Saga Puszczy Białowieskiej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zagłada Jaćwingów

Zamieć nie ustawała. Zasłona wirującej bieli połączyła niebo z ziemią, przysłoniła puszczę ciemniejącą na prawym brzegu Narwi. Wicher z północy nawiewał na rzekę kolejne warstwy ciężkich zasp. Środkiem koryta, przez zwały śniegu, powoli, uparcie przedzierali się ludzie. Dwóch uzbrojonych mężczyzn torowało drogę, ich śladem brnęły kobiety z kwilącymi tobołkami na plecach, i inne – obładowane dobytkiem, za nimi drobiło kilkoro starszych dzieci. Pochód zamykała grupa mężczyzn na zmianę ciągnących wysoko załadowane płozy.

Jeden z nich od czasu do czasu przystawał, nasłuchiwał i z zadowoleniem spoglądał na zawiewane śniegiem ślady stóp. Mijały godziny uporczywej wędrówki. Coraz częściej któreś z dzieci padało w zaspę, lecz podrywane ostrym rozkazem, ostatkiem sił wstawało. Pod wieczór zamieć ustała i ukazało się ujście Narewki wiodącej wprost na południe, a po obu jej brzegach – czarna ściana lasu. Otucha wstąpiła w serca ludzi; wiatr wiejący teraz w plecy nie utrudniał już marszu, a ciemna gęstwina drzew obiecywała schronienie. Nie rozbili obozu, nie rozniecili ognia. Noc spędzili na brzegu, ukryci pod nawisłymi gałęziami świerków. Rankiem zjedli nieco suszonego mięsa i kilka podpłomyków, „zapili” posiłek śniegiem i podjęli wędrówkę środkiem zamarzniętej rzeki. Cztery dni przebijali się przez zaspy, aż doszli do najdzikszej głuszy otoczonej zamarzniętymi bagnami. Porzucili Narewkę i przedzierając się przez zwaliska drzew, natrafili na niewielką rzeczkę.

Wnet na oczyszczonej ze śniegu ziemi stanęło kilka szałasów, kobiety zajęły się domowymi sprawami, chłopcy pobiegli wybijać przeręble, by łowić ryby ościeniem. Mężczyźni ruszyli na łowy.

Ubiegłej nocy przy rumowisku powalonego wichurą boru ucztowały wilki. O zmroku najsilniejszy basior przeciągłym wyciem zwołał szarych kamratów rozproszonych po kniei, a gdy już zebrały się w grupę, ruszyły w poszukiwaniu ofiary. Milczkiem, szeregiem przemierzały leśne ostępy, aż napotkały świeże ślady wielkich racic wiodące w głąb olsu. Wtedy wataha się rozbiegła. Zbyt późno żubry wyczuły niebezpieczeństwo; zamknął się wokół nich pierścień obławy. Z początku wilki biegały w oddali, to jeden, to drugi wyskakiwał z gąszczu, stając na drodze zaskoczonym zwierzętom. Drapieżce zaprawione we wspólnych łowach osiągnęły zamierzony cel: nie dopuściły do ucieczki stada. Żubry, zgonione w jedno miejsce, stały z opuszczonymi łbami, gotowe do obrony.

Teraz do akcji wkroczyły najzwinniejsze i najbardziej bojowe wilki; bacznie śledząc każdy ruch przeciwnika, podbiegały niebezpiecznie blisko śmiertelnie groźnych rogów i racic. Pierwszy podjął wyzwanie potężny byk. Zadarł w górę ogon i ruszył na dręczyciela. Basior w ostatniej chwili uskoczył i żubr ujrzał szansę ucieczki. Ruszył w kierunku wolności, za nim drugi. Reszta stada nie zdążyła; pierścień obławy znów się zamknął. Po chwili inny wilk zachęcił do szarży kolejnego żubra, tylko po to, by dać mu uciec. Wreszcie w okrążeniu pozostały tylko dwie żubrzyce. Wówczas wilki rzuciły się na jedną z nich, wżarły się w zad, gryzły po nogach i pysku. Druga, nietknięta, pognała za stadem.

Łowcy, dążący ścieżką wydeptaną przez żubry, spostrzegli ślady watahy. Początkowo drapieżniki biegły jeden za drugim. Nagle tropy rozsiały się w wachlarz – znak, że wilki osaczały ofiarę. Wokół piętrzyły się szeregi powalonych wichurą drzew; stykały się koronami żyjące jeszcze olbrzymy.

Na stratowanym, skrwawionym śniegu leży zabita krowa. Wilki odeszły, by trawić w spokoju. Powrócą do zdobyczy wieczorem. Wokół padliny krząta się lis, wysoko na drzewie pokrakuje kruk. Nagle zamilkł, spłoszony – odleciał. Z korony rozłożystego dębu z trzaskiem odłamała się sucha gałąź. Lis znieruchomiał. Chwilę spoglądał w stronę, gdzie upadła, i powrócił do przerwanego posiłku.

Mrok zaczął wypełzać z leśnych zakamarków, gdy w pobliżu padliny pojawił się szary cień. Bez najmniejszego dźwięku przemknął wśród drzew i zniknął. Po chwili pojawił się znowu. Na sztywnych nogach, z czujnie nastawionymi uszami, wilk podszedł do padliny, obwąchał ślad lisiego moczu i zaczął szarpać skórę broniącą dostępu do mięsa. Po chwili dołączyły kolejne. Ciszę wieczoru spłoszył trzask miażdżonych kości, powarkiwania, skowyty. Wtedy z góry, z kilku stron równocześnie, na ucztujące drapieżniki śmignęły długie oszczepy zakończone żelaznymi grotami. Jedne wilki, przyszpilone do ziemi, wiły się w męczarni, inne uchodziły w las, zaczepiając drzewcem o krzewy. Z drzew zwinnie zeskakiwali łowcy i dobijali ranne zwierzęta...

Nadeszło przedwiośnie. Do mroźnego powietrza nieśmiało domieszała się woń topniejącego śniegu i wilgotnej ziemi, rozdzwonił się ptasi drobiazg, nocami z głuszy dochodził namiętny zew rysi wabiących samice. Zza zakrętu Leśnej, skutej jeszcze lodem, wyłoniła się grupa łowców. Kobiety z dala widziały wysiłek, z jakim ciągnęli obładowane płozy, słyszały wesołe pokrzykiwania swych mężczyzn – znak, że nie wracają z pustymi rękoma. Jakież było ich zdumienie! Zamiast zwałów mięsa i skór ubitej zwierzyny, przytroczony do sań, na podściółce z gałązek świerkowych leżał żywy tarpan. Młodziutka klaczka, w ostatniej chwili wydarta z rysich pazurów, w dzikim przerażeniu spoglądała na otaczające ją istoty, lecz nie próbowała się uwolnić; spod opatrunku na barkach spływały strużki krwi.

Zapachniały wiosenne kwiaty na pożytek pszczołom, zazieleniły się śródleśne pastwiska ku radości tarpanów. Klaczka, oszpecona bliznami na kłębie, na krok nie odstępowała mieszkańców osady. Pieszczona przez dzieci, karmiona przysmakami, zaokrągliła się, wyrosła. Pozostawiona sama w zagródce donośnie rżała, przywołując przyjaciół.

Na leśnej łące otoczonej dąbrową mężczyźni przez wiele dni stawiali wysokie, zwężające się ku końcowi ogrodzenie z żerdzi wiązanych rzemieniami, z bramą zawieszoną u wejścia. Wreszcie pułapka była gotowa. Gdy wiatry i deszcze wywiały zapach człowieka, wprowadzono do wnętrza klacz i uwiązaną pozostawiono w samotności. Ludzie zasiedli na czatach.

Tabun zbliżał się właśnie do wodopoju, gdy z głębi lasu rozległo się rozpaczliwe rżenie klaczy wzywającej towarzyszy. Władca stada zatrzymał się, rozdął chrapy i słuchał. Po chwili zawrócił i dążąc pod wiatr, pokłusował w kierunku dąbrowy. Za nim ruszyły młodsze ogiery i reszta stada. Z każdym metrem przebytej drogi narastało w powietrzu rżenie i woń rujnej samicy. Konie przeszły w galop. Na ich drodze stanął otwór zagrody. Tabun skłębił się, zwolnił. Do środka wdarły się trzy ogiery i kilka klaczy. Reszta tarpanów pozostała na zewnątrz i kłusowała teraz wzdłuż ogrodzenia. Gdy pierwszy ogier dobiegał do uwiązanej klaczy, zahaczył kopytem o drąg zawieszony tuż nad ziemią. Z trzaskiem opadły wrota pułapki...

W połowie lata ukończono budowę nadrzecznej osady: cztery przysadziste chaty o ścianach wzniesionych z nieokorowanych bierwion, uszczelnionych zielonym mchem i strzechach z grubo ułożonych trzcin i sitowia. Od strony rzeki przesłaniał je gąszcz wierzbiny i oczeretów, od strony puszczy – rumowisko powalonych drzew. Pierwszy płomyk rozniecony w domowym ognisku poświęcono bogu Patollu, potem kobiety uwarzyły snike – uroczystą wieczerzę, najstarszy z rodu zaintonował hymn ku czci zmarłych dziadów – i nic pilnego nie było już do zrobienia.

Mężczyźni opuścili osadę. Konno, w pełnym uzbrojeniu szybko zniknęli z oczu. Wrócili po kilku dniach obładowani dobrem zagrabionym w odległych siedzibach ludzkich. W chatach, na kamieniach ułożonych wokół palenisk do gotowania strawy, pojawiły się nowe naczynia – obok grubo ciosanych drewnianych mis i ceberków, obok glinianych garnków zabłysły cyną zdobne czarki, talerze i dzbanki, zalśniły miedzią pojemne kotły i panwie, a barłogi wypełnione sianem skryły się pod delikatnie tkaną materią.

Wojowie odsypiali trudy, ucztowali, przechwalając się swą dzielnością i sprytem, dla rozrywki i mięsa w pojedynkę kładli najdorodniejsze jelenie, aż młody księżyc powrócił nad Puszczę. Oświecał im drogę, gdy znów dosiedli koni i wyruszyli na łupieżczą wyprawę. Nim jesienne przymrozki posrebrzyły ziemię, kobiety i dzieci wielekroć pozostawały same.

W końcu szczęście zawiodło; z ostatniego przed zimą wypadu większość mężów nie powróciła. Swymi ciałami usłali dalekie pole bitwy, a najmłodszy z nich – nadzieja rodu, ranny poszedł w niewolę.

Jaćwing polujący na jelenie

Śnieg grubą warstwą otulił odwieczną puszczę, zasypał ścieżki mogące naprowadzić wroga na ślad osady ukrytej wśród bagien. Ludzie prawie nie opuszczali domostw, jedli nagromadzone latem zapasy, więc nawet płochliwa sarna bez trwogi przechodziła w pobliżu. W pewien słoneczny, bezwietrzny dzień do osady przywlókł się najmłodszy z wojowników; niedbale strzeżony zbiegł z niewoli. O głodzie i mrozie wędrował nocami, aż dotarł do swoich. Ogrzany i nakarmiony, leżąc na wilczych skórach, do późnej nocy opowiadał o swoich przeżyciach. Wreszcie wszyscy posnęli. Księżyc w pełni zawisł nad milczącą w bieli Puszczą, gdy na osadę spadł miecz. Zaroiło się wokół od uzbrojonych wojów w żelaznych hełmach, osłoniętych tarczami ze skóry. Po ich odejściu pozostały dopalające się zgliszcza i trupy rozrzucone po śniegu.

Pierwsze zwiedziały się wilki...

Pierwsze wiadomości o plemieniu pruskim – Sudowach (Jaćwingach) podał Ptolemeusz (II wiek n.e.). Dokładniejsze dane o ich terytorium zawdzięczamy Ibrahimowi ibn Jakubowi – kupcowi, który około 970 roku zebrał dane o krajach słowiańskich i sąsiednich. Począwszy od końca X wieku (rok 983 – wyprawa Włodzimierza na Jaćwież) lud ten coraz częściej gości na kartach kronik, jako przeciwnik lub sojusznik w sąsiedzkich wojnach zaczepno-odpornych Mojsława, Bolesławów: Chrobrego, Krzywoustego i Kędzierzawego, czy Kazimierza Sprawiedliwego, by w XIV wieku zniknąć z kart historii na zawsze. Najnowsze analizy historyczne wskazują, że Jaćwież (Sudowia) leżała między Niemnem, Świsłoczą i Narwią. Stary gród Raj bronił przystępu do Sudowii nim przez rycerstwo polskie został zdobyty i zniszczony. Między Sudowią (Jaćwieżą) a Słowianami (Rusią) rozciągała się strefa niczyja – stukilometrowy pas puszcz i bagien poprzerzynanych gęstą siecią strumieni; dopiero na południe od Narwi rozwijało się osadnictwo ruskie. Jednak Jaćwingowie zapuszczali się i na Podlasie – Drohiczyn i Brześć były twierdzami kresowymi zbudowanymi ku ochronie ludności przed ich najazdami.

 

Dla plemienia dzielnych łowców i wojowników wywodzących swą nazwę od jetis – włócznia – puszcze i bagna były domem. Swe gródki i osady wznosili w pobliżu rzek w najbardziej niedostępnej głuszy. Część z nich trudniła się rolnictwem na wykarczowanych połaciach lasu, hodowlą bydła i koni, część – wojaczką. Ścieżkami zwierzyny, po zwalonych pniach, po gałęziach drzew przebywali znaczne odległości, by znienacka napadać na okoliczną ludność. Od końca XII wieku ich najazdy stały się plagą przyległych krain. Walka z Jaćwingami była niesłychanie trudna, gdyż – jak wówczas mówiono – „chrześcijanom otwarte pole jest twierdzą, a poganom gęstwa leśna”; oddział rycerstwa, zaskoczony w puszczy, szedł w rozsypkę pod gradem włóczni i kamieni nadlatujących nie wiadomo skąd.

Prócz grup – jakbyśmy to dziś nazwali – partyzanckich, na wyprawy w odległe kraje Jaćwingowie mieli doborową jazdę wyposażoną w miecze, włócznie, hełmy i pancerze. W jej szeregach walczyli członkowie arystokracji plemiennej – klasy wyraźnie skrystalizowanej. Oddziały te, dzięki swemu uzbrojeniu i zaprawie wojennej, mogły bez trudu dotrzymać otwartego pola nawet rycerstwu zachodniemu. Najczęściej jednak u boku wybitnych wodzów grupowali się ich krewni oraz przyjaciele, tworząc zwartą, ruchliwą drużynę (przez wrogów zwaną łotrzykami), dla której napaść na słabszych była głównym źródłem utrzymania. W wozach lub saniach, które zawsze zabierano na wyprawy, układano zrabowane przedmioty, obok pędzono jeńców oraz konie i bydło.

Wojaczka i łupiestwo było codziennym zajęciem wszystkich ludów żyjących wokół Puszczy Białowieskiej; w pewnym stopniu zastępowało lub uzupełniało handel (szybki, choć przykry dla jednej ze stron, przepływ dóbr zagranicznych, jeńców i ziem z rąk do rąk). Zdobywcze wyprawy podejmowali nie tylko ubodzy Jaćwingowie, lecz również Polacy, Rusini, Litwini i krzyżacy – na siebie nawzajem i na ubogie plemiona pruskie. Jaćwingowie mieli jednak to nieszczęście, że zachowując ustrój plemienno-rodowy i trwając uparcie w pogaństwie, otoczeni byli przez liczniejszych, lepiej uzbrojonych, mających skrystalizowaną państwowość i religię przeciwników.

W 1260 roku, jak podaje Długosz, ochrzczony książę litewski Mendog wrócił do pogaństwa, zgromadził spośród Litwinów, Prusów, Jaćwingów i Żmudzinów potężne wojsko, ocenione na trzysta tysięcy wojowników, i spustoszył całe Mazowsze, a potem dobra zakonu krzyżackiego. Dokonawszy strasznej rzezi, zabrał na Litwę tylko bydło i łupy.

Rok później, w zimie, wojsko chrześcijańskie zgromadzone z ziem Królestwa Polskiego i spośród krzyżaków, Niemców i innych krzyżowców w szyku bojowym wkroczyło na ziemię Litwinów, Żmudzinów, Jaćwingów i innych pogan, by pustoszyć doszczętnie ją rzezią i pożarem. Doszło do straszliwej bitwy, w której „za sprawą sprawiedliwego Boga karzącego występki chrześcijan zwycięstwo przypadło barbarzyńcom”.

W roku 1264 (już po śmierci Mendoga) książę krakowski i sandomierski Bolesław Wstydliwy „z powodu bezpośredniego sąsiedztwa i zbyt częstych napadów na jego księstwa barbarzyńskich Jaćwingów ogłosił wyprawę we wszystkich swoich ziemiach”. Czternastego czerwca doszło do krwawej bitwy, w której od uderzenia sztyletu zginął wódz Jaćwingów – książę Komat. Jak pisze dalej Długosz: „W tej jednej bitwie niemal cały szczep i cały naród Jaćwingów uległ takiemu wyniszczeniu i zagładzie, że dla pozostałych, i to zaiste nielicznych; albo wieśniaków, albo chorych, albo godzących się na władzę Bolesława, albo złączonych z Litwinami, nie istnieje dziś nawet nazwa Jaćwingów. Całą ich ziemią i bydłem, którego mieli bardzo wiele, oraz pozostałym ich mieniem zawładnął Bolesław Wstydliwy i jego wojsko. Wszystkim kazał przyjąć chrzest i wyznawać wiarę chrześcijańską, ociągających się karać śmiercią”.

Koniki polskie typu tarpan

Uderzenie krzyżaków na Jaćwież w 1274 roku i prowadzona przez dziewięć lat celowa eksterminacja doprowadziła do całkowitego wytępienia ludności od jezior mazurskich po Merecz i Kowno. W tym czasie również państwo halicko-wołyńskie wydało bezlitosną wojnę Jaćwingom. W 1283 roku Jaćwież ostatecznie padła, kraj obrócono w perzynę, na wyludniony teren na następne sto lat powróciła puszcza. Ostatni Jaćwingowie kryli się w głębi lasów w okolicy Narwi i dzisiejszej Puszczy Białowieskiej, gdzie, wytropieni przez Polaków, Litwinów i Rusinów, byli dobijani.

W 1422 roku układem mełneńskim ziemie pojaćwieskie podzielono między krzyżaków i Litwinów. Granica wówczas ustalona przetrwała jako wschodnia granica Prus aż do II wojny światowej.

W latach dziewięćdziesiątych XX wieku niezauważenie przeszła siedemsetna rocznica zagłady tego ludu. Nikt nie zapalił mu najmniejszego znicza.

Dzikie konie zwane tarpanami żyły w epoce lodowcowej na środkowo-wschodnich obszarach Europy. Odznaczały się lekką budową ciała i niewielkim wzrostem (w kłębie około stu trzydziestu pięciu centymetrów), dużą głową o szerokim czole i wysklepionym nosie. Miały siwoszare – myszate – lub szarożóławe umaszczenie, na zimę jaśniejące, i ciemną, krótką i kędzierzawą grzywę. Wzdłuż grzbietu ciągnęła się czarna pręga przechodząca w ogon. Konie te były wytrzymałe na surowy klimat, odporne na choroby, czujne i płochliwe. Żyły w tabunach dowodzonych przez najsilniejszego, dominującego, agresywnego ogiera. Tarpany trudno było oswoić, jednak chwytano je i używano pod wierzch. Niektóre przekazy historyczne podają, że ponoć na wojnę z krzyżakami w 1410 roku dla jazdy litewskiej złowiono w Puszczy Białowieskiej pewną liczbę dzikich koni.

Część badaczy sądzi, że pierwotnie tarpany bytowały na otwartych i półotwartych trawiastych przestrzeniach (stepach i lasostepach) i dopiero presja ludzi zmusiła je do szukania schronienia w głębi puszcz, inni natomiast twierdzą, że był to typowo leśny gatunek. Są też przesłanki do snucia przypuszczeń o istnieniu dwóch podgatunków dzikich koni: stepowego i leśnego.

Tarpany przetrwały do czasów nowożytnych tylko na stepach ukraińskich i w lasach na pograniczu polsko-litewskim. W średniowieczu były już bardzo nieliczne. Mimo ochrony (Statut Litewski z 1529 roku za zabicie tego rzadkiego zwierza przewidywał karę śmierci) – tarpany wyginęły. Przyczyną ich zagłady były polowania dla mięsa i skór, kłusownictwo, odłowy pod wierzch i w celu krzyżowania z końmi udomowionymi. Od XV wieku – jako zwierzyna nadzwyczaj już rzadka – trzymane były w zwierzyńcach dostojników polskich, litewskich i krzyżackich: wielkich mistrzów zakonu – pod Malborkiem i Sztumem, księcia Alberta – pod Królewcem, i księcia Witolda – w Trokach. W 1403 roku komtur Bałgi przesłał podarunek wielkanocny komturowi von Jungingenowi w postaci żywego tarpana. O cenności daru pośrednio świadczy znaczne trenzlowe (napiwek), jakie otrzymał doprowadzający go masztalerz.

W Polsce tarpany w stanie dzikim najdłużej uchowały się w Puszczy Białowieskiej – były tu jeszcze w 1728 roku. Na Litwie ostatni padł około 1788 roku. Ostatni „kosiak”, czyli tabunek tarpanów, bytujący na stepach południowej Ukrainy, w guberniach chersońskiej i taurydzkiej, został wybity przez miejscową ludność w latach siedemdziesiątych XIX wieku. Tuż przed Bożym Narodzeniem 1879 roku miejscowe chłopstwo urządziło dla zabawy bestialską konną nagonkę z arkanami na ostatnią dziką klacz. Przywieziona do wsi ze złamaną nogą, padła po kilku dniach.

Niedobitki puszczańskich tarpanów złowiono pod koniec XVIII wieku i przewieziono do zwierzyńca hrabiego ordynata Zamoyskiego na Roztoczu (koło Zamościa). Około 1806 roku rozdano je okolicznym chłopom, którzy krzyżując je z domowymi końmi, mimowolnie uzyskali prymitywną rasę koników biłgorajskich. Kilka ostatnich prawdziwych tarpanów z hodowli ordynata – o czym nikt nie chce dziś przypominać – sprzedano do lwowskiego cyrku, gdzie padły ofiarą ludzkiego okrucieństwa. Dla uciechy gawiedzi biedne koniki poszczuto lwami – a potem chwalono, że „okazały dużą odwagę”.

Przez wiele lat o tarpanach było głucho. Dopiero w 1914 roku dwaj studenci, Jan Grabowski i Stanisław Schuch, opisali osobliwe koniki odkryte przez nich w kilku wsiach w okolicy Biłgoraja, a więc w miejscu, w którym można się było spodziewać znalezienia potomków owych dzikich koni ze zwierzyńca rodziny Zamoyskich.

W odpowiedzi na memoriał skierowany przez profesora Uniwersytetu Poznańskiego Tadeusza Vetulaniego do Państwowej Rady Ochrony Przyrody jesienią 1935 roku Dyrekcja Naczelna Lasów Państwowych postanowiła założyć w Białowieży rezerwat przeznaczony na „regenerację dzikiego konia, tarpana leśnego”.

Na polecenie Wydziału Chowu Koni Ministerstwa Rolnictwa i Reform Rolnych w dniach 3–5 lutego 1936 roku starostwo powiatu biłgorajskiego zarządziło specjalne spędy wszystkich małych koni. Na czele licznej „ekspedycji poszukiwawczej” stanęli profesor Vetulani oraz wiedeński zoolog i hipolog profesor Otto Antonius. Na pierwszych spędach w Biłgoraju i Frampolu oraz we wsiach Smulsko Duże i Majdan pojawiły się wprawdzie „piękne i doskonałe wyrównane osobniki typu tarpana”, ale profesorów nie było łatwo zadowolić. Dopiero ostatniego dnia, na spędzie w Tarnogrodzie, ujrzeli konie swych marzeń: małe, myszatej maści, z ciemną pręgą na grzbietach – słowem najbardziej przypominające osiemnastowieczne opisy pozostawione przez rosyjskich uczonych Gmelina i Pallasa.

Wybrano i kupiono pięć klaczy i jednego ogierka. Cenny nabytek natychmiast przewieziono do Białowieży i w południe 9 lutego 1936 roku wypuszczono do czterohektarowej zagrody-rezerwatu w Nadleśnictwie Gródek.

Konik polski

Ponadto zdobyto dodatkowego tarpanopodobnego ogiera. Był nim pełen werwy Liliput, jeszcze w 1927 roku kupiony przez profesora Vetulaniego w Jasienniku koło Biłgoraja – własność Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie. Jako przyszły eksponat muzealny żył na łaskawym chlebie w Folwarku Doświadczalnym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Mydlnikach. Z ojcem przyjechał jego czteroletni syn (a po matce i wnuk) noszący imię Tref, urodzony w Mydlnikach drogą chowu wsobnego. Był to pierwszy konik w XX wieku, któremu – podobnie jak dzikim przodkom – na zimę bielała sierść!

Wszystkie ogiery i klacze ochoczo podjęły swe „obowiązki”: w roku 1939 stado, przeprowadzone do znacznie większej zagrody, liczyło już czterdzieści sztuk, w tym pięć ogierów, czternaście klaczy i dwadzieścia jeden źrebiąt.

W dniu wybuchu wojny pięć koników przebywało w depozycie poza rezerwatem hodowlanym. Tref – „biały koń Herodota” (historyk, który opisał dzikie konie bielejące na zimę, zamieszkujące legendarne bagna amadockie – czyli okolice Puszczy Białowieskiej), przebywał w poznańskim zoo. Zginął w 1945 roku w czasie bombardowania. Z inicjatywy profesora Lutza Hecka, dyrektora zoo w Berlinie, oraz jego brata – Heinza Hecka z zoo w Monachium, dwadzieścia z najwartościowszych koników przedwojennych i dwanaście urodzonych już podczas okupacji wywieziono do Niemiec. Z pozostałych w Białowieży, dziewięć padło lub zaginęło bez wieści. Najstarszego, dwudziestoletniego czołowego ogiera Liliputa w 1940 roku Niemcy zarżnęli na mięso i skórę (szkielet poszedł na potrzeby muzeum), jego córkę – bielejącą na zimę Liliputkę II – w kwietniu 1944 roku zastrzelił (i zjadł) nadleśniczy ze Zwierzyńca – Schulze. Wojnę przetrwało siedem tarpanów, a wśród nich dwa pochodzące z okolic Biłgoraja – klacz Grażyna i ogier Goraj. W 1946 było już piętnaście koni, co rokowało nadzieję na odtworzenie hodowli.

Od chwili przejęcia Białowieży przez administrację polską zwierzyniec z resztkami żubrów i tarpanów podlegał Ministerstwu Leśnictwa, na czele którego stał działacz komunistyczny Stanisław Tkaczow, a bezpośrednio – dyrektorowi Oddziału Instytutu Badawczego Leśnictwa, doktorowi Janowi Jerzemu Karpińskiemu. Opiekę weterynaryjną nad zwierzętami sprawował „sowiecki specjalista z Mińska” (tak go określał profesor Vetulani) Wiaczesław Diemiaszkiewicz, pierwszy raz postawiony na tym posterunku przez okupacyjne władze radzieckie jeszcze w 1941 roku.

 

W kwestii, czy zrabowane przez Niemców koniki wróciły do Polski, istnieje „wielkie materii pomieszanie”: w najbardziej popularnych broszurach i książkach o Puszczy Białowieskiej nie znajdujemy ani słowa na temat oddania nam jakichkolwiek tarpanów. W pracach o charakterze bardziej naukowym znalazłam dwie informacje. Pierwsza mówi, że w 1948 roku w efekcie starań Biura Rewindykacji i Odszkodowań Wojennych Rzeczpospolitej powrócił z Niemiec ogier Prut i został skierowany jako reproduktor do białowieskiego stada. Druga pochodzi od jednego z największych polskich specjalistów w dziedzinie hodowli koni, Romana Prawocheńskiego: „Dzięki szczęśliwemu pozostawieniu kilku koników w rezerwacie białowieskim oraz rewindykacji po wojnie z Niemiec znacznej części zabranego z Polski przez hitlerowców cennego materiału hodowlanego uratowano kilkadziesiąt klaczy i kilka ogierów”. Powrót koników nadzorował inżynier Zdzisław Hroboni. Początkowo umieszczono je w majątku Kochcice koło Lublińca, potem w Grodźcu Śląskim koło Bielska, następnie powędrowały do Puław. Z Puław znów powróciły do Grodźca. W 1952 roku stadninę przeniesiono do Raby Wyżnej, a z niej do Popielna.

Nie pierwsza to i nie ostatnia rozbieżność między autorami w podawaniu faktów związanych z historią Puszczy Białowieskiej i jej zwierząt.

W tym samym czasie, gdy do Polski wracały koniki wywiezione do Niemiec, profesor B. Bocheński ponoć odnalazł w południowo-wschodniej Polsce i wykupił kilka klaczy i jednego ogiera z dawnych, przedwojennych jeszcze hodowli. Ponieważ ich losy dziwnie przypominają losy zwierząt „rewindykowanych”, kto wie, czy nie o tych samych osobnikach mowa. Może komuś w tamtych czasach zależało, aby tak zbałamucić przekazy, by w Polakach pozostał żal do Niemców o zatracenie tarpanów. Czytamy bowiem dalej, że również koniki profesora Bocheńskiego tułały się po różnych PGR-ach. W 1949 roku zawieziono je do Puszczy Piskiej i przekazano Centralnemu Zarządowi Hodowli Koni.

Nie wiadomo, dlaczego powoli zniknęło zainteresowanie władz dalszą „regeneracją” koników polskich w Puszczy Białowieskiej. W 1955 roku zabrano stąd ogiera o imieniu Gordyj oraz osiem klaczy i przewieziono do nowo powstałego Zakładu Doświadczalnego PAN w Popielnie. Inne wiarygodne źródła mówią, że w 1954 roku w majątku Popielno koło Olsztyna „były już zgromadzone klacze z Białowieży”.

Dziś grupy koników polskich typu tarpan, poza Popielnem, spotkać można w Roztoczańskim Parku Narodowym i w rezerwacie Siedem Wysp nad jeziorem Oświn, w rezerwacie pokazowym Białowieskiego Parku Narodowego, w ogrodach zoologicznych i skansenach, w stadninach, na przykład w Kobylnikach, Dobrzyniewie, Sierakowie i w Manieczkach. Pojedyncze egzemplarze trafiają się nawet u osób prywatnych.

Król Jagiełło