Saga Puszczy Białowieskiej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

O Simonie Kossak

Motto

Wstęp

Łowcy mamutów i reniferów

Puszcza

Wilkołak

Zagłada Jaćwingów

Perkun

Zwod

Bobry

Sokół królewski

„Chłusownicy”

Zajazd na dyferencję

Gniew Boży

Jesienna mgła

Ona

Ławrysz bortnik

„Puszcz imperatory”

Eksploatacja

Rok 1812

„Bryki”

Zwierzyniec

Powstańcy 1863 roku

Przygoda w puszczy

„Ochotnicze choziajstwo”

Ochrona

Inwentaryzacja

Sen

Plądrowanie

Polemika

Restytucja

Déjà vu

Reichjagdgebiet

Na tokach

Akcja wilcza

Leśniczy

U progu trzeciego tysiąclecia

Siła argumentów

Epilog

Bibliografia

Wykaz źródeł ilustracji

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Korekta AGNIESZKA RADTKE, JAN JAROSZUK

Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL

Łamanie | manufaktu-ar.com

Copyright © by Ida Matysek & Dagmara Wiśniewska-Skałka

Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016

Warszawa 2018

Wydanie drugie

ISBN 978-83-65973-43-6

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Forteczna 1a

01-540 Warszawa

tel. 48 22 839 91 27

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Simona Kossak była biologiem z wykształcenia i leśnikiem z zamiłowania, krakuską z urodzenia i białowieżanką z wyboru. Ukończyła studia na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego ze specjalnością psychologa zwierząt, a kolejne stopnie naukowe od doktora po profesora zwyczajnego otrzymała w dziedzinie nauk leśnych. Urodziła się i wychowała w Krakowie w Kossakówce, skąd po otrzymaniu dyplomu magistra przeniosła się do Białowieży. Ponad trzydzieści lat mieszkała w głębi Puszczy Białowieskiej, w starej leśniczówce o pięknej nazwie Dziedzinka. W życiu prywatnym była towarzyszką życia znanego fotografika przyrody Lecha Wilczka. Pracowała w Zakładzie Lasów Naturalnych Instytutu Badawczego Leśnictwa, gdzie badała zachowania dziko żyjących ssaków leśnych oraz ich ekologiczne relacje ze środowiskiem. Oprócz tego inwentaryzowała liczebność oraz skład populacji ssaków łownych i chronionych, przez co aktywnie pomagała leśnikom w racjonalnym zarządzaniu zwierzostanem i ochronie gatunków rzadkich.

Simona Kossak była córką Jerzego, wnuczką Wojciecha i prawnuczką Juliusza – trzech malarzy batalistów rozmiłowanych w koniach, ojczystym krajobrazie i w polskiej historii. Była bratanicą poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej oraz pisarki Magdaleny Samozwaniec. Jej stryjeczną babką była Zofia Kossak-Szczucka, autorka powieści historycznych.

„Obciążenie genetyczne”, odebrane wychowanie oraz przesiąknięcie wszechobecną w tej rodzinie miłością do zwierząt spowodowały, że zajmowanie się badaniem przyrody i publikowanie suchych prac naukowych nie wystarczały jej do szczęścia. Pełnię satysfakcji dała dopiero działalność popularyzatorska na rzecz ochrony przyrody. Była autorką kilkuset artykułów, których intencją było „łagodzenie obyczajów”. W 1995 roku ukazała się jej książka Opowiadania o roślinach i zwierzętach. Autorka Sagi ma na swoim koncie też dziesiątki audycji radiowych i telewizyjnych oraz konkretnych działań na rzecz przyrody. Jak sama mówiła – jedyne malarstwo, z jakim sobie świetnie radziła, to pokrywanie jednym kolorem gładkiej ściany mieszkania. Dlatego w pewnym momencie wzięła do ręki kamerę – za swoje amatorskie filmy przyrodnicze otrzymała krajowe i międzynarodowe nagrody.

Saga Puszczy Białowieskiej powstała w intencji spłacenia długu: jest nim trzydzieści szczęśliwych lat przeżytych przez autorkę u Pana Boga za piecem – w zielonym raju, w Puszczy Białowieskiej.

Simona Kossak z rysiem w Puszczy

Nad wszystko, co w dzikiej przyrodzie,

co żyje, oddycha i śpiewa,

nad wszystko, co kocha i tęskni,

miłuję leśne drzewa...

A gdy już usnę na wieki,

niech sen mi się przyśni królewski...

Niech mnie kołysze do marzeń

szum Puszczy Białowieskiej.

Julian Ejsmond


Puszcza, A. Grottger

Wstęp

Puszcza Białowieska umiera. Wśród drzew przemyka okryta mgłą postać dzierżąca kosę, lecz u jej stóp nie czai się już ryś skośnooki, nie wyciągają ramion pokrzywione kolosy lip i wiekowe dęby.

Nad konającą pochyla się z troską konsylium leśników i uczonych. Znają chorobę: na imię jej las. Gorzka to wiedza, że śmiertelnym zagrożeniem dla puszczy jest chluba człowieka – las zagospodarowany.

Im więcej wysiłku wkładają w swą pracę leśnicy, tym szybciej puszcza umiera. Bezwzględny las – zadbany, czysty, produkujący drewno i użytki uboczne – nienawidzi puszczy, pożera więc miejsce po miejscu dziką i wolną przyrodę. Z każdym zgrzytem piły usuwającej nieprzydatne dla lasu drzewo, z każdym konarem spalonym, by nie zakłócał porządku w lesie, z każdym rzędem równo posadzonych sosenek, z każdym wypielęgnowanym młodnikiem – puszcza słabnie. Jej dusza wygnana z próchniejącego pnia płacze w ostatnich ostojach.

Jesteś wśród drzew, lecz brak tu Perkuna, nie ukorzysz się przed świętym dębem przodków, nie usłyszysz rozmowy dzikich pszczół z dziuplastą lipą, nie pochylisz głowy przed majestatem miejsca, z którego pochodzisz: przed puszczą słowiańską. Ona umiera.

Śmierci jest tysiąc: giną ciche, nieważne, pozbawione domu żyjątka i kolejne pokolenia drzew – nie ze starości, lecz z wyroku lasu. Serce ci pęka, a puszcza umiera.

Uczeni znają chorobę, potrafią ją leczyć, chcą puszczę zachować. Recept jest kilka, lecz każda uderza w las. Konsylium dzieli się i sprzecza, padają zarzuty, obelgi. Czas płynie, puszcza umiera. Ambicje, urazy, sprzeciwy. A puszcza umiera. Uczeni, praktycy, eksperci. A puszcza umiera. Programy, koncepcje, wytyczne. A puszcza umiera. Narady, decyzje, dokumenty. A puszcza umiera. Polityka, wpływy, interesy, pieniądze, pieniądze, pieniądze.

 

Puszcza umiera!

Przed laty przy wjeździe do Białowieży uczeni ustawili na cokole głaz narzutowy ze stosownym napisem ku czci Puszczy Białowieskiej. To kamień nagrobny.

Wstrząśnięta szybkością i rozmiarem wycinania białowieskich starodrzewów, na łamach „Gazety Wyborczej” w czerwcu 1992 roku opublikowałam esej Śmierć Puszczy. Gdziekolwiek bowiem spojrzeć, powiększały się otwarte przestrzenie upraw mających w dalekiej przyszłości wyrosnąć w zwyczajny las gospodarczy, ze starodrzewów wybierane były masowo dorodne, zdrowe dęby i świerki, sosny i jesiony, a ciężki sprzęt dewastował dno lasu.

Wywożenie tysięcy pni z lasu naturalnego i sadzenie w rządkach sztucznie wyhodowanych sadzonek, by je po upływie określonego czasu wywieźć w postaci drewna – to nieuchronna śmierć puszczy. Żyje ona bowiem dopóty, dopóki wyrasta z prochów poprzednich pokoleń, a cykle narodzin i naturalnej śmierci trwają nieprzerwanie tysiące lat. Dziś w Europie jest tylko jedno takie miejsce: osłabione, oszpecone, ale z wciąż jeszcze zachowaną siłą do samoodradzania się po zniszczeniach – Puszcza Białowieska.

Las wyhodowany przez człowieka tak się ma do puszczy, jak krowa do żubra, jak kundel wiejski do wilka, jak Puszcza Notecka, Kampinoska i Niepołomicka do Puszczy Białowieskiej. Jak tombak do złota. Ona – ogromna, dzika i wolna – nie potrzebuje nas, by trwać przez dalsze tysiąclecia, nie potrzebuje naszych pił i rachitycznych sadzonek...

Rzesze uczonych i miłośników przyrody od lat apelują do władz o objęcie konserwatorską ochroną całej polskiej części Puszczy. Za wzór do naśladowania stawiają dawnych władców, którzy, już od czasów Jagiełły, otaczali Puszczę opieką, dzięki czemu jej przyrodnicze skarby prawie nienaruszone przetrwały do naszych czasów.

Zapraszam więc na daleką wędrówkę. Nie w przestrzeni, a w czasie. Podczas lektury zostaniemy bowiem w Puszczy Białowieskiej, a przed naszymi oczami przesuwać się będą tysiąclecia, setki i dziesiątki lat. Obrazy, które ujrzymy po drodze, zaprzeczą piewcom legendy o dobrych dawnych czasach, polskich królach rozmiłowanych w Puszczy Białowieskiej i ich szlachetnych poddanych. Prawda ukryta na kartach kronik, pamiętników i w dokumentach historycznych jest mniej budująca: miejscowa ludność zawsze miała za nic majestatyczne piękno Puszczy i tylko patrzyła okazji, by z niej czerpać pełnymi garściami. Każda zawierucha dziejowa – wojna, zmiana przynależności państwowej, jak też upodobania kolejnych panujących, hołdowanie modom, szukanie sposobów zapełnienia skarbca czy zyskania przychylności możnych tego świata, od zarania polskiej historii aż do dziś – uderzała w Puszczę Białowieską.

To, że jeszcze nie podzieliła losu innych puszcz, po których zostały tylko nazwy, wynika z jej – zda się niewyczerpalnych – sił życiowych, ze straszliwego haraczu płaconego łowcom zwierzyny i położenia geograficznego – z dala od skupisk rolniczej ludności i wielkich miast, leżąca na pograniczu krajów i narodów, ukryta wśród bagien – przetrwała. Ciężko okaleczona, ograbiona z drzew i ze zwierząt, ale we współczesnej Europie jedyna przypominająca jeszcze prapuszczę, która sześć tysięcy lat temu otulała Niż Europejski od Karpat po Bałtyk.

Na oczach naszego pokolenia rozgrywa się ostatni akt jej dziejów.

Lokalizacja miejsc wymienionych w opowieści

Łowcy mamutów i reniferów

Nadeszła wiosna. Zimniejsza niż wszystkie ubiegłe, choć i tamte od dawna już nie dawały ciepła podtrzymującego życie drzew. Lodowate podmuchy smagały umierający las. Tu i ówdzie sterczały kikuty rozłożystych dębów i lip, leżały obalone sosny, ale w poszyciu brak było młodego pokolenia. Tylko w wierzbach, brzozach i świerkach tliło się jeszcze życie. Stopniowe, od tysięcy lat postępujące oziębienie klimatu nabrało pędu. Coraz szybciej i szybciej nowe połacie Europy znikały pod lodem – tym nadchodzącym z północy i tym sunącym jęzorami z gór południowych.

Przez cmentarzysko drzew i niskiej roślinności szedł, kulejąc, samotny mamut; droga wędrówki stada dziewięciu olbrzymów, uchodzących spod Gwiazdy Polarnej w cieplejsze okolice, stała się szlakiem donikąd – jak kamienie milowe znaczyły ją zwłoki zwierząt ciemniejące wśród mszarów i wpółzamarzniętych błot.

Mamut skrył się w wierzbowym zagajniku. W gąszczu gałęzi prześwituje czterometrowej wysokości cielsko okryte długim, ciemnobrunatnym, miejscami rudym włosem z wełnistym, zwartym podbiciem chroniącym przed mrozem. A jednak zwierzę drży; śnieg z deszczem, bezlitośnie padający od wielu dni, dawno przemoczył sierść pozbawioną ochronnej warstewki tłuszczu i spływa teraz po skórze. Wilgoć już nie paruje po zetknięciu z przechłodzonym ciałem, a rozmiękłe w błocie i popękane płytki rogowe nie chronią obolałych stóp stworzonych do chodzenia po twardym i suchym podłożu. Brak wału z tłuszczu na szczycie łba stromo opadającego ku karkowi i ostro sterczące kości mówią o wycieńczeniu olbrzyma. Tylko sto czterdzieści kilogramów wspaniałych, kremowobiałych ciosów, dumnymi kołami skierowanych ku niebu, świadczy o minionej potędze gatunku.

Mamut ospale żeruje. O tej porze roku jego organizm tęskni do zielonych traw i leśnych ziół, lecz tych już nie napotka. Jest też zbyt słaby, by napierając swymi ogromnymi zębami siecznymi, obalić wyższe od siebie drzewo i dosięgnąć pączków listowia. Poprzestaje więc na gałązkach niewielkich świerków, wierzb i na mchu porastającym kępy wśród błot. Czubkiem trąby odrywa pęd po pędzie, podaje do pyska i powoli żuje.

Na sporym wyniesieniu królującym wśród błot na moment zamajaczyło kilka odzianych w skóry dwunogich istot – wygłodzona horda spostrzegła mamuta. Wygnana lodowcem schodzącym z gór południowych, opuściła swe jaskinie, by na szlaku Wielkiej Ucieczki łowić drobną zwierzynę. Lecz w krainie ginącej w uścisku lodowca zabrakło żywej zdobyczy. Zniknęły wilki i lisy wskazujące drogę do ostatniego źródła pokarmu – mamutów padłych w umierającym lesie.

Za osłoną pagórka horda czeka na powrót zwiadowcy. Wrócił, przysiadł na piętach, gestykuluje, pokrzykując w wielkim podnieceniu: mamut jest sam, jest chory, nie może uciekać zbyt szybko. Lecz wielki jak góra jest groźny jak śmierć. Wódz krzywi oblicze. Patrzy na towarzyszy. Dzierżą potężne maczugi, a za rzemieniami podtrzymującymi odzienie tkwią noże, jednym celnym uderzeniem odłupane od rdzenia krzemiennej buły. Ciężkie kamienne topory o ostrych krawędziach leżą tuż obok, a jednak oczy mężczyzn umykają spojrzeniu wodza; horda jest słaba. Nie wyzwie kolosa do walki wręcz. Lecz głód żąda mięsa... Wódz zdecydował: nagonić zwierza na rozpadlinę!

Czternastu mężczyzn i osiem kobiet rozbiega się chyłkiem po lesie, by w pobliżu mamuta wyskoczyć z ukrycia, miotaniem toporów i krzykiem zmusić go do biegu. Olbrzym uniósł trąbę i ruszył ciężkim galopem. Pod naporem potężnego ciała padają brzozy i świerki, spod nóg tryska błoto. Przeskoczył kłodę, jedną, drugą. Przez chwilę był sam. Zwolnił biegu, gdyż krwawa zasłona zmęczenia zmąciła mu wzrok. Znów nienawistne stworzenia były tuż obok. Świsnęło powietrze – w nasadzie trąby głęboko utkwił klin topora. Rozległ się ryk bólu. Ziemia umknęła spod nóg i mamut ciężko zwalił się w rozpadlinę. Próbował wstać. I wtedy obsiadła go horda; dźgany, cięty, uderzany – umierał. W ostatnim odruchu przewalił się na bok. Wódz krzyknął i znikł przygnieciony olbrzymim cielskiem.

W pobliżu ogniska piętrzą się zwały mięsa, okrwawione żebra i potężny łeb wsparty na bielejących obręczach ciosów. W miejscu trąby zieje krwawa jama. Wschodzące słońce ukazuje mężczyzn w uprzęży z mamuciej skóry powoli wlokących wielką, kamienną płytę. Na szczycie pagórka ciemnieje prostokątny wykop o ścianach umocnionych równo ułożonymi głazami. Na jego dnie spoczywa człowiek. Leży na boku, ma podkurczone ręce i nogi, przy twarzy czernieje krzemienny topór. Do grobu podchodzi kobieta, z zawiniątka uwiązanego przy pasie dobywa garściami czerwoną, sproszkowaną glinę i posypuje nią twarz i tors zmarłego. Ma ciemne oczy, głęboko osadzone pod mocno zarysowanymi łukami brwiowymi, niskie czoło uciekające ku krągłej potylicy i krótką szyję wbitą w ramiona. Po jej policzkach spływają łzy.

Upływały dziesiątki tysiącleci. Śmierć kilometrową warstwą pokryła ziemię. Tylko hulający wiatr rzeźbił lodowe fale na powierzchni całunu, tylko tarcza księżyca i blade słońce spoglądały na białą pustynię. Lądolód cofał się i atakował. W swych wędrówkach przenosił odłamy skał wyrwane z dalekich gór. Żłobił i wchłaniał w swe cielsko napotkane podłoże. W odwrocie tryskał rzekami i przy wtórze łoskotu mielił i wyrzucał z swych trzewi obłe głazy-wałuny, szarozielone i ugrowe gliny, czerwonawe żelaziste piaski i iły, aż dwudziestometrową warstwą pokrył ślad ludzkiej mogiły. W końcu postarzał się biały morderca. W ostatnim ataku sięgnął już tylko północnej krawędzi wielkiego Niżu Europejskiego.

Na przedpolu lodowca króluje stepotundra, a na niej wre życie. Najdalej na północ zapuszczają się stada wołów piżmowych, nosorożce włochate i renifery. Na niezmierzonych przestrzeniach pasą się stada koni i garbonosych suhaków, w gęstwinie żerują prażubry i jelenie o olbrzymim porożu. Nocami słychać ryk niedźwiedzia jaskiniowego, wycie wilków, poszczekiwania pieśców i lisów.

Wskroś tundry wędruje samotny łowca reniferów. Jest wysokim, zgrabnie uformowanym chłopcem. Nad ledwie zarysowanymi łukami brwiowymi wznosi się niewysokie, proste czoło myślącego człowieka. Przez ramię przewieszony ma łuk i uczepiony na rzemieniu pęk strzał o kamiennych grotach. U podstawy mocno osadzonej szyi lśni naszyjnik z dwudziestu lisich i wilczych zębów. Przy pasie zwisa ucięty z dwóch stron róg tura kryjący narzędzia wykonane w czasie samotnych wieczorów: ostre dłuto wyczarowane z goleni renifera, z rączką wyrzeźbioną na kształt głowy sowiej, i drugie z kości jelenia o ostrzu szerokim na palec, szydło z łbem końskim o rozwianej grzywie i szydło z okrągłej kości ptaka, płaski ośmioząbkowy rylec z goleni kozła – znakomity do rzeźbienia w glinie, duża, łukowata igła z otworem do przewlekania rzemyka wykonana z żeberka suhaka. Ten skarb, przydatny w wielodniowej wędrówce, będzie darem dla dziewczyny, która żegnała chłopca, a czeka na powrót mężczyzny – łowcy, samodzielnie zdobywającego zwierzynę.

W promieniach rannego słońca stado reniferów skubie zioła porastające tundrę. Chłopiec, dzierżąc pęk strzał, przesuwa łuk z ramienia na plecy, przywiera do ziemi i niby wąż pełznie wśród niskich krzewów wierzbowych. Omija grupę samic z młodymi. Ostre, pokręcone gałęzie boleśnie smagają ramiona. Młody myśliwy powoli zbliża się do żerującego na uboczu dorodnego byka. Wtem o coś zaczepił. Szarpnął się lekko, uwolnił i przerażony głośnym szelestem uniósł głowę – renifer, odwrócony, niczego nie zauważył. Łowca nie przerywa podchodu, jest już tak blisko, że czuje woń zwierzęcia. Powoli unosi się i klęcząc na jednym kolanie, napina łuk. Świsnęło i strzała utkwiła w sercu ofiary.

Łowca jest gotów do drogi powrotnej. Na ziemi leży zwinięta skóra renifera, a w niej najlepsze kawały mięsa. Teraz należy zaszyć brzegi pakunku i przytroczyć sterczące licznymi odnogami poroże. Ręka młodzieńca sięga do pasa – zamiast pojemnika z narzędziami dłoń napotyka zerwany rzemień...

Renifery

Fauna epoki lodowcowej

Ostatni milion lat historii Ziemi, zwany czwartorzędem, dzieli się na plejstocen i holocen. W plejstocenie lądolód czterokrotnie atakował Europę. W przerwach między zlodowaceniami na terenach dzisiejszej Puszczy Białowieskiej panował klimat umiarkowanie ciepły. Największe zlodowacenie (tak zwany Mindel) objęło cztery i pół miliona kilometrów kwadratowych Europy. W Polsce płaszcz lodu oparł się o Sudety i Karpaty, gdzie spotkał lodowce schodzące z gór. Na terenie przez niego objętym wyginęły wszystkie rośliny i zwierzęta.

Ostatni lądolód (Würm) zagarnął dzisiejsze pojezierza: Mazurskie i Suwalskie. Na jego przedpolu uformowała się stepotundra. Ustąpił około dwunastu tysięcy lat temu, pozostawiając po sobie Bałtyk. Z tą chwilą rozpoczął się holocen – w którym żyjemy.

 

W Europie mamuty wymarły w późnym plejstocenie.

Człowiek neandertalski pojawił się w Europie ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy lat temu, wyginął z niewiadomych przyczyn przed czterdziestoma tysiącami lat. Okres ten zwany jest paleolitem – epoką kamienia łupanego.

Z paleolitu środkowego (100–40 tysięcy lat p.n.e.) zachowały się ślady kultury mustierskiej, charakteryzującej się umiejętnością niecenia ognia, różnorodnością kamiennych narzędzi i pochówkiem zmarłych. Pierwotny człowiek miał pod dostatkiem leżących na powierzchni ziemi potężnych buł krzemiennych. Był to znakomity materiał na najprostsze narzędzia codziennego użytku (tłuki, topory, siekiery, skrobacze, noże – w postaci długich, ostrych wiórów) produkowane metodą odłupywania zbędnych części od nukleusów – rdzeni krzemiennych brył.

Neandertalczyk zamieszkiwał jaskinie skalne i jaskinie wykopane przez siebie w ziemi – najczęściej w zboczach nad rzekami. Nie znał ani uprawy roli, ani hodowli bydła. Prowadził życie wędrownego łowcy. Polował na rozległych, podmokłych tundrach, na suchych, gorących stepach i w mrocznych puszczach. Na początku ubiegłego stulecia w północnej Ukrainie odnaleziono wyłożony głazami grób człowieka z paleolitu.

Około trzydzieści pięć tysięcy lat temu (koniec neolitu) Europę zasiedlał człowiek rasy kromaniońskiej (nazwa od znalezisk w jaskiniach koło Cro-Magnon we Francji, gdzie odkryto szkielety ludzi z kultury oryniackiej) – nasz przodek. Dawniej sądzono, że zamieszkiwał wyłącznie jaskinie. Nowsze odkrycia archeologiczne wykazały, iż wykorzystując między innymi kości mamutów, budował długie, wielorodzinne domy kryte wspólnym dachem.

Z neolitu pochodzą najstarsze z dotychczas odnalezionych ślady obecności człowieka w Puszczy Białowieskiej. Są to narzędzia krzemienne i fragmenty naczyń ukryte w piaszczystych wydmach nadrzecznych oraz wyorywane pługiem kamienne toporki i groty. W 1923 roku archeolodzy odkryli ślady dwóch osad; w pierwszej, leżącej na prawym brzegu Narwi, niedaleko wsi Rudnia, znaleziono skorupy naczyń, krzemienne skrobacze i nożyki. W drugiej, położonej na południe od bagien Dzikiego Nikoru, zachowały się narzędzia kamienne oraz krzemienne groty strzał i sześć nożyków. Osady te datowano na młodszą epokę kamienną.

Koniki polskie

Jednym z najważniejszych sposobów zdobywania pożywienia przez ludzi neolitycznych, prócz zbierania roślin, było łowiectwo. Zabijanie zwierząt dostarczających mięsa, skór oraz ścięgien i kości nie było proste. Najczęściej więc polowano gromadnie z naganką. Zdarzały się jednak też samotne łowy – o czym opowiadają skalne malowidła pochodzące z tamtej epoki. Człowiek w tym czasie jeszcze nie udomowił psa – najwierniejszego pomocnika myśliwego. Udoskonalił jednak sprzęt myśliwski i wynalazł luk – prostą broń skutecznie rażącą z dużego dystansu. Sądzi się, że tego rewolucyjnego wynalazku dokonano w Afryce Północnej, skąd drogą wiodącą przez Półwysep Pirenejski jakieś dwanaście tysięcy lat temu przedostał się do Europy.

Kromaniończyk zostawił po sobie bogactwo broni oraz narzędzi wykonanych z gładzonych, wierconych i polerowanych kamieni, kości rogu (często łączonych ze sobą). Jako surowca używał kamieni, które łatwo się łupią i poddają obróbce: obsydianu, kwarcytu, diorytu, a przede wszystkim – krzemienia. Nie korzystał już jednak z brył leżących na powierzchni ziemi, zwietrzałych od słońca i wiatru. Sięgał w głąb do złoży mających w sobie „wilgoć” i dających się łatwo obrabiać.

Lepił z gliny i zdobił naczynia. Ubierał się w skóry zwierząt, pozbawione sierści za pomocą ostrych skrobaczek, wyprawione, odpowiednio przykrojone i zszyte skręconymi jelitami. Lubił też ozdoby – nosił naszyjniki z przewierconych zębów zwierząt, rzeźbionych płytek kostnych, muszli i barwnych kamyczków.

Na początku XX stulecia archeolog Józef Choynowski odnalazł na terenach południowo-zachodniej Rosji szereg narzędzi i ozdób, a wśród nich róg tura zawierający komplet podręcznych przyrządów codziennego użytku.

Kromaniończyk stworzył podwaliny religii (kult Matki-Bogini) i kultu zmarłych. Wynalazł sztuki piękne. Niedościgła oszczędność środków wyrazu, realizm, umiejętność uchwycenia ruchu, dojrzałość artystyczna rzeźb i rytów wykonanych w kości i rogu oraz rysunków i wielobarwnych malowideł naskalnych budzą podziw i zazdrość współczesnych artystów. Głównym tematem twórców-łowców były zwierzęta. Wśród ponad trzystu gatunków zidentyfikowanych przez zoologów ssaków, ptaków i ryb są: mamuty, renifery, tury, prażubry, niedźwiedzie, tarpany, jelenie, antylopy, strusie, foki, węgorze, lisy, rysie i wilki. Zwierzęta biegają, pasą się i zalecają do siebie. Wśród nich pojawiają się też sylwetki myśliwych zaopatrzonych w łuki i dzidy.

Dzięki tym swoistym „atlasom zoologicznym” dowiadujemy się, jak wyglądały gatunki, które nie dotrwały do naszych czasów. Zastanawiano się na przykład, dlaczego na wszystkich wizerunkach konie przedstawiane były z dużą, nieforemną głową. W zarozumialstwie uznano, że jest to wynik niezręczności rysownika. Wreszcie odnaleziono szkielety koni paleolitycznych; i cóż się okazało? „Prymitywni jaskiniowcy” po prostu wiernie oddali naturę.

Ryś w puszczańskim mateczniku