Kłopoty w raju

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Dla lewicy, która ma odwagę używać swojego imienia

5  Niezgoda buduje!

Hors d’oeuvre?

Du jambon cru?

Un faux-filet, peut-être?

J’ai hâte de vous servir!

10  Nota bene!

11  Przypisy końcowe

Tytuł oryginalny: Trouble in Paradise: From the End of History to the End of Capitalism

Redakcja: Aleksandra Żdan

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Korekta: Alicja Laskowska, Monika Marczyk/Słowne Babki

Redaktor inicjujący: Bartłomiej Nawrocki

Original English language edition first published by Penguin Book Ltd. London

Text copyright © Slavoj Žižek 2015

The author has asserted his moral rights

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Markiewka, 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-609-0


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

PRZEDMOWA DO POLSKIEGO WYDANIA

Dla lewicy, która ma odwagę używać swojego imienia

Coraz więcej znaków wskazuje na to, że potrzebujemy perspektywy komunistycznej. Zwolennicy obecnego porządku lubią mówić o końcu socjalistycznego snu, bo każda próba jego realizacji zamieniła się w koszmar (tylko spójrzcie, co się dzieje w Wenezueli!). Jednocześnie wszędzie dostrzegamy objawy narastającej paniki: jak mamy sobie poradzić z globalnym ociepleniem, z zagrożeniem cyfrową kontrolą naszego życia, z napływem uchodźców… Mówiąc krótko – ze skutkami kapitalistycznego triumfu. Nie ma tu niespodzianki: kiedy kapitalizm wygrywa, następuje intensyfikacja jego wewnętrznych sprzeczności.

Wokół nas pełno jest oznak postępującego szaleństwa antyoświeceniowego. W Koszalinie trzech księży katolickich spaliło książki, które ich zdaniem promują magię, w tym jedną z powieści o Harrym Potterze. Podczas ceremonii, którą sfotografowali i opublikowali na Facebooku, wynieśli dzieła z kościoła, ustawili je na zewnątrz, rozpalili ognisko i zaczęli się modlić, obserwowani przez niewielką grupę ludzi1. Niby odosobniony incydent, ale jeśli umieścimy go obok innych podobnych wydarzeń, dojrzymy wyraźny wzór antyoświeceniowy. Weźmy 106. Indyjski Kongres Naukowy w Pendżabie (ze stycznia 2019 roku), podczas którego lokalni naukowcy wysunęli wiele twierdzeń, oto kilka przykładów: Kaurava urodzili się dzięki technologii komórek macierzystych; bóg Rama używał „aśtry” i „śastry”, gdy bóg Wisznu rzucił swoją Sudarśanaćakrą, aby ścigała namierzone cele – co pokazuje, że nauka o naprowadzanych pociskach odrzutowych istniała w Indiach tysiące lat temu; Rawana nie tylko posiadał puszpakę-wimanę, ale też miał dwadzieścia cztery typy samolotów i lotniska na Lance; fizyka teoretyczna (w tym teorie Newtona i Einsteina) jest całkowicie błędna, fale grawitacyjne zostaną przemianowane na fale Narendry Modiego, a efekt soczewkowania grawitacyjnego zostanie przemianowany na efekt Hashvardhana; Brahmā odkrył istnienie dinozaurów na Ziemi i wspomniał o nich w Wedach2. Jest to również sposób na walkę z pozostałościami zachodniego kolonializmu, z kolei palenie książek w Polsce można postrzegać jako rodzaj sprzeciwu wobec zachodniego konsumpcjonizmu… Połączenie tych dwóch przykładów, jednego z hinduskich Indii, a drugiego z chrześcijańskiej Europy, pokazuje, że mamy do czynienia ze zjawiskiem globalnym.

Coraz bardziej pogrążamy się w tym szaleństwie, które bez problemu współistnieje z kwitnącym rynkiem światowym, a tymczasem nadchodzi prawdziwy kryzys. W styczniu 2019 roku międzynarodowy zespół naukowców zaproponował „dietę, która może poprawić zdrowie, a jednocześnie wspomóc zrównoważoną produkcję żywności w celu zmniejszenia dalszych szkód wyrządzanych planecie. Ta zdrowa dieta planetarna polega na zmniejszeniu o połowę spożycia czerwonego mięsa i cukru oraz zwiększeniu spożycia owoców, warzyw i orzechów”3. Mówimy o radykalnej zmianie całej sieci produkcji i dystrybucji żywności. Jak to zrobić? „Raport sugeruje pięć strategii, które mają pomóc ludziom zmienić dietę i wesprzeć w ten sposób Ziemię: zachęcanie do zdrowszego odżywiania, oparcie produkcji na bardziej różnorodnych uprawach, większa dbałość o zrównoważony rozwój rolnictwa, surowsze zasady dotyczące zarządzania oceanami i glebami, a także walka z marnowaniem żywności”. Dobrze, ale – ponownie – jak to zrobić? Czy nie jest jasne, że potrzebujemy silnej ogólnoświatowej agencji, mającej uprawnienia do koordynowania takich rozwiązań? Czy taka agencja nie kieruje nas w stronę czegoś, co nazwaliśmy kiedyś „komunizmem”? I czy tego samego nie dałoby się powiedzieć na temat innych zagrożeń dla ludzkości? Czy globalna agencja nie jest również potrzebna, aby poradzić sobie z problemem narastającej fali uchodźców i imigrantów bądź z problemem cyfrowej kontroli nad naszym życiem?

Potrzebujemy interwencji komunistycznych, ponieważ nasz los nie jest jeszcze rozstrzygnięty – nie w tym prostym sensie, że wciąż mamy jakiś wybór, ale w bardziej radykalnym znaczeniu decydowania o własnym przeznaczeniu. Zgodnie ze standardowym poglądem przeszłość jest ustalona, co się stało, to się nie odstanie, przyszłość jest zaś otwarta, zależy od nieprzewidzianych zdarzeń losowych. Powinniśmy zaproponować odwrócenie tego standardowego poglądu: przeszłość jest otwarta na retroaktywne reinterpretacje, podczas gdy przyszłość jest zamknięta, ponieważ żyjemy w deterministycznym wszechświecie. To nie znaczy, że nie możemy zmienić biegu historii; rzecz w tym, że aby zmienić naszą przyszłość, powinniśmy najpierw (nie „zrozumieć”, ale) zmienić naszą przeszłość, zreinterpretować ją w taki sposób, by otwierała się na inną przyszłość niż ta sugerowana przez dominującą wizję przeszłości.

Czy dojdzie do kolejnej wojny światowej? Odpowiedź może być tylko paradoksalna: Jeżeli wybuchnie nowa wojna, będzie ona konieczna. Tak działa historia – na zasadzie dziwnego odwrócenia opisanego przez Jean-Pierre’a Dupuya: „jeśli dochodzi do wyjątkowego wydarzenia, na przykład do katastrofy, nie mogło do niego nie dojść; niemniej jednak, jeśli jeszcze do niego nie doszło, to nie jest ono nieuniknione. Tak więc to realizacja wydarzenia – fakt, że zachodzi – tworzy retroaktywnie jego konieczność”4. To samo dotyczy nowej wojny światowej: kiedy konflikt wybuchnie (między USA i Iranem, między Chinami i Tajwanem), okaże się konieczny, to znaczy, że będziemy automatycznie interpretować przeszłość jako wiele przyczyn z konieczności prowadzących do wybuchu konfliktu. Jeśli nie dojdzie do starcia, zinterpretujemy historię tak, jak to robimy obecnie z zimną wojną: jako serię niebezpiecznych momentów, w trakcie których uniknięto katastrofy, ponieważ obie strony były świadome śmiertelnych konsekwencji globalnego konfliktu (mamy dziś wielu interpretatorów, którzy twierdzą, że nigdy nie było rzeczywistego niebezpieczeństwa wybuchu III wojny światowej, obie strony tylko straszyły się nawzajem). To na tym głębszym poziomie potrzebne są interwencje komunistyczne.

Ci, których ta argumentacja nie przekonuje, powinni spojrzeć na pożary niszczące lasy amazońskie. Gdy temat zniknął z nagłówków, dowiedzieliśmy się, że dwa dni po tym, jak rząd zakazał umyślnego spalania lasów, w Brazylii wybuchło prawie cztery tysiące nowych pożarów. Te liczby są alarmujące: czy naprawdę zmierzamy w stronę zbiorowego samobójstwa? Niszcząc amazońskie lasy deszczowe, Brazylijczycy zabijają „płuca Ziemi”… Ale jeśli chcemy stawić czoła poważnym zagrożeniom dla naszego środowiska, powinniśmy unikać takich szybkich ekstrapolacji, które fascynują naszą wyobraźnię. Dwie lub trzy dekady temu wszyscy w Europie mówili o Waldsterben, umieraniu lasów, temat był na okładkach popularnych tygodników. Chodziło o szacunki, że w ciągu połowy wieku Europa pozostanie bez lasów… a dziś jest zalesiona bardziej niż kiedykolwiek w XX wieku, my uświadamiamy sobie zaś inne niebezpieczeństwa, na przykład to, co dzieje się w głębinach oceanów. Musimy traktować zagrożenia ekologiczne bardzo poważnie, ale powinniśmy pamiętać, że analizy i prognozy w tej dziedzinie są niepewne – będziemy wiedzieć, co się dzieje na pewno, dopiero wtedy, gdy będzie już za późno. Szybkie ekstrapolacje dają argument tylko tym, którzy negują globalne ocieplenie, dlatego powinniśmy za wszelką cenę unikać pułapki „ekologii strachu”, pochopnej chorobliwej fascynacji nadchodzącą katastrofą.

 

Ekologia strachu ma szansę stać się dominującą formą ideologii globalnego kapitalizmu, nowym opium dla mas, zastępując upadającą religię: przejmuje bowiem podstawową funkcję starej religii – ustanawia niekwestionowany autorytet, który może narzucać ograniczenia. Lekcja wbijana nam do głów przez ten rodzaj ekologii dotyczy naszej skończoności: jesteśmy tylko jednym z wielu gatunków na Ziemi, osadzonym w biosferze, która znacznie przekracza nasz horyzont. Korzystając z zasobów naturalnych, zapożyczamy się w przyszłości, dlatego należy traktować Ziemię z szacunkiem, jako Świętość, jako coś, co nie powinno być odsłonięte, lecz pozostać na zawsze Tajemnicą, potęgą, której trzeba zaufać, a nie poddawać dominacji. Chociaż nie potrafimy w pełni zapanować nad naszą biosferą, to niestety możemy ją popsuć, zaburzyć jej równowagę, tak że straci ona w końcu cierpliwość i się nas pozbędzie. Dlatego choć ekolodzy cały czas domagają się radykalnej zmiany naszego stylu życia, to u podstaw tego żądania leży jego sprzeczność – głęboka nieufność wobec zmian, rozwoju, postępu: każde radykale przeobrażenie świata może mieć niezamierzoną konsekwencję w postaci wywołania katastrofy.

Ten problem jest jeszcze bardziej skomplikowany. Nawet gdy stwierdzimy, że jesteśmy gotowi przyjąć na siebie odpowiedzialność za katastrofy ekologiczne, nasza gotowość może się okazać zawiłą strategią unikania podjęcia realnych działań i akceptacji prawdziwych rozmiarów zagrożenia. Jest ona bowiem zwodniczo uspokajająca: lubimy być winni, ponieważ jeśli jesteśmy winni, to wszystko zależy od nas, to my pociągamy za sznurki katastrofy, więc ciągle mamy szansę się uratować, wystarczy zmienić nasze życie. Naprawdę trudne (przynajmniej dla nas, na Zachodzie) jest uznanie, że odgrywamy rolę biernego i bezsilnego obserwatora, który może tylko siedzieć i patrzeć, jaki będzie jego los. Chcąc uniknąć takiej sytuacji, mamy skłonność do oddawania się obsesyjnym aktywnościom: recyklingowi, kupowaniu żywności ekologicznej, robieniu czegokolwiek, byle mieć pewność, że działamy, że mamy swój wkład w walkę – niczym kibic piłkarski, który wspiera swoją drużynę przed telewizorem, krzycząc i skacząc, w przesądnym przekonaniu, że wpłynie to jakoś na wynik…

To prawda, że typową formą wyparcia problemów ekologicznych jest: „Wiem bardzo dobrze (że wszyscy jesteśmy zagrożeni), ale tak naprawdę w to nie wierzę (więc nie jestem gotowy na poważne działania, jak zmiana sposobu życia)”. Ale istnieje również odwrotna forma wyparcia: „Wiem bardzo dobrze, że tak naprawdę nie potrafię wpłynąć na proces, który może doprowadzić do mojej ruiny (jak wybuch wulkanu), ale jest to dla mnie zbyt traumatyczne do zaakceptowania, więc nie potrafię się oprzeć pokusie zrobienia czegoś, nawet jeśli wiem, że ostatecznie nie ma to znaczenia…”. Czy to nie z tego samego powodu kupujemy żywność ekologiczną? Kto naprawdę wierzy, że na wpół zgniłe i drogie „organiczne” jabłka są rzeczywiście zdrowsze? Chodzi o to, że kupując je, dokonujemy czegoś więcej niż zakupu i konsumpcji produktu – robimy coś znaczącego, pokazujemy naszą troskę i globalną świadomość, uczestniczymy w dużym zbiorowym projekcie…

Dominująca ideologia ekologiczna traktuje nas jako a priori winnych, zadłużonych u matki natury, pod stałą presją superego, które zwraca się do nas jako do jednostek: „Co dzisiaj zrobiłeś, aby spłacić swój dług wobec natury? Czy umieściłeś wszystkie gazety w odpowiednim koszu? A butelki po piwie i puszki po coli? Czy korzystałeś z samochodu, kiedy mogłeś wybrać rower lub transport publiczny? Czy używałeś klimatyzacji, zamiast otworzyć okno?”. Łatwo dostrzec ideologiczną stawkę tej indywidualizacji: jestem tak zaaferowany sprawdzaniem samego siebie, że nie zadaję o wiele ważniejszych pytań globalnych, które dotyczą całej naszej cywilizacji przemysłowej.

Ekologia łatwo poddaje się mistyfikacjom ideologicznym: może stać się pretekstem do obskuranckiego New Age (wychwalającego przednowoczesne „paradygmaty” itp.) lub do neokolonializmu (pretensje pierwszego świata, że szybki rozwój krajów trzeciego świata, takich jak Brazylia czy Chiny, zagraża nam wszystkim); może stać się również sprawą honoru „zielonych kapitalistów” (kupuj zielono, przetwarzaj… tak jakby wzięcie pod uwagę ekologii miało usprawiedliwić kapitalistyczny wyzysk). Wszystkie te napięcia objawiły się w reakcjach na ostatnie pożary lasów amazońskich. Istnieje pięć głównych strategii zaciemniania prawdziwych rozmiarów zagrożenia ekologicznego: (1) prosta ignorancja: to zjawisko marginalne, niewarte naszej uwagi, życie toczy się dalej, natura zajmie się sobą; (2) nauka i technologia mogą nas uratować; (3) rynek się tym zajmie (wyższe opodatkowanie zanieczyszczeń itp.); (4) presja superego na osobistą odpowiedzialność zamiast na działania systemowe: każdy z nas powinien robić, co może: przetwarzać czy też konsumować mniej; (5) być może najgorsza z tych wszystkich strategii – promowanie powrotu do naturalnej równowagi, do skromniejszego, tradycyjnego życia, do wyrzeczenia się ludzkiej pychy i stania się na powrót pełnymi szacunku dziećmi naszej matki natury. Ten cały pogląd o matce naturze niszczonej przez ludzką pychę jest błędny. Fakt, że naszymi głównymi źródłami energii (ropa, węgiel) są pozostałości po wcześniejszych katastrofach, jest dobitnym przypomnieniem, iż matka natura jest zimną i okrutną suką…

To oczywiście nie oznacza, że powinniśmy się zrelaksować i spoglądać ze spokojem w przyszłość: brak jasności, co się dzieje, czyni sytuację jeszcze bardziej niebezpieczną. Widzimy też, że migracje (i mury, które mają im zapobiegać) są coraz bardziej powiązane z zaburzeniami ekologicznymi, takimi jak globalne ocieplenie. Apokalipsa ekologiczna i apokalipsa uchodźcza pokrywają się ze sobą. Philip Alston, specjalny sprawozdawca ONZ, mówi trafnie o „apartheidzie klimatycznym”: „Ryzykujemy scenariusz apartheidu klimatycznego, bogaci płacą, aby uniknąć problemów związanych z ociepleniem, głodem i konfliktami, podczas gdy reszta świata musi cierpieć”. Osoby najmniej odpowiedzialne za globalne emisje mają również najmniejszą zdolność do ochrony siebie.

Zostajemy zatem z leninowskim pytaniem: co robić? Sytuacja jest trudna: nie ma prostego „demokratycznego” rozwiązania. Pomysł, że to sami ludzie (a nie tylko rządy i korporacje) powinni decydować, brzmi sensownie, ale rodzi ważne pytanie: nawet jeśli przyjmiemy, że interesy korporacyjne nie wpływają na poglądy obywateli, to jakie mają oni kwalifikacje do wydawania osądów w tak delikatnych sprawach? Radykalne środki zalecane przez niektórych ekologów same mogą wywołać nowe katastrofy. Weźmy pomysł SRM (solar radiation management – zarządzanie promieniowaniem słonecznym) – masowe rozprowadzanie aerozoli w naszej atmosferze, by odbijały i pochłaniały światło słoneczne, a tym samym chłodziły planetę. SRM jest niezwykle ryzykownym rozwiązaniem: może zmniejszyć plony, nieodwracalnie zmienić obieg wody, nie wspominając o wielu innych „nieznanych niewiadomych” – nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, jak funkcjonuje krucha równowaga naszej Ziemi i na jak nieprzewidywalne sposoby taka geoinżynieria ją naruszy.

Możemy jednak przynajmniej ustalić priorytety i przyznać się do absurdu naszych geopolitycznych gier wojennych w sytuacji, gdy zagrożona jest sama planeta, o którą toczą się te spory. Pora zatrzymać niedorzeczne gierki, w których Europa obwinia Brazylię, a Brazylia obwinia Europę. Zagrożenia ekologiczne unaoczniają nam, że era suwerennych państw narodowych zbliża się ku końcowi – konieczna jest silna agencja globalna, posiadająca uprawnienia do koordynowania niezbędnych działań. Wypada powtórzyć pytanie: czy potrzeba takiej agencji nie odsyła do czegoś, co nazwaliśmy kiedyś komunizmem? Tylko czy mamy polityków, którzy potrafią zaspokoić tę potrzebę?

Nie tak dawno temu, w galaktyce, która dziś wydaje się odległa, przestrzeń publiczna była wyraźnie oddzielona od obsceniczności sfery prywatnej. Oczekiwano, że politycy, dziennikarze i inne osobistości medialne będą traktowali nas z jakimś minimalnym szacunkiem, rozmawiając i zachowując się tak, jakby ich głównym celem było dobro wspólne, bez wulgarnych wypowiedzi i nawiązań do spraw intymnych. Oczywiście pojawiały się pogłoski o osobistych przywarach, ale pozostawały właśnie tym – sprawą osobistą, przedmiotem zainteresowania co najwyżej brukowców. Dziś nie tylko możemy przeczytać w mediach o intymnych szczegółach osobistości publicznych, ale i sami politycy oddają się bezwstydnej obsceniczności. To w domenie publicznej krążą „fałszywe wiadomości”, plotki i teorie spiskowe.

Nie należy zapominać o tym, co jest najbardziej zaskakujące w bezwstydnej obsceniczności ruchów alt-right, tak dobrze opisanych przez Angelę Nagle w Kill All Normies. Tego rodzaju obsceniczność miała tradycyjnie (a przynajmniej w retrospektywnym spojrzeniu na tę tradycję) charakter wywrotowy – podważała zastane struktury dominacji i obdzierała Mistrza z jego fałszywej powagi. Pamiętam z własnej młodości, jak w latach sześćdziesiątych XX wieku protestujący studenci lubili używać nieprzyzwoitych słów lub gestów, by zawstydzić władzę i, jak twierdzili, potępić jej hipokryzję. Współczesna obsceniczność, rozprzestrzeniająca się w domenie publicznej, nie prowadzi jednak do zniknięcia autorytetu Mistrza, chodzi raczej o jego przywrócenie – dostaliśmy coś, co kilka dekad temu było niewyobrażalne: obscenicznego Mistrza.

Donald Trump jest wzorowym przykładem tego zjawiska. Częsty argument przeciwko niemu – że jego populizm (troska o dobrobyt biednych ludzi) jest fałszywy, że tak naprawdę chroni interesy bogatych – nie wystarcza. Zwolennicy Trumpa nie działają „irracjonalnie”, nie są ofiarami prymitywnej manipulacji ideologicznej, która zmusza ich do głosowania przeciwko własnym interesom. Na swój sposób są dość racjonalni: głosują na Trumpa, ponieważ w „patriotycznej” wizji, którą sprzedaje, zajmuje się on również ich codziennymi problemami – bezpieczeństwem czy stałą pracą.

Kiedy Trump został wybrany na prezydenta, kilku wydawców poprosiło mnie o napisanie książki, która poddałaby jego zjawisko psychoanalizie. Odparłem, że nie potrzebujemy psychoanalizy w celu zbadania „patologii” sukcesu sławnego miliardera – jedyną rzeczą wartą psychoanalitycznej uwagi jest irracjonalna głupota, z jaką liberalna lewica zareagowała na tę wygraną, głupota, która zwiększała ryzyko ponownego zwycięstwa Trumpa. Nawiązując do jednego z najgorszych przejawów wulgaryzmu tego polityka, można powiedzieć, że lewica nie nauczyła się chwytać go za ch…

Trump nie wygrywa jedynie dzięki bezwstydnemu bombardowaniu nas wiadomościami, które generują obsceniczną radość z naruszania przez niego elementarnych norm przyzwoitości. Za pomocą szokujących wulgaryzmów zapewnia swoim wyznawcom narrację mającą sens – bardzo ograniczony i pokręcony, ale mimo wszystko sens, który oczywiście działa lepiej niż narracja lewicowo-liberalna. Jego bezwstydne przekleństwa służą jako oznaki solidarności z tak zwanymi zwyczajnymi ludźmi („widzisz, jestem taki sam jak ty, wszyscy skrycie tacy jesteśmy”). Ta solidarność wskazuje również na punkt, w którym obsceniczność Trumpa osiąga swój limit. Prezydent nie jest całkowicie obsceniczny: kiedy mówi o wielkości Ameryki czy kiedy potępia swoich przeciwników jako wrogów ludu, chce być traktowany poważnie. Nieprzyzwoitość Trumpa ma na celu precyzyjne podkreślenie – na zasadzie kontrastu – kiedy zaczyna mówić na poważnie: funkcjonuje ona jako obsceniczna manifestacja jego wiary w wielkość Ameryki.

Dlatego aby zrozumieć fenomen Trumpa, należy spojrzeć na jego zachowania od drugiej strony i potraktować jako obsceniczne właśnie te twierdzenia, które wygłasza on na serio. Trump jest naprawdę obsceniczny nie wtedy, gdy używa wulgarnych seksistowskich odzywek, lecz gdy mówi o Ameryce jako najwspanialszym kraju na świecie czy kiedy narzuca swoje rozwiązania ekonomiczne. Wulgarność jego mowy maskuje tę podstawową obsceniczność. Parafrazując znane powiedzenie braci Marx: Trump działa i wygląda jak bezwstydnie obsceniczny polityk, ale nie dajcie się zwieść – on naprawdę jest bezwstydnie obscenicznym politykiem.

Rozpowszechniona dziś obsceniczność stanowi trzecią domenę i znajduje się między przestrzenią prywatną a publiczną: jest przestrzenią prywatną wyniesioną do sfery publicznej. Wydaje się, że mamy do czynienia z formą, która najlepiej pasuje do naszego zanurzenia w cyberprzestrzeni, w Twitterze, Instagramie, Facebooku… nic dziwnego, że Trump upublicznia większość swoich decyzji za pośrednictwem Twittera. Nie docieramy tu jednak do „prawdziwego Trumpa”: celem publicznej obsceniczności nie jest dzielenie się intymnymi doświadczeniami, to domena pełna kłamstw, hipokryzji i czystej wrogości, domena, w której zakładamy obrzydliwą maskę. W ten sposób zostaje odwrócony standardowy związek między moją intymnością a wielkim Innym godności publicznej: obsceniczność nie ogranicza się już do sfery prywatnej, zadomowiła się w domenie publicznej, co pozwala mi się łudzić, że to wszystko jest tylko obsceniczną grą, a ja pozostaję niewinny w mojej intymnej czystości. Pierwszym zadaniem krytyka społecznego jest pokazanie, że ta czystość jest fałszywa.