Niewinni w NorymberdzeTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niewinni w Norymberdze
Niewinni w Norymberdze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,10  52,08 
Niewinni w Norymberdze
Audio
Niewinni w Norymberdze
Audiobook
Czyta Ewa Abart
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Fot. akg-images/TT News Agency/

SV/BE&W Agencja Fotograficzna


Najważniejsze recenzje

Autorka słynnych Dymów nad Birkenau (1945) wraca w swojej nowej książce raz jeszcze do epoki pogardy i pieców krematoryjnych. Jest to proza narracyjna i gęsta od refleksji. Pokazuje cały skomplikowany mechanizm wymierzania sprawiedliwości hitlerowskim zbrodniarzom i atmosferę, jaka już wtedy otaczała w procesie norymberskim świadków, prawników i korespondentów przybyłych z całego świata. Główny problem: czy można słowami przekazać trybunałowi sędziowskiemu całą potworność zbrodni. Oto kilka pytań narratorki, wokół których zbudowana została refleksyjno-retrospektywna akcja powieści. „Jak mówić? Jak przekazać fetor umierania, smród nędzy, obrzydliwość durchfallu płynącego po nogach? Jak opowiedzieć, iloma odmianami śmierci osiągnięto niewiarygodna liczbę zamordowanych w jednym obozie? Co znaczy – tłumy więźniów?”.

„Przekrój” nr 1437, 1972 r.

Szmaglewska celowo ogranicza perspektywę czasową do okresu trwania akcji, by być w zgodzie z dokumentalnymi założeniami powieści. Dlatego też posługuje się ironią, która okazała się jedynie możliwą bronią wobec niezmierzonych zbrodni. Ironia, zawarta już w tytule, dotyczy jednocześnie historii. Pojawia się tu bowiem odczucie niewspółmierności winy wobec możliwości jej osądu, jak również przeświadczenie, że świat wraca do normy – gotów jest przerazić doświadczonych raz jeszcze swą skłonnością do zapomnienia. Dzięki takiej perspektywie narracyjnej rzecz wyczerpuje się jednak na retoryce pytań, które musza zostać bez odpowiedzi.

Można więc powiedzieć, że Seweryna Szmaglewska podjęła się czegoś, co właściwie przekracza możliwości literatury. Okazało się bowiem, że dociekliwość i wyobraźnia narratorki została zdystansowana przez fakty i emocje. Piśmiennictwo nie umie sprostać zbrodni, wobec której bezradna jest wyobraźnia każdego człowieka, jakiego bylibyśmy skłonni uznać za normalnego. Żadne beletrystyczne argumenty ani logika kompozycji nie zdają się na nic. Niektóre pytanie przerastają świadomość współczesnego człowieka. Pozostaje więc zdać sprawę, jak było. Ale Szmaglewska stara się wyjść poza dokument i wówczas pozostaje ucieczka w beletrystykę.

Trudno się dziwić, że powieść o tak uniwersalnych i tak gruntownych pod względem emocjonalnym ambicjach stara się godzić sprzeczności, które są nie do pogodzenia. Nawet w tym rozbiciu – w próbach powiązania żywiołów dokumentu, retoryki i beletrystyki – staje się przejmującym świadectwem zmagań pisarza z własną biografią, kształtującą się w ramach dwudziestowiecznego tragizmu.

Krzysztof Nowicki, Poza oceną,

„Fakty i myśli” nr 25, 1972 r.

Książka Szmaglewskiej nie tyle oskarża, co zmusza do pamięci, do konfrontacji. Przypomina nie tylko ówczesną rzeczywistość norymberską z jej wszystkimi problemami ludzkimi, ale cofa nas do czasów, kiedy głęboko wierzono, iż prawo pokona bezprawie i przywróci godność ludzką wszystkim tym, którym nieludzki reżim usiłował ją odebrać. Nie jestem krytykiem literackim i nie będę spierał się, na ile powieść Szmaglewskiej jest literaturą faktu czy odwrotnie. Inni mogą nazywać ją po prostu powieścią polityczną z kluczem, jaka modna była w latach trzydziestych w Europie. Osobiście sądzę, że autorka wybrała dla swego tematu właściwą formę, mieszając fikcję z rzeczywistością i dokument z wyobraźnią. Tylko w ten bowiem sposób można w ćwierć wieku po wyroku norymberskim raz jeszcze powrócić do tematu, który choć jest historyczny – historią jeszcze nie jest.

Nie jest to też książka pesymistyczna, choć Szmaglewska miałaby może największe prawo do takiego osądu. Jej dojrzałość polityczna i pisarska polega na tym, że nie zamyka narodowi niemieckiemu, takim jakim był on po klęsce i w okresie Norymbergi, prawa do obrachunku z przeszłością. Dzisiaj może to wydać się banalne czy przebrzmiałe, wtedy nim nie było. Pisze autorka: „Przerażenie zostało daleko za mną pomiędzy zburzonymi dzielnicami Norymbergi, na ulicznych cmentarzach, wśród gruzów cuchnących popiołem”.

Obrachunek, jaki Szmaglewska przeprowadza z Norymbergą, jest tym ciekawszy, że dokonał go jedyny polski świadek na procesie, świadek, któremu chyba w najśmielszych marzeniach, w najczarniejszej nocy w Brzezince, nie mogło się śnić, że kiedyś stanie oko w oko z tymi, którzy zza wygodnego biurka podpisywali najbardziej okrutne, ludobójcze rozkazy. Ta konfrontacja jest chyba najbardziej wstrząsającym elementem powieści, chociaż napisanej w sposób kameralny, czasami wręcz intymny. Świadczy to o artyzmie pisarki, która potrafi jedną klamrę spiąć wszystko, co nią wtedy wstrząsnęło: pogardę, litość, miłość i ulgę.

Marian Podkowiński, Przywróceni pamięci,

„Perspektywy” nr 5, 1973 r.

Najnowszą książkę Seweryny Szmaglewskiej można co prawda traktować jako bardzo osobisty i nieco zbeletryzowany reportaż o udziale polskich świadków w procesie norymberskim, napisany z perspektywy dwudziestu kilku lat. Byłoby to jednak niedocenienie jej artystycznego kształtu i ideowej wymowy.

Pisarka podejmuje jeden z najistotniejszych problemów współczesnego świata: problem indywidualnej i zbiorowej odpowiedzialności za historię. Narratorka utworu wezwana do Norymbergi jako jeden z bardzo nielicznych świadków z Polski, spostrzega ze zdziwieniem, że naród niemiecki stara się odsunąć od siebie czy wręcz uchylić się od odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, począwszy od pragnących żyć normalnie mieszczan aż po hitlerowców, którzy znaleźli się na ławie oskarżonych. Niewinni, wszyscy niewinni!… Nie, tu nie idzie już o problem winy i kary, nie o wymierzaniu sprawiedliwości myśli autorka, przejęta stanem świadomości ludzi, którym udało się przeżyć wojnę. Granicę wolności człowieka stanowi tylko śmierć – wojna więc to nie żadne fatum, nie ślepy los, zagarniający bezsilne jednostki. Dlatego nie ma usprawiedliwienie dla bierności, dla pasywnej postawy wobec świata. Problem niewinnych w Norymberdze ściśle łączy się w powieści z problemem polskich „rozbitków”, którzy dali się unieść fali nieufności do nowej rzeczywistości powojennej. Pełne ekspresji sceny z sali głośnego procesu znajdują swoje pendant w obrazie ponurej, niesamowitej wręcz w nastroju, biesiady Polaków, beznadziejnie tęskniących za ojczysta ziemią. Między tymi dwoma biegunami toczy się rytmem nieco zwolnionym życie norymberskich mieszczan, niepokojąco przyczajonych za murem uprzejmych gestów i słów.

Bogdan Rogatko, Sen z przeszłości,

„Życie Literackie” nr 17, 1973 r.

Niewinni w Norymberdze – to książka literacko świetna, napisana z ogromna pasją. Stanowiąca zapis scen dramatycznych, pełnych okrucieństwa, niekłamanego autentyzmu. Wiele w niej obrazów nacechowanych cierpieniem – oświęcimskich, obozowych. Konfrontowanych nieustannie z obrazami luksusowego hotelu, sali koncertowej czy scenami rozgrywającymi się w gmachu trybunału. Ale jest i w niej wiele fragmentów skreślonych piórem jakby delikatniejszym, stwarzającym nastrój bardziej kameralny, a nawet intymny.

Andrzej Zarzycki, Sumienie narodów,

„Trybuna Robotnicza” nr 57, 1977 r.

Autorka o książce

Pani pisarstwo wywodzi się z najokrutniejszych doświadczeń naszego stulecia – wojny, okupacji i przeżyć obozowych – zwraca się „Express” do znanej pisarki Seweryny Szmaglewskiej. Dymy nad Birkenau były pierwszą w literaturze światowej książką o koszmarze hitlerowskich obozów zagłady. Od dawna powieść ta zaliczana jest do najwybitniejszych dzieł o „epoce pieców”. Przeraża i wzrusza. Nie pozwala zapomnieć… Łącznie nakład Pani książek wyniósł przeszło milion egzemplarzy. Dymy nad Birkenau rozeszły się w kraju w 170 tys. egzemplarzy, a za granicą w 110 tys.

Obecnie podnoszą się głosy, że współczesna młodzież odczuwa przesyt literatury nawiązującej – najogólniej mówiąc – do martyrologii… Co Pani o tym sądzi?

Mam raczej wyrobiony pogląd na tę sprawę, gdyż odbywam wiele spotkań autorskich w najróżniejszych środowiskach. Pokolenie ludzi urodzonych niewiele lat przed wojną mówiło z całą szczerością, że nie może czytać książek o tej tematyce. Trzeba ich rozumieć. Pamiętali okruchy tamtych tragicznych lat. Była to reakcja zdrowa, naturalna. Bronili się w ten sposób przed stałym przypominaniem okropności. Pragnęli odprężenia, szybkiego powrotu do normalnego życia. Potem przyszło pokolenie rówieśników Polski Ludowej, przepełnione ciekawością, zachłannością wiedzy. Generalnie rzecz biorąc, młodzież chce znać prawdę o tamtych dniach. Posiada jakby „busolę”, która naprowadza na tę tematykę. Młodzi pragną zwłaszcza usłyszeć autentyczne przeżycia, i to z pierwszej ręki. Zwykle pytania podczas spotkań autorskich dotyczą nie tylko spraw merytorycznych, ale i zagadnień moralnych.

Jak ocenia Pani oczytanie młodych?

To skomplikowany problem. Niepokoi mnie fakt, że podczas wielu dyskusji telewizyjnych i radiowych argumentacja jest bardzo ogólna, niepoparta konkretnymi przykładami z dzieł literackich. Szkoła średnia zaszczepia przyzwyczajenie do stałego obcowania z książką. Niestety, na studiach wyższych, szczególnie o kierunkach technicznych, zainteresowanie literaturą piękną przeważnie wygasa.

Czym tłumaczy Pani brak wzorca współczesnego bohatera pozytywnego w polskiej literaturze?

Cała literatura światowa, nie tylko polska, obecnie raczej analizuje klęski i niepowodzenia naszego wieku, niż tworzy takiego bohatera. Jeśli nawet występuje on, to jego bohaterstwo jest ukryte na co dzień. Trzeba go szukać…

 

Co nowego Pani pióra będziemy mogli wkrótce przeczytać?

Skończyłam powieść Niewinni w Norymberdze. Mówiąc o niej, muszę cofnąć się do wspomnień sprzed 25 lat. W 1946 r. zeznawałam przed Międzynarodowym Trybunałem Norymberskim. Jako więzień Birkenau miałam przekazać prawdę o obozowej rzeczywistości. Pamiętam, że gdy przylecieliśmy do Norymbergi, to cały Grand Hotel, w którym zamieszkaliśmy, spał, spał po balu karnawałowym! Właśnie w tej książce pokazuję roztańczoną, oglądającą rewie, co wieczór szalejąca na bankietach Norymbergę. Staram się pokazać, jak metodycznie rozbrajano tę międzynarodową sprawiedliwość. Jak trudno było przetaszczyć przez mur szampańskiej zabawy, często sceptycyzmu, garstkę wiedzy o obozach koncentracyjnych za pomocą tylko środków werbalnych. Stępiali ostrze tej sprawiedliwości sami Niemcy. Troskliwie, pokojowo, grzeczni kelnerzy, usłużne sekretarki, z którymi pracownicy Trybunału stykali się na co dzień. O atmosferze ówczesnej Norymbergi może świadczyć taki przykład: osobistą sekretarką obrońcy gen. Jodla, skazanego później na karę śmierci, była Frau Jodl, mająca dostęp do wszystkich akt…

Seweryna Szmaglewska, „Niewinni w Norymberdze”

– nowa powieść Seweryny Szmaglewskiej,

rozmowę przepr. Jacek Jankowski,

„Express Wieczorny” nr 217, 1971 r.

KULTURA: Temat wojny istotnie przewija się przez cały Pani dorobek pisarski.

S. Sz.: Zgadzam się. Ale pod warunkiem, że potraktujemy ów temat jako część szerszego tematu – współczesnego – o którym mówiliśmy wyżej. Buntuję się zawsze wobec kalendarzowego określania współczesności: „od wojny”, „od wydarzeń grudniowych” itd. Inna jest przecież współczesność prof. Tadeusza Kotarbińskiego, inna moja własna, jeszcze inna moich synów. A jeśli czyjeś życie zdeterminowane zostało jakimś faktem, którego nie obejmuje swoim trwaniem biologicznym, będzie przecież ów fakt należał do współczesności tego człowieka, do jego decydujących doświadczeń.

KULTURA: Czy doświadczenia są „przekazywane pomiędzy ludźmi”? Pani czyni to od lat w swoich książkach…

S. Sz.: Jeśli myśli Pan o Oświęcimiu i Norymberdze, chcę tu wtrącić, że poruszanie tych spraw zawsze kosztuje mnie psychicznie bardzo drogo.

KULTURA: Pani próbuje tego od lat, a jednak pisze Pani w Niewinnych w Norymberdze: „Jak opowiedzieć, iloma odmianami śmierci osiągnięto niewiarygodną liczbę zamordowanych w jednym obozie? Co to znaczy tłumy więźniów? To jest abstrakcja”.

S. Sz.: Po prostu jako świadek na procesie norymberskim czułam niewyraźność mojego doświadczenia. Proces trwał już od kilku miesięcy. My, dwoje świadków z Polski, przyjechaliśmy w okresie karnawału. Byliśmy trochę jak piąte koło u wozu na tym jakimś osobliwym kongresie międzynarodowym, który tańczył cokolwiek jak ów przysłowiowy kongres wiedeński.

KULTURA: Książka Niewinni w Norymberdze pisana jest emocjonalnie, tak jakby dopiero co wróciła Pani z procesu.

S. Sz.: A czy Pan, czytając wzmianki prasowe o kolejnej fazie rokowań wietnamskich w Paryżu, nigdy nie zdenerwował się, myśląc, że być może trwają tam spory prestiżowe o kształt stołu konferencyjnego, powiedzmy, podczas gdy bomby zabijają dalej? Miałam odczucie, iż moje zeznanie pochłania indyferentna procedura trybunałowa, że nie zostało ono jakby wypowiedziane do końca. I to niespełnienie tkwiło we mnie przez długie lata.

KULTURA: Dlaczego więc tak późno, dopiero niedawno temu, wróciła Pani pisarsko do Norymbergi?

S. Sz.: W mojej prozie przeszłość okupacyjna przez wszystkie lata przeplatała się z dniem dzisiejszym, ale dopiero w ostatniej książce przeniosłam się całkowicie w klimat tamtych, jak Pan mówi, „emocji”. Doskonale je pamiętam, i te niewystarczalność mojego zeznania. Decyzję o napisaniu książki podjęłam przed kilku laty po jednym ze spotkań z czytelnikami w Klubie Książki i Prasy Teatru Wielkiego. Zaprosili mnie tam byli więźniowie Pawiaka, ludzie oczytani w literaturze obozowej, dysponujący własnymi przemyśleniami i doświadczeniami z tamtych lat. Otóż ci ludzie zdumiewająco mało wiedzieli o Norymberdze. Pomyślałam sobie, że winna im jestem świadectwo o tym, co wówczas czułam i widziałam niejako w ich imieniu, a także w imieniu tych wszystkich, którzy zginęli w obozach czy więzieniach hitlerowskich. Bo przecież mój los był niezwykły, zupełnie wyjątkowy. Niech Pan pomyśli, nie tylko że przeżyłam Oświęcim, ale miałam możność publicznie oskarżać zbrodniarzy.

KULTURA: Pomimo owego szoku, jakim był dla Pani, co wyraźnie widać w książce, pobyt w Norymberdze, nie sądzi Pani ludzi, którzy inaczej przeżyli wojnę, nie ma Pani do nich pretensji.

S. Sz.: Dlaczegóż nie miałabym ich rozumieć? W Norymberdze po prostu obserwowałam, jak bardzo ludzie chcą się bawić i zapomnieć o sprawach tak mało pociągających jak dokumenty dotyczące obozów koncentracyjnych. Mogłam domyślać się np., że najbardziej niewyżyci wojskowo byli Amerykanie. Chociaż niczego nie uogólniam, przecież wielu z nich walczyło w Europie z pobudek ideowych. Największym szokiem dla mnie byli Niemcy zupełnie inni niż ci, których znałam dotąd: okupacyjni i obozowi. Niemcy gospodarni, mili, zwyczajni. Ale cóż robić, my, Polacy, podobnie jak Rosjanie czy Jugosłowianie, inaczej czuliśmy się w Norymberdze. Inaczej niż Anglosasi, nie mówiąc już o Amerykanach, inaczej również niż owi cywilni Niemcy.

KULTURA: Skoro tak trudno, być może nawet i nie sposób jest przekazać prawdę jednego narodu innemu narodowi, czy jest to możliwe pomiędzy pokoleniami?

S. Sz.: Moje wojenne pokolenie czuje rozmaicie: jedni chcą wyrzucić z pamięci koszmary przeszłości za wszelką cenę, inni, przeciwnie, wciąż do niej wracają. Generację której dzieciństwo przypadło na lata okupacji, dotknął, jak to zwykłam określać, „pył radioaktywny”. Oni nie chcą słyszeć o tamtych latach. To oni, nie my starsi, a często to nam wypominano, cierpią na obsesję wojenną. Wreszcie urodzeni po wojnie. Należą do nich moi synowie. Kiedyś jeszcze przed kilkunastu laty słyszałam, jak zaciekle dyskutowali nad filmem Bondarczuka Los człowieka według Szołochowa. Sami się tym przejęli, bo ja zawsze unikałam rozmów na temat okupacji. I ta moja domowa obserwacja potwierdziła się wielokrotnie na spotkaniach autorskich: młodzi interesują się historią najnowszą z martyrologią włącznie.

KULTURA: W stosunku do Dymów nad Birkenau obrała Pani dla książki Niewinni w Norymberdze inną formę narracji, ogólnie mówiąc, bardziej literacką.

S. Sz.: Tak. Uczyniłam to zupełnie świadomie. Dymy pisałam dla ludzi pamiętających wojnę tak jak ja. Miała to być moja relacja z obozu koncentracyjnego. Jeśli wstrząsające świadectwo Tadeusza Borowskiego jest inne, to również dlatego, że był on w odmiennych warunkach, w odrębnym oświęcimskim obozie. Jeszcze inaczej przeżyła Oświęcim Zofia Kossak-Szczucka. To tak jakby, czy ja wiem, odbywać podróż na tej samej trasie różnymi środkami lokomocji.

KULTURA: Czym tłumaczy Pani niezwykły międzynarodowy sukces czytelniczy książki?

S. Sz.: W znacznej mierze jej tytułem. Tytuł ostateczny był 19. wersją z kolei. Wprowadziłam go już w krakowskiej drukarni. Birkenau to był symbol i adres pocztowy więźniów przywożonych tutaj z całej Europy.

KULTURA: Krytyka podkreślała wiarygodną równowagę moralną Pani relacji, wrażenie „autentyku moralnego”, jak określił tę książkę prof. Kazimierz Wyka. Oświęcim nie jest Pani ani ostatnim kręgiem piekielnym, ani szkołą polerującą charaktery.

S. Sz.: Mówi Pan o równowadze moralnej? No cóż, na pewno byłam odporna psychicznie. W 1939 r. pracowałam w szpitalu wojskowym. Potem konspiracja. Oświęcim nie był dla mnie abstrakcją, choć inaczej go sobie wyobrażałam. Już w obozie spotkałam towarzyszki niedoli z więzienia. Miałam też listowny kontakt z rodziną. Znalazłam się w solidarnej grupie. Starałam się, aby pracować, choćby ciężko, poza obozem. To był dla mnie azyl, ratunek psychiczny.

KULTURA: Pytałem o powody zbeletryzowania Niewinnych w Norymberdze.

S. Sz.: Tak, wyjdźmy już z obozu. Dlaczego stosuję w mojej ostatniej książce fikcję literacką? Teraz ja z kolei powrócę do Pańskiego pytania pokoleniowego. Otóż Niewinnych pisałam raczej dla generacji powojennej. Czytelnicy mojej książki dla harcerzy Czarne stopy dorośli już tymczasem i pytali o nowe moje utwory dla nich przeznaczone. Elementy fikcji literackiej mają ułatwić niewtajemniczonemu pokoleniowo czytelnikowi percepcję dokumentarnej zawartości książki. A zresztą, cóż to znaczy fikcja literacka? Przecież każdy reportaż poprzez prostą selekcję materiału zawiera elementy kreacyjne. Ja swój reportaż czy dokument chcę wzbogacić refleksją, a refleksję podbudować fabułą.

KULTURA: Czy nie czuje się Pani jednak zbytnio „przypisana” literaturze faktu?

S. Sz.: Bardzo byłam dumna, kiedy prof. Wyka umieścił mnie na „pograniczu powieści”. Wyznam, że to pogranicze nadal mi odpowiada. Za mało jednak, mówię to również do siebie, mieszamy fikcję i rzeczywistość, za mało pracujemy nad formą. Temat współczesny wymaga formy ambitnej, to oczywiste, bo jakże inaczej przekazać jego trudne, konfliktowe treści.

KULTURA: Mówimy tu wciąż o czytelnikach, ale przecież pisze Pani także dla siebie.

S. Sz.: Naturalnie, Niewinni w Norymberdze to była również moja osobista sprawa, której nie mogli za mnie załatwić dziennikarze czy prawnicy przekazujący relację z Norymbergi. Nawet taki autorytet moralny jak lord Russell. Piszę dla siebie, wierząc, że w jakiś sposób mogę wpłynąć na światopogląd ludzki. Chyba szczególnie dobrze rozumiem wysiłki w obronie pokoju, więcej one dla mnie znaczą. Myślę, że gdyby udało się całej ludzkości raz na zawsze obrzydzić wojnę, być może świat zdecydowałby się rozwiązywać swoje konflikty pokojowymi sposobami.

Seweryna Szmaglewska, Temat współczesny,

rozmowę przepr. Tomasz Łubieński,

„Kultura” nr 30, 1973 r.

Dymy nad Birkenau pisałam wprost nieprawdopodobnie szybko. Wydawało mi się, że jest to jakiś obowiązek dania świadectwa prawdzie. Jednak w tym pośpiechu trochę się zastanawiałam nad selekcją materiału. A potem ze zdumieniem czytałam bardzo pozytywne sformułowania o Dymach, zwłaszcza prof. Wyki, Macha, Voglera, i wielu innych. Jeszcze do dzisiaj zdarza mi się słyszeć jakże pozytywne zdania na temat tej książki.

Z powieścią Niewinni w Norymberdze sprawa wyglądała nieco inaczej. Pracowałam nad nią niesłychanie długo. Trudno mi już powiedzieć, czy to było spowodowane dystansem czasowym, czy też tym, że jest to odmienny rodzaj artystyczny, może nawet trochę eksperymentalny. W książce tej bowiem całe partie można by nazwać literaturą faktu, a obok tego mamy przecież rozdziały, epizody, postaci fikcyjne. Myślę, że poszukiwania, jakie obserwuje się w literaturze światowej, poszukiwania formy – pozwoliły mi właśnie na ten eksperyment. Więc powiedziałabym, że jest to książka, w której obserwujemy przeżycia polskich świadków (zbyt nielicznych), na tle nieprawdopodobnie szokującej atmosfery Norymbergi.

Seweryna Szmaglewska,

„Słowo Powszechne” nr 182, 1973 r.

…prawdziwa tragedia Fausta nie polega na tym, że sprzedał duszę diabłu. Prawdziwa tragedia to to, że nie istnieje diabeł, który by chciał kupić nasze dusze. Nie ma nabywcy.

Romain Gary, Obietnica poranka

Ale w mieście już było ganz gemütlich i o zgliszczach nikt nie myślał.

Henryk Sienkiewicz, Sachem