Piekiełko nad WisłąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Od Autora

Rozdział 1. Krajobraz po klęsce

Rozdział 2. Służba Zwycięstwu Polski

Rozdział 3. Przypadek Samsona Mikicińskiego

Rozdział 4. Zagadka „Muszkieterów”

Rozdział 5. Tragedia lwowskiego ZWZ

Rozdział 6. Zapomniany bohater

Rozdział 7. Sprawa Józefa Mackiewicza

Rozdział 8. Arystokrata w trybach historii

Rozdział 9. Prawda i legenda o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ

Zakończenie

Okładka


Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Redaktor merytoryczny

Witold Grzechnik

Redaktor prowadzący

Zofia Gawryś

Redaktor techniczny

Marcin Adamczyk

Korekta

Teresa Kępa

Grażyna Ćwietkow-Góralna

Copyright © by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2019

Copyright © by Sławomir Koper, 2019

Zdjecie na okładce © Ysbrand Cosijn | Depositphotos.com

Wydawnictwo:

Bellona

ul. J. Bema 87

01-233 Warszawa

tel. +48 22 620 42 91

Dystrybucja:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

www.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku:

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowa

www.swiatksiazki.pl

ISBN 978-83-11-15668-5

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Od Autora

Kiedy ponad sześć lat temu kończyłem Polskie piekiełko. Obrazy z życia elit emigracyjnych 1939–1945, zapowiedziałem, że kolejną książkę poświęcę polskim elitom żyjącym pod okupacją niemiecką i sowiecką. Wówczas byłem przekonany, że napiszę ją dość szybko, ale niestety – życie potoczyło się inaczej i zająłem się tematyką PRL. Teraz wreszcie powróciłem do lat wojny i mam nadzieję, że nie będzie to jedyna książka poświęcona tym trudnym dla narodu polskiego czasom.

Tematykę tej książki kształtowałem bardzo starannie, wybierając tematy stosunkowo mało znane, a jednocześnie takie, które powinny przyciągnąć uwagę Czytelników. Wszyscy w naszym kraju wiedzą, kim był generał Stefan Rowecki „Grot”, ale niekoniecznie znają postać założyciela Służby Zwycięstwu Polski, generała Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza. Niemal nikt nie słyszał o założonej przez Stefana Witkowskiego organizacji „Muszkieterowie” i o jej krwawym końcu, ani o problemach lwowskiego Związku Walki Zbrojnej pod okupacją sowiecką. Jesteśmy dumni z osiągnięć naszej konspiracji w Generalnym Gubernatorstwie, ale nie mówimy głośno o tym, co działo się we Lwowie zajętym przez ZSRS. Wprawdzie rzeczywiście nie było się czym chwalić, ale czy należy o tym milczeć? Tym bardziej nie wolno skazywać na zapomnienie prawdziwego lwowskiego bohatera, profesora Rudolfa Weigla, który ocalił więcej istnień ludzkich niż cała polska konspiracja razem wzięta.

Niestety, nie udało mi się w pełni zrealizować planów związanych z tą książką. W rozdziale o najdziwniejszym z emisariuszy Sikorskiego, Samsonie Mikicińskim, zamierzałem poświęcić dłuższy fragment przypadkom defraudacji środków finansowych przerzucanych do kraju przez kurierów. Takie przypadki się zdarzały i sam czytałem o nich w korespondencji profesora Stanisława Kota z generałem Sikorskim. Niestety, było to kilka lat temu, a nieco później ktoś „zabezpieczył” teczkę przechowywaną w Zakładzie Historii Ruchu Ludowego. Zapewne uznał, że nie wolno dopuścić do tego, by sprawa stała się zbyt głośna, zatem kierując się „ważnym interesem społecznym”, po prostu ukradł dokumenty w celu podtrzymania dobrego samopoczucia rodaków. Pracownicy Zakładu nie potrafili udzielić mi informacji, gdzie podziała się teczka, która nadal figurowała w katalogu, ale fizycznie nie istniała.

Zdaję sobie sprawę z tego, że przedstawiony przeze mnie obraz okupacji jest bardzo wybiórczy, ale – przyznaję to – chciałem napisać o rzeczach, które do dzisiaj wzbudzają emocje. Nie bez powodu zakończyłem tę książkę rozdziałem o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ. Starałem się go napisać w sposób bardzo wyważony, odcinając się od wszelkich współczesnych dyskusji na ten temat. Przedstawiłem tylko fakty, a wyciągnięcie wniosków pozostawiam moim Czytelnikom, których za bardzo szanuję, by narzucać im swoje opinie.

Sławomir Koper

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1
Krajobraz po klęsce

Koniec pewnej epoki

Zapewne jeszcze przez długie lata historycy będą się spierać, jaką datę można uznać za definitywny koniec II Rzeczypospolitej i być może nigdy nie dojdą do porozumienia. Można jednak dokładnie wskazać datę dzienną, a nawet dokładną godzinę, kiedy barwny świat międzywojnia odszedł w przeszłość. 1 września 1939 roku o godzinie 4.40 sztukasy Luftwaffe zrzuciły pierwsze bomby na Wieluń i nic już od tej chwili nie było takie samo jak wcześniej.

Wydarzenia potoczyły się szybko – 8 września Wehrmacht był już pod Warszawą, a dziewięć dni później od wschodu zaatakowali Sowieci. Tego samego dnia do Rumunii ewakuowały się polskie władze wraz z Naczelnym Dowództwem. Warszawa skapitulowała 28 września, Modlin dzień później, Hel poddał się 2 października, a jako ostatnia złożyła broń Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” generała Kleeberga. Polska znalazła się pod niemiecko-sowiecką okupacją.


Heinz Guderian i Siemion Kriwoszein. Brześć, 22 września 1939 roku

Symbolem czwartego rozbioru Polski stała się wspólna defilada Wehrmachtu i Armii Czerwonej 22 września w Brześciu nad Bugiem. Miasto zdobyli hitlerowcy, przekazali je Sowietom, a defiladę odbierali generał Heinz Guderian i kombrig (dowódca brygady) Siemion Kriwoszein.

Wprawdzie Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę już 3 września, ale znając treść tajnego protokołu paktu Ribbentrop–Mołotow, zrezygnowały z ofensywy na Zachodzie. Sojusznicy oczekiwali sowieckiego uderzenia na Polskę i wiedzieli, że los naszego kraju został przesądzony. Zresztą bardziej interesowali się losem polskiego złota ewakuowanego do Rumunii i rozgrywkami politycznymi w łonie naszych elit władzy. Nie protestowali też, gdy pod wpływem nacisków niemieckich i sowieckich Rumuni internowali nasze władze, za to zdecydowanie przeciwstawili się nominacji generała Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego na prezydenta RP. Wieniawę uznano za człowieka sanacji i zbyt silną osobowość, dlatego ostatecznie głową państwa został Władysław Raczkiewicz. Nowy prezydent desygnował na premiera generała Władysława Sikorskiego, który objął jednocześnie stanowisko Naczelnego Wodza.

Około 100 tysięcy polskich oficerów i żołnierzy znalazło się w obozach internowania w Rumunii i na Węgrzech, to z nich w przyszłości miał się rekrutować trzon Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Emigrację wybrało też wielu polityków i przedstawicieli sfer artystycznych, a dla większości była to decyzja, która zaważyła na całym ich życiu. Wielu z nich po wojnie pozostało na emigracji i nigdy już nie zobaczyło rodzinnego kraju.

Tysiącletnia Rzesza

Zwycięzcy solidarnie podzielili się łupem. Dokonano pewnych zmian we wcześniejszych ustaleniach i podczas kolejnej wizyty Ribbentropa w Moskwie (28.09.1939) podpisano układ o granicach i przyjaźni, będący formalnym rozbiorem Polski. ZSRS zrezygnował z granicy na Wiśle (początkowo planowano, że Sowieci zajmą Lubelszczyznę i wschodnie Mazowsze wraz z warszawską Pragą), a w zamian do strefy ich wpływów dołączono Litwę. W rękach niemieckich znalazła się niemal połowa kraju (ponad 187 tysięcy kilometrów kwadratowych), zamieszkana w ogromnej większości przez ludność polską. Sowieci zajęli resztę, przy czym obaj okupanci przekazali część zdobytych terytoriów innym państwom. Niemcy wynagrodzili udział Słowaków w kampanii wrześniowej, oddając im 700 kilometrów kwadratowych obszaru Spisza i Orawy, natomiast Moskwa przekazała Litwie Wilno wraz z najbliższą okolicą (niecałe 7 tysięcy kilometrów kwadratowych z 550 tysiącami mieszkańców). Oczywiście nie był to gest bezinteresowny, gdyż w zamian wymusili na Litwinach zgodę na organizację baz wojskowych na terenie republiki.

 

Na początku października 1939 roku hitlerowcy oficjalnie wcielili do Niemiec część okupowanego obszaru. W granicach Rzeszy znalazły się: Pomorze, Wielkopolska, Górny Śląsk, Łódź, północne Mazowsze i Suwalszczyzna. Wschodnia granica Niemiec przebiegała o kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, a na północy opierała się o Modlin. Były to tereny przeznaczone do szybkiej germanizacji, Hitler planował, że w ciągu 10 lat staną się obszarami „czysto niemieckimi”, czemu służyć miały masowe wysiedlenia polskiej ludności oraz sprowadzenie Niemców zamieszkujących dotychczas poza granicami III Rzeszy. Wysiedlenia prowadzono w sposób niezwykle brutalny, a Polakom pozostawiano najwyżej kwadrans na spakowanie.

„8 grudnia – wspominała hrabina Klementyna Mańkowska, właścicielka majątku Winnogóra w Wielkopolsce – […] koło godziny drugiej, wskutek jakiegoś przeczucia, którego nie potrafię wytłumaczyć, wstałam, by spojrzeć przez bramę. Z przerażeniem zobaczyłam, jak przed domem zatrzymuje się czarny, pancerny samochód. Natychmiast też otoczyła nas chmara czarnych mundurów.

– Jest pani aresztowana – oznajmili. – Pani, pani mąż i dzieci, musicie wyjechać stąd za kwadrans. Przede wszystkim nie bierzcie niczego, co sami nie uniesiecie”[1].

Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, bo ci gorzej urodzeni dostawali zaledwie pięć minut (!) na spakowanie. Jednak najbardziej tragiczny los spotkał polskie elity intelektualne. W ramach „wyniszczania warstw kierowniczych” przeprowadzono akcję „Inteligencja” (Intelligenzaktion), której ofiarami padło kilkadziesiąt tysięcy osób. Mordowano lub zsyłano do obozów koncentracyjnych: księży, nauczycieli, ziemian, kapitalistów, działaczy politycznych oraz wojskowych. Ze szczególną nienawiścią tropiono powstańców wielkopolskich i śląskich, dawnych członów Polskiej Organizacji Wojskowej oraz działaczy plebiscytowych.


Rozgraniczenie stref interesów ZSRR i III Rzeszy na terytorium II Rzeczypospolitej, 28 września 1939 roku (Mathiasrex, Maciej Szczepańczyk, na podstawie User Poznaniak)

Jednak natychmiastowe pozbycie się wszystkich Polaków z terenów wcielonych do Rzeszy okazało się niemożliwe z powodów praktycznych. Kolonizacja niemiecka postępowała stosunkowo wolno, toteż nasi rodacy byli niezbędni dla funkcjonowania miejscowej gospodarki. Jako obywatele drugiej kategorii mieli zapewnić utrzymanie „rasie panów”, a czasami pozwalano im pracować na stanowiskach wyższych niż robotnicze.

Specyficzny charakter miała tutejsza folkslista. O ile jej pierwsze dwie kategorie były faktycznie przeznaczone dla ludzi czujących się Niemcami, to już do kategorii trzeciej zaliczono praktycznie większość Ślązaków, Kaszubów czy Mazurów. Uznano ich za spolonizowanych potomków Niemców, a odmowa podpisania folkslisty oznaczała wywózkę do obozu koncentracyjnego i praktycznie automatyczny wyrok śmierci dla całej rodziny. W tej sytuacji władze emigracyjne wydały zgodę na wpisywanie się na folkslistę w celu ratowania życia, a takie stanowisko popierali również hierarchowie kościelni. W efekcie niemiecka lista narodowa na Górnym Śląsku przybrała wręcz monstrualne rozmiary, podpisało ją bowiem niemal 90% przedwojennych mieszkańców tego regionu.

Odmienny charakter miała natomiast ostatnia grupa folkslisty, do której zaliczono spolonizowane osoby pochodzenia niemieckiego, które czynnie brały udział w polskich organizacjach politycznych i społecznych. Postanowiono również, że podpisać ją mogą ci, których uznano za wartościowych pod względem rasowym. Podobnie jak w przypadku poprzedniej kategorii podpisanie jej było sprawą życia i śmierci. Dlatego informacja, że liczba folksdojczów w Poznaniu w ciągu kilku miesięcy wzrosła z 4,5 tysiąca do 30 tysięcy, wcale nie oznaczała radosnej kolaboracji z okupantem[2].

Swastyka nad Wisłą

Pod koniec października oficjalnie ogłoszono powstanie Generalnego Gubernatorstwa ze stolicą w Krakowie (Warszawę uznano za miasto zbyt niebezpieczne). Objęło ono resztę ziem okupowanych przez Niemców, łącznie blisko 100 tysięcy kilometrów kwadratowych i 12 milionów mieszkańców. Na jego czele stanął długoletni członek NSDAP, prawnik z wykształcenia, Hans Frank – człowiek o psychice „stanowiącej przedziwną mieszaninę inteligencji i okrucieństwa, finezji i wulgarności, brutalnego cynizmu i wyrafinowanej wrażliwości”[3]. Za swoją siedzibę obrał Wawel i zaczął się uważać za „niemieckiego króla Polski”, podczas gdy w Berlinie o Generalnym Gubernatorstwie mawiano Frank-reich (Rzesza Franka).

Pierwszą brutalną akcją, jaką okupanci przeprowadzili przeciwko Polakom na terenie Generalnego Gubernatorstwa, była Sonderaktion Krakau. W jej efekcie na początku listopada 1939 roku do obozów koncentracyjnych wywieziono ponad 180 wykładowców krakowskich uczelni. Wprawdzie po interwencjach międzynarodowych (w tym Benito Mussoliniego) naukowcy zostali po kilku miesiącach zwolnieni, jednak ich część nie przeżyła uwięzienia. Natomiast hitlerowcy mieli niebawem ponownie podjąć temat, tym razem z o wiele bardziej tragicznym skutkiem.

Uczciwie trzeba przyznać, że pomimo Sonderaktion Krakau początkowo zapanowało pewne uspokojenie sytuacji. Ludność polska miała znacznie lepsze warunki do życia, niż na obszarach wcielonych bezpośrednio do Rzeszy, a terror przejawiał się głównie w akcjach odwetowych. Za taką należy uznać zbrodnię w Wawrze, gdzie za zabicie przez miejscowych kryminalistów dwóch niemieckich żołnierzy rozstrzelano 111 mężczyzn z okolicznych domów. Wiele wskazuje na to, że jeszcze wtedy hitlerowcy nie planowali zorganizowanego ludobójstwa.

Wiosną 1940 roku okupanci zrzucili jednak maski i przystąpili do planowego wyniszczania polskich elit. W ramach tak zwanej akcji AB (Außerordentliche Befriedungsaktion) pomiędzy majem i wrześniem wymordowano około 3,5 tysiąca przedstawicieli polskiej inteligencji. Wśród rozstrzelanych znalazł się były marszałek Sejmu Maciej Rataj, jeden z liderów PPS Mieczysław Niedziałkowski, a także znakomity biegacz i medalista olimpijski, Janusz Kusociński. Przy okazji rozstrzelano także około 3 tysięcy więźniów politycznych przetrzymywanych dotychczas w obozach koncentracyjnych. Masowa zbrodnia miała złamać ducha oporu w narodzie polskim i pozbawić go przywódców.

„[…] dla nas wszystkich narodowych socjalistów – tłumaczył Frank na jednej z odpraw – nakazem chwili jest podjęcie zobowiązania, że dołożymy wszelkich starań, by w narodzie polskim nie wykrystalizował się już żaden opór. Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy w stanie wykonać to zadanie, że jest to nawet naszym obowiązkiem ze względu na konieczność osłaniania Rzeszy od Wschodu”[4].


Hans Frank (w środku) w Krakowie, fot. NAC

Hitler ostatecznie zrezygnował z planów powołania szczątkowego, wasalnego państwa polskiego i polecił przystąpić do bezwzględnej eksploatacji podbitych terenów. Generalne Gubernatorstwo miało się stać obszarem o statusie kolonialnym, zaspokajającym potrzeby Rzeszy w zakresie produkcji rolnej i niewykwalifikowanej siły roboczej. Planowano, że będzie stanowiło bufor pomiędzy Niemcami a ZSRS, co w kontekście planowanej przez führera wojny z Sowietami miało szczególne znaczenie.

Realizacja hitlerowskich planów musiała jednak zostać odłożona w czasie. Żywioł niemiecki w Generalnym Gubernatorstwie był zbyt słaby i nie było możliwości natychmiastowej germanizacji tego obszaru. W efekcie, chociaż powołano Generalną Dyrekcję Kolei Wschodniej, to z braku niemieckich pracowników zatrudniono w niej ponad 200 tysięcy Polaków[5].

Podobnie było w siłach porządkowych, dlatego w grudniu 1939 roku powstała Policja Polska Generalnego Gubernatorstwa (od koloru mundurów zwana granatową policją), do której pod groźbą kary śmierci powołano przedwojennych funkcjonariuszy. Szeregi uzupełniano byłymi policjantami przesiedlonymi z ziem włączonych do Rzeszy, a przez formację przewinęło się łącznie ponad 16 tysięcy osób. Samorządy działały pod ścisłym nadzorem, ale jednak działały, okupanci byli bowiem zbyt słabi liczebnie, by wszystkim zarządzać bezpośrednio.

Na ziemiach włączonych do Rzeszy wprowadzono ustawy norymberskie przeciwko ludności żydowskiej, a znaczną jej część przesiedlono do Generalnego Gubernatorstwa. Żydów zaczęto koncentrować na terenie wyznaczonych dzielnic w miastach, a pierwsze getto powstało już w październiku 1939 roku w Piotrkowie Trybunalskim. Największe zorganizowano w Warszawie, gdzie jesienią 1940 roku na obszarze obejmującym niewiele ponad 300 hektarów stłoczono około 400 tysięcy osób. Przy okazji warto zaznaczyć, że niemieckie pojęcie „Żyda” było dość obszerne i obejmowało także katolików, których co najmniej troje dziadków należało do żydowskiej gminy wyznaniowej. Tak samo traktowano osoby pozostające w związkach małżeńskich z Żydami.

Pytania bez odpowiedzi

Jedną z większych tajemnic kampanii wrześniowej było zachowanie polskich władz wobec sowieckiej inwazji z 17 września 1939 roku. Wprawdzie informacja o ataku Armii Czerwonej była ogromnym zaskoczeniem i pojawiły się głosy, że to już nie wojna, tylko katastrofa na niespotykaną skalę, ale rozkaz wydany przez marszałka Śmigłego-Rydza wielu uznało za absurdalny:

„Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony lub próby rozbrojenia oddziałów”[6].

Polecenie Śmigłego, aby „z bolszewikami nie walczyć”, było niezrozumiałe dla większości jego podwładnych. Niektórzy z oficerów – na przykład dowódca jednego z pułków Korpusu Ochrony Pogranicza, pułkownik Zdzisław Zajączkowski – podejrzewali nawet sowiecką prowokację.

„Nie mam żadnych rozkazów do poddania się wojskom Rosji sowieckiej – tłumaczył na odprawie. – To, co słyszę, że wyszedł jakiś rozkaz z Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich, aby nie walczyć z wojskami sowieckimi, to na pewno bolszewicka dywersja. Uważam Rosję sowiecką za takiego samego wroga jak Niemców”[7].

Jednak większość dowódców oddziałów stacjonujących na wschodzie kraju posłusznie wypełniła rozkaz i podejmowała walkę wyłącznie wtedy, gdy blokowano im marsz na zachód i południe. Największą bitwę stoczono pod Szackiem na Wołyniu, gdzie 27 września Sowieci opanowali miasteczko, wypierając oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza (dowódca generał Orlik-Rückemann). Następnego dnia nad ranem na groblach pomiędzy bagniskami powstrzymano kolejne natarcie sowieckie, a polski kontratak odbił Szack (zniszczono 12 czołgów przeciwnika). Pod osłoną nocy Polacy przeprawili się przez Bug, aby dołączyć do grupy „Polesie” generała Kleeberga. 1 października pod Wytycznem na Lubelszczyźnie stoczyli kolejną bitwę z Sowietami, a wobec beznadziejnej sytuacji militarnej dowódca rozformował swój oddział.

Ogromnym patriotyzmem wykazywali się cywilni mieszkańcy Kresów. Grodna przez trzy dni bronili ochotnicy wspomagani przez nieliczne regularne oddziały, które przypadkowo znalazły się w mieście. Wilno padło natomiast po dwudniowej obronie, również zainicjowanej przez ochotników.

Wydaje się, że rozkaz Śmigłego był dowodem jego realizmu i chęci zaoszczędzenia polskiej krwi. Można mieć różne opinie na temat dowodzenia Naczelnego Wodza w kampanii wrześniowej, ale on jako zawodowy wojskowy doskonale wiedział, że wkroczenie Sowietów oznacza ostateczną klęskę.

„Widoczne było, że katastrofa jest nieunikniona – tłumaczył minister Józef Beck. – Na moje pytanie, czy marszałek Śmigły dysponuje jakimikolwiek siłami w Małopolsce Wschodniej, aby powstrzymać napór wojsk sowieckich, otrzymałem odpowiedź, że poza KOP-em mogą się znaleźć tylko luźne bataliony marszowe, ale praktycznie opór jest beznadziejny”[8].

 

Podobnego zdania byli też współpracownicy Śmigłego, którzy uważali, że kampania jest przegrana i trzeba myśleć o przyszłości. Ten sposób myślenia mógł być przyczyną decyzji marszałka o powrocie do kraju dwa lata później i próbie podjęcia współpracy z Niemcami…

Jednak o ile rozkaz unikania walk z Sowietami można było uznać za dowód realizmu, to niewypowiedzenia wojny Sowietom przez polski rząd zupełnie nie dawało się zrozumieć. Niczym niesprowokowana agresja, która ostatecznie złamała polską obronę, pozostała bez reakcji na szczeblu dyplomatycznym, co w przyszłości miało przynieść fatalne skutki. I właściwie trudno określić przyczyny podjęcia takiej decyzji, przecież czasu było wystarczająco dużo, jeżeli nawet nie przed ewakuacją, to już po przejściu na stronę rumuńską. Sprawę tę zaniedbał również emigracyjny rząd Sikorskiego…

W cieniu sierpa i młota

Rozgraniczenie okupacji dokonane pod koniec września oddało w ręce Sowietów ponad połowę terytorium Polski. Korekta granicy sowiecko-niemieckiej okazała się zresztą dość korzystna dla Stalina, bo wskutek rezygnacji z Lubelszczyzny i wschodniego Mazowsza Armia Czerwona obsadziła tereny o mieszanym składzie narodowościowym. Dzięki temu można było ogłosić, że Sowieci przekroczyli granicę, aby wyzwolić uciemiężonych wschodniosłowiańskich braci i zjednoczyć Ukrainę i Białoruś. Oczywiście nie mogło zabraknąć aspektu walki klasowej, rozbiór Polski miał być wyrazem sprawiedliwości dziejowej i wyzwoleniem robotników i chłopów z ucisku kapitalistów.


Plakat propagandowy z marszałkiem Edwardem Śmigłym-Rydzem

Od samego początku Sowieci wprowadzili terror jako metodę sprawowania władzy, a zalecenia w tej kwestii płynęły z samej góry. Nikita Chruszczow, będący wówczas I sekretarzem KC WKP(b) Ukrainy, wygrażał podwładnym w pierwszych dniach agresji: „Jak wy pracujecie, ani jednego rozstrzelanego!”.

Sowiecka armia szybko nadrabiała zaległości, a jej pochód znaczyły zbrodnie i grabieże. Mordowano „wyzyskiwaczy”, czyli ziemian i kapitalistów, ale nie gardzono też zbrodniami na zwykłych mieszkańcach, szczególnie gdy nie okazywali dostatecznego entuzjazmu wobec „wyzwolicieli” ze wschodu. Nierzadkie były przypadki zabijania polskich oficerów i żołnierzy – nawet tych, którzy zgodnie z rozkazem Śmigłego-Rydza nie walczyli z najeźdźcami. W okolicach miasteczka Sarny na Wołyniu rozstrzelano blisko 300 członków miejscowego batalionu, w Mokranach wymordowano oficerów i podoficerów flotylli pińskiej, zarzucając im, że opuszczając okręty, zgodnie z marynarską tradycją dokonali ich zatopienia. Ofiarą sowieckich zbrodni padli także cywilni ochotnicy broniący Wilna i Grodna.

Na opanowanych przez Sowietów terenach NKWD natychmiast przystąpiło do wprowadzania własnych porządków. Zagarnięte obszary znalazły się pod władzą wojskową, a następnie urządzono na nich „wybory” do „Zgromadzeń Ludowych”. Oczywiście była tylko jedna lista wyborcza i kandydaci zostali wybrani ogromną większością głosów. Wkrótce potem „deputowani” zwrócili się do władz ZSRS o przyłączenie „Zachodniej Ukrainy” i „Zachodniej Białorusi” do Kraju Rad, a Kreml przyjął prośbę ze zrozumieniem.

„Jest wprost nie do wiary – wspominał pobyt we Lwowie pułkownik Klemens Rudnicki – jak można wygląd miasta w ciągu półtora miesiąca zupełnie zmienić. To już nie pogodny, piękny, zachodni Lwów, ale coś, przeciwko czemu wszystko się w człowieku burzy. Niby ten sam, zniszczeń wojennych żadnych, a jednak inny – Azja. Na ulicach i gmachach ogromne transparenty z hasłami propagandowymi w rodzaju: »Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się« itp. Ogromne portrety Lenina i Stalina uśmiechają się do przechodniów, głośniki bez przerwy ryczą muzyką lub przemówieniami. Na Wałach Hetmańskich obok Sobieskiego stanął ogromny pomnik – gloryfikacja Związku Radzieckiego – z drzewa oklejonego betonem”[9].

Pod koniec listopada wszystkim mieszkańcom Kresów przymusowo nadano obywatelstwo ZSRS i przystąpiono do parcelacji ziemi uprawnej, jednak głównym zadaniem bolszewików stała się eksterminacja polskich elit. W ciągu kilku dni po agresji aresztowano członków władz – w więzieniach znaleźli się dawni premierzy (Prystor, Kozłowski i Skulski), ministrowie, wielu posłów i senatorów. Oskarżono ich o kontrrewolucję, a nawet o udział w wojnie z 1920 roku! Następnie przystąpiono do systematycznego wyniszczenia polskiego żywiołu i w czterech turach deportowano około 350 tysięcy ludzi, osadzając ich w północnej części Rosji i w Kazachstanie.

Zesłańców zostawiano w tajdze lub na stepie bez środków do życia i dachu nad głową. Od tej pory mieli radzić sobie sami.

„Zbiegli się ludzie – wspominała Nina Kochańska swoje zesłanie do Kazachstanu – a ja zastanawiałam się, gdzie oni mieszkają, bo dookoła aż po horyzont żadnych domów mieszkalnych nie mogłam dostrzec. Było tam tylko coś, co wyglądało jak nędzne obory lub stajnie”[10].

Najsłabsi szybko umierali, reszta usiłowała się przystosować. Budowano szopy i lepianki, uczono się palić ogniska kiziakiem (wysuszonym nawozem). Latem panowały zabójcze upały i dokuczały ogromne ilości insektów, zimą potworny mróz zbierał nowe ofiary. Do tego dochodził jeszcze obowiązek katorżniczej pracy, zgodnie z sowiecką zasadą: kto nie pracuje, ten nie je.

Nie lepiej było na Syberii, gdzie straszliwe zimno codziennie zbierało swoje śmiertelne żniwo.

„Jak okiem sięgnąć – wspominał jeden z zesłańców – na horyzoncie rozciągała się mroczna ściana lasu. Ścieżki prowadzące przez zonę obozową składały się z dwóch desek położonych obok siebie; każdego dnia oczyszczali je księża, usuwający śnieg wielkimi drewnianymi łopatami. [...] Przed kuchnią stała kolejka obszarpanych cieni, w futrzanych czapkach uszankach, stopy i nogi opatulone szmatami obwiązanymi sznurkiem”[11].

W rękach Sowietów znalazła się również bliżej nieznana liczba jeńców wojennych, a po zajęciu przez Stalina republik bałtyckich – także obywatele polscy internowani na Litwie, Łotwie i w Estonii. Generał Anders określał łączną liczbę Polaków osadzonych w łagrach, więzieniach i zesłanych na półtora miliona obywateli.

Deportacja do łagrów oznaczała w praktyce wyrok śmierci (średni czas życia w obozie nie przekraczał roku). Blisko 100 tysięcy poborowych powołano do służby wojskowej, wcielając ich do ponurej sławy batalionów budowlanych, a następnie zsyłając do obozów. Najtragiczniejszy okazał się jednak los wziętych do niewoli kilkunastu tysięcy polskich oficerów wymordowanych w Katyniu, Charkowie i Twerze. Była to masowa zbrodnia na polskiej inteligencji, wśród ofiar było wielu oficerów rezerwy: nauczycieli, lekarzy, prawników. Więcej szczęścia mieli polscy jeńcy przejęci przez NKWD w republikach bałtyckich. Po klęsce Francji, w zmienionej sytuacji politycznej, uznano, że ci ludzie mogą być jeszcze przydatni.


Propagandowy znaczek sowiecki wypuszczony z okazji 17 września 1939 roku

Tysiące polskich obywateli zostało wymordowanych w lokalnych katowniach NKWD, wielu zniknęło na zawsze w niewyjaśniony sposób. Pewne jest natomiast jedno – niemal dwa lata sowieckich rządów na Kresach były znacznie tragiczniejsze niż ten sam okres okupacji niemieckiej, a Sowieci zdecydowanie przewyższali okrucieństwem hitlerowców.

Bolszewicki terror w stosunku do Polaków nie był jednak w dziejach ZSRS niczym nowym. Była to normalna metoda sprawowania władzy, której ofiarą padły również miliony sowieckich obywateli: Rosjan, Ukraińców, Kazachów, Tatarów, Uzbeków. A kiedy pewien przesłuchiwany przez NKWD polski oficer stwierdził, że Polaków jest trzydzieści milionów i niełatwo będzie ich eksterminować, to usłyszał, że w Związku Sowieckim więcej ludzi przebywa w łagrach…

„Bracia Litwini”

Pierwsza sowiecka okupacja Wilna trwała kilka tygodni. Zgodnie z ustaleniami Kowna z Kremlem 27 października 1939 roku do grodu Giedymina wkroczyła armia litewska, zajmując miasto w imieniu rządu litewskiego. Wcześniej oficjalnie przepiłowano szlabany na dawnej granicy polsko-litewskiej i wraz z innymi symbolami Rzeczypospolitej spalono je na specjalnie przygotowanych stosach. Do mieszkańców miasta nad Wilią wydano odezwę zapowiadającą łagodne i kompromisowe rządy:

„Przychodzimy, bracia, nie ciemiężyć, lecz kochać, nie burzyć, lecz budować. Przychodzimy, niosąc porządek i pracę. Przynosimy prawo i sprawiedliwość. Litwa jest ojczyzną nas wszystkich i my wszyscy jej synowie i córki mamy równe prawa i jednaką jej miłość i szacunek. Nie ma na Litwie zwyczaju prześladować za wiarę i mowę bądź przekonania poszczególnych ludzi”[12].

Rzeczywistość wyglądała znacznie gorzej, ale początkowo nic nie zapowiadało późniejszych problemów. Przyczyna była jednak zupełnie inna niż zapowiadane przez polityków z Kowna „prawo i sprawiedliwość”. Władze litewskie były zaskoczone siłą polskiego żywiołu nad Wilią, gdyż najwyraźniej uwierzyły we własną propagandę głoszącą, że Rzeczpospolita okupuje „litewskie miasto”. Tymczasem w Wilnie Litwini stanowili niecały procent ludności, natomiast dominowali Polacy (66%) i Żydzi (28%). Konsternacja była tak wielka, że zrezygnowano nawet z przeniesienia tutaj stolicy państwa.

Pierwsze tygodnie litewskiej okupacji wyglądały wręcz sielankowo. Ponownie zaczęła ukazywać się polska prasa, działały polskie placówki kulturalne, szkoły i Uniwersytet im. Stefana Batorego. Miasto sprawiało wrażenie polskiej enklawy, funkcjonującej na zupełnie innych zasadach niż obszary opanowane przez Niemców czy Sowietów.

Tymczasem zmieniła się sytuacja międzynarodowa. Stalin zaatakował Finlandię, wobec czego władze z Kowna zaczęły dążyć do zbliżenia z Niemcami. Hitlerowcy natomiast wyjątkowo niechętnie patrzyli na polski żywioł w Wilnie, obawiając się, że miasto stanie się bazą dla polskiego podziemia.

Jednocześnie Litwini doszli do wniosku, że Polacy nad Wilią zachowują się w sposób prowokacyjny i nie traktują ich administracji z odpowiednią powagą. Było to zresztą zgodne z prawdą, wobec czego późną jesienią 1939 roku przystąpiono do brutalnej lituanizacji miasta.