Córka piekarzaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Córka piekarza
Córka piekarza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Córka piekarza
Audio
Córka piekarza
Audiobook
Czyta Oskar Hamerski
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na zewnątrz z ulicy dochodziły jakieś głosy, chrzęst lodu, ujadanie psów. Nadchodzili. Elsie podeszła, odblokowała łańcuch i wciągnęła zziębnięte dziecko do kuchni, a drzwi zamknęła. Był mniejszy, niż wydawał się na tamtej scenie. Nadgarstki miał cienkie jak małe ciasteczka migdałowe, a palce jak laseczki wanilii.

‒ Szybko – powiedziała. – Musisz się schować.

Słychać już było wyraźne krzyki i szczekanie psów.

Elsie rozejrzała się po kuchni. Nie było w niej żadne-go schowka. Jedynym, jaki miała, była niska wnęka w ścianie jej sypialni na górze, ale tam nie zdążą dojść. Było tylko jedno wyjście. Elsie otworzyła piec jeszcze ciepły po całym dniu wypiekania. Podniosła chłopca, który ważył zaledwie tyle, co podwójna porcja ciasta na precle.

‒ Tu będziesz bezpieczny – powiedziała.

Kościstymi palcami wczepił się w jej rękę.

Przez wąskie okno kuchni przemknęło światło. Musieli się pospieszyć. Ich oczy się spotkały.

‒ Tak jak powiedziałeś, ty mi przedtem pomogłeś, więc teraz mi zaufaj.

Rozluźnił uścisk i wsunął się głębiej w czarny od sadzy otwór.

‒ Masz. – Elsie zdjęła pelerynę. – Przykryj się.

Wziął okrycie i zrobił, jak kazała.

Zamknęła piec spoconymi dłońmi. Pot spływał jej także z górnej wargi. Zegar z kukułką wybił północ i dwie drewniane figurki wynurzyły się z jego małych drzwiczek, obracając się w tańcu, znikły i znów wróciły. We frontowych oknach zajaśniało światło reflektora, po czym rozległo się walenie do drzwi. Zaczął się dzień Bożego Narodzenia.

Rozdział 8

Niemiecka piekarnia U Elsie

Trawood Drive 2032

El Paso, stan Teksas

10 listopada 2007 r.

‒ Tamto Boże Narodzenie było okropne – powiedziała Elsie.

‒ Dlaczego? – zapytała Reba, postukując długopisem.

‒ Było straszliwie zimno. Rozchorowałam się. Prawdopodobnie na zapalenie płuc, ale kto to wie? Nie było normalnego dostępu do lekarza. Była wojna. Ludzie umierali... ten chleb z rodzynkami jest smaczny. – Dokończyła swoją kromkę, obsypując sobie bluzkę grudkami cynamonu. – Dodam go do naszego menu. – Odwróciła się w stronę kasy. – Jane, upiecz więcej tego chleba. Będziemy go nazywać Chlebem Reby. – Odwróciła się z powrotem. – Smakuje ci, ja?

Reba pospiesznie skinęła głową i ciągnęła dalej wywiad, chcąc utrzymać uwagę Elsie na tym wątku.

‒ Ale na zdjęciu jest pani odświętnie ubrana. Dokąd się pani wybierała?

Elsie usunęła spomiędzy zębów skórkę rodzynki. Reba słuchała, jak buczy obracająca się w dyktafonie kaseta.

‒ Na przyjęcie partii nazistowskiej – odparła w końcu.

Dłoń Reby uniosła się nad notesem. To było ciekawsze, niż się spodziewała. Starała się mówić obojętnym tonem.

‒ Pani była nazistką?

‒ Byłam Niemką – odrzekła Elsie.

‒ A więc popierała pani nazistów?

‒ Byłam Niemką – powtórzyła Elsie. – Bycie nazistą to status polityczny, a nie etniczny. Nie jestem nazistką, dlatego że jestem Niemką.

‒ Ale szła pani na przyjęcie do nazistów?

‒ Pewien oficer zaprosił mnie na Weihnachten... przyjęcie bożonarodzeniowe. Więc poszłam.

Reba kiwnęła głową z zadumą w oczach. Piec zabrzęczał i Jane poszła z powrotem do kuchni.

‒ Było tak samo jak tutaj. Można kochać i wspierać swoich synów, braci, mężów czy ojców, naszych żołnierzy, nie popierając programu polityki wojennej. W Fort Bliss spotykamy się z tym na co dzień. – Odchyliła się w tył na krześle.

Reba odchrząknęła.

‒ Nie można porównywać reżimu nazistowskiego z Amerykanami w Iraku. To zupełnie co innego.

Elsie nawet nie drgnęła powieka.

‒ A czy my wiemy wszystko, co się tam dzieje? Nie. Tak samo było wtedy. Wiedzieliśmy, że to nie było dobre, lecz baliśmy się zmienić nawet to, co nam było wiadome, a jeszcze bardziej baliśmy się odkryć to, o czym nie wiedzieliśmy. To był nasz dom, nasi ludzie, nasze Niemcy. Popieraliśmy naród. Oczywiście, teraz obcym jest łatwo patrzeć wstecz i oceniać. – Uniosła ręce. – No więc tak, poszłam na przyjęcie partii nazistowskiej z nazistowskim oficerem. Nie wszyscy oni byli potworami. Nie każdy był Hitlerem czy doktorem Mengele. Część była zwykłymi ludźmi, niektórzy nawet dobrymi ludźmi. – Westchnęła. – Próbowaliśmy normalnie żyć. A to było trudne.

‒ Czy była pani kiedykolwiek świadkiem przemocy wobec Żydów? – Reba opornie artykułowała słowa.

Jak się zadaje takie pytania?

Elsie zmrużyła oczy.

‒ I tak, i nie. Co za różnica? Nigdy nie wiadomo, gdzie leży prawda. Jeśli powiem, że nie, czy to uczyni mnie dobrą osobą? Nieświadomą wszystkiego, co pani wie na temat Holokaustu i nazistowskich Niemiec? A jeśli powiem tak? Czy to uczyni mnie złą? Czy zrujnuje całe moje życie? – Wzruszyła ramionami i strzepnęła ze stołu na podłogę jakiś okruszek. – Wszyscy mówimy o sobie drobne kłamstewka, o naszej przeszłości i czasie obecnym. Uważamy niektóre z nich za maleńkie i nieistotne, a inne za wielkie i obciążające. Ale one są takie same. Jedynie Bóg zna dość faktów, by osądzać nasze dusze. – Patrzyła przenikliwie swymi oliwkowymi oczami. – Wyznałam pani jeden ze swoich sekretów. Teraz pani kolej.

Serce Reby przyspieszyło.

‒ Moja kolej? – Zaśmiała się nerwowo. – Nie, nie. To ja przeprowadzam wywiad z panią.

‒ To niesprawiedliwe. – Elsie splotła ręce na piersiach. – Nie powiem więcej ani słowa do pani dyktafonu, jeśli pani nie odpowie na moje pytania.

Reba ważyła w myślach, co robić. Jeszcze nigdy nie przeprowadzała wywiadu z osobą, która nie rozumiała tradycyjnej procedury: dziennikarz pyta, udzielający wywiadu odpowiada. I tyle. Nie stosowało się odwracania ról. Jednak termin naglił coraz bardziej. Nie było czasu na przepychanki.

‒ Okej. Więc co pani chce wiedzieć? – Ustąpiła.

‒ Jane mówi, że jest pani zaręczona. Jak ma na imię narzeczony?

Reba westchnęła.

‒ Riki.

‒ Czy to dobry człowiek?

‒ Taki sam jak wszyscy.

‒ Czym się zajmuje, jaki ma zawód?

‒ Pracuje w Straży Granicznej Stanów Zjednoczonych.

‒ Straży granicznej! – Elsie zaśmiała się. – No to ma tutaj dużo roboty.

Sergio dopił ostatnią filiżankę kawy.

‒ Miłego dnia, drogie panie. – Oddał puste naczynia Jane, znów przy kasie, i zdawało się, jakby ich dłonie dotykały się dłużej niż potrzeba.

‒ Do zobaczenia mañana – powiedziała Jane.

Wychodząc, pogładził się wymownie po brzuchu.

‒ Te wasze pączki do grobu mnie wpędzą, pani Meriwether.

‒ Powtarzasz to już od lat – odparła Elsie.

‒ Przynajmniej zejdziesz z uśmiechem na ustach i brzuchem pełnym cukru! ‒ Jane roześmiała się.

Skłonił się jej, salutując do wyimaginowanego kapelusza. Drzwi zadzwoniły, zamykając się.

‒ Wygląda na dobrego klienta – zauważyła Reba.

‒ Taki sam jak wszyscy – odparowała Elsie. – Więc proszę mi wytłumaczyć, dlaczego nie ustaliła pani z tym Rikim daty ślubu?

Reba odwróciła się do Jane z jękiem. Jane wzruszyła ramionami.

‒ Przepraszam, nie mówiła pani, że to tajemnica.

Reba wyprostowała się.

‒ Po prostu jeszcze jestem niegotowa.

‒ Niegotowa! Czy pani go kocha? – dopytywała się Elsie.

Jej bezpośredniość zbiła Rebę z tropu. Odruchowo bawiła się długopisem.

‒ Oczywiście. Nie powiedziałabym „tak”, gdybym nie kochała, prawda?

Elsie pochyliła się.

‒ Więc posłuchaj mojej rady: nie tak często los daje nam dobrego mężczyznę do kochania. To fakt. Wszystkie te filmy i seriale telewizyjne, gdzie ciągle powtarzają „Kocham, kocham!”. Single i singielki wybierają sobie ludzi jak czekoladki z pudełka... fe! Bez sensu. To nie jest miłość. To tylko mieszanie potu i śliny. Dobra miłość... ‒ pokręciła głową – ...nie przychodzi często. Wczoraj wieczorem słyszę w wiadomościach: „Pięćdziesiąt procent małżeństw kończy się rozwodem” i dziennikarz mówi: „Ach, to straszne. Czy możecie uwierzyć?”, a ja mówię: tak, mogę, bo ci ludzie oszukiwali siebie samych i partnerów. To wszystko słodka zabawa, serduszka, żarty. Tak naprawdę każdy ma swoją ciemną stronę. Jeśli ją widzisz i potrafisz zaakceptować własną, a on widzi i akceptuje swoją, to coś macie naprawdę. – Wskazała na wisiorek na piersiach Reby. – Noś ten pierścionek albo go oddaj. Taka jest moja rada.

W piekarni było pusto. Była spokojna pora między śniadaniem a lunchem, podczas którego robiło się tłoczno.

‒ Mogę przeszkodzić? – Do stolika podeszła Jane z miską kremu. – Mamo, spróbuj. Ten krem ma dziwny posmak.

Elsie zanurzyła w nim palec i polizała.

‒ Wyrzuć to – poleciła. – Zepsute białko.

‒ W misce wyglądało ładnie. – Jane tupnęła nogą. – Cholera, muszę dziś po południu przygotować jubileuszowy tort.

‒ To nie twoja wina. Czasem nie da się czegoś stwierdzić, nie próbując – powiedziała Elsie.

Rozdział 9

Piekarnia Schmidtów

Ludwigstrasse 56

Garmisch, Niemcy

25 grudnia 1944 r.

Na górze Mutti i Papa poruszyli się. Elsie zgarnęła rozsypany rumianek pod stół, żeby nie był widoczny. Odrobinkę, która jej została, włożyła do kubka i zalała gorącą wodą. Jej ręka była zaskakująco pewna. Pierścionek od Josefa leżał na ubrudzonej mąką desce.

Na zewnątrz znów ktoś walił w drzwi i głośno krzyczał.

‒ Co się dzieje? – zabrzmiał na schodach głos Papy, który włączył lampę elektryczną. – Już idę, już.

Elsie ukryła pierścionek w dłoni w momencie, gdy do kuchni przydreptała Mutti.

‒ Elsie, o co chodzi?

‒ Nie wiem. Właśnie piłam rumianek, a tu nagle... ‒ Odwróciła się tyłem do matki, wrzuciła pierścionek do kubka i starała się nie patrzeć w stronę pieca.

 

Weszło czterech gestapowców z pistoletami. Dwóch stanęło po bokach taty.

‒ Szukajcie, gdzie chcecie – powiedział. – Nie mamy nic do ukrycia. Wielkie nieba, jest środek nocy, i to Wigilia.

‒ Przepraszam, Herr Schmidt, ale mamy taki rozkaz – oznajmił przysadzisty żołnierz z liściem dębu po obu stronach kołnierza.

‒ Co się stało? – zapytała Mutti. Stała boso na kafelkach i drżała z zimna.

‒ Żyd uciekł – odparł mężczyzna.

‒ Tutaj nie ma Żydów, panie Standartenführer – od-parł Papa i poklepał piec piekarski. – Tylko ciasta i pieczywo.

Dreszcz przeszył Elsie, aż jej się zjeżyły włosy na rękach.

‒ A ty gdzie byłaś? – żołnierz zwrócił się do Elsie, stojącej w ubraniu obok rodziców w szlafmycach.

‒ Wróciła z waszego przyjęcia – wyjaśnił Papa. – Z podpułkownikiem Josefem Hubem.

‒ Miałam wspaniały wieczór, aż do teraz – stwierdziła sucho Elsie.

‒ Przykro mi, że go zakłócam. To nie powinno potrwać długo – zapewnił Standartenführer. – Możemy? – Wskazał gumową pałką.

‒ Tak, oczywiście, idźcie... Szukajcie, gdzie chcecie – odrzekł Papa.

Dwóch poszło na górę, stukając butami w starą pod-łogę. Pozostali dwaj zostali w kuchni. Mutti sapnęła ze złością.

‒ Zostawiłam na górze swój gorset – szepnęła.

Elsie podniosła wzrok do nieba. Z opisu koronkowych gorsetów przysyłanych Hazel w prezencie przez towarzyszy z SS domyślała się, że tacy mężczyźni widywali dużo bardziej lubieżne nowinki.

‒ Nie sądzę, żeby ich krępowała twoja stara bielizna, Mutti.

‒ Cicho – zgromił je Papa.

Elsie przesunęła kubek dalej od krawędzi i założyła ręce na piersi. Mutti trzymała koszulę nocną przy brodzie. Jeden z żołnierzy odchrząknął i poszedł przeszukać front domu. Drugi ich strażnik spacerował po kuchni. Zatrzymał się przy piecu i powiedział do Papy:

‒ Pana pierniki to moje ulubione. Upiecze pan więcej?

‒ W Boże Narodzenie mamy zamknięte.

Żołnierz pokiwał głową.

‒ Ale jest ciepły? – Dotknął ręką metalu.

Serce Elsie dudniło w piersi jak szalone, mięśnie napięły się do granic.

‒ Doch, ceglane piece nie stygną przez noc na lód. – Papa ziewnął i podrapał się w szyję.

Żołnierz zauważył ziewnięcie; zdjął czapkę i potarł brew. W świetle lampy Elsie zobaczyła, jaki był młody. Nie miał więcej niż piętnaście lat.

‒ Proszę. – Papa podszedł do tacy i odsłonił kupkę połamanych pierników. – Proszę wziąć, ile pan chce. Te się pokruszyły. Ale smakują tak samo.

Żołnierz wahał się tylko przez ułamek sekundy.

‒ Dziękuję, Herr Schmidt.

Podszedł do Papy i napakował sobie pierników do przedniej kieszeni munduru. Przestał natychmiast, gdy wrócili towarzysze.

‒ Czysto – orzekł Standartenführer. – Chodźmy do następnego. Gute Nacht.

Żołnierze wyszli, ale najmłodszy jeszcze się ociągał.

‒ Wesołych świąt – powiedział, a z jego oczu biła młodość i tęsknota za snem.

‒ Szczęśliwych świąt dla pana i pana rodziny – odwzajemnił się Papa.

Żołnierz uśmiechnął się z zażenowaniem i pobiegł za swym oddziałem. Papa zaryglował za nimi drzwi.

‒ Nie do wiary! – Mutti stuknęła paznokciami w drewniany blat. – Żyd uciekinier! W wigilię narodzin naszego Zbawiciela. Niewiarygodne.

Głowa Elsie zaczęła znów pulsować. Ściany zakołysały się. Łyknęła słabej herbatki, letniej już i nieco gorzkawej. Z dna kubka zalśniło złoto. Postawiła go obok miski z ciastem na Christstollen, które rosło pulchne pod lnianym przykryciem ‒ Papa będzie piekł bożonarodzeniową struclę na śniadanie. Rodzice muszą już pójść na górę, a wtedy ona uwolni chłopca.

‒ Zostawiłam tu otwarte. – Mutti powoli przesunęła ręką po zamkniętych drzwiach kuchennych, aż do luźno wiszącego łańcucha. – Dla karpia. – Pytająco zwróciła twarz do Elsie.

‒ Chodźmy już spać! – zawołał Papa ze schodów.

Elsie poczuła, że drętwieją jej palce rąk i nóg.

‒ Było mi zimno.

Papa tymczasem człapał już na górę. Przez długą chwilę patrzyły sobie w oczy. Pot spływał Elsie rowkiem między piersiami.

‒ Przepraszam. – Starała się mówić beztrosko.

Mutti założyła z powrotem łańcuch i uchyliła drzwi. Potem rozejrzała się po kuchni.

‒ Jesteś zmęczona – powiedziała na koniec. Lodowaty podmuch podwiewał jej koszulę, otuliła się własnymi rękami. – Dokończ herbatę i idź prosto do łóżka. – Doszedłszy do schodów, jeszcze raz zatrzymała się i obejrzała wszystko wokół, po czym weszła powoli na górę.

Dopiero wtedy ręce Elsie zaczęły się trząść. Wylała zioła i wyjęła pierścionek. Nie wiedząc, gdzie ma go schować, założyła z powrotem na palec. W domu zrobiło się cicho i pragnęła, by tak pozostało; żeby w piecu nie było nic prócz węgla i popiołu. Chciała już wśliznąć się pod pierzynę i udać, że ten wieczór był koszmarnym snem.

W małym oknie kuchennym zobaczyła jakąś starą, zmęczoną kobietę w bieli. Obejrzała się przez ramię. Kobieta też. I wtedy poznała siebie, odetchnęła i przeczesała ręką włosy. Co ma zrobić? Powinna tego chłopca wypuścić na dwór, na śnieg. Wkrótce znajdzie go gestapo i wróci na swoje miejsce. Elsie skuliła się na myśl, że trafi do obozu pracy, taki chudy i słabowity. Lecz jeśli go znajdą w piekarni, jej rodzina może stracić wszystko. Zakręciło jej się w głowie i musiała się przytrzymać rygla pieca, żeby nie upaść. Żałowała tego, co wcześniej zrobiła. Powinna zamknąć drzwi i zakończyć sprawę z Żydem. Ale nie zrobiła tego. No i co teraz?

Ostrożnie otworzyła drzwiczki pieca. Z ciemnego otworu wynurzyła się blada twarzyczka, niczym księżyc zza czarnej chmury.

‒ Jak masz na imię? – zapytała.

‒ Tobias – wyszeptał.

‒ Chodź. – I wyciągnęła do niego ręce.

Rozdział 10

Noc kryształowa

Albertgasse 12

Monachium, Niemcy

9 listopada 1938 r.

Podporucznik Josef Hub stał u progu domu; w kaburze miał pistolet, w ręku ciężki młot. Jego trzej podkomendni czekali w gotowości, by ich poprowadził zgodnie z rozkazami gestapo. Jednak dwudziestotrzyletni oficer zatrzymał się, niepewny siebie i siły swych rąk przeciwko tym drzwiom. Żółta gwiazda nie podpowiadała mu, co robić. Użycie mosiężnej kołatki, teraz pomazanej farbą z litery „u” w napisie Juden, wydawało się w tej sytuacji nie na miejscu.

‒ Czy najpierw wybijemy szyby w oknach? – spytał Peter Abend, dziewiętnastoletni wychowanek Hitlerjugend.

Szeregi pełne były żołnierzy podobnych do Petera, chłopców, którzy dopiero co wyrośli z krótkich spodenek i przybywali do miast, by zademonstrować swe całkowite oddanie Rzeszy. Głowy mieli pełne naiwnych historii o chwale wojennej, w rękach karabiny, a ich życiu nagle zaczął przyświecać nowy cel, wykraczający poza siano w stodole czy świńską zagrodę. Żaden z nich nie studiował na uczelni. Wszyscy byli adeptami jednej szkoły myślenia i zwolennikami jednego toku działania.

‒ Nein – odparł Josef. ‒ Walnął młotem w drzwi. – Otwierać!

I nic.

‒ Otwierać albo wejdziemy siłą.

Cisza.

Czas działać. Miał wyraźny rozkaz. Nosił mundur, odbył służbę w szeregach, kroczył noga w nogę w wielkiej paradzie na cześć Führera. Czas odegrać swoją rolę, wbrew wszelkim zastrzeżeniom i osobistym przekonaniom. „Jednostka powinna wreszcie uświadomić sobie, że jej własne ego jest nieważne w porównaniu z istnieniem narodu”. To były słowa Hitlera. Jedność narodu. Czyste Niemcy.

Ociągając się, dmuchnął w gwizdek, a trzej młodzi członkowie SA przypuścili szturm na znajome mu drzwi. Z początku dębowe drewno opierało się, lecz potem pękło i framuga się przełamała. W środku głośno zawodziła kobieta.

‒ Przyszliśmy tu z rozkazu Trzeciej Rzeszy po Herr Hochschilda – oznajmił Josef.

Rodzina skupiła się w gromadkę w ciemnym korytarzu. Frau Hochschild stała solidarnie obok męża, a za nimi czwórka dzieci. Trzy dziewczynki płakały, wołając „Papa”, a najmłodszy, czteroletni chłopiec dzielnie trzymał dłoń ojca.

Herr Hochschild wystąpił krok do przodu.

‒ Nie popełniłem żadnej zbrodni.

‒ Jest pan Żydem. Jest pan z natury agresywny – odrzekł Peter.

‒ Cicho – rzucił Josef.

Peter umilkł, ale głośno odbezpieczył pistolet. To samo zrobili pozostali dwaj żołnierze obok niego. Josef wysunął się do przodu.

‒ Herr Hochschild, proszę iść z nami, a pańskiej rodzinie nie stanie się żadna krzywda. Zaręczam słowem.

Mógł wykonać ten rozkaz bez stosowania barbarzyńskich metod. Jako oficer niemiecki czytał Mein Kampf. Rozumiał, że retoryką można przekonać jednostkę czy grupę prędzej niż jakąkolwiek siłą dostępną na planecie. Chłopcy-żołnierze, którymi dowodził, nie wiedzieli nic; znali tylko dążenie do celu i techniki militarne.

‒ Niech pan to zrobi dla swoich dzieci i pójdzie. – Wskazał na drzwi.

Herr Hochschild podszedł bliżej, wyłaniając się z cienia.

‒ Josef? – zapytał. – To ty?

Josef pochylił głowę tak, żeby brzeg czapki rzucił cień na twarz.

‒ To ty, Josefie, znasz mnie przecież.

Ano znał. Herr Hochschild był jego profesorem literatury. Wykładał na Uniwersytecie Monachijskim, gdzie Josef studiował przez jeden semestr. Było to przed laty, zanim żydowskich profesorów wydalono, a jego powołano do SS.

W tamtym okresie przychodził do tego domu na kolację i był goszczony przez Frau Hochschild, roześmianą kobietę o migdałowych oczach, która mówiła, że zawsze nosi szmaragdy, bo pasują do jej ciemnych włosów. Teraz nie miała ich na sobie. Cała żydowska biżuteria została skonfiskowana na sfinansowanie Nowego Porządku. Choć jak wiedział, część jej wisiała w uszach żon jego dowódców.

Dziewczynki, gdy je widział ostatnio, były malutkie. Opiekowała się nimi surowa austriacka pielęgniarka, która potępiała karmienie dzieci słodyczami. Josef dowiedział się o tym szybko, gdy przyniósł w prezencie hałaśliwej gromadce torebki kolorowych żelkowych misiów, a ona natychmiast je przechwyciła. Teraz dzieci patrzyły na niego znad zapadniętych policzków, tuląc się do siebie w korytarzu.

Dom również wyglądał wtedy inaczej. Był rzęsiście oświetlony lampami elektrycznymi, co sprawiało, że kwiaty na tapecie zdawały się wyrastać wprost ze ścian. Przypominały mu ogródek ziołowy jego matki latem. Teraz ten „kwietnik” był podarty i nadpalony przy elektrycznych przewodach. W korytarzu czuło się zapach dymu i pleśni. A było to takie radosne miejsce. Josef nie mógł powstrzymać bolesnego grymasu na twarzy na dźwięk znajomego głosu Herr Hochschilda. Ten sam głos, który dyskutował z nim o Goethem i Brechcie, który przy kominku nad szklanką ciemnoczerwonego wina czytał Novalisa i Karola Maya. Przez chwilę pragnął móc zamknąć oczy i cofnąć świat do tamtych prostszych czasów.

‒ Nie mogę zostawić swojej rodziny – prosił Hochschild, wyciągając ręce do Josefa.

‒ Nie podchodź bliżej – ostrzegł go Peter.

‒ Musi pan zrobić to, co mówię – powiedział Josef.

‒ Proszę tego nie robić – błagała Frau Hochschild.

‒ Mamy rozkaz.

Dwaj z mężczyzn podeszli do Hochschilda z jego boków i wymierzyli broń w plecy.

‒ Byliśmy twoimi przyjaciółmi! – krzyknęła Frau Hochschild. – Ty... ty zdrajco! – I podbiegła, żeby uderzyć Josefa.

Peter strzelił. Był tak blisko, że pocisk roztrzaskał mostek Frau Hochschild i odrzucił ją z powrotem, prosto w ręce dzieci. Ostatnie swe spojrzenie posłała Josefowi.

‒ Przeklinam cię!

Herr Hochschild wydał z siebie skowyt. Wyciągnął rękę w stronę policzka żony, ale zanim go dosięgnął, został pchnięty na ziemię. Na twarzach dzieci malował się niemy krzyk, gdy żołnierze wywlekali go z domu.

Kiedy już wyszli, Josef zwrócił się w stronę Petera, zrobił głęboki wdech i wydech, po czym rąbnął z góry młotem w jego rękę. Pistolet przejechał po drewnianej podłodze. Peter upadł na kolana, chwytając roztrzaskane kości, które wystawały mu z dłoni jak drzazgi. Josef złapał go za gardło.

‒ To tylko... Żydzi – rzęził Peter.

Josef ściskał coraz mocniej, aż skórzana rękawiczka zatrzeszczała pod naporem. Zanim dwaj członkowie SA wrócili, by go powstrzymać, Peter nie żył. Na wszystko patrzyły dzieci, umazane krwią swojej matki, nie reagując na odgłosy tłuczonego szkła, krzyki i wystrzały na ulicy.

Josef zwolnił uścisk. Jego obolałe palce trzęsły się.

‒ Zdrajca. – Chłopiec powtórzył cicho jedno z ostatnich słów matki.

 

Josef przeszedł nad ciałem Petera i wyszedł na dwór, powstrzymując odruch wymiotny. Mroźny listopadowy wieczór złagodził mdłości. W wozie policyjnym lamentował Herr Hochschild.

‒ Co z dziećmi? – zapytał jeden z żołnierzy.

‒ Zostaw je – odparł Josef.

‒ A gdzie Peter?

‒ Następny dom. Idziemy – rozkazał Josef, podając swój młot młodszemu koledze. ‒ Może być tylko „jeden naród, jedna Rzesza, jeden wódz”.