Autobiografia milionera

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sharon Kendrick
Autobiografia milionera

Tłumaczenie:

Barbara Górecka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pochmurny i chłodny dzień nie zachęcał do spaceru, ale Ashley musiała koniecznie uporządkować myśli. Wzdrygnęła się nerwowo na myśl o spotkaniu z nowym szefem, przed którym lojalnie ostrzegła ją właścicielka agencji zatrudnienia. Trudny charakter Jacka Marchanta nie miał jednak nic do rzeczy, ponieważ bardzo potrzebowała tej krótkoterminowej i doskonale płatnej pracy.

Ashley wychowywała się w rodzinach zastępczych i źle reagowała na zmiany. Nowo poznani ludzie napawali ją lękiem. Starała się jak najprędzej wyczuć ich upodobania. Niemal od kołyski przywykła czytać między wierszami, rozpoznawać skrywane przez uśmiech prawdziwe intencje. Z czasem opanowała tę metodę do perfekcji.

Przystanęła i rozejrzała się dokoła. Panował przenikliwy chłód. W oddali widać było pasmo niskich wzgórz, wieżę kościoła i dachy domostw. Za sobą miała wyniosłą sylwetę Blackwood Manor z szarego kamienia, w otoczeniu nagich o tej porze roku drzew. Spomiędzy nich połyskiwała tafla jeziora.

Raptem usłyszała dziwny dźwięk, który stawał się coraz głośniejszy. Po chwili pojęła, że to tętent końskich kopyt w galopie. Z rosnącą zgrozą obserwowała zbliżanie pędzącego ku niej czarnego potwora. Na grzbiecie rumaka siedział mężczyzna; wiatr rozwiewał jego kruczoczarne włosy. Dostrzegła spłowiałe dżinsy, potężną sylwetkę i ponurą, nieprzystępną twarz. A także utkwione w sobie spojrzenie stalowych oczu. Ogłuszona, w ostatniej chwili z krzykiem uskoczyła z drogi. Spłoszony koń stanął dęba, a zza żywopłotu wypadł wielki łaciaty pies i ujadając, rzucił się w jej stronę.

Rozpętało się prawdziwe piekło. Koń z rżeniem runął na ziemię, zrzucając z hukiem jeźdźca. Pies szczekał ogłuszająco. Rumak podniósł się szybko, lecz mężczyzna leżał nieruchomo. Roztrzęsiona Ashley podbiegła i przyklękła przy nim.

– Czy pan mnie słyszy? – zawołała głośno, pamiętając, że nie wolno dopuścić, aby ranna osoba straciła przytomność.

– Oczywiście, skoro wrzeszczysz mi prosto do ucha! – odparł z irytacją.

– Czy jest pan ranny? – spytała, czując olbrzymią ulgę, że przeżył.

– A jak ci się zdaje? – warknął. Po co udawała przejęcie, skoro sama była przyczyną wypadku? Ostrożnie poruszył nogą.

– Czy mogę jakoś pomóc?

– Owszem. Cofnij się, kobieto, i pozwól mi swobodnie odetchnąć!

Ashley posłusznie się odsunęła. Jeździec spróbował wstać, ale zdołał jedynie uklęknąć. Pies kompletnie oszalał i skakał na niego z ujadaniem.

– Spokój, Casey! – nakazał mu mężczyzna, osuwając się na ziemię.

– Nie powinien pan wstawać – odezwała się Ashley. – Mógł pan coś sobie złamać. Zadzwonię po karetkę...

– Nie trzeba, niczego nie złamałem. – Z jękiem spróbował się podnieść.

Ashley obserwowała go ukradkiem. Niezwykle wysoki, imponująco zbudowany, czarnooki i czarnowłosy. Obok zmysłowych, teraz wykrzywionych bólem ust, bielała cienka blizna.

Nie był przystojny w potocznym sensie tego słowa, za to emanował zabójczą męskością.

– Nie mogę tu pana zostawić w tym stanie.

– Ach, dajże spokój! Robi się ciemno, jeszcze się zgubisz albo wpadniesz pod samochód. Chyba że dobrze znasz te okolice, w co wątpię, bo nie weszłabyś pod kopyta konia w galopie. – Potarł obolały kark. – Gdzie mieszkasz?

– Dopiero przyjechałam... do Blackwood Manor.

Rozciągnął wargi w wilczym uśmiechu, więc dodała pospiesznie:

– Dom należy do mojego nowego szefa.

– Aha... – Omiótł ją uważnym spojrzeniem. – A jaki on jest, ten twój nowy szef?

– Nie wiem, jeszcze go nie poznałam. Jestem jego asystentką, a właściwie sekretarką... – Już miała się wdać w przydługą opowieść, gdy nagle uświadomiła sobie, że rozmawia z nieznajomym. Co w nią wstąpiło, na Boga? Wszak pan Marchant wymagał dyskrecji od pracowników. – Jeśli naprawdę nic panu nie jest, to lepiej już pójdę... Nie chciałabym kazać szefowi czekać.

– Moment. Może pomogłabyś mi złapać konia? – poprosił.

Ashley dopiero teraz przypomniała sobie o czarnej jak smoła bestii. Rumak stał opodal i grzebał kopytem, parskając na zimnym powietrzu.

– A może się boisz? – Zatrzymał wzrok na jej twarzy.

Obawiała się bardziej jego palącego spojrzenia niż ogromnego zwierzęcia, ale za nic by się do tego nie przyznała.

– Nie znam się na koniach – bąknęła.

– Więc się do niego nie zbliżaj. Poradzę sobie – odparł.

Wstał z trudem, kładąc rękę na ramieniu Ashley. Zadrżała pod wpływem jego dotyku, który wydał jej się poufały, być może dlatego, że mężczyźni rzadko jej dotykali. Czuła, że skóra ją pali i brak jej tchu. Z wysiłkiem przełknęła ślinę.

Ich oczy spotkały się w chłodzie mroczniejącego popołudnia. Czy uroiła sobie, że mężczyzna zacisnął usta, a żyłka na jego skroni zaczęła lekko pulsować? Przyszła jej do głowy dziwaczna myśl, że on zaraz porwie ją w swe mocne ramiona i przytuli... Zaschło jej w ustach, a wtedy mężczyzna odsunął się od niej i ruszył w kierunku konia, cmokając na niego delikatnie i czule.

Oczarowana Ashley patrzyła, jak dosiada wierzchowca; widziała to po wielekroć w telewizji. Uczynił to z taką lekkością i gracją, że upadek wydał jej się wytworem wyobraźni. Poklepał zwierzę po karku i rzucił jej spojrzenie; wciąż wpatrywała się w niego.

Zapragnęła błagać go, by nie odjeżdżał, by jeszcze raz pozwolił jej poczuć gorączkę zmysłów. Lecz chwila szaleństwa minęła.

– Dziękuję za pomoc – powiedział sztywno. – A teraz idź, i to szybko, zanim znów kogoś przerazisz spojrzeniem tych swoich przepastnych oczu. Casey! Do nogi! – Gdy pies podbiegł posłusznie, mężczyzna ścisnął udami boki rumaka i rzuciwszy Ashley ostatnie drwiące spojrzenie, odjechał tęgim kłusem.

Ashley stała nieruchomo, spoglądając za oddalającym się jeźdźcem. Tętent kopyt powoli zamierał. Jej ręce mimo woli powędrowały do oczu. Nikt nie nazwał ich dotąd przepastnymi, a zwłaszcza żaden tak imponujący mężczyzna... Kim był ten wspaniale zbudowany nieznajomy o posępnym obliczu?

Postanowiła zaniechać spaceru i wrócić do Blackwood Manor. Gdy gosposia otworzyła jej drzwi, wyskoczył do niej duży łaciaty pies.

– Casey! – zawołała Ashley, niewiele myśląc, gdy zwierzę zaczęło lizać jej ręce. Gosposia spojrzała na nią ze zdziwieniem. Skąd zna imię psa? Walcząc z ogarniającą ją paniką, Ashley zwróciła się do niej z pytaniem: – Czyj to pies?

– Pana Marchanta.

– A zatem... już wrócił?

– Owszem, ale nie na długo – odparła gosposia ponuro. – Miał wypadek.

Ashley czuła rosnące zdenerwowanie.

– Spadł z konia na drodze, niedaleko stąd. Pojechał do szpitala na prześwietlenie.

Pies. Wypadek. Groźny, imponujący mężczyzna. Elementy układanki ułożyły się z wolna na swoich miejscach i obraz stał się kryształowo przejrzysty.

Serce Ashley załomotało w piersi, gdy uświadomiła sobie, kim był spotkany niedawno jeździec na czarnym koniu. To był jej nowy szef, słynny pisarz Jack Marchant.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nagie gałęzie drzew stukały w szybę, ale Ashley tego nie słyszała, zajęta myśleniem o czarnookim jeźdźcu, który spadł z konia na skutek jej głupiego zachowania. Panika chwyciła ją za gardło. Wyobraziła go sobie nieprzytomnego w sterylnej sali szpitala. Być może już nigdy go nie zobaczy. Zastanawiała się przerażona, co też wykaże prześwietlenie. Życie może się przecież zmienić w ciągu sekundy. W jednej chwili galopujesz, ciesząc się życiem, a w drugiej... Ścisnęła obolałe skronie. Dlaczego pozwoliła mu samotnie odjechać?

Tkwiła w swoim pokoju, nie mając na razie żadnych obowiązków, i czekała na powrót Marchanta. Dla uspokojenia nerwów przebrała się i uczesała, a teraz rozglądała po nowej kwaterze. Przyzwyczajona do ciasnych pomieszczeń, czuła się tu jak królowa. Pod ścianą stało wielkie łoże z kaszmirową narzutą. W szafie znajdowały się dodatkowe koce, bo jak ostrzegła ją gosposia, na północy temperatura potrafi czasem gwałtownie spaść. Z zarzuconej poduszkami sofy rozciągał się widok na ogród, a na niedużej komódce stał telewizor.

Gosposia wyznała, że pan Marchant rzadko ogląda telewizję, lecz przecież nie może się spodziewać, że wszyscy podążą w jego ślady. Czym innym można się zająć wieczorami na tym pustkowiu niż oglądaniem telewizji?

Ashley wolała poczytać. W tym celu przywiozła ze sobą stos książek. Sięgnęła po jedną z nich i zasiadła na sofie. Może w ten sposób uda jej się skrócić czas oczekiwania na wieści ze szpitala. Nie mogła się jednak skupić na lekturze.

A więc tak wyglądał Jack Marchant. Spodziewała się kogoś starszego, okularnika w typie mola książkowego, tak bowiem wyobrażała sobie autora poczytnych biografii, który zamierzał spróbować swych sił w dziedzinie powieści. Jej nowy szef był jednak zupełnie inny.

Zapomniana książka leżała na kolanach Ashley. W dzieciństwie obracała się często w towarzystwie chłopców przechwalających się swymi wyczynami. Nigdy jednak nie była tak blisko prawdziwego, władczego mężczyzny. Nie miała pojęcia, jak sobie z tym poradzi na co dzień. Cichy głosik w głowie pouczył ją z lekką kpiną, że będzie musiała sobie radzić wyłącznie z pracą, jaką przydzieli jej szef. Będzie dla niego przepisywała, żyła sobie cicho i spokojnie w tym wspaniałym domu, a pod koniec każdego miesiąca otrzyma hojną pensję. Wszak po to tutaj przybyła.

Stukanie do drzwi przerwało te rozmyślania. Gosposia w ciepłym płaszczu i ze zniszczoną torbą w ręku poinformowała, że idzie do domu.

 

– Pan Marchant wrócił ze szpitala. Jest w bibliotece i chciałby się z tobą zobaczyć.

– Czy wszystko w porządku? – wyszeptała Ashley bez tchu.

– O, tak. Dla kogoś takiego jak on upadek z konia to pestka.

Ashley nerwowo przygładziła sweter i dżinsy.

– Może powinnam się przebrać...

– Może i tak – zgodziła się z nią gosposia. – Ale nie każ mu czekać zbyt długo, bo tego nie znosi. Do zobaczenia za dwa dni. Miłej zabawy.

Ashley miała przeczucie, że po swej nowej pracy może spodziewać się wszystkiego, tylko nie zabawy.

Przebrała się szybko w gładką spódnicę i bluzkę, zwinęła długie włosy w kok i zeszła do biblioteki. Nieśmiało zapukała do drzwi. Władcze „wejść!” omal nie kazało jej się cofnąć i uciec w panice.

Pchnęła ciężkie odrzwia i ujrzała przy kominku odwróconą plecami ciemną postać. Rozpoznała go natychmiast, choć zarazem wydał jej się jeszcze bardziej onieśmielający niż przedtem. Tańczące płomienie sprawiały, że górował w pokoju jak olbrzym. Ashley znowu zabrakło tchu w piersi.

Jego męskość sprawiała, że czuła się bezwolna, jakby mógł zdominować ją tak jak ten pokój. Kilkakrotnie poruszyła ustami, zanim wydobył się z nich dźwięk.

– Pan... Marchant?

Odwrócił się i ogień oświetlił jego nieruchomą, jakby wykutą z ciemnego marmuru twarz. Roztaczał wokół siebie aurę całkowitego odizolowania, jakby się odciął od reszty świata. W jego oczach zamigotał ponury płomień – bólu, a może gniewu. Po sekundzie znów były chłodne, jak zwykle.

– A zatem spotykamy się ponownie.

– Tak.

Jego zmysłowe wargi wygięły się w dziwnym uśmiechu.

– Moja wybawicielka.

– Pan raczy żartować... – Ashley wzruszyła niezgrabnie ramionami.

– Owszem. – Jack przyglądał jej się z uwagą, wspominając głębię oczu i drżące z przerażenia usta. Miękkość jej dotyku była dla niego wstrząsem. Pomyślał, że łagodność może mieć wielką moc. Subtelną moc uwodzenia. Odpędził tę niepotrzebną myśl. – Czułaś się zresztą zbyt winna, żeby się na coś przydać.

W duchu zajęła od razu pozycję obronną. Od dziecka przywykła do fałszywych oskarżeń ze strony matek zastępczych i wychowawczyń w kolejnych sierocińcach. Sierota jest zawsze łatwym celem. Patrząc w twarde bryłki czarnych oczu, zastanawiała się, czy on także wymyśli zbrodnie, jakie rzekomo popełniła.

– Nie wiesz, że nie wolno straszyć koni, bo są równie płochliwe jak kobiety? – spytał. – I nie stój tak, tylko wejdź i usiądź! Ja nie gryzę. Skoro mamy spędzić ze sobą kilka miesięcy, to chciałbym się czegoś o tobie dowiedzieć. Nie, nie tutaj, zajmij miejsce przy lampie, żebym mógł cię lepiej widzieć.

Ashley chwiejnie podeszła do wskazanego fotela. Marchant nie przestawał przewiercać jej wzrokiem. Przycupnęła na brzegu, a on zasiadł naprzeciw niej przy kominku, kryjąc twarz w cieniu.

Wytarte dżinsy zamienił na ciemne spodnie i elegancką koszulę z jedwabiu, podkreślającą muskulaturę. W bardziej formalnym stroju przypominał współczesnego arystokratę. Mierzył uważnie Ashley spod przymrużonych powiek.

– Jesteś znacznie młodsza, niż myślałem – zauważył z irytacją. Dlaczego agencja przysłała mu osóbkę w rozkwicie młodości, o skórze tak delikatnej i świeżej jak pąk róży?

– Przy zgłoszeniu nie podano ograniczenia wieku, panie Marchant – odparła, wzruszając nieznacznie ramieniem.

– Nie nazywaj mnie tak, dobrze? – poprosił. – Nie cierpię sztucznych form. To dobre w wojsku. Mów mi Jack.

To imię do niego pasowało. Podkreślało władzę i siłę. Imię człowieka, który nie ścierpi głupoty. Jack. Powtarzała je sobie w duchu z lubością.

– A ty jesteś Ashley? – spytał ze zniecierpliwieniem, zastanawiając się, czy zawsze podczas rozmowy z nim jej twarz będzie przybierała rozmarzony wyraz.

– Zgadza się. Ashley Jones.

– Ile masz lat?

– Osiemnaście.

– Osiemnaście? – powtórzył z irytacją. Była nawet młodsza, niż mu się zdawało. W jej zamglonych oczach był blask, przywodzący mężczyźnie na myśl pokusę. Wręcz musiał pomyśleć o seksie; drżące ciało, erotycznie splecione kończyny. Poczuł mimowolne napięcie. – Liczyłem na osobę z większym doświadczeniem – oznajmił szorstko.

Ton jego głosu sprawił, że Ashley poczuła się zaalarmowana. Nie wolno jej dopuścić do tego, żeby Marchant wylał ją z pracy, zanim jeszcze zaczęła cokolwiek robić. Spojrzała mu prosto w oczy.

– O, szybko się pan przekona, że posiadam duże doświadczenie w wymaganej dziedzinie, panie Marchant – powiedziała słodkim tonem.

– Jack.

– Jack – poprawiła się szybko.

– No to w takim razie osobę w średnim wieku – uściślił – której nie będzie przeszkadzało siedzenie na takim pustkowiu. Tu nie ma żadnych rozrywek, żadnych klubów ani pubów, w których przesiadują młodzi faceci.

– Nie interesują mnie rozrywki ani puby.

No tak, świadczyły o tym jej skromny strój i uczesanie. Nie pasowała do parkietu i błysków stroboskopowych świateł.

– Mam nadzieję, że nie zanudzisz się tu na śmierć.

– Bez obaw. Osiemnastka to nie tak znów młody wiek.

Roześmiał się na to z goryczą. Czy jego oczy też były kiedyś tak świetliste i jasne? Dawno temu, zanim znalazł się w wojsku. Zanim na loterii życia wygrał bilet do piekła w jedną stronę. Dorzucił polano do ognia.

– Dla kogoś, kto skończył trzydzieści pięć lat, jesteś jak dzieciak z piaskownicy.

Ashley była ciekawa wieku swojego pracodawcy. Nie miał zbyt wielu zmarszczek, ale jego twarz cechowała dojrzałość. Jeśli Jack Marchant uzna, że Ashley jest za młoda, nie zatrudni jej. Nie będzie miała pieniędzy ani dachu nad głową, a potrzebowała ich bardziej niż kiedykolwiek. Desperacja kazała jej zaprotestować, choć instynkt podpowiadał, że to być może błąd.

– Jeśli jestem dostatecznie dorosła, żeby głosować, to nadaję się także do pracy – oznajmiła ze spokojem. – Pracuję od szesnastego roku życia, głównie jako sekretarka. Ostatnio w internacie, a wcześniej w hotelu.

Jack zauważył, że jej twarz zmieniła się pod wpływem uśmiechu. Wyczuwał, że dziewczyna rzadko ma ku temu okazję.

– I zawsze z zakwaterowaniem?

– Tak. Chcę zaoszczędzić i kupić kiedyś własne mieszkanie. – Kiedy tylko spłaci olbrzymi dług, wiszący jej nad głową...

– Nie chciałaś się dalej uczyć? Rodzice nie nalegali? – pytał dalej Jack.

– Nie mam rodziców – odparła głucho.

– Tak myślałem – oznajmił.

Ashley patrzyła się na niego ze zdumieniem. Czyżby był jasnowidzem? A może otaczała ją niewidzialna aura sieroctwa?

– Dlaczego? – wyjąkała drżąco.

– Bo masz w sobie rodzaj niezależności, świadczący o tym, że od dawna troszczysz się sama o siebie.

– Jesteś bardzo spostrzegawczy – zauważyła.

– Nic dziwnego, jestem pisarzem – odparł. – Mam rozwinięty zmysł obserwacji, co skłania mnie do przypuszczenia, że wychowałaś się w mieście.

– Ponieważ spaceruję środkiem drogi i płoszę konie?

– To też. Poza tym jesteś blada, jakbyś rzadko przebywała na słońcu. – Nie była pięknością, to pewne, ale miała kilka wyjątkowych cech. Ze ślicznych zielonych oczu wyzierały spokój i opanowanie. Rzadka rzecz u młodej kobiety. – Bardzo blada – dokończył niezręcznie.

Ashley czuła na sobie spojrzenie jego czarnych oczu. Migotliwy blask płomieni zdawał się ich otulać, oddzielając od świata zwykłych reguł. W ciepłym półmroku jej nowy szef studiował ją jak badacz preparat pod mikroskopem, a ona się temu nie sprzeciwiała. Odchrząknęła, by zburzyć ten hipnotyczny nastrój.

– Czy... w szpitalu powiedzieli, że wszystko w porządku?

– Czyżbyś uważała, że bredzę? – spytał, unosząc brwi.

– Ponieważ rozmawiamy dopiero po raz drugi, stanowczo za wcześnie dla mnie na formułowanie takich ocen.

Jack roześmiał się na to i pacnął płaską dłonią w oparcie fotela. Zatem potrafiła się uciec do sarkazmu? Czyli wcale nie była szarą myszką, jak sugerowałby jej wygląd. Ponadto odpowiadała na pytania z rzadko spotykaną i rozbrajającą szczerością. Zaczynał ją coraz bardziej lubić.

– Daj mi znać, kiedy już wydasz werdykt o mojej poczytalności – zażartował.

– O ile wiem, nie należy to do moich obowiązków – odparła uprzejmie.

– W istocie. – Jack dorzucił polano do ognia. – Jak zatem przedstawiono ci w agencji zakres pracy?

Złożył dłonie czubkami palców i oparł na nich brodę, jakby się głęboko zamyślił. Wyglądał w tej pozie wprost niesamowicie pociągająco. Emanował jakąś mroczną pierwotną siłą. Był ucieleśnieniem najdzikszych kobiecych fantazji. Ashley nagle pojęła, dlaczego Julia, pracownica agencji, rumieniła się jak piwonia, opisując jej Jacka Marchanta. Teraz i ona poczuła, że jej policzki płoną.

– Powiedziano mi, że napisałeś kilka biografii sławnych żołnierzy.

– To brzmi szalenie sucho.

– I że będę przepisywała twój najnowszy rękopis...

– Próbowałem używać klawiatury, ale to mnie rozprasza. Wolę tworzyć na papierze. – Spojrzał na nią ciekawie. – Myślę, że nie jestem w tym odosobniony. Wielu autorów nadal używa kartki i pióra, prawda?

Ashley skinęła głową. Była ciekawa charakteru pisma Marchanta. Miała nadzieję, że okaże się mniej skomplikowany niż jego właściciel, który przeszywał ją przenikliwym wzrokiem.

– Tak sądzę.

– Czy przepisywałaś już kiedyś powieść?

– Owszem, w zeszłym roku. Nauczycielka ze szkoły, w której pracowałam, napisała swoją pierwszą książkę. Literatura kobieca, z przymrużeniem oka. – Jej twarz pozostała nieruchoma. – Romanse, rozwody.

– Czy to jest według ciebie zabawne? – spytał sucho.

– Ja tylko przepisywałam – odparła. – Nie próbowałam tego oceniać.

– Przekonasz się, że moja powieść jest zupełnie inna, w niczym nie przypomina literatury kobiecej.

– Domyśliłam się tego – odparła ze spokojem. – O czym jest twoja książka?

Umilkł i Ashley spostrzegła, że zacisnął dłonie w pięści.

– O mojej służbie w wojsku – odrzekł.

– Rozumiem.

– Czyżby? A co w ogóle wiesz na temat armii?

– No cóż, tyle, ile można przeczytać w gazetach i zobaczyć w telewizji.

– Czy łatwo cię przestraszyć, Ashley? Czy mdlejesz na widok krwi i ran? – W jego czarnych oczach czaiło się wyzwanie.

W odpowiedzi jej serce przyspieszyło rytm. Owszem, znała strach, i to prawdziwy. Zadbała o to jedna z jej matek zastępczych, okrutna kobieta, która zamknęła dziesięcioletnią Ashley w komórce pod schodami, oskarżywszy ją o niepopełnione przestępstwo. Nigdy nie zapomniała tego ponurego doświadczenia. Kurz, pajęczyny i klaustrofobiczna ciemność stanowiły pożywkę dla jej rozgorączkowanej wyobraźni. Tamtej nocy nawiedziły ją obrazy grobów, duchów i upiorów. Kiedy drzwi komórki zostały wreszcie otwarte, ubranie Ashley lepiło się od potu, a wargi były pokąsane do krwi. Lekarz, który ją później badał, powiedział jej, że musiała na pewien czas stracić przytomność. Na jego twarzy malował się wyraz przerażenia, jakby nie mógł uwierzyć, że takie rzeczy zdarzają się współcześnie. Ashley nie miała złudzeń; czasy się zmieniały, ale natura człowieka nie.

Niemal od razu znaleziono dla niej inną rodzinę zastępczą, ale poprzedniej opiekunce udało się przekonać nowych rodziców, że Ashley sprawia kłopoty i jest kłamczuchą. Od tamtej pory poprzedzała ją zła sława.

Szybko nauczyła się tłumić swój temperament i stała się małomówna. Nowa Ashley, spokojna i cicha, unikała niepotrzebnych spięć. Jeśli Jack Marchant chciał się dowiedzieć, czy łatwo ją przestraszyć, to nie doczeka się prawdziwej odpowiedzi, niektóre tajemnice bowiem muszą zostać pogrzebane na zawsze.

– Nie, nie jestem zbytnio strachliwa – odparła.

– Czyżby? Widzę cień w twoich oczach – zauważył łagodnie. – Powiedziałbym, że to strach.

Ashley uznała w duchu, że Marchant jest szalenie spostrzegawczy, a ponadto zbyt inteligentny, by przyjąć byle wymówkę. Był jej pracodawcą, ale nie musiał wiedzieć o niej wszystkiego, a już z pewnością nie powinien grzebać w jej przeszłości.

– Każdy ma wspomnienia, o których wolałby zapomnieć – oznajmiła ze spokojem. – Prawda?

Te słowa wywołały w nim wyraźną zmianę. Twarz mu pociemniała, żyła na skroni zaczęła pulsować, ale szybko się opanował. Nie była pewna, czy sobie tego nie uroiła.

– Zostawmy to, dobrze? – rzekł głucho. Wstał i dodał: – Chodź, zjemy kolację.

Spoglądał na nią z wysoka, przez co czuła się bardzo mała i krucha. Dostała niemal dreszczy, stojąc tak blisko jego potężnego ciała.

 

Nigdy dotąd enigmatyczna mina mężczyzny nie wytrąciła jej tak zupełnie z równowagi.