Gołąb i wążTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Serpent & Dove

Copyright © Shelby Mahurin, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie, 2020

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Marketing i promocja: Łukasz Chmara, Marta Friedrich

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: NABU Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt ilustracji okładkowej: © Katt Phatt, 2019

Projekt okładki: Sarah Nichole Kaufman

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66517-99-8

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

www.weneedya.pl

Dla mamy, która kocha książki,

dla taty, który dał mi odwagę do ich pisania,

i dla RJ’a, który wciąż nie przeczytał niniejszej

CZĘŚĆ PIERWSZA


Un malheur ne vient jamais seul

Nieszczęścia zawsze chodzą parami

– francuskie przysłowie

BELLEROSE

Lou

W ciele tkniętym magią jest coś niepokojącego. Większość ludzi najpierw poczuła zapach: nie zgniliznę rozkładu, lecz cukierkową słodycz w nosie, ostry smak na języku. Niektórzy wyczuli także wibrację w powietrzu. Aurę przylegającą do skóry zmarłego. Jakby przyczaiła się tam sama magia, patrzyła i czekała.

Żywa.

Oczywiście te, które były na tyle głupie, że rozmawiały o takich rzeczach, skończyły na stosie.

W ciągu zeszłego roku znaleziono trzynaście ciał w Belterze – dwa razy więcej niż w poprzednich latach. Chociaż Kościół robi, co w jego mocy, żeby ukryć tajemnicze okoliczności każdego zgonu, wszyscy zostali pochowani w zamkniętych trumnach.

– Oto i on. – Coco wskazała mężczyznę w kącie. Przy blasku świecy połowa jego twarzy była ukryta w cieniu, ale nie można było z niczym pomylić złotych, brokatowych zdobień na jego płaszczu oraz ciężkich insygniów na szyi. Siedział wyprostowany na krześle, najwyraźniej czuł się niekomfortowo, ponieważ skąpo ubrana kobieta tuliła się do jego pulchnego ciała. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

Tylko Madame Labelle pozwoliłaby arystokracie takiemu jak Pierre Tremblay czekać w burdelu.

– Podejdź. – Coco zaprosiła go do stołu w przeciwległym kącie. – Babette niedługo powinna się pojawić.

– Co za nadęty dupek nosi brokat w czasie żałoby? – zapytałam.

Coco zerknęła na Tremblaya przez ramię i uśmiechnęła się szelmowsko.

– Nadęty dupek z pieniędzmi.

Jego córka, Filippa, była siódmym znalezionym ciałem.

Zniknęła w środku nocy, a arystokraci byli wstrząśnięci, kiedy się odnalazła – z poderżniętym gardłem – na skraju L’Eau Mélancolique. Ale nie to było najgorsze. W królestwie plotkowano o jej srebrnych włosach i pomarszczonej skórze, jej pokrytych bielmem oczach i powykręcanych palcach. W wieku dwudziestu czterech lat została zmieniona w starą jędzę. Równi Tremblayowi nie potrafili tego zrozumieć. Nie miała żadnych wrogów, o których by wiedziano, nie została zabita z zemsty, która mogłaby uzasadnić takie okrucieństwo.

Filippa mogła nie mieć żadnych wrogów, ale ten nadęty dupek – jej ojciec – na pewno narobił sobie wielu, handlując magicznymi przedmiotami.

Śmierć jego córki była ostrzeżeniem: nie zadziera się z czarownicami.

– Bonjour, messieurs. – Podeszła do nas miodowłosa kurtyzana, z nadzieją trzepocząc rzęsami. Zaśmiałam się, widząc, jak obrzuca spojrzeniem Coco; ta nawet przebrana za mężczyznę była olśniewająca. Chociaż ciemnobrązową skórę jej dłoni pokrywały blizny, twarz pozostała gładka, a jej czarne oczy lśniły mimo półmroku. – Czy dacie się skusić?

– Przykro nam, kochanie. – Poklepałam kurtyzanę po dłoni z przymilnym uśmiechem, bo widziałam, że tak robią mężczyźni. – Jesteśmy umówieni. Niedługo przyjdzie do nas Mademoiselle Babette.

Zrobiła kwaśną minę, ale po chwili zwróciła się do naszego sąsiada, który z chęcią przyjął jej zaproszenie.

– Sądzisz, że ma to przy sobie? – Coco obrzuciła Tremblaya uważnym spojrzeniem od czubka jego łysej głowy aż po wypolerowane buty, na dłużej zatrzymując się na palcach pozbawionych biżuterii. – Babette mogła kłamać. To może być pułapka.

– Babette może i kłamie, ale nie jest głupia. Nie sprzeda nas, zanim jej nie zapłacimy. – Z chorobliwą fascynacją przyglądałam się pozostałym kurtyzanom. Mocno ściśnięte w pasie, z wylewającym się biustem, tańczyły gibko pomiędzy mężczyznami, tak jakby gorsety wcale ich powoli nie zaduszały.

Właściwie wiele z nich w ogóle nie miało gorsetu. Ani żadnej innej części garderoby.

– Masz rację. – Coco wyjęła z płaszcza naszą sakiewkę i rzuciła ją na stół. – Zrobi to później.

– Ach, mon amour, ranisz mnie. – Obok nas zmaterializowała się Babette odziana w karmazynowy jedwab. Zmrużyła oczy i zajrzała pod rondo mojego kapelusza. Jej bursztynowa skóra błyszczała od słodkiego olejku z migdałów, kocie oczy miała obwiedzione czarną kredką. – Jeszcze dziesięć złotych couronnes, a nawet nie przyjdzie mi do głowy was zdradzić.

– Dzień dobry, Babette. – Chichocząc, położyłam nogę na stole i odchyliłam się na krześle. – Wiesz, to niesamowite, że zawsze pojawiasz się sekundę po tym, jak pokażemy pieniądze. Wyczuwasz je nosem? – Odwróciłam się do Coco, której drżały usta od powstrzymywanego śmiechu. – Jakbyś je potrafiła wywąchać.

– Bonjour, Louise. – Babette pocałowała mnie w policzek i pochyliła się nad Coco. – Cosette, wyglądasz zachwycająco, jak zawsze – powiedziała, zniżając głos.

Coco wywróciła oczami.

– Spóźniłaś się.

– Proszę o wybaczenie. – Babette przechyliła głowę i posłała nam przesłodzony uśmiech. – Nie rozpoznałam was. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego takie piękne kobiety upierają się, by przebierać się za mężczyzn…

– Samotne kobiety przyciągają zbyt wiele uwagi. Sama wiesz. – Bębniłam palcami po stole z wyćwiczoną nonszalancją i wymuszonym uśmiechem. – Każda z nas może być czarownicą.

– Fuj! Te straszne, agresywne kreatury. Takie z was czarownice jak ze mnie.

– Oczywiście. – Coco posłała mi dyskretne spojrzenie, jej usta znowu drgnęły. – Jednak za Kościołem najpierw idą płomienie. Potem dopiero pytania. Niebezpiecznie jest być kobietą.

– Nie tutaj. – Babette rozłożyła szeroko ręce, jej usta ułożyły się w uśmiech. – Tutaj jesteśmy bezpieczne. Tutaj jesteśmy uwielbiane. Moja oferta nadal…

– Nie szukamy u ciebie pracy, Babette. – Ponownie skupiłam uwagę na Tremblayu, który swoim ostentacyjnym bogactwem przyciągnął jeszcze dwie kurtyzany. Grzecznie odwiódł je od rozpięcia swoich spodni. – Przyszłyśmy tu z jego powodu.

Coco potrząsnęła naszą sakiewką.

– Dziesięć złotych couronnes, jak było umówione.

– Hmm… Ja pamiętam, że dwadzieścia.

– Słucham? – Moje krzesło upadło z hukiem na ziemię. Klienci siedzący najbliżej zerknęli w naszym kierunku, ale ich zignorowałam. – Umówiłyśmy się na dziesięć.

Babette pociągnęła nosem i zadarła głowę.

– To było zanim zraniłaś moje uczucia.

– A niech cię, Babette. – Coco zgarnęła monetę, nim Babette zdążyła jej dotknąć. – Wiesz, ile czasu potrzebujemy, żeby zaoszczędzić taką sumę?

Z trudem panowałam nad głosem.

– Nawet nie wiemy, czy Tremblay ma ten pierścień.

Babette tylko wzruszyła ramionami i wyciągnęła rękę.

– Nie moja wina, że upieracie się przy rozpruwaniu sakiewek na ulicy jak zwykłe kryminalistki. Zarobiłybyście trzy razy tyle w jedną noc w Bellerose, ale jesteście zbyt dumne.

Coco zaczerpnęła haust powierza i zacisnęła dłonie w pięści.

– Słuchaj, przykro nam, że uraziłyśmy twoją dumę, ale umówiłyśmy się na dziesięć. Nie stać nas…

– Słyszę, że masz monetę w kieszeni, Cosette.

Spojrzałam z niedowierzaniem na Babette.

– Jesteś pieprzonym psem gończym.

Jej oczy błysnęły złością.

– No nie, biorę na siebie ryzyko i zapraszam was, żebyście podsłuchiwały moją panią z panem Tremblayem w intymnych chwilach, a wy mnie obrażacie, jakbym była…

W tej chwili po schodach zeszła wysoka kobieta w średnim wieku. Suknia w głębokim odcieniu szmaragdu podkreślała jej płomienne włosy i figurę klepsydry. Tremblay zerwał się na nogi na jej widok, a otaczające nas kurtyzany – w tym Babette – z szacunkiem dygnęły.

Dziwnie było patrzeć na dygające nagie kobiety.

 

Ujmując Tremblaya za ręce, Madame Labelle szeroko się uśmiechnęła, pocałowała go w oba policzki i wyszeptała coś, czego nie usłyszałam. Poczułam przypływ paniki, gdy chwyciła go pod ramię i poprowadziła w kierunku schodów.

Babette zerkała na nas kątem oka.

– Decydujcie się prędko, mes amours. Moja pani jest zajętą kobietą. Jej spotkanie z panem Tremblayem nie będzie trwało zbyt długo.

Obrzuciłam ją zirytowanym spojrzeniem, opierając się chęci zaciśnięcia dłoni na jej ładnej szyi.

– Czy możesz nam przynajmniej powiedzieć, co kupuje twoja pani? Na pewno coś ci powiedziała. Może pierścień? Czy Tremblay go ma?

Uśmiechnęła się jak kot do miski śmietany.

– Być może… za kolejne dziesięć couronnes.

Wymieniłyśmy mordercze spojrzenia z Coco. Jeśli Babette nie będzie uważać, niedługo przekona się, jakie straszne i agresywne potrafią być czarownice.

Burdel Bellerose szczycił się dwunastoma luksusowymi pokojami, w których kurtyzany zabawiały gości, ale Babette nie zaprowadziła nas do żadnego z nich. Zamiast tego otworzyła nieoznakowane trzynaste drzwi na końcu korytarza.

– Witajcie, mes amours, w oczach i uszach Bellerose.

Mrugając, czekałam, aż mój wzrok przyzwyczai się do ciemności nowego, węższego korytarza. Dwanaście okien – dużych, prostokątnych i rozmieszczonych w regularnych odstępach wzdłuż jednej ściany – dawało jedynie subtelną poświatę. Po przyjrzeniu się uświadomiłam sobie jednak, że to nie były okna, lecz portrety.

Musnęłam palcem nos postaci na najbliższym z nich: pięknej kobiety z ponętnymi kształtami i czarującym uśmiechem.

– Kim one są?

– Sławnymi kurtyzanami z przeszłości. – Babette zamilkła, podziwiając kobietę o melancholijnym spojrzeniu. – Mój portret kiedyś ją zastąpi.

Marszcząc brwi, pochyliłam się, żeby przyjrzeć się tej postaci. Jej portret był lustrzanym odbiciem, kolory wydawały się przygaszone, jakbym patrzyła na obraz od tyłu. I… a niech mnie.

Jej oczy przykrywały dwie złote klapki.

– Czy to są wizjery? – zapytała Coco, podchodząc. – Co to za makabryczny spektakl, Babette?

– Ciii! – Babette błyskawicznie przyłożyła palec do ust. – Oczy i uszy, pamiętacie? Uszy. Musimy tu mówić szeptem.

Nie chciałam nawet sobie wyobrażać, w jakim celu zaprojektowano to pomieszczenie. Wyobraziłam sobie jednak gorącą kąpiel, którą wezmę po powrocie do domu. Wyszoruję się. Energicznie. Tymczasem mogę się jedynie modlić, że moje gałki oczne wytrzymają.

Zanim zdążyłam wyrazić swój niesmak, kątem oka dostrzegłam poruszające się cienie. Odwróciłam się i sięgnęłam do noża ukrytego w bucie, zanim jeszcze cienie przybrały konkretny kształt. Znieruchomiałam, gdy dwaj potwornie znajomi, potwornie nieprzyjemni mężczyźni obrzucili mnie spojrzeniem.

Andre i Grue.

Ze złością spojrzałam na Babette, wciąż trzymając nóż.

– Co oni tu robią?

Słysząc mój głos, Andre pochylił się i powoli zamrugał w ciemności.

– Czy to…

Grue spojrzał na mnie, na moje wąsy, zatrzymał się dłużej na moich ciemnych brwiach i turkusowych oczach, piegowatym nosie i opalonej skórze. Wredny uśmiech przeciął jego twarz na pół. Miał ukruszony przedni ząb. I pożółkły.

– Witaj, Lou Lou.

Ignorując go, popatrzyłam wymownie na Babette.

– Tego nie było w umowie.

– Daj spokój, Louise. Pracują tutaj. – Siadła na jednym z drewnianych krzeseł, z których mężczyźni przed chwilą wstali. – Moja pani wynajęła ich do pilnowania porządku.

– Jako ochroniarzy? – prychnęła Coco, sięgając po swój nóż. Andre obnażył zęby. – Od kiedy to podglądactwo jest równoznaczne z ochroną?

– Ilekroć nie czujemy się komfortowo z jakimś klientem, pukamy dwa razy, a ci cudowni dżentelmeni interweniują. – Babette leniwie wskazała stopą portrety. – To są drzwi, mon amour. Bezpośrednie wejście.

Madame Labelle była idiotką. To było jedyne wyjaśnienie takiego… cóż, idiotyzmu.

Dwóch najgłupszych złodziei, jakich znałam, Andre i Grue, nieustannie naruszało nasze terytorium na East Endzie. Gdziekolwiek się udałyśmy, oni szli za nami – zwykle trzymając się dwa kroki z tyłu – a gdziekolwiek się pokazali, zaraz zjawiała się policja. Wielcy, brzydcy, głośni, brakowało im subtelności i umiejętności niezbędnych do prowadzenia interesów na East Endzie. I mózgów.

Wzdrygnęłam się na myśl, co mogą zrobić, mając bezpośredni dostęp do czegokolwiek. Zwłaszcza do seksu i przemocy. A to były prawdopodobnie najmniejsze z grzechów w czterech ścianach tego burdelu, na co przykładem była ta transakcja.

– Nie martw się. – Babette posłała im zdawkowy uśmiech, jakby czytając w moich myślach. – Moja pani zabije ich, jeśli wyniosą jakieś informacje. Nieprawdaż, messieurs?

Zrzedły im miny, a ja w końcu zauważyłam, co mają pod oczami. Siniaki. Wciąż jednak nie schowałam noża.

– A co powstrzymuje ich od sprzedawania informacji twojej pani?

– Cóż… – Babette wstała i wyminąwszy nas, podeszła do portretu w głębi korytarza. Uniosła dłoń do małego złotego guzika obok niego. – Podejrzewam, że to zależy od tego, co zamierzacie im dać.

– A może dam wam wszystkim poczuć mój nóż w…

– Ach, ach, ach! – Babette przycisnęła guzik, kiedy zbliżyłam się z uniesionym nożem, a wtedy złote klapki na oczach kurtyzany się uniosły. Korytarz wypełniły stłumione głosy Madame Labelle i Tremblaya.

– Zastanów się, mon amour – wyszeptała Babette. – Twój cenny pierścień może znajdować się tuż obok. Podejdź, zobacz sama. – Odsunęła się, przyciskając palcem guzik, i pozwoliła mi stanąć przed portretem.

Zmełłszy przekleństwo w ustach, stanęłam na palcach, żeby zajrzeć przez oczy kurtyzany.

Tremblay chodził w tę i z powrotem po pluszowym, kwiatowym dywanie salonu. Wyglądał bladziej w tym pastelowym pokoju – gdzie poranne słońce skąpało wszystko w miękkim, złotym świetle – a na jego czole perliły się krople potu. Nerwowo oblizywał usta i patrzył na Madame Labelle, która przyglądała mu się z szezlongu stojącego przy drzwiach. Nawet siedząc, roztaczała królewski wdzięk, trzymając prosto głowę i mając złączone dłonie.

– Niechże się pan uspokoi, Tremblay. Zapewniam, że w ciągu tygodnia otrzyma pan niezbędne fundusze. Najdalej za dwa tygodnie.

Potrząsnął głową.

– Za długo.

– Można by się spierać, czy aż tak długo, zważywszy na cenę. Jedynie król mógłby pozwolić sobie na taką astronomiczną kwotę, ale jemu niepotrzebne magiczne pierścienie.

Serce podskoczyło mi do gardła, odsunęłam się, żeby spojrzeć na Coco. Jęknęła i włożyła rękę do kieszeni, by wyjąć więcej pieniędzy. Andre i Grue przyjęli monety z triumfalnym uśmieszkiem.

Obiecując sobie, że żywcem obedrę ich ze skóry, kiedy ukradnę pierścień, ponownie skupiłam uwagę na tym, co działo się w salonie.

– A jeślibym ci powiedział, że mam jeszcze jednego kupca? – spytał Tremblay.

– Nazwałabym cię kłamcą, panie Tremblay. Nie może się pan przechwalać towarami będącymi w pańskim posiadaniu po tym, co stało się z pańską córką.

Tremblay zwrócił się do niej twarzą.

– Niech pani nie wspomina mojej córki.

Wygładzając spódnicę, Madame Labelle całkowicie go zignorowała.

– W istocie jestem raczej zaskoczona, że wciąż para się pan magicznym czarnym rynkiem. Ma pan jeszcze jedną córkę, nieprawdaż? – Kiedy nie odpowiadał, uśmiechnęła się okrutnie. – Czarownice są złośliwe. Jeśli dowiedzą się, że jest pan w posiadaniu pierścienia, wyładują złość na reszcie pana rodziny, co może okazać się… nieprzyjemne.

Zrobił krok w jej stronę, purpurowy ze złości.

– Nie podobają mi się pani aluzje.

– Wobec tego niech spodoba się panu moja groźba, monsieur. Niech mnie pan nie irytuje, bo będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobi pan w życiu.

Prychając, spojrzałam na Coco, która parsknęła cichym śmiechem. Babette nie spuszczała nas z oka. Niezależnie od magicznych pierścieni, ta rozmowa warta była czterdziestu couronnes. Nawet teatr bladł w porównaniu z tym melodramatem.

– A teraz proszę powiedzieć – zamruczała Madame Labelle – czy naprawdę jest jakiś inny kupiec?

– Putain – zaklął. Patrzył na nią przez kilka sekund, po czym z urazą pokręcił głową. – Nie, nie ma innego kupca. Od miesięcy zrywam wszelkie więzy z moimi dotychczasowymi kontaktami, robię czystkę w magazynie. Ale ten pierścień… – Głośno przełknął ślinę, żar w jego spojrzeniu przygasł. – Boję się o nim rozmawiać, żeby demonice nie dowiedziały się, że go mam.

– To było niemądre z pana strony, że w ogóle opowiadał pan o tych przedmiotach.

Tremblay nie odpowiedział. Wzrok wbił gdzieś w dal, jakby zobaczył coś, czego my nie dostrzegałyśmy. Nie wiem dlaczego ścisnęło mnie w gardle.

– Gdyby pan o nich nie gadał, być może droga Filippa wciąż byłaby między nami… – powiedziała Madame Labelle, nie zważając na jego ból.

Odwrócił się gwałtownie, słysząc imię córki, a jego oczy zapłonęły złością.

– Sprawię, że demonice spłoną za to, co zrobiły.

– Jakie to żałosne…

– Słucham?

– Mój biznes opiera się na znajomości interesów moich wrogów, monsieur. – Wstała z gracją, a on cofnął się o krok. – Jako że to teraz pana wrogowie, muszę coś panu doradzić: wchodzenie w drogę czarownicom jest niebezpieczne. Niech pan zapomni o zemście. Zapomni o tym, czego dowiedział się pan o świecie cieni i magii. Nie ma pan najmniejszych szans z tymi kobietami. Śmierć to najłaskawsza z ich kar, dar, który otrzymują jedynie nieliczni. Miałam nadzieję, że wyciągnął pan lekcję po tym, co stało się Filippie.

Wyprostował się i prychnął ze złością, wykrzywiając usta. Madame Labelle nadal górowała nad nim o kilkanaście centymetrów.

– Prze-przekroczyła pani wszelkie granice.

Kobieta nie ustąpiła ani o krok. Pogładziła suknię, zupełnie niewzruszona jego zachowaniem, i wyjęła wachlarz z fałd materiału. Z jego grzbietu wystawał nóż.

– Widzę, że uprzejmości dobiegły końca. Dobrze więc. Przejdźmy do interesów. – Jednym ruchem rozłożyła wachlarz i potrząsnęła nim. Tremblay zauważył wystający czubek noża i cofnął się jeszcze o krok. – Jeśli życzy pan sobie, żebym uwolniła go od pierścienia, zrobię to tu i teraz za pięć tysięcy złotych couronnes mniej, niż wynosi pańska cena.

Z jego gardła wydobył się dźwięk przypominający krztuszenie.

– Oszalała pani…

– Jeśli nie – ciągnęła twardo – opuści pan to miejsce z pętlą na szyi swojej córki. Ma na imię Celia, prawda? La Dame des Sorcières z rozkoszą wyssie jej młodość, spije blask z jej skóry, gładkość jej włosów. Kiedy czarownice z nią skończą, trudno będzie ją rozpoznać. Będzie pusta. Złamana. Tak jak Filippa.

– Ty, ty… – Tremblay wybałuszył oczy, na jego spocone czoło wystąpiła żyła. – Fille de pute! Nie możesz mi tego zrobić. Nie możesz…

– Proszę, monsieur, nie mam całego dnia. Książę wrócił z Amandine, a ja nie chcę przegapić uroczystości.

Wysunął brodę, upierając się przy swoim.

– Nie, nie mam go przy sobie.

A niech to. Poczułam gorzki smak rozczarowania. Coco zaklęła pod nosem.

– Nie wierzę ci. – Madame Labelle podeszła do okna i zerknęła w dół. – Ach, panie Tremblay, jak taki dżentelmen mógł kazać córce czekać przed burdelem? Jest taką łatwą zdobyczą.

Pocąc się obficie, Tremblay wywrócił kieszenie.

– Przysięgam, że go nie mam! Patrz, patrz! – Przycisnęłam mocniej twarz do portretu, gdy pokazywał jej zawartość swoich kieszeni: haftowaną chusteczkę, srebrny zegarek kieszonkowy, garść miedzianych couronnes. Ale nie pierścień. – Proszę, proszę, zostaw moją córkę w spokoju! Ona nie ma z tym nic wspólnego!

Wyglądał tak żałośnie, że mogłabym mu nawet współczuć, gdyby właśnie nie pokrzyżował wszystkich moich planów. Wobec tego widok jego trzęsących się rąk i nóg oraz zbielałej ze strachu twarzy napełnił mnie mściwą rozkoszą.

Madame Labelle chyba podzielała moje uczucia. Westchnęła teatralnie, opuściła dłoń spoczywającą na oknie i – zaciekawiona – spojrzała na portret, za którym stałam. Odsunęłam się gwałtownie i wylądowałam na tyłku, tłumiąc przekleństwo.

– Co się stało? – wyszeptała Coco, kucając obok. Babette ściągnęła brwi i puściła guzik.

– Ciiii! – Machałam rękami, wskazując salon. – Wydaje mi się – nie śmiałam mówić, więc tylko poruszałam ustami – że mnie widziała.

Coco zrobiła wielkie oczy ze strachu.

Wszyscy zamarliśmy, gdy głos się zbliżył – był stłumiony, ale słyszalny przez ścianę.

– Powiedz mi więc, monsieur, gdzie jest?

 

Cholera. Coco i ja zamknęłyśmy oczy z ulgą. Chociaż nie odważyłam się wrócić do portretu, przylgnęłam do ściany, czując własny, gorący oddech na twarzy. Odpowiedz jej, błagałam w duchu. Powiedz nam.

Stał się cud i Tremblay posłuchał, a jego podszyte złością słowa brzmiały dla mnie piękniej niż najsłodsza muzyka.

– Zamknięty w mojej miejskiej rezydencji, ty salope ignorante…

– To wystarczy, Monsieur Tremblay. – Gdy usłyszałam odgłos otwieranych drzwi salonu, wyobraziłam sobie jej uśmiech. Był równie wielki jak mój. – Mam nadzieję, że dla dobra córki pan nie skłamał. Pojawię się w pana rezydencji o świcie z zapłatą. Proszę nie kazać mi czekać.