Zapowiada się piękny dzieńTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zapowiada się piękny dzień
Zapowiada się piękny dzień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,50  50,80 
Zapowiada się piękny dzień
Audio
Zapowiada się piękny dzień
Audiobook
Czyta Ewa Abart
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II

Biegną. Śnieg pędzony wiatrem jest od nich szybszy, bije z tyłu po nogach, wyprzedza, mknie naprzód zwiewnymi smugami. Na ziemi falują białe mgławice zadymki, są coraz dalej, opadają miękko pod ściany baraku, a już nowe kłęby śnieżycy zrywają się spod nóg, jakby się nie biegło po znanej drodze, tylko po chmurach gnanych wiatrem.

W lecie przyszedł Piotr z kolegami na pomiary w okolice drutów. Przynieśli rozkaz: gotowość do wymarszu. Plecak. Dobre buty sportowe, najlepiej narciarki. Suchy prowiant. Opatrunki. Będzie strzelanina. Nocą albo podczas dnia – jeszcze nie wiadomo kiedy. W momencie ustalonym elektrycy zamkną dopływ prądu do drutów otaczających obóz. Inni siekierami wyrąbią w drutach przejście. Wtedy już tylko spokój i dobre nogi. Wyznaczono kierunek ucieczki, punkty zborne, adresy.

Był to jeden z wojennych rozkazów, które postarano się wykonać z taką zupełną, absolutną skrupulatnością i gorliwością, że aż to budziło niepokój.

Za posiadanie w bloku mieszkalnym albo w miejscu pracy odzieży cywilnej bez obozowego znaku – numeru na piersiach i pasa czerwonej emalii na plecach – groziła kula w łeb. Bo to oznaczało przygotowania do ucieczki. Przedostawały się z obozu do obozu plecaki, chlebaki, teczki. Najuboższy muzułman chciał mieć bodaj torbę parcianą z pasem do założenia na ramię.

W barakach, gdzie siedemset albo tysiąc osób mieszkało razem, w jednym otwartym pomieszczeniu, gdzie nawet w klozecie, nawet na dworze otaczał więźnia zawsze tłum – te manewry były tajemnicą tylko dla hitlerowskich władz. Wszyscy w milczeniu, we własnych grupach i klanach, czynili przygotowania.

Piotr specjalnie prosił Annę, żeby razem ze swoimi koleżankami pomogła jugosłowiańskim kobietom z partyzantki zorganizować ekwipunek na drogę. Już wcześniej zaprzyjaźniła się z nimi, wiedziała, że zostały aresztowane z bronią w ręku i walczyły do końca; jeszcze nawet w obozie żądały szacunku dla swoich żołnierskich mundurów i szarż. Były to kobiety o wyraźnie i silnie rozwiniętych, ale bardzo różnych światopoglądach. Obok zdecydowanych komunistek przedstawicielki ugrupowań katolickich albo umiarkowanych. Ale wszystkie wiedziały: Jugosławia musi być wolna. Okupant będzie złamany wspólnymi siłami narodów Europy.

Braterstwo z nimi przetrwało, choć nie doszła do skutku planowana w lecie wielka ucieczka więźniów Oświęcimia. Przetrwała wymiana wiadomości z frontu, coraz bardziej konkretnych, od kiedy Jugosłowianki zaczęły pracować w esesmańskim szpitalu. Wczoraj wieczorem były u Anny po raz ostatni. Mówiły, że front ruszył… Mówiły, że wielkie dywizje wojsk sprzymierzonych zetrą Niemców. Że cały świat powstał i połączył się w jedną armię. Potem odeszły za bramę, na nocny dyżur.

Dziś wymarsz. Wraca nastrój lata, nocnych oczekiwań, czujności. Plecak jest wreszcie potrzebny. Szkoda, że naokoło pustka. Wywieziono stąd niebezpieczną dla hitlerowców siłę, która mogłaby wykorzystać moment ich osłabienia… wyłączyć prąd… przeciąć druty… skoczyć im do gardła.

Cisza i pustka. Zadymka świszcze, tnie po nogach, szumią i lecą białe smugi. Nic nie może się stać. Istnieje tylko jedyna, mało realna, zupełnie mgławicowa możliwość: ucieczka z transportu.

Brakuje teraz obecności Piotra, pewności, że on żyje, że jest w jakimś określonym miejscu…

Wszystko wydaje się czarne. Baraki. Okolice obozu. Jutrzejszy dzień. Przyszłość. Olbrzymie diabelskie koło wojny zaczyna się znów obracać. Anna zdaje sobie wyraźnie sprawę, że na pewno zdarzy się coś ważnego. Kobiety przemykają czworobokami cienia po linii bloków, od rogu do rogu. Przystają, żeby się rozejrzeć, i wyskakują na otwartą przestrzeń.

W magazynie już ktoś jest, przez otwory widać światło. Kapo czuwa razem z trzema pomocnicami. Pewno spodziewała się podobnych wizyt. Mówi głośno, tonem rozkazu:

– Wyjdźcie natychmiast. Czego tu chcecie? Ja jestem odpowiedzialna za swój odcinek pracy.

– Wiesz, gdzie mam twój odcinek?! – pyta brutalnie Wikta.

– Wiesz, gdzie mam twoją odpowiedzialność? – woła Maryna.

– I to wobec kogo odpowiedzialność? – pyta z powagą pani Tychalska. – Mogłaby się kapo wstydzić.

– Idziemy w transport – woła Wikta podniesionym głosem – tu, w miejscu pracy, mamy buty.

– Plecaki.

– Cywilne ubrania.

Karolka próbuje rozładować napiętą sytuację.

– Wpuść, pani kapo – mówi przymilnie.

– Wracajcie na blok. Wszystko dostaniecie. Tu są rzeczy policzone.

– Pani kapo też nic nie weźmie na drogę?

– Ja zostaję.

– My zostajemy – dodają pospiesznie jej pomocnice.

– Wracajcie na blok. Nie utrudniajcie sytuacji. Ja tu mieszkam, ale was nie wpuszczę przed apelem. Nie mam prawa. Do SK przez was nie pójdę.

– Możesz nas najwyżej pocałować – krzyczy ktoś i roztrąca sąsiadki.

– Idź, zamelduj Niemcom. Powiedz im, niech nas wyrzucą z obozu.

– Dalej! Może ci pomnik postawią przy bramie, że tak warujesz na tych zbutwiałych siennikach i kocach.

– Królowa lumpów!

Kapo wyżej podniosła lampę, chce widzieć, kto mówi tak zuchwale. Kobiety ruszyły naprzód, omijając ją z daleka. Weszły między słupy. Zniknęły w ciemności. Słychać ich głosy, rozmowy, okrzyki świadczące o podnieceniu. Miesiącami trzymały w ukryciu kilka przedmiotów z myślą o tej chwili. Ryzykowały kary, bicie, utratę pracy pod dachem. Aż oto nadeszła pora wymarszu.

– Kobitki – woła Tychalska – biercie z mojego straganu blaszane kubki. Komu, komu? Przyda się na drogę. Komu, komu? Jak dawniej, pod Sukiennicami: „Paniusia kupi narcyze… A może biały bez… a może lelije? Paniuńcia śliczna, niewinna jak ta lelija…”.

– Ej, stara, nie rozczulaj się – wrzasnęła Wikta. – Jak dobrze pójdzie, możesz już jutro być na Rynku krakowskim…

– Albo u diabła na pączkach – uzupełniła sceptycznie Tychalska.

– A ja w Sosnowcu – szepnęła Helena – z moimi dziećmi. Boże!

Kapo chciała ich się pozbyć za wszelką cenę.

– Prędzej. Bierzcie, co macie brać, i wynoście się.

Kpiły z niej:

– Lepiej byś z nami poszła, pani kapo! Wejdą nasi, pomyślą, żeś ty jaka hitlerówka…

– Bierzcie prześcieradła – woła Wikta, wdarłszy się między półki z płótnem. – Przydadzą się. Mogą być ranni.

– Kto ma zbędny plecak?

– Może komu potrzebne gwoździe do butów?

– Igły i nici! – Tychalska trzyma w dwu palcach prawej ręki igłę, a lewą zgarnia materiał na plecach Anny, żeby utworzył fałdę i zakrył wylakierowany czerwony pas, biegnący od góry do dołu. – To najważniejsze – mówi, naśladując ruchy szycia – pozbyć się sztrajfy. Pamiętajcie. Jedna drugiej może sukienkę zaszyć na postoju. Pamiętajcie.

Stara Kożuchowa śmieje się szparą między bezzębnymi dziąsłami.

– Jaka przezorna! Przygotuj sobie sierp i młot, bo inaczej bolszewicy do Krakowa cię nie wpuszczą.

– Wpuszczą, wpuszczą… Jak ty, wiedźmo, pod mostem usiądziesz i każesz się gdzieś całować, to przejdę za twoją protekcją…

Kapo świeci z daleka, jej lampa daje niewiele światła. Kobiety znikają między półkami, zakrył je cień ułożonych wysoko sienników, kołder, desek. Słychać tylko stłumione rozmowy.

– Można by się tu schować jak igła w stogu. Diabeł nie znajdzie – mówi łakomie Wikta.

– Szwaby prędzej w majtki narobią, niż zaczną szukać pomiędzy lumpami.

Zapada cisza. Wahanie? Namysł?

– Podpalą – mówi krótko Zachwiejewa.

Góralka, ogromna, o męskiej sylwetce, ma opinię jasnowidzącej. Może to tylko umiejętność myślenia i trafnego przewidywania zdarzeń, ale jej autorytet jest ugruntowany.

– Mogą podpalić – odzywa się szept.

Potem znowu milczenie.

Spomiędzy półek wychodzi niekształtna postać, owinięta białym kocem. Wkłada na głowę niebieski emaliowany garnek i uśmiecha się radosnym przegrupowaniem zmarszczek.

– Anulko – mówi – patrz i zapamiętaj, drogie dziecię…

– Pani Tychalska, ma pani kiedy żarty stroić! – oburza się Maryna, próbując obejrzeć w małym lusterku swoje krótkie włosy. Anna nie mówi nic. Rozwija pękaty kłębek wełny przeznaczonej do reperacji kołder; bada palcami przędzę, wewnątrz której ukryła trochę własnych notatek z obozu… listy Piotra…

Tychalska jest wytrwała. Bierze łyżkę do ust jak fajkę, uśmiecha się.

– Mów, dziecko, co widzą twoje młode oczy. Bałwana w kocu, tak? A na dworze śnieg leży, o ile się nie mylę, tak? No i niczego jeszcze nie kapujesz?

Anna i Maryna przestały reagować, ale właśnie zbliża się Wanda, czyli wychudzenie, bladość i kępka niemal białych włosów nad ascetycznymi rysami.

– Pani Tychalska zwariowała – stwierdza Wanda spokojnie.

– Broń Boże! – protestuje energicznie przekupka. – Dawno nie miałam głowy w lepszym porządku. Pomyśl tylko, Wandziu… Już wiesz? Aha?!!

Wanda trzepnęła się dłonią w czoło.

– To jest myśl! Ależ to jest myśl! Warta więcej, niż pani waży.

– Mało ważę, w obozie wychudłam jak wiór, ale myśl jest zbawienna. Biercie białe koce. Pamiętajcie: wszędzie leży śnieg…

Anna przyjrzała jej się teraz uważnie. Zrozumiała nareszcie. Zna tu każdy kąt. Zdejmuje wałki. Rozwija. Białe koce na śnieg! I białe prześcieradła.

Maryna zatrzymuje panią Tychalską, która już odchodzi.

– Pani Tychalska! Co mam zrobić? Drechsler wycięła mi wczoraj cały przód włosów nad czołem. W ten sposób nie będę się mogła ruszyć. Ani marzyć o niczym!

– Obcięła? Ta strzyga zasuszona?

– Teraz każdy pozna, skąd jestem. Uśmiechnęłam się w czasie meldowania naszej kolumny przy bramie.

Tychalska bez wahania zdejmuje własną pąsową kwiecistą chustkę.

– Nikt nie pozna. Masz tu, dziecko, chustkę krakowską. To wełna, dobrze się trzyma na głowie. Wiąż ładnie na brzegu czoła. Macie wszystko? Prędzej, panny! Musimy wychodzić razem. Jazda.

 

Na ziemię, na deski, na sufit wypełzają zniekształcone cienie. Wicher tłucze śniegiem po dachu, naciska ścianę. Gwałtownie, z trzaskiem rozwiera się tylna brama. W ciemności widać skulone kobiety w pasiakach. Płomień lampy waha się, znika i wraca. Wreszcie gaśnie. Fala mrozu sięga do środka. Razem z nią znamienny zapach zgnilizny, wilgoci, karbolu, otaczający nieustępliwie baraki.

– Czego chcecie, duszyczki pokutujące? – woła Tychalska stłumionym szeptem. – Skąd jesteście?

– Z Warszawy… Ale wczoraj z rewiru… Nie dali nam koców ani bielizny. Można skonać z zimna.

– Jazda! Biercie te kołdry puchowe, co je Stenia schowała dla swoich ulubionych esesmanów. Atłas! Adamaszek! Łapcie i w nogi, a my z wami, póki nam życie miłe…

Na dworze ciągle jeszcze ciemno. Widać i słychać wzmożony ruch pomiędzy barakami. Najwyraźniej obóz już wie. Nieustanny stukot obuwia po grudzie. Ktoś woła przy drutach. Ktoś inny z daleka, za liniami drutów, odpowiada. W sąsiednich obozach jest pusto, baraki zamknięte. Cisza i śmierć. Ale teraz ostatnie grupy zostawionych tam więźniów usiłują porozumieć się z innymi. W ciemności, w obozie, który zlikwidowano już jesienią, te nocne wołania robią niesamowite wrażenie.

Jakby wrócili tamci, których dawno wywieziono. Wielu już nie żyje. Kto zna hitlerowskie metody, nie może mieć złudzeń.

Anna zaciska dłonią gardło: trzeba zebrać wszystkie siły, żeby przeskoczyć linię śmierci. W porę powziąć decyzję, jeżeli tylko zdarzy się okazja. Jak w lecie, kiedy nocami rozmyślało się niespokojnie, którą stroną łąki biec, żeby uniknąć ognia z cekaemów stojących zawsze w pogotowiu. Na końcu drogi miał czekać Piotr. Albo wiadomość, że został, walcząc z esesmanami.

Decyzja skoku głową naprzód była wtedy znacznie łatwiejsza w oparciu o zorganizowaną potężną grupę, w atmosferze wzajemnego zainteresowania kilku silnych, wielkich obozów.

Dziś można liczyć tylko na szczęśliwy przypadek.

Od zburzonych krematoriów idzie ktoś z pochodnią. Czarny, zgarbiony. Chwilami niknie zupełnie. Wtedy widać tylko rozpaloną żagiew sunącą szybko za drutami. Smuga iskier i ognia wlecze się po ziemi, oświetla czerwonym konturem nogi w oficerskich butach, mundur, wygiętą czapę. Niemiec. Jest coraz bliżej. Przeskakuje rowy i kamienie. Zatrzymuje się, przykłada koniec głowni do czegoś, co leży na ziemi. Płomienie wybuchają i natychmiast gasną. Pojedyncze błyski pełzają nisko, wiatr je dławi, potem na chwilę roznieca. Hitlerowiec ułożył na ziemi pochodnię, cofa się kilka kroków, bierze potężny rozmach i ciska w płomień jakiś przedmiot. Wybuch. Słup światła. Zajął się ogniem żółtym i równym cały stos. Esesman ujął pochodnię. Miesza w paliwie jak w kotle. Krąży, przeskakuje, zachodzi ze wszystkich stron. Pracowicie obraca w płomieniach, poddaje ogniowi z najdogodniejszej strony to, co postanowił zniszczyć.

Zrobiło się jaśniej. Światło płonącego za bramą stosu wybiega smugami na obozową drogę, czarną i nieprzeniknioną. We mgle zaczynają się blado rysować pojedyncze mumie, okutane szmatami, bezkształtne, nieróżniące się między sobą, sztywne.

Pod bramą baraku stoi torwacha niby ruchoma sterta koców. Podniosła generalskim ruchem kij, insygnium władzy w garści. Na niejednej głowie pozostał do tej chwili guz odbity berłem torwachy. Czerwony płomień błysnął na kiju, zabarwił czoło kobiety i brzeg opuchłego policzka.

– Widzicie, baby, co się dzieje? To koniec!

Esesman w czarnym mundurze skacze wokół ognia, ściga się z własnymi cieniami, pełzającymi po śniegu. Do końca gorliwy i sumienny, wypełnia rozkaz likwidowania biura politycznego. Tu zapisywano wszystko dokładnie. Kto wszedł do obozu, jakie zarzuty mieli przeciwko niemu, co postanowiło gestapo. Miliony ludzi. Rodziny z całej Europy mogłyby tu po wojnie znaleźć informacje. Wiedzieć przynajmniej, czy ich bliski był w Oświęcimiu i kiedy przestał żyć. Ale kartoteki rzuca się w ogień.

Urodzone w obozie dzieci albo przywożone z wielu krajów. O nich wieść zaginie, jeżeli matki zamordowano…

Transporty prowadzone wprost z wagonów do krematoriów zostawały poza ewidencją, bo nie przekraczały bramy obozu. Wysyłano do Berlina szyfrowane wiadomości na ich temat, ale nikt nie zna dokładnej liczby. Niewątpliwie analiza dokumentów mogłaby dać odpowiedź…

Stos płonie równo, bijąc w górę światłem. Ogień trawi, co mu podsunięto. Kiedy opada, hitlerowiec wynosi z blockführerstuby następny kanister benzyny, następny segregator ewidencji. Krwawy blask wchodzi między baraki, wydobywa z mroku ludzkie rysy, drży w oczach, skacze na zgarbione plecy czerwonymi plamami.

Ruchliwe światło zatrzymało się przez chwilę na młodej dziewczynie, która mówi do kogoś niewidocznego. Jej niski głos, przydechowy, mógłby należeć do ulicznego sprzedawcy, wołającego po całych dniach: „Kamienie, kamienie do zapalniczek!”.

– Czego znowu chcesz ode mnie, szatanie? – chrypi gardłowo. – Mów, Płaneta, prędzej. Przecież ja nie mam czasu. Muszę iść pod bramę.

Dziewczyna cofa się. Wsiąka w ciemność. Płaneta podnosi głowę, żeby spojrzeć w oczy swojej młodej rozmówczyni. Źrenice jej odbijają ruchliwe ognisko Perschela.

– He, he, he, heee! Nie masz dla mnie czasu, pani Lagerälteste? Generale mój! To może ja też pójdę z tobą pod bramę? Mam iść? No mów, Steniu, mam iść?

– Ty mnie, Płaneta, nie strasz! Ostrzegam… Ja do lękliwych nie należę. Chyba się mogłaś o tym przekonać.

– Ja też niecykoryjna. Kiedy się nie ma nic do stracenia, jak ja, baba z karnej kompanii.

– Powtarzam, nie strasz mnie. Mam gdzieś twoje gadanie. Mów, czego chcesz, albo się odchrzań. Zrozumiano?

Płaneta przyskakuje bliżej do młodej kobiety, ciągnie za ramię, mówi jej do ucha:

– Tak jest, generale! Reformy – to raz. Ciepłe, duże, sto procent wełny. Żeby mi nie zmarzła.

– Przecież dostałaś ode mnie majtki z holenderskiej angory. Gdzie masz?

– Tak, ale…

– Mów, gdzie są. Sprzedałaś je? Przepiłaś, co?

Płaneta usiłuje wziąć pod rękę zniecierpliwioną kobietę, wyznaje głośnym szeptem:

– Pani Stenia posłucha… Niosłam w tych majtkach gotowane kartofle spod kuchni. Dla jednej blokowej na kolację. Złapała mnie Hasse. Wywaliła wszystko na ziemię. Majtki odebrała.

Światło spoczęło na szarosinym pasiaku Płanety. Między łopatkami czerwone kółko, znak Straffkolonne. Wygląda to niepokojąco, jakby pluton egzekucyjny przewidział dalsze losy karnej kolumny i tej kobiety, uprzedził rozkaz i strzelił, zostawiając krwawy otwór na wylot, przez ubranie.

– Mam stworzyć majtki dla ciebie? Teraz już nie przychodzą transporty do krematorium. Obóz nie sortuje żydowskich łachmanów.

– I narciarskie buty są mi potrzebne. Duże, jak na ciebie, Steniu. Mamy ten sam numer. Ósemka. Lepsza będzie zresztą dziewiątka, żeby można było włożyć wełnianą skarpetę.

– To wszystko?! Szkoda, że nie więcej.

– Wiedziałam – woła Płaneta z entuzjazmem, udając, że nie spostrzega ironii w rysach i w tonie mówiącej – wiedziałam, że nasza królowa nie zostawi mnie bez opieki. Jeszcze tylko jedna prośba. Wyłącz mnie z transportu.

– A co? Już wyniuchałaś, że obóz ma iść pieszo?

– To śmierć na moje chore nogi. Od stania w mokrych rowach kości mnie bolą.

– Ja też pójdę z transportem.

– Ty to całkiem co innego. Dla ciebie, gwiazdo Wenus, lepiej odejść z tego miejsca. Po co jakiś ruski ordynus miałby cię powiesić na drutach? Taką śliczną Steniuchnę!

– Zamilcz!!! Sama nie wiem, dlaczego z tobą gadam…

– Albo daj od razu te majtki, co masz na sobie. I buty z cholewami.

– Zwariowałaś! Mam boso wracać?

– Bo jak nie, to zapomnę, że ci obiecałam dochować sekretu… W SK jestem nie tylko za własne sprawy.

– Słuchaj no, stara kretynko. Powiem ci wielką, złotą prawdę. Zrozumiesz, idiotko, jeżeli twój kurzy mózg pozwoli ci na to…

– Pozwoli… Pozwooooli. Jeden udaje głupiego, inny mądrego i tak sobie każden po swojemu pcha ten wózek…

– Dlaczego z tłumaczki zostałam blokową, z blokowej – Lagerkapo, a potem Lagerälteste. Nade mną jest już tylko…

– Kat i Pan Bóg – szepnęła Płaneta.

– Nade mną sama komenda obozu. Nawet esesmanki bez wyższej szarży, które pilnują ludzi przy pracy, muszą się ze mną liczyć.

– Idzie kura po Lagerstrasse i płacze. Dlaczego płaczesz, kuro? Bo mi tylko litery „w” brakuje, żebym została funkcyjną…

– Najwyższa władza, jaką w obozie może mieć więzień – chrypi Stenia basem.

– Ano… To mężczyźni mieli rację. Że ty stoisz wysoko, chociaż pod latarnią, ale będziesz wkrótce jeszcze wyżej…

– A wiesz, dlaczego tak awansowałam i nigdy nie utraciłam pozycji? Bo znam klucz postępowania z ludźmi. W obozie, poza obozem, wszystko jedno, staram się coś o każdym wiedzieć. Tylko raz okazuję człowiekowi – może to być esesman, blokowa, lekarz obozowy, moja kalifaktorka, majster z wolności – że wiem o nim to, czego za żadną cenę nie chciałby ujawnić. I uśmiecham się. Umiem być uprzejma, dobra, czarująca, wesoła, podczas gdy on się skręca z niepokoju. Daję mu się zwinąć w kłębek i dopiero wtedy okazuję dobitnie, za pomocą jakiejś sytuacji specjalnie zorganizowanej, że potrafię milczeć lepiej niż większość mężczyzn. W ten sposób zyskuję przyjaźń ludzi. To jest łódź ratunkowa, która mi pozwala swobodnie pływać. A ty ze swoimi strachami u dupy mi wisisz.

– Ano, to trudno – szepnęła kobieta z czerwonym piętnem na plecach – udam się pod bramę. Zapytam. A może Hasse zwróci mi moje wełniane majtki, jak jej wytłumaczę, że to prezent od samej Lagerälteste dla biednej kobiety z SK. Za drobne, nieważne usługi… No, to już pójdę…

– Stój, ty stara cholero! Właź tu za barak. Schyl kark. Oprę się na twoich plecach. Ściągnij mi but. Ostrożnie, żebym nie stanęła w błocie. Zaraz dostaniesz majtki! Rożi! Masz jakieś obuwie dla mnie? Pożycz no. Moja kalifaktorka przyniesie ci je za pół godziny.

Rożi była zbyt zręczną sekretarką bloku, żeby nie obserwować Lagerälteste i nie słyszeć jej sporu z dawną sztubową. Gestem uwielbienia podała lśniące oficerki, wołając:

– Och, co za serce, co za samarytańska litość!

– Prawda? – szepnęła Stenia z czarującym uśmiechem.

– Co za dobroć. Nie każdy chciałby ofiarować pośrodku drogi swoje buty jakiejś babie z SK.

– To u nas narodowa cecha – roześmiała się Stenia. – Kościuszko, polski bohater, oddawał żebrakowi pośrodku drogi swoją koszulę…

Płaneta pomagała się przebrać Steni, potem umknęła w ciemność ze swoim łupem. Odezwał się jeszcze jej głos ostry i gderliwy:

– Pamiętaj, królewno, żeby mnie w transport nie pognali. Spróbuj tylko zapomnieć, aniołku…

Jej pięść, oblana czerwoną łuną, sterczała przez chwilę w górze, trzęsąc się i grożąc.

Jakaś niewidzialna kobiecina rozwlokła pojedyncze sylaby kościelnej pieśni:

Od powietrza, głodu, ognia i wooooojny…

Sąsiadki zawtórowały jękliwie, zawodząc nierówno, jakby głosem alarmowej syreny:

Zaaa-chooo-waaaj naaaas, Paaa-nie!

Torwacha zadrżała gniewem. Lagerälteste nie zdążyła jeszcze odejść, a tu śpiewają. Runęła przed siebie. Kij odskakiwał z suchym pogłosem od czyichś głów, atakował na oślep, trzaskał po twarzach, po nosach, po ciemieniach. Aż furknął nagle do góry, zatoczył w świetle wielki łuk i chlupnął w błoto.

Cisza. Torwacha zaniemówiła. Stało się coś niezwykłego. Czyżby zaatakowała kogoś, kogo nie wolno bić?

– Ech ty, drętwy tułubie – zabrzmiał arogancko głos Rozalii, zastępczyni kapo w kartoflarni – mnie chcesz bić? A niedoczekanie twoje. Jeszcze się policzymy w transporcie. Pilnuj no ty łba, kiedy wyjdziesz za bramę. Jak będziesz miała buziuchnę rozkwaszoną, wspomnij moje słowa. Dostaniesz ode mnie pamiątkę z Birkenau, trupie! Nic się, baby, nie bójcie, już ona wam nie zabroni kaktusów pod blokiem sadzić. Minęły te czasy, kiedy brała dwa pazurki czosnku za jedno sikanie.

Wobec tak wyjątkowego postępku Rozalii osoba pobożna wywiodła dalszą frazę suplikacji:

Ooood naaag-łej aaa nieee-spodzia-nej śmierci...

Głosy śpiewały razem z nią:

Zaaa-choooo-waaaaj naaaas, Paaa-niee!

– Dalej, wychodzić z bloku – mówi surowo torwacha, próbując odzyskać autorytet. – Zapominacie, że jeszcze jest Lagerruhe?

Tychalska patrzy pogardliwie na zakutaną w koce funkcyjną.

– Idź, ty stara, niemyta! Lagerrułe! Lagerrułe! Wypchaj się rułą! Możesz na niej zatrąbić, aniele. Jest okazja. Sąd Ostateczny. Jutro to piekło będzie puste.

 

– Skąd wiecie?

– Duch Święty zstąpił na nas. Bo my jesteśmy dziewice. Przyszedłby i do ciebie, gdybyś się nie puszczała na wolności, ty czarny winklu!

Przed Anną zjawia się Narcyza. Jej twarz dziecka drga silnym wzruszeniem.

– To było zaplanowane – mówi, pokazując ognisko za drutami. – Słuchaj, Anka, ty idziesz w transport, prawda? Ja zostaję. Myślę, że właśnie my będziemy musiały ten plan wykonać. Zatrzeć ostatnie ślady obozu. Potem wykończą nas i ulotnią się.

– Narcyza…

– No cóż! Widziałam w Birkenau dużo. Więcej niż inni… Miałam dostęp do raportów i liczb. Właśnie nas nie będą chcieli wypuścić z rąk. I dlatego daję wam te elementarne rzeczy: trochę liczb, plan obozu, pamięć jest zawodna. Schowaj od razu. No i daj pyska. Mój adres pamiętasz…

– Odnajdziemy się…

Zniknęła. Jeszcze widać jej białą chusteczkę migającą w ciemności.

– Więc dlatego przez kilka ostatnich dni kazali nam tu zwozić kartoteki więźniów – mówi pani Ada. – Todesmeldunki. Ewidencję chorych. Spisy rzeczy zabranych do depozytu. Materiały Politische Abteilung. Pisane w języku niemieckim albo stenografowane. Kazano brać dokumenty razem z drewnianymi skrzynkami. Będą się teraz dobrze paliły. Zbrodnia pójdzie z dymem.

– Mordowali w biały dzień, na oczach nas wszystkich, a gdzie dowody? – woła Tychalska. Rozgląda się bezradnie i powtarza: – Gdzie dowody?

– Lecą do nieba. Za tymi, których tu Niemcy wykończyli – wzdycha Zachwiejowa.

Jej zgaszony głos kontrastuje z ogromną ciemną i mocną postacią.

Myyy grzeee-szniii cieee-bieee, Booo-że, pro-simyyy... – lamentuje ktoś ukryty w cieniu.

– Przestań wyć, babo cholerna! – zdenerwowała się Rozalia. – Durchfallu można dostać od twojego psiego skomlenia. Pan Bóg, jakby był, toby na ciebie narobił i aniołom kazałby napluć prosto w twoje głuche uszy za to, że tak fałszujesz! Och, psiakrew, żeby wreszcie otworzyli bramę. Wyjść z tego cmentarza… Z tego smrodu… Spomiędzy muzułmanów!

– Latem zdawało się, że już koniec wojny – odpowiada sąsiadka Rozalii. – Mieli przyjść z obozu męskiego. Siekierami przeciąć druty. W jesieni pojechali transportami do Niemiec…

– Ech, co tam siekiery. Najważniejsze, że pewno by tu paru chłopaków doskoczyło. Wygłodniałych! W trzydziestym dziewiątym roku, po wybuchu wojny, jak nam otworzyli więzienie, jak z cel wypuścili mnogo luda, powiadam ci, zaczęło się rajskie wesele. Byki wyposzczone! Gdzie który mógł, tam babę kładł. Na korytarzach i na schodach; strażnicy przejść nie mogli, wszystkie stopnie były zajęte. Miiiłość. Uwielbienie. Tęsknota do narzeczonej. Do żony. Rrrrany koguta! – kpi Rozalia, stulając wargi do czułego, ironicznego zaakcentowania ostatnich słów.

Tychalska przygląda jej się ciekawie.

– Toś ty, stara, niechrzczona, przed wojną znała więzienie? Do dziś utrzymałaś język za zębami. Nie puściłaś pary z gęby ani razu.

Karolka zakręciła się na pięcie, zachichotała.

– Co miała mamra nie znać? Osiem lat… za tajny ubój.

Tychalska szepnęła przerażona:

– Dziecko zamordowała? To prawda?!

Rozalia stała się groźna. Jej nalana więzienną opuchlizną, biała twarz zadrgała. Brwi zbiegły się.

– Zamilcz. A co? Myślałyście, że ja za politykę, jak wy… Nieee. Rawicz – więzienie ciężkie. Ja tu przyszłam odsiedzieć swoje prywatne życie. Nikomu nic do tego, bo jak rąbnę w mordę…

Bliżej wrót baraku skulone kobiety podskakują, prze­dreptują na mrozie, rozcierają sobie plecy. Głowy, owiązane chusteczkami, pochylają się rytmicznie, białe płótno drży na wietrze. Znowu któraś zaczyna śpiewać. Inne podejmują pieśń. Głosy lękliwe, ochrypłe ciągną melodię z uporem, jakby wierzyły, że gorliwość będzie dostrzeżona w niebie, policzona i spowoduje cudowne wybawienie.

Śmiee-le rzeeec mooże, mam obrooo-ńcę Booooga, nieeee przyyyy-jdzie na mnie żaaadna straaa-szna trwoooga! – skandują tu, gdzie trwoga już od dawna zmieniła się w milczącą grozę.

We mgle słychać gniewny krzyk. Jest coraz bliżej, niosą go szybkie kroki. Zamienia się w ryk.

– Zamknijcie gęby, do jasnej cholery! Głupie krowy. Śpiewać im się zachciało. Nie wiecie, że Drechsler tego nie cierpi?!

Karolka zaczyna się łasić.

– Nasza pani Steniusia znowu zajrzała do nas. Idziemy na wolność, pani Steniusiu?

Piękna kobieta nie raczy słyszeć ani odpowiedzieć. Odchodzi wyprostowana, potrząsając lokami, które tak rewelacyjnie wyglądają na tle ogolonych głów i brudnych szmat. Uderza pejczem po wysokiej cholewie buta.

– Steniusiu! Siu, siu, siu – przedrzeźnia Tychalska, gdy władza jest już daleko. – Idź, wynieś po niej albo wypij.

Wikta przyłącza się do krytyki:

– Lagerälteste! Wielkie mi co! Niedługo ją szlag trafi. Razem z utrzydupskimi, co koło niej skaczą.

Przed barakiem śpiew nie ustał. Przycichł tylko. Brzmi jak bzykanie pierwszych much obudzonych wiosennym ciepłem. Jest głuchy, ślepy, obojętny. Z ziemi cuchnącej odchodami, zgniłą brukwią i karbolem wlecze się bez cienia siły, gamoniowato, nieporadnie melodia pobożnej pieśni.

W ciemnościach znacznie głośniej, zuchwale i zaczepnie skacze frywolna piosneczka:

Nie przychodź do mnie nocą, bo ci się uda pocą – wywrzaskuje niewidoczna dziewczyna pod obozową kuchnią.

– Milczeć! – rozkazuje basem opuchnięte gardło władzy.

Pod kuchnią chichot i pytanie:

– Bo co? Nie podoba się, pani Steniu? A może tak: Bałucki apasz ze swoją kochanką w przydrożnej knajpie, gdzie harmonia gra, czekają przyjścia garbatego Antka – chłopak siubrany, on robotę zna. Ta ojra, ojra, ojra, ojra, ojra, ojra!

Głosik idzie do góry, przewierca styczniowe niebo. Pracownice kuchni mają tupet, wiedzą, kogo i kiedy należy się bać, a kiedy można straszyć otoczenie własną swawolą i zuchwalstwem.

Wtem się dwie małpy po podłodze wodzą, cała ferajna majchrami się rżnie, a po godzinie przy wódce się godzą, bo to bałucka banda bawi się. Ta ojra, ojra, ojra, ojra!

Ognisko za drutami przygasa. Perschel zanurzył drąg w papierach, zakręcił do dna, buchnęły płomienie zdławione wielką ilością kart ewidencyjnych, Todesmeldunków, paszportów zsypywanych od paru godzin w pośpiechu na płonący stos. Ogień ruchliwymi skokami zjawia się i znika, oświetla po raz ostatni tlące się dokumenty; z fotografii częściowo zwęglonych patrzą kobiety, dzieci, mężczyźni zamordowani w komorach gazowych, spaleni w krematoriach. Jeszcze można rozpoznać ich rysy, jeszcze można przeczytać imiona, nazwiska, daty urodzenia i adresy z wielu stolic Europy, z małych miast i wsi. Za chwilę zmienione w ciało lotne rozsypią się, będą garścią popiołu pod czarnym niebem Oświęcimia.