Studium w szkarłacieTekst

Z serii: Sherlock Holmes #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Studium w szkarłacie
Studium w szkarłacie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 51,90  41,52 
Studium w szkarłacie
Studium w szkarłacie
Audiobook
Czyta Maciej Więckowski
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa





Sherlocka Holmesa poznałem za sprawą przypadku. Wydaje mi się to bardzo dziwne, że losowe, nieprzewidziane zdarzenia mogą mieć czasem tak duży wpływ na nasze dalsze życie, ale tak właśnie się stało tamtego dnia w Londynie.

Wróciłem do miasta w 1879 roku po tym, jak rana postrzałowa barku zakończyła moją krótką karierę wojskowego chirurga. Renta, jaką otrzymywałem, z ledwością starczała na wynajmowanie skromnego pokoiku w hotelu, a stan zdrowia nie pozwalał mi jeszcze na powrót do praktyki lekarskiej.

Siedziałem sobie w barze Criterion, sącząc drinka i zastanawiając się nad tym, jak znaleźć jakieś tańsze miejsce zamieszkania, gdy raptem ktoś klepnął mnie w ramię. Odwróciłem się i zobaczyłem młodego Stamforda, który dawniej był moim asystentem, gdy jeszcze pracowałem w szpitalu St. Bartholomew’s.


Miło mi było zobaczyć znajomą twarz, więc zaprosiłem go na lunch. Przywołaliśmy taksówkę konną i podczas gdy dorożka toczyła się raźnie ulicami Londynu, zanim dotarliśmy do restauracji, opowiedziałem mu krótko o moich niedawnych przygodach. Dopiero w trakcie tej rozmowy zdałem sobie sprawę, jak bardzo doskwierała mi samotność.

Taksówka konna

(zwana dorożką Hansoma)

Szybki i dość tani środek transportu publicznego, w sam raz dla dwóch osób. Sprawnie wchodzi w zakręty bez niebezpiecznych przechyłów, choć ma jedynie dwa koła. Woźnica siedzi na zewnątrz za skrzynią powozu, tak aby podróżni mogli swobodnie rozmawiać.

Z kolei dorożka Clarence’a ma cztery koła i bywa nazywana „warkotką” z powodu hałasu, jaki robi, tocząc się po bruku. Ten pojazd przydaje się grupom liczniejszym niż dwie osoby i tym, którzy podróżują z większym bagażem.

– Biedaczysko – powiedział Stamford, gdy siadaliśmy przy stole i sięgaliśmy po menu. – Te wojenne rany na pewno dają ci się jeszcze we znaki. A co teraz porabiasz?

– Szukam kwatery – odparłem. – I zastanawiam się, czy to w ogóle możliwe, by znaleźć przyzwoite, wygodne mieszkanie w przyzwoitej, rozsądnej cenie.

– To dziwne – powiedział Stamford. – Jesteś dziś już drugą osobą, która mi to mówi.

– A kto był pierwszy? – spytałem.

– Jegomość, który pracuje w naszym szpitalu w laboratorium chemicznym – odpowiedział. – Nie może znaleźć osoby chętnej, by wspólnie wynająć bardzo porządne mieszkanie, które znalazł przy Baker Street.

– W takim razie ja jestem osobą, której szuka! – zawołałem. – Zdecydowanie wolę mieszkać ze współlokatorem niż samemu.

Stamford spojrzał na mnie z zakłopotaniem znad kieliszka.

– Nie poznałeś jeszcze Sherlocka Holmesa – powiedział. – Mogłoby się okazać, że jako codzienny towarzysz nie przypadłby ci do gustu.

– A to dlaczego? Co mogłoby mnie zniechęcić?

– No, właściwie nic takiego – odpowiedział Stamford wymijająco. – Bywa dość dziwny ze swoim sposobem myślenia, ale to porządny gość. Ma dużą wiedzę na temat chemii i lubi gromadzić szczegółowe fakty z najróżniejszych dziedzin. Ale nie mam pojęcia, jakie są jego plany zawodowe.

– Nigdy go o to nie spytałeś?

Stamford pokręcił głową.

– Niestety nie jest zbyt wylewny na swój temat. Prawdę mówiąc, w ogóle nie jest zbyt wylewny.


– Chętnie go poznam – powiedziałem z nadzieją w głosie. – Cichy i skupiony na nauce człowiek byłby dla mnie doskonałym współlokatorem. Podczas walk w Afganistanie doświadczyłem tyle hałasu i gwałtownych emocji, że starczy mi już na całe życie.

– W takim razie zaraz po lunchu możemy podjechać do laboratorium – rzekł Stamford.

Gdy byliśmy już w drodze do szpitala, chciał jeszcze coś dodać na temat człowieka, którego miałem zaraz poznać.

– Jeśli się z nim nie dogadasz, to nie miej do mnie żalu – powiedział. – Ja go znam jedynie z kilku przypadkowych spotkań w laboratorium.

– Jeśli sobie nie przypadniemy do gustu, to po prostu się więcej nie spotkamy i nikomu się krzywda nie stanie – odparłem. – Ale coś mi się zdaje, Stamford – dodałem, spoglądając na niego uważnie – że nie bez powodu tak mnie ostrzegasz. W czym rzecz? Powiedz mi szczerze.

Stamford się roześmiał.

– Holmes po prostu wydaje się dość beznamiętny. Myślę, że jeśliby mu przyszedł do głowy pomysł na jakiś eksperyment, nie zawahałby się go przeprowadzić nawet na przyjacielu. Oczywiście nie ze złośliwości, lecz po prostu z ciekawości rezultatów. Swoją drogą na sobie też by go na pewno bez wahania przeprowadził. Myślę, że jego jedyną pasją jest poszukiwanie dokładnej i niepodważalnej wiedzy.

– I bardzo słusznie.

– Owszem, ale we wszystkim można dojść do przesady.

Przez resztę naszej drogi do szpitala zastanawiałem się nad tymi słowami.


– Jesteśmy na miejscu! – powiedział mój towarzysz, gdy wysiadaliśmy z dorożki. – Już za chwilę będziesz mógł sam sobie wyrobić opinię.

Skręciliśmy w wąską ścieżkę i weszliśmy do szpitala przez niewielkie boczne drzwi. Pokonaliśmy labirynt korytarzy i dotarliśmy do laboratorium chemicznego. Szerokie niskie stoły były zastawione probówkami i palnikami Bunsena, które migotały błękitnymi płomieniami. W pomieszczeniu znajdowała się tylko jedna osoba, pochylona w skupieniu nad stołem. Nagle ów człowiek niemalże podskoczył z radości.

– Znalazłem! Udało się! – Podbiegł do nas z probówką w dłoni. – Znalazłem odczynnik, który wchodzi w reakcję z hemoglobiną we krwi! – Jego twarz jaśniała takim entuzjazmem, jakby co najmniej zamienił ołów w złoto.

Hemoglobina

Składnik krwi, nadający jej czerwony kolor. Hemoglobina transportuje tlen z płuc do komórek ciała. Krew zawierająca tlen jest jasnoczerwona i płynie tętnicami z serca do wszystkich części ciała. Żyłami natomiast krew wraca do serca. Krew żylna jest ciemniejsza, bo większość zawartego w niej tlenu została już dostarczona do komórek. Wiedza na temat różnicy w kolorze krwi może nam pomóc rozpoznać, czy ranny krwawi z tętnicy czy z żyły, i ocalić tej osobie życie.

– Poznajcie się, panowie: doktor Watson, pan Sherlock Holmes – przedstawił nas Stamford.

– Bardzo mi miło! – powiedział mężczyzna i uścisnął mi dłoń z siłą, której bym się po nim nie spodziewał. – O, widzę, że wrócił pan niedawno z Afganistanu.

– A skąd pan wiedział, u licha? – spytałem zaskoczony.

– No, nieistotne – odrzekł, uśmiechając się pod nosem. – Najważniejszy jest teraz ten mój test na hemoglobinę. Dostrzega pan zapewne wagę tego odkrycia?

– Jest to bez wątpienia interesujące.

– Więcej! To przecież najbardziej praktyczne odkrycie ze wszystkich dokonanych w ciągu ostatnich lat. Umożliwi wreszcie miarodajny test do badania plam krwi!


Mówiąc to, złapał mnie za rękaw płaszcza i przyciągnął do stołu, przy którym wcześniej pracował.

– Będzie nam potrzebna świeża próbka krwi – powiedział, po czym nakłuł sobie palec igłą i nabrał kroplę krwi pipetką. – Teraz dodaję tę ilość krwi do litra wody. Proszę zobaczyć, jak silnie jest rozcieńczona, wygląda jak czysta woda!

Do tego roztworu wrzucił kilka białych kryształków i dodał parę kropel jasnego płynu. Po chwili całość zmieniła kolor na brunatnoczerwony, a następnie wytrącił się brązowawy osad, który osiadł na dnie naczynia.


– Ha! – krzyknął radośnie i klasnął w dłonie jak mały chłopiec zachwycony nową zabawką. – I co pan na to?

– Istotnie, wygląda to na bardzo precyzyjny test – odparłem.

– Dotychczasowe tego typu testy były bardzo prymitywne i zawodne. Gdyby ta technika badań była znana wcześniej, setki zbrodniarzy, do dziś cieszących się wolnością, spotkałaby zasłużona kara za ich krwawe czyny.

– To prawda – przyznałem.

– Tak wiele kryminalnych spraw sprowadza się do jednego pytania: czy te brązowawe plamy na odzieży podejrzanego to zwykłe błoto, rdza, sok z jakiegoś owocu czy może… krew? Wreszcie mamy na to niezawodny test: test Sherlocka Holmesa.


Mówiąc to, położył sobie dłoń na piersi i złożył ukłon niewidzialnej publiczności.

 

– Owszem, należą się panu gratulacje – powiedziałem, zaskoczony nieco jego entuzjazmem, jednocześnie zdając sobie sprawę, że dla policji tego typu test może być bardzo przydatny.

W odpowiedzi Holmes uśmiechnął się do mnie łaskawie i zakleił sobie przekłuty palec plastrem. Zwróciłem uwagę, że obie dłonie miał w różnych miejscach pozaklejane plastrami i odbarwione od poparzeń kwasem.

– Przyszliśmy do pana w pewnej sprawie – odezwał się Stamford, przysiadając na jednym taborecie i podsuwając mi drugi. – Tak się składa, że mój przyjaciel Watson szuka lokum, a z tego, co pamiętam, panu brakuje współlokatora. Więc pomyślałem sobie, że panów zapoznam.

Sherlock Holmes wydawał się zachwycony pomysłem wspólnego wynajęcia mieszkania.

– Mam na oku pewne miejsce przy Baker Street – powiedział – które byłoby dla mnie idealne. Zazwyczaj trzymam u siebie różne chemikalia i czasami przeprowadzam w domu eksperymenty. Czy to by panu przeszkadzało?


– Nie, bynajmniej – odpowiedziałem, aczkolwiek trochę mnie to zaniepokoiło.

– Niech pomyślę – kontynuował Holmes, wpatrując się w dal. – Jakie mam jeszcze inne przywary? Czasami ogarnia mnie przygnębienie i całymi dniami się nie odzywam. Gdy coś takiego nastąpi, proszę sobie nie myśleć, że jestem obrażony. Wystarczy mi dać spokój i za jakiś czas to przejdzie. A jakie pan ma wady? Myślę, że najlepiej jest poznać się nawzajem od najgorszej strony, zanim się z kimś zamieszka.

– No cóż, przeszkadzają mi wszelkie hałasy, gdyż mam zszargane nerwy za sprawą wojennych przeżyć. Wstaję o najróżniejszych porach dnia i nocy i jestem potwornie leniwy. Noszę czasem przy sobie mój stary wojskowy rewolwer, który trzymam raczej w charakterze pamiątki niż z powodów praktycznych. Gdy jestem w pełni sił i zdrowie mi dopisuje, do głosu dochodzą czasem jeszcze inne wady, ale na dzień dzisiejszy to chyba wszystko.

– Czy grę na skrzypcach zalicza pan do irytujących hałasów?

– To zależy od grającego – odparłem. – W rękach utalentowanego skrzypka dźwięk tego instrumentu stanowi niebiańską ucztę, ale w rękach beztalencia…

– W takim razie wszystko w porządku! – zawołał ze śmiechem Holmes. – Myślę, że jeśli mieszkanie się panu spodoba, możemy uznać sprawę za załatwioną. Spotkajmy się tutaj jutro w południe, pojedziemy razem na miejsce i wszystko już tam uzgodnimy.

Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym Holmes wrócił do pracy nad swoimi chemikaliami, a my ze Stamfordem ruszyliśmy w drogę powrotną do mojego hotelu.

– A tak na marginesie – zwróciłem się do niego nagle, przystając. – Skąd on u licha wiedział, że wróciłem niedawno z Afganistanu?

Mój towarzysz uśmiechnął się tajemniczo.

– To właśnie jedna z tych jego osobliwych cech – odparł. – Wiele osób się zastanawia, skąd on wie takie różne rzeczy.

– Ach tak, czyli mamy tu zagadkę do rozwikłania? – powiedziałem, zacierając ręce z zadowoleniem. – Jestem ci zobowiązany, że nas zapoznałeś. Bardzo lubię ciekawych ludzi, których można też potraktować jako przedmiot obserwacji.

– W takim razie będziesz miał twardy orzech do zgryzienia – powiedział Stamford, żegnając się ze mną. – Założę się, że on się z obserwacji dowie więcej o tobie niż ty o nim.

Podaliśmy sobie dłonie, po czym udałem się do pokoju hotelowego, rozmyślając nad niespodziewaną nową znajomością.


Nazajutrz stawiłem się na umówione spotkanie z Sherlockiem Holmesem i razem pojechaliśmy obejrzeć mieszkanie pod adresem 221B Baker Street. Pokoje zajmowały dwa piętra. Były to dwie wygodne sypialnie oraz obszerny salon z dwoma szerokimi oknami wychodzącymi na ulicę.


Cena była istotnie bardzo rozsądna, więc od ręki zgodziliśmy się tam wspólnie zamieszkać. Wróciłem do hotelu, aby spakować wszystkie swoje rzeczy, i jeszcze tego samego wieczoru się przeprowadziłem. Następnego dnia rano Sherlock Holmes przywiózł swój dobytek składający się z kilku skrzyń i walizek, po czym obaj zaczęliśmy się rozpakowywać. Byłem zachwycony zarówno samym mieszkaniem, jak i nowym współlokatorem.

Dzielenie z nim mieszkania nie było w żaden sposób uciążliwe. Prawie zawsze kładł się spać przed dziesiątą i wychodził rano, jeszcze zanim zdążyłem wstać. Najczęściej spędzał dnie na niestrudzonej pracy w szpitalu, ale czasem zdarzało mu się – tak jak mnie ostrzegał – wpadać w jakąś głęboką melancholię i spędzał wówczas całe dnie, zalegając na kanapie i nie odzywając się słowem.

Przyznaję, że coraz bardziej mnie ten człowiek intrygował. I jego wygląd, i zachowanie były niezwykłe. Przyciągał uwagę chociażby swoim prawie dwumetrowym wzrostem, a przez to, że był bardzo szczupły, wydawał się jeszcze wyższy. Miał bardzo przenikliwy wzrok, a ostro zarysowany podbródek i orli nos dodawały jego twarzy wyrazu uważności i zdecydowania.


Mogłem swobodnie obserwować Holmesa, gdyż nadal jeszcze przechodziłem rekonwalescencję i nie czułem się na tyle dobrze, by wrócić do praktyki lekarskiej, a z domu wychodziłem tylko przy dobrej pogodzie. Nie miałem żadnych przyjaciół, którzy by mnie mogli odwiedzać, więc uwagę swoją skupiałem na aurze tajemniczości otaczającej Holmesa. Nadal nie wiedziałem, czym się zajmował zawodowo. Niektóre dziedziny wiedzy interesowały go dogłębnie, a niektóre wcale. Potrafił przywoływać z pamięci mnóstwo najróżniejszych faktów, które jednak nie kojarzyły mi się z żadną konkretną profesją. Zdarzały mu się natomiast luki w ogólnej, bardzo powszechnej wiedzy. Odkryłem na przykład, że nie wiedział niczego o Układzie Słonecznym. Nie mogłem uwierzyć, że w XIX wieku ktoś może nie wiedzieć, że Ziemia obraca się wokół Słońca.

– Wyglądasz na zaskoczonego – odpowiedział mi na to. – A teraz, gdy się o tym fakcie dowiedziałem, postaram się go jak najszybciej wyrzucić z pamięci.

– Wyrzucić z pamięci?

– Widzisz, Watsonie – próbował mi wyjaśnić – jestem przekonany, że ludzki umysł przypomina pusty strych. Można tam składować mnóstwo dowolnych przedmiotów, ale niestety miejsce jest ograniczone i szybko się zapełnia, więc trzeba mądrze wybierać, by zachować tam tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

– Ale przecież tutaj chodzi o Układ Słoneczny! – zaprotestowałem.

– I na cóż mi ta wiedza? – odparł zniecierpliwiony. – Mówisz, że kręcimy się wokół Słońca. Cóż, jeślibyśmy się kręcili wokół Księżyca, i tak nie miałoby to dla mojej pracy żadnego znaczenia.

Mogłem przy tej okazji zapytać wprost, na czym polega jego praca, ale powstrzymałem się, widząc wyraz irytacji na jego twarzy. Postanowiłem za to spisać swoje dotychczasowe obserwacje na jego temat.

Gdy jednak lista była gotowa, wrzuciłem kartkę w ogień z ukłuciem frustracji. Byłem nieznośnie ciekaw, dla jakiej to profesji te wszystkie kompetencje mogą być niezbędne.

Wprawdzie Holmes był utalentowanym skrzypkiem, ale sposób jego gry – podobnie jak jego temperament – był bardzo kapryśny i zmienny. Zdarzało mu się wykonywać różne wirtuozowskie utwory, które były niezwykle przyjemne dla ucha, ale nieraz, gdy spędzał czas w samotnej zadumie, zatapiał się głęboko w fotelu, opierał skrzypce na kolanie i rzępolił na nich niemiłosiernie. Nie mogłem wówczas liczyć na żadne przyzwoite utwory, ale dźwięki, które Holmes wydobywał, stawały się odbiciem jego nastroju. Czasami były to smutne i melancholijne melodie, a czasami fantastyczne i radosne. Bywało to wszystko dość męczące dla słuchacza, ale zawsze mi to potem wynagradzał, grając kilka moich ulubionych kawałków.


Przez pierwszy tydzień od przeprowadzki nie mieliśmy żadnych gości, ale wkrótce do Holmesa zaczęli przychodzić rozmaici ludzie i to z najróżniejszych sfer społecznych. Moją uwagę zwrócił niski jegomość o bladej szczurzej twarzy, który zjawił się trzy czy cztery razy w ciągu tygodnia i został mi przedstawiony jako pan Lestrade. Któregoś dnia odwiedziła nas młoda, modnie ubrana dziewczyna, która siedziała z Holmesem około pół godziny. Tego samego popołudnia przyszedł jakiś siwy, bardzo podejrzanie wyglądający gość, a później pewna dość zaniedbana starsza kobieta.


Za każdym razem, gdy ktoś taki się zjawiał, Holmes przepraszał mnie za kłopot i prosił, bym na czas tej wizyty przeniósł się do swojej sypialni.

– Chciałbym wykorzystać nasz salon w charakterze gabinetu przyjęć – mawiał wówczas – gdyż ci ludzie to moi klienci.

Intrygowało mnie to coraz bardziej.

Któregoś ranka wstałem wcześniej niż zazwyczaj i zastałem Holmesa jedzącego śniadanie. Gospodyni, pani Hudson, nie zaparzyła jeszcze dla mnie kawy, więc użyłem dzwonka, aby dać jej znać, że już jestem przy stole. Następnie wziąłem do ręki leżące nieopodal czasopismo i zacząłem je przeglądać, podczas gdy mój towarzysz przeżuwał swojego tosta.

Jeden z artykułów został zaznaczony ołówkiem, więc naturalnie zacząłem go czytać. Zatytułowany był dość ambitnie: Księga życia.

Człowiek obdarzony spostrzegawczością może się wiele dowiedzieć dzięki dokładnej i systematycznej obserwacji wszystkiego, co napotyka na swej drodze.

Autor artykułu twierdził, że jest w stanie odczytać najskrytsze myśli drugiego człowieka jedynie na podstawie wyrazu jego twarzy, drobnego ruchu ciała czy spojrzenia; że żadne kłamstwo ani fałsz nie uszłyby uwagi badacza wprawionego w obserwacji i analizie.

Sapnąłem ze zniecierpliwieniem, ale czytałem dalej. Autor kontynuował swój wywód:

Sztuka dedukcji i naukowego myślenia wymaga długich i cierpliwych studiów, które nigdy się nie kończą. Zanim skupimy się na najtrudniejszych aspektach sprawy, należy najpierw przyjrzeć się najbardziej podstawowym kwestiom. Trzeba umieć na pierwszy rzut oka wywnioskować profesję dowolnego człowieka oraz historię jego życia. O wykonywanym zawodzie wiele mogą nam powiedzieć dłonie, paznokcie, rękawy płaszcza, buty, przetarcia na kolanach spodni, a nawet wyraz twarzy.

– Co za stek bzdur! – wykrzyknąłem, rzucając gazetę z powrotem na stół. – W życiu jeszcze nie czytałem takich bredni!

– Co takiego? – zapytał Holmes.

– Ten artykuł. Widzę, że go czytałeś, bo jest zaznaczony ołówkiem. Nie zaprzeczam, że napisany jest błyskotliwie, ale bardzo mnie zirytował. Ta teoria jest zupełnie niepraktyczna, najpewniej została wyssana z palca przez jakiegoś przesiadującego w fotelu wałkonia. Chętnie bym go posadził w metrze w wagonie trzeciej klasy i zapytał o zawody pozostałych podróżnych. Jestem gotów się założyć, że nie byłby w stanie ich odgadnąć.

– W takim razie przegrałbyś zakład – odpowiedział Holmes ze spokojem. – Bo to ja napisałem ten artykuł.

– Ty!

– Zgadza się. Mam talent do obserwacji, jak i do dedukcji. Te teorie są niezwykle praktyczne. Do tego stopnia, że polegam na nich, zarabiając na swój wikt i opierunek.

– A to w jaki sposób? – spytałem.

Wreszcie miałem sposobność dowiedzieć się, jaka jest jego profesja.

– Cóż, wygląda na to, że jestem jedynym przedstawicielem swojego zawodu: pracuję jako detektyw konsultant. Mamy tu w Londynie wielu detektywów pracujących dla rządu, wielu jest też prywatnych detektywów, i gdy ci panowie mają jakiś większy problem, zgłaszają się do mnie. Prezentują mi wszystkie zgromadzone dowody, a ja zazwyczaj jestem w stanie, z pomocą swojej wiedzy i znajomości historii kryminalistyki, naprowadzić ich na właściwą drogę. Lestrade jest znanym detektywem. Ostatnio miał problem z rozwiązaniem sprawy pewnego fałszerstwa i to był powód jego wizyty u mnie.


– A ci pozostali goście?

 

– To są wszystko ludzie, którzy znaleźli się w tarapatach i potrzebują pomocy. Wysłuchuję, co mają mi do powiedzenia, oni słuchają mojej fachowej opinii, a ja następnie inkasuję swoje honorarium.

– Więc chcesz powiedzieć, że bez wychodzenia z pokoju potrafisz rozwikłać skomplikowany problem, z którym inni nie umieli sobie poradzić, mimo że mieli naoczny dostęp do wszystkich szczegółów sprawy?

– Właśnie tak – odparł Holmes. – Od czasu do czasu trafia się jakaś sprawa, która wymaga, bym się pofatygował i zobaczył miejsce zbrodni na własne oczy. Widzisz, Watsonie, posiadam sporą wiedzę, z której korzystam przy rozwiązywaniu takich zagadek, a zmysł obserwacji mam niejako we krwi. Podczas naszego pierwszego spotkania wydawałeś się zaskoczony, gdy powiedziałem, że wróciłeś niedawno z Afganistanu.

– Ktoś ci bez wątpienia wcześniej o tym mówił.

– Nic podobnego. W okamgnieniu zdałem sobie z tego sprawę na podstawie obserwacji. Pierwszą myślą było: oho, mamy tutaj dżentelmena w typie lekarza, ale z postawą wojskowego. Czyli najwyraźniej lekarz wojskowy. Musiał dopiero co wrócić z tropików, bo twarz ma bardzo śniadą, ale to nie jest naturalny kolor jego skóry, gdyż nadgarstki ma blade. Zapewne ma za sobą niedawne trudy i chorobę, co wyraźnie widać z jego wychudłej twarzy. Został ranny w prawe ramię, gdyż trzyma je w sztywny i nienaturalny sposób. A gdzież w tropikach brytyjski lekarz wojskowy mógłby zaznać takich ran i trudów? Jedynie w Afganistanie.

– No cóż, gdy tak to wykładasz, w rzeczy samej zdaje się to dość oczywiste – powiedziałem z uśmiechem.

Pomyślałem sobie, że Holmes może i jest bystry, ale jednocześnie dość zadufany w sobie. Podszedłem do okna i spojrzałem na ulicę w dole.

– W dzisiejszych czasach nie ma już zbrodni i zbrodniarzy z prawdziwego zdarzenia – powiedział Holmes. – Więc na co komu inteligencja? Wiem, że mógłbym w tej dziedzinie zdobyć sporą sławę, gdyż nikt oprócz mnie nie włożył tyle wysiłku w studiowanie metod wykrywania zbrodni. A jakie są tego rezultaty? Nie zdarzyła się ostatnio żadna zbrodnia na tyle skomplikowana, by oficer Scotland Yardu nie był w stanie jej rozwikłać.

Zaczęła mnie już trochę drażnić ta jego arogancja, więc postanowiłem zmienić temat.

– Ciekawe, czego szuka ten jegomość – rzuciłem, wskazując na ubranego po cywilnemu mężczyznę, który szedł powoli drugą stroną ulicy, wypatrując uważnie numerów mijanych domów. W ręku trzymał dużą niebieską kopertę. Był to najwyraźniej kurier doręczający wiadomość.

– Masz na myśli tego emerytowanego sierżanta piechoty morskiej? – spytał Holmes, również zerkając przez okno.

„Pyszałek z ciebie i tyle” – pomyślałem sobie. „Przecież wiesz, że nie mogę sprawdzić tego twojego przypuszczenia”.


W tej samej chwili ów mężczyzna dostrzegł numer naszego domu, przeszedł na drugą stronę ulicy i po chwili usłyszeliśmy głośnie pukanie do drzwi, głosy w holu, a następnie jego ciężkie kroki na schodach.

Drzwi się otworzyły i mężczyzna wszedł do pokoju ze słowami:

– Dla pana Sherlocka Holmesa. – Wręczył mojemu przyjacielowi kopertę.

Nadarzała mi się zatem sposobność, by utrzeć Holmesowi nosa.

– Czy mogę spytać, czym się pan trudni, mój dobry człowieku?

– Jestem gońcem, sir, pracuję jako portier – odpowiedział szorstko. – Liberię mam w naprawie u krawca.

– A wcześniej czym się pan zajmował? – spytałem, zerkając trochę złośliwie na Holmesa.

– Byłem sierżantem, sir, w lekkiej piechocie morskiej Królewskiej Marynarki Wojennej. Czyli nie będzie odpowiedzi na wiadomość, sir?

Po czym stuknął obcasami, zasalutował i już go nie było.

Portier w liberii

Zaufany i lojalny pracownik, zwykle kombatant lub emerytowany wojskowy, który pracuje jako odźwierny lub strażnik. Portierzy są bardzo oddani swoim pracodawcom. Często spostrzegawczy i przenikliwi, doskonali w roli świadków.

Zdumiał mnie ten świeży przykład talentów Holmesa, ale prawdę mówiąc, trochę podejrzewałem w tym jakąś ustawkę, mającą zrobić na mnie wrażenie. Zerknąłem na niego i zauważyłem, że skończył czytać otrzymaną wiadomość. Miał nieobecne spojrzenie człowieka głęboko zatopionego w myślach.

– Jakim cudem, u licha, udało ci się to wywnioskować? – spytałem.

– Co wywnioskować? – odparł nieco zirytowany.

– Że to emerytowany sierżant piechoty morskiej!

– Nie mam teraz czasu na błahostki – rzucił półgębkiem, ale po chwili się uśmiechnął. – Wybacz moją oschłość, ale przerwałeś mój tok rozumowania. Chcesz powiedzieć, że sam nie byłeś w stanie zaobserwować, że facet był sierżantem piechoty morskiej?

– Bynajmniej.

– Przecież nawet z przeciwnej strony ulicy można było dostrzec, że na grzbiecie dłoni miał wytatuowaną dużą niebieską kotwicę. To wskazywało na jego związek z morzem. Z kolei krok zdradzał byłego wojskowego, no i miał też przepisowe żołnierskie bokobrody. Więc wiadomo już, że piechota morska. Jego postawa zdradzała człowieka z pewnym poczuciem dowództwa i powagi swojego stanowiska. Zwróciłeś chyba uwagę na to, w jaki sposób trzymał głowę? Opanowany i godny szacunku mężczyzna w średnim wieku: wszystko wskazywało na to, że mamy do czynienia z sierżantem.

– Niebywałe! – wykrzyknąłem.

– Zwyczajna rzecz – odparł Holmes, aczkolwiek widać było, że moje zaskoczenie i podziw sprawiły mu przyjemność.

– Przed chwilą mówiłem ci, że brakuje zbrodni z prawdziwego zdarzenia, ale najwyraźniej się myliłem. Spójrz tylko na to! – podał mi wiadomość dostarczoną przez gońca. – Mógłbyś to przeczytać na głos?


– Gregson to najbystrzejszy oficer Scotland Yardu – powiedział Holmes. – On i Lestrade są najlepsi z tej całej hałastry. Obaj są dość energiczni, ale niestety bardzo konwencjonalni w działaniu. Żaden z nich nie potrafi wykroczyć w rozumowaniu poza sztywne ramy tego, czego ich nauczono. A do tego są zazdrośni o swoje sukcesy jak jakieś królowe balu. Jeśli obaj będą w tę sprawę zaangażowani, to czeka nas niemały ubaw.

– W takim razie nie ma ani chwili do stracenia – zakrzyknąłem zdziwiony jego opieszałością. – Zamówić taksówkę konną?

Szanowny Panie Sherlocku Holmesie,

zeszłej nocy pod adresem 3 Lauriston Gardens, przy Brixton Road, wydarzyła się ponura historia. Około 2.00 oficer posterunkowy zobaczył światło w opuszczonym domu i nabrał podejrzeń. Drzwi zastał otwarte, a w salonie znalazł zwłoki elegancko ubranego dżentelmena. W kieszeni denata znajdowały się wizytówki z nazwiskiem Enoch J. Drebber, Cleveland, Ohio, USA.

Niczego nie skradziono, brak też wskazówek co do przyczyny śmierci mężczyzny. W pokoju znaleziono plamy krwi, ale na ciele nie ma żadnych ran. Sprawa jest wielce zagadkowa. Jeśli byłby Pan uprzejmy przybyć tu przed 12.00, zastanie mnie Pan na miejscu. Zostawiłem scenę zbrodni nietkniętą i czekam na Pańską odpowiedź. Jeśli nie może się Pan zjawić, przekażę Panu zgromadzone informacje i będę niezmiernie wdzięczny za Pańską opinię.

Z wyrazami szacunku,

Tobias Gregson

– Nie wiem, czy w ogóle tam pojadę – powiedział Holmes, podchodząc do okna i wyglądając na zewnątrz z założonymi rękoma. – Prawda jest taka, że leń ze mnie okropny i tylko czasem potrafię być żywiołowy, jeśli sytuacja tego wymaga.

– Ale czyż to nie jest właśnie okazja, na jaką czekałeś?

– Mój drogi Watsonie, a cóż mnie to wszystko może obchodzić? Jeśli rozwiążę tę całą tajemnicę, możesz być pewien, że wszystkie laury zbiorą Gregson i Lestrade, gdyż to oni oficjalnie prowadzą dochodzenie.

– Ale przecież on cię tu błaga o pomoc!

– Tak, wie, że nie dorównuje mi talentem, i potrafi się do tego przyznać, ale tylko przede mną. Ale właściwie czemu nie, można się tam przejechać i rzucić okiem. Zabiorę się do tego po swojemu i może chociaż będzie można się uśmiać z wysiłków policji. Chodźmy zatem!

Rzucił się po płaszcz i z jego krzątaniny widać było wyraźnie, że leniwa ospałość sprzed kilku chwil zamieniła się w energiczny entuzjazm.

– Bierz kapelusz – powiedział.

– Chcesz, żebym pojechał z tobą?

– No chyba że masz coś lepszego do roboty.

Minutę później siedzieliśmy obaj w dorożce Hansoma, pędząc z zawrotną prędkością w kierunku Brixton Road. Holmes zdawał się być w wyśmienitym nastroju, gdyż paplał bez ustanku o różnych rodzajach skrzypiec, ale ja siedziałem w milczeniu, przygnębiony z lekka zarówno podłą pogodą, jak i przykrą sceną, jaka nas czekała na miejscu.

– Widzę, że ta sprawa na razie nie zaprząta za bardzo twojej uwagi – powiedziałem.

– Błędem jest snuć teorie, zanim się zgromadzi wszystkie dowody. To może utrudnić miarodajną ocenę sytuacji.

– Wkrótce będziesz miał wszystkie dowody do dyspozycji – zauważyłem, wskazując ręką. – Jesteśmy już na Brixton Road, a tam przed nami to chyba ten dom, o który chodzi.

– Zgadza się. Stop, woźnico, stop! – Zatrzymaliśmy się jakieś sto metrów od wskazanego adresu, ale Holmes nalegał, by dojść na miejsce piechotą.

Dom pod numerem trzecim przy Lauriston Gardens otaczała złowieszcza aura. Należał do grupy czterech przyległych do siebie domów oddalonych nieco od ulicy. Dwa z nich były zamieszkałe, a dwa puste. Okna opuszczonych domów były zabite deskami z przyklejonym w paru miejscach napisem WYNAJMĘ. Niewielki frontowy ogródek był zarośnięty chwastami, a do drzwi prowadziła żółtawa żwirowa ścieżka rozmokła od deszczu. Od ulicy ogródek był oddzielony metrowej wysokości murkiem zwieńczonym drewnianymi sztachetami. O murek opierał się posterunkowy, stanowczo zagradzając drogę grupce ciekawskich gapiów, którzy na próżno wyciągali szyje w nadziei, że uda im się zajrzeć do wnętrza domu.


Spodziewałem się, że Holmes od razu pospieszy w stronę drzwi wejściowych, ale on zaczął się przechadzać chodnikiem w tę i z powrotem z nieobecnym wyrazem twarzy, patrząc na ziemię, w niebo, oglądając pobliskie domy i płoty. Przyglądałem mu się z zaciekawieniem, gdy wreszcie wszedł ostrożnie na ścieżkę, stąpając pomału, ze wzrokiem utkwionym pod nogami. Dwa razy się zatrzymał, a następnie wydał z siebie okrzyk satysfakcji i zauważyłem na jego twarzy uśmiech. Rozmokła ziemia była pokryta wieloma śladami, gdyż policjanci przechodzili ścieżką w tę i z powrotem, więc trudno było mi sobie wyobrazić, jakim sposobem Holmes mógł w tym błocie dostrzec coś istotnego. Ale zdążyłem się już przekonać, że potrafi wydedukować więcej niż inni, i nie miałem wątpliwości, że udało mu się czegoś dowiedzieć z tych obserwacji.


Przy drzwiach wejściowych napotkaliśmy wysokiego blondyna o bladej twarzy, ściskającego w dłoniach notatnik. Natychmiast rzucił się nas powitać i potrząsnął zamaszyście dłonią Holmesa.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?