesiąty mieszkaniec Polesia uważał się za Żyda, a 4% ludności uznało się za „tutejszych”. Byli to ludzie, którzy nie potrafili zdefiniować swojej narodowości ani rodzimego języka. Obecnie badacze uważają, że ta grupa etniczna posługiwała się lokalnymi gwarami wywodzącymi się z białoruskiego lub ukraińskiego, z dodatkami polskiego. W rzeczywistości bowiem wiele lokalnych dialektów miało charakter przejściowy pomiędzy językami ościennych narodów.

Interesująco przedstawiała się również struktura religijna województwa. Prawosławie wyznawało 79% mieszkańców, 12% przyznawało się do judaizmu, natomiast katolicyzm deklarowało zaledwie niecałe 8% ludności.

Poleszucy utrzymywali się niemal wyłącznie z rolnictwa, ale słaba jakość gleb w połączeniu z trudnymi warunkami klimatycznymi przynosiły niską wydajność. Inna sprawa, że miejscowe metody uprawy nie należały do najnowocześniejszych. W poleskich wioskach dominowała gospodarka naturalna, a ich mieszkańcy sami produkowali narzędzia, ubrania i sprzęty domowe. Wytwarzano tam również charakterystyczne dla tych stron obuwie:

„Te łapcie nazywały się pustoły i były robione z wierzbowego łyka – wspominał Ryszard Kapuściński. – Wszyscy na wsi takie mieli. Chodziło się albo na bosaka, albo w pustołach, albo w wysokich butach, jak się było bardzo bogatym. Pustoły były szalenie praktyczne, bo kiedy były mokre, robiły się mięciutkie. W zimie, jak się nie miało butów, to się nie wychodziło na dwór. Poleszuki to był bardzo biedny lud”[2].

Jadąc w kierunku Pińska, przekonałem się jednak, że niewiele już pozostało z dawnego Polesia. Drogę otaczały pola uprawne, łąki, czasami mignął sosnowy zagajnik. Sowiecka melioracja zniszczyła naturalny ekosystem, zniknęły dawne bagniska, starorzecza i kanały. Gleba chwilami sprawiała wrażenie mocno piaszczystej, zapewne w okolicy uprawiano głównie ziemniaki. I jak zwykle za wschodnią granicą, szosa poprowadzona została prosto „pod linijkę”, bo dla Kremla zawsze najważniejsze znaczenie miały względy militarne, a nie potrzeby ludności.

Trudno było sobie wyobrazić, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu rozciągała się tutaj największa w Europie kraina bagien i dzikich rzek, obszar bez dróg i linii kolejowych. Podobno na Polesiu istniały osady, o których istnieniu nie wiedzieli nawet urzędnicy skarbowi! A przecież w okresie międzywojennym była to niezwykle sprawna służba państwowa.

„Egzotyka i oryginalność Polesia – pisał etnograf Józef Obrębski – nie polega na archaiczności i prymitywizmie miejscowych stosunków społecznych i form życia kulturalnego. Polega ona na tym, że w procesie przemiany kulturalnej, któremu od szeregu dziesięcioleci podlega wieś wschodnioeuropejska, Polesie jest krajem, który przez długi czas, dzięki swej izolacji, zachował odrębność”[3].

Na wsi poleskiej utrzymały się patriarchalne stosunki z wyraźnym podziałem obowiązków. Polescy mężczyźni prace domowe składali na barki kobiet.

„Praca na starej wsi poleskiej – uważał Ksawery Pruszyński – stanowiła jeszcze jedno podobieństwo z murzyńskimi stosunkami: w swej bezwzględnej większości ciążyła na kobiecie. Wielkim zajęciem dla mężczyzny były sianokosy, dokonywane wśród łąk bagiennych. Wszystkie inne zajęcia należały do kobiety. Mężczyzna wiódł żywot kacyka podzwrotnikowego, polował, łowił ryby. Tłuczeniem kaszy i mieleniem zboża zajmowała się kobieta”[4].

Tutejsi

Polesiem interesowali się nie tylko badacze – kraina stanowiła również niemałą atrakcję turystyczną, bo tak archaicznych miejsc nie było już na kontynencie europejskim.

„Dla turysty – pisano w folderze reklamowym Ministerstwa Komunikacji – przedstawia się Polesie jako ciemny bór często zabagniony, to jako płaszczyzna piaszczysta gładka lub też pofalowana przez wydmy, dalej jako krajobraz parkowy – rozległe łąki z porozrzucanymi kępami drzew i krzaków, a przetykane zwierciadłami jezior, łach i rzek, wreszcie jako bezbrzeżne płaszczyzny bagien otwartych, porosłych trawą lub rzadkimi krzakami, gdzie jedynie stogi siana przez znaczną część roku urozmaicają zadumę krajobrazu”[5].

Wielu badaczy i pisarzy uznawało Polesie za skansen pierwotnej Słowiańszczyzny. Podobnie pojmowali ten temat również artyści, między innymi Zofia Stryjeńska i Anna Gramatyka-Ostrowska, jednak idylliczny obraz życia Poleszuków w plastyce i literaturze nie miał wiele wspólnego ze stanem faktycznym. W rzeczywistości bowiem był to najbardziej zacofany region II Rzeczypospolitej, a życie przynosiło jego mieszkańcom niewiele radości.

„[Każdy] słyszał o istniejących na Polesiu osiedlach, które przypadkowo tylko w 1895 roku wykryły władze rosyjskie – pisał Ossendowski. – Mieszkańcy ich nie przyznawali się do żadnej narodowości, a nawet wiary, z uporem powtarzając, że są… Poleszukami. Gdy zaś przysłano tam policję – całe to kołtuniaste, ciemne i przerażone bractwo rozpierzchło się po bagnach, ukryło się tak, jak się czai ryś i wilk, i tylko od czasu do czasu pokazywało kły, napadając na samotnych »uriadników«, pocztę i bogatszych chłopów, patrzących koso na taki stan, bo sprawiał im nieznośne kłopoty i ciągłe najazdy »czynowników« sądowych”[6].

Poleszucy byli wyjątkowo nieufnym ludem. Każdą administrację (rosyjską, niemiecką czy polską) traktowali jako okupacyjną, do czego zresztą mieli powody, wszelkie bowiem próby zmian odwiecznych stosunków przynosiły problemy.

„Na przestrzeni wieków wszyscy żądali czegoś od Poleszuków – kontynuował Ossendowski – wciągali ich w wir obcych im, niezrozumiałych, nieraz zgoła niebezpiecznych wypadków, za które oni potem długo i drogo płacili. To sprawiło, iż Poleszuk stał się nieufny i uparcie bierny, a gdy to nie pomaga – mściwy i zawzięty. Podciąć pęcinę koniowi spętanemu na pastwisku, pokaleczyć ukradkiem woły sąsiada, podpalić chatę lub puścić z dymem pełny spichrz wroga, spuścić obszarnikowi staw z rybami, a nawet z zasadzki napaść na gajowego […] umie to milczący zazwyczaj, podejrzliwy Poleszuk, przepojony odwieczną niechęcią do przybyszów, lecz umiejący nie zdradzić się przed nimi ze swoich uczuć”[7].

Tutejsze rzeki powoli toczyły swe wody, rozlewając się szeroko, tworząc meandry, rozgałęzienia, odnogi i starorzecza. Rzekom tym towarzyszyły liczne strugi, jeziora, stawy i bagniska. Polesie było krainą wspaniałych, dzikich krajobrazów i rzadkiej roślinności, a także ostoją ptactwa wodnego. Nie bez przyczyny nazywano je „kaczym krajem”.

Ślady bytowania człowieka były tu rzadkie. Należały do nich drewniane domy, łodzie przypominające czółna, wiklinowe kosze do połowu ryb, cmentarze z drewnianymi krzyżami obwiązanymi kolorowymi ręcznikami i ule wykonane z wydrążonych pni drzew. Nad wszystkim tym unosiła się chmura komarów, meszek, gzów i wszelkiego innego latającego (i gryzącego) świata owadów.

Poleszucy potrafili jednak przystosować się do otaczającej ich natury. Nauczyli się żyć w symbiozie z przyrodą, a ich metody połowu ryb czy polowań wzbudzały zachwyt etnografów, którzy uważali, że na Polesiu przetrwały relikty dawnych zwyczajów Słowian.

„Wsiada do niej [łodzi] trzech rybaków – opisywał połów ryb Ferdynand Ossendowski. – Jeden pcha czółno bez plusku, ostrożnie wpierając długi drąg w muliste, miękkie dno; drugi trzyma wysoko nad głową płonące szczapy smolne, trzeci – zwany »bojec«, stoi na dziobie łodzi, wpatrzony w tajemniczą głębię nurtu. Głową i ręką wskazuje kierunek bez słowa, aż nagle da znak i – czółno, wsparte drągiem, zatrzymuje się w miejscu jak wryte. »Bojec« podnosi wysoko osadzony na drążku trójząb i, wybrawszy moment, szybkim rzutem ciska go w toń, naciska ramieniem i po chwili wyciąga nabitą na ostrze trzepocącą się rybę”[8].

Lepsze gatunki ryb sprzedawano krążącym po poleskich rzekach kupcom, natomiast pozostałe stanowiły ważne uzupełnienie codziennej diety. Suszone i wędzone ryby były dodatkiem do różnych zup (nawet barszczu), stanowiły też główny składnik słynnej uchy (zupy rybnej).

Dużą atrakcją było również polowanie na ptactwo wodne. Wprawdzie dawne łuki zastąpiła broń palna, ale tak naprawdę niewiele zmieniło się od stuleci. Strzelano z zamaskowanych czółen, a dubeltówki ładowane śrutem okazywały się niezwykle skuteczną bronią. Zdarzało się też, że na ptactwo polowano za pomocą sideł z włosia końskiego lub wędek (!) z haczykami.

Przez wieki niewiele również zmieniło się w poleskich chatach. Nadal dominowała dawna, charakterystyczna dla regionu architektura:

„Najprostszą budowlą, najbardziej zbliżoną do najstarszych siedzib słowiańskich jest kureń. Składa się on z czterech pochyłych ścian, zbudowanych w kształcie dachu, opartego wprost na ziemi, gdzie pomiędzy dwiema kłodami pozostawia się miejsce na tradycyjne »obniszcze«. Niemniej pierwotnym wytworem budowniczych jest humno poleskie – odpowiadające naszej stodole. Dach z darnic lub z wiązanek trzciny opiera się na czterech grubych »stwołakach«, belkach, leżących na rogatych dębowych »sachach«, wkopanych w ziemię. Ściany humna tworzą okrąglaki, wiązane na węgieł. Zboże, które się składa w odgrodzonych narożnikach stodoły, leży w tak zwanych »zastaronkach«, a pomiędzy niemi chłopi ubijają z gliny klepisko, które pospolicie nazywa się »tok«”[9].