Złamana przysięga

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sarah Mallory
Złamana przysięga

Tłumaczenie:

Alina Patkowska

PROLOG

Paryż, 1756 rok

Przy Porte Saint-Honoré jak zwykle tłoczyły się ciężkie wozy wyładowane towarami, mniejsze powozy i dwukołowe wózki. Wszyscy spieszyli się, by dotrzeć do celu przed zmrokiem. Nagle w tłoku rozległy się krzyki i powstało jakieś zamieszanie. Grupa osobników w liberiach torowała sobie drogę przez Rue Saint-Honoré, ciągnąc za sobą dwóch zakrwawionych mężczyzn w zabłoconych ubraniach. Przepchnęli ich przez bramę i rzucili na bruk.

– Na waszym miejscu, messieurs, nie wracałbym więcej do Paryża! – warknął jeden ze służących i ostentacyjnie otrzepał dłonie.

– Angielskie psy! Nikt, kto oszukuje naszego pana przy stoliku karcianym, nie jest tu mile widziany – dodał drugi.

Kilku innych obdzieliło leżących na bruku kopniakami, po czym cała grupa ze śmiechem wróciła za mury miasta i zamieszanie ucichło. Ruch na Rue Saint-Honoré powrócił. Woźnice wymijali leżących, obdarzając ich zaledwie przelotnym spojrzeniem.

Jeden z pobitych dźwignął się na czworakach i przez chwilę pozostawał w tej pozycji, jakby się zastanawiał, czy jest w stanie utrzymać się na nogach. W końcu podniósł się niepewnie, odgarnął z twarzy długie, nieupudrowane włosy i wyciągnął rękę do towarzysza.

– Chodź, Harry. Powinniśmy chyba posłuchać ich rady.

Harry ostrożnie dotknął opuchniętych ust.

– Nie mamy wyjścia, przyjacielu. Diuk dopilnuje, żebyśmy przez jakiś czas nie mieli ochoty wracać do Paryża. Niektórzy nie potrafią przegrywać.

– Nie trzeba było flirtować z La Belle Marianne. Zachowałeś się bardzo lekkomyślnie.

– Do diaska, Drew, ta dama bardzo wyraźnie mnie zachęcała! A ty wcale nie jesteś lepszy. Madame le Clere grzała ci łóżko przez cały ostatni tydzień.

– Ktoś musiał ją zabawiać, skoro jej mąż wyjechał z Paryża. Ale to nie to samo, co amory z kochanką diuka tuż pod jego nosem. Powinieneś być bardziej powściągliwy.

– Ależ, chłopcze, na tym właśnie polega cała zabawa. Gdzie się podziała moja peruka?

Drew znalazł na bruku kłąb włosów przeplecionych jedwabiem i podał perukę kompanowi.

– Na pewno nie znaczyłeś kart?

Harry wcisnął perukę na głowę.

– Naturalnie, że nie. Za takie podejrzenie powinienem cię wyzwać na ubitą ziemię. – Skrzywił się i oparł dłoń na krzyżu. – Boże, jak to boli! – Zachwiał się na nogach i zdobywając się na niewesoły uśmiech, oparł się na towarzyszu. – A niech mnie. Zdaje się, że załatwili mnie na dobre!

– No już, Harry. – Drew wycisnął szmatę i otarł spopielałą twarz przyjaciela. – Przeszliśmy już przez gorsze rzeczy.

Popatrzył ze zmarszczonym czołem na niespokojną postać na łóżku. On również był obolały i posiniaczony, ale dochodził już do siebie, Harry jednak coraz bardziej słabł. Laudanum przestawało już działać i znowu wił się z bólu.

Udało im się dowlec do gospody przy Rue de Chemin Vert. Gospodyni, pełna obaw, że widok zakrwawionych i pobitych gości może odstraszyć innych klientów, szybko zaprowadziła ich do pokoju na piętrze. Drew chętnie przyjął jej pomoc, podejrzewał jednak, że kobieta była kolejną ofiarą Harry’ego, i poczuł złość na przyjaciela. Nie znaleźliby się w kłopotach, gdyby Harry nie flirtował z każdą ładną kobietą.

W ciągu długiej nocy Drew nie mógł zrobić nic więcej niż przemywać twarz przyjaciela i podawać mu coraz to nowe dawki laudanum. Myślał o latach, które spędzili razem, wędrując po Europie. Przed trzema laty Drew z trudem wiązał koniec z końcem. Zarabiał na życie jako najemnik, walcząc dla każdego, kto zechciał mu zapłacić. Wtedy poznał Harry’ego Salforde’a i choć był od niego o ponad dziesięć lat młodszy, zaprzyjaźnili się. Harry wziął go pod swoje skrzydła, kupił mu porządne ubrania i wprowadził do domów hazardu w Rzymie, Neapolu i w Paryżu. Próbowali sił we wszystkich grach opartych na szczęściu z tak dobrym skutkiem, że udało mu się odłożyć sporą sumkę. Dlatego nie przejmował się teraz chwilowym brakiem funduszy.

Przy stołach gry poznawali najbogatszych i najpotężniejszych ludzi we Francji, ci jednak nie byli zachwyceni, przegrywając do Anglików, i Drew spodziewał się, że któregoś dnia ich szczęście może się odwrócić. Był zirytowany na diuka, który kazał ich pobić i w tak upokarzający sposób wyrzucić z miasta, ale nie miał mu tego za złe. Harry nauczył go, że w takiej sytuacji należy po prostu wzruszyć ramionami, otrząsnąć się z niepowodzenia, przeanalizować własne błędy i ruszyć do kolejnego miasta.

Teraz jednak zanosiło się na to, że Harry przez dłuższy czas nigdzie się nie ruszy.

Dopiero o świcie, gdy Harry nieco się uspokoił, Drew mógł się zdrzemnąć, nie trwało to jednak długo. Już wczesnym rankiem zauważył, że przyjaciel jest mokry od potu i bardzo blady. Sięgnął po ręcznik i po raz kolejny otarł mu twarz. Harry popatrzył na niego przekrwionymi oczami. Przez chwilę wydawało się, że go nie rozpoznaje. W końcu westchnął.

– Chyba tym razem załatwili mnie na dobre, Drew.

– Co ty gadasz? Musisz po prostu trochę odpocząć.

Harry poruszył się na łóżku i skrzywił. Drew sięgnął po laudanum.

– Wypij, to ci pomoże zasnąć.

Harry pochwycił go za rękę.

– Jeszcze nie. Najpierw chcę ci coś powiedzieć. Musisz mi coś obiecać.

– Co tylko zechcesz.

– Mam córkę.

– Wiem. Elyse. – Drew zmusił się do uśmiechu. – Mówiłeś, że jest bardzo piękna.

– Tak. Kiedy widziałem ją ostatnio, zaledwie wyszła ze szkoły, ale zapowiadała się na piękność jak jej matka. – Jego twarz ściągnęła się z bólu. – Lisabet. Była Francuzką, piękną i pełną życia. To jedyna kobieta, którą kochałem. Zmarła kilka lat temu i od tamtej pory Elyse opiekuje się moja siostra. Nazywa się Matthews i mieszka w Scarborough.

– W takim razie twoja córka jest bezpieczna.

Harry mocniej zacisnął palce na jego nadgarstku.

– Jest coś jeszcze. Po raz ostatni odwiedziłem Elyse tuż przed tym, zanim poznałem ciebie. Spotkałem się wtedy przy stoliku z wicehrabią Whittlewood, który przyjechał do Scarborough, żeby podreperować zdrowie. Grałem z nim kilka razy.

– Naturalnie – wtrącił Drew sucho.

– No i… hm… wicehrabia przegrał. Zawarliśmy umowę. Żeby spłacić dług, miał ożenić swojego młodszego syna z Elyse.

– Co? Ależ to potworne!

Harry zaśmiał się, zaraz jednak syknął z bólu.

– Bo Whittlewood przegrał potworną sumę. To nie był zły układ. Elyse i William tańczyli ze sobą podczas któregoś wieczoru i bardzo przypadli sobie do gustu. Zdawało się, że są sobą zauroczeni, dlatego przyszedł mi do głowy ten pomysł. Spisaliśmy umowę, chłopak się oświadczył i doszliśmy do porozumienia, ale wicehrabia prosił, żeby odłożyć ślub, dopóki jego syn nieco dojrzeje. Nie widziałem w tym nic złego. Elyse dopiero co skończyła siedemnaście lat i zupełnie nie znała świata. – Zakaszlał, krzywiąc się boleśnie, i na chwilę zamilkł.

– Pół roku temu syn Whittlewooda skończył dwadzieścia jeden lat – podjął. – Ale nie upomniał się o narzeczoną. Napisałem do wicehrabiego, że moja cierpliwość się kończy i ma wypełnić umowę albo spłacić dług. Whittlewood zgodził się, żebym przywiózł do niego Elyse przed Świętym Michałem. Tego dnia ona stanie się pełnoletnia. Mają wziąć ślub w ciągu miesiąca.

– A co na to twoja córka? – zapytał Drew.

– Cóż mogła powiedzieć? Zgodziła się. Żadna dziewczyna przy zdrowych zmysłach nie odrzuciłaby okazji wyjścia za jednego z Reversonów. To jedna z najlepszych rodzin w Anglii. Poza tym to przystojny chłopak i przypadł jej do gustu. Nie patrz tak na mnie, Drew. Wiem, że minęło już kilka lat, ale siostra pisała mi niedawno, że Elyse koresponduje z Reversonem i wciąż chce tego małżeństwa. Trzeba ją zawieźć do narzeczonego… Nie przyszło mi tylko do głowy, że nie będę mógł sam tego zrobić, bo wcześniej wyciągnę nogi.

– Nie gadaj bzdur. Za kilka dni znowu będziesz chodził.

Harry przymknął oczy i lekko poruszył ręką.

– Nie sądzę, przyjacielu. Nie tym razem. Nie będę mógł odwieźć Elyse do nowej rodziny, muszę zatem prosić, żebyś ty to uczynił.

– Ja? – Drew roześmiał się ze zdumieniem. – Harry, wiesz lepiej niż ktokolwiek inny, że nie mogę wrócić do Anglii. Na moją głowę wyznaczono cenę.

– Możesz podróżować pod innym nazwiskiem. Nie byłby to pierwszy taki przypadek. Zresztą, ile to już lat minęło? Dziesięć? Kto będzie cię pamiętał?

– To jeszcze nie wszystko, Harry. Przez te dziesięć lat żyłem z miecza i z gry, kradnąc pocałunki żonom i córkom innych mężczyzn. Jestem łajdakiem pozbawionym honoru, ostatnim człowiekiem, któremu mógłbyś powierzyć takie zadanie.

– Nie. Nie znalazłbym nikogo lepszego do opieki nad moją córką. – Głos Harry’ego stawał się coraz słabszy, udało mu się jednak lekko uśmiechnąć. – Jesteś jak kłusownik, który został leśniczym. Pomóż mi usiąść. Napiszę list do siostry, żeby przekazała ci Elyse w opiekę.

Protesty na nic się nie zdały. W końcu Drew kazał przynieść pióro i inkaust i pomógł Harry’emu napisać list. Trwało to długo, Harry kilkakrotnie przerywał pisanie i odpoczywał. Gdy wreszcie skończył, oparł się o poduszkę i przymknął oczy.

– Gotowe – powiedział ledwo słyszalnym głosem. – Oddaj list mojej siostrze, a ona przekaże ci wszystkie dokumenty związane z tą sprawą.

– Cicho, przyjacielu, na razie nie mów nic więcej. Poczekaj do rana.

– Wątpię, czy doczekam rana. Piekielnie boli mnie w brzuchu. – Wskazał na swój żakiet rzucony na krzesło. – Pod podszewką znajdziesz kilka dokumentów i list polecający do pewnego dżentelmena w Lyonie. Jedź do niego. On da ci dostęp do moich pieniędzy.

 

– Harry!

– Daj mi skończyć. – Harry z trudem wziął kolejny oddech. Skóra na jego twarzy była szara i ściągnięta jak pergamin. – Weź tyle, ile będziesz potrzebował na podróż, a resztę oddaj Elyse w dniu jej urodzin. To jej spadek.

– Zrobię to, Harry.

– Dajesz mi słowo dżentelmena? Tylko nie powtarzaj tych bzdur, że jesteś buntownikiem. Od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłem, wiedziałem, że jesteś dżentelmenem.

Drew pochwycił go za rękę, niczym nie dając po sobie poznać, że zdumiał go chłód dłoni przyjaciela.

– Masz na to moje słowo, Harry. Słowo honoru buntownika, cokolwiek jest warte.

– Dobrze. – Harry przymknął oczy i opadł na poduszki. Wydawał się uspokojony. – W takim razie oddaję ci moją córkę pod opiekę.

W godzinę później Harry Salforde już nie żył.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Panno Salforde, padam pani do stóp. Jestem pani uniżonym sługą.

Elyse popatrzyła na klęczącego przed nią przysadzistego dżentelmena. Spod jego nierówno upudrowanej peruki wysuwały się zlepione kosmyki jasnych włosów.

– Nie musi pan tego robić, panie Scorton. Nie mogę dać panu żadnej nadziei, bo dobrze pan wie, że jestem już przyrzeczona komuś innemu.

Nie udało jej się powstrzymać uśmiechu. Dżentelmen, który właśnie podniósł głowę, dostrzegł drżenie jej ust i z wysiłkiem dźwignął się na nogi, po czym oświadczył z urazą:

– Jest pani równie piękna jak okrutna. Skoro moje zaloty nie są pani w smak, to dlaczego zgodziła się pani przyjść tu ze mną?

No właśnie, dlaczego? – zastanowiła się. Nie mogła zaprzeczyć, że w bawialni było duszno i tłoczno, nie brakowało jednak dżentelmenów, którzy proponowali jej swoje towarzystwo na tarasie. Dlaczego zatem wybrała Scortona? Chyba dlatego że spośród wszystkich jej adoratorów miał najmniejsze szanse i wzbudził jej litość. Elyse nie uważała się za próżną, ale często słyszała, że jest piękna. Przypuszczała zatem, że musi tak być w istocie. Miała ładną figurę, zdawało się też, że w jej ciemnych lokach, brązowych oczach i twarzy w kształcie serca jest coś, co przyciąga do niej mężczyzn każdego rodzaju – żonatych i wolnych, młodych i starych. Wszyscy tłoczyli się wokół niej, prawili komplementy, żartowali z nią i flirtowali, ona zaś pozwalała im na to, nie wyróżniając żadnego. Czuła się bezpieczna, bowiem była zakochana w szacownym Williamie Reversonie, młodszym synu wicehrabiego Whittlewood, i zamierzała go poślubić. Adoratorzy również wiedzieli o zaręczynach i zadowalali się niewinnymi flirtami.

Jednak pan Scorton, w źle dopasowanej peruce, o pełnych przesady manierach, był nią tak zauroczony, że nie wystarczało mu składanie pocałunków na dłoni i szeptanie do ucha niedorzecznych komplementów. Ośmielił się jej nawet oświadczyć! Dla Elyse była to cenna lekcja. Zdała sobie sprawę, że na przyszłość musi być ostrożniejsza, i żałowała, że nie zrozumiała tego wcześniej. Ale z drugiej strony, co miała zrobić, skoro mężczyźni przez cały czas obdarzali ją komplementami, ona zaś nie chciała sprawiać nikomu przykrości?

Z uśmiechem wyciągnęła dłoń do pana Scortona.

– Sir, wyszłam tu z panem, by zaczerpnąć świeżego powietrza, i jest mi niezmiernie przykro, jeśli przez to wzbudziłam w panu fałszywe nadzieje. Spodziewam się, że w dalszym ciągu będziemy przyjaciółmi.

Pan Scorton zacisnął pulchną dłoń na jej palcach.

– Jest pani tak dobra, tak wielkoduszna! Muszę nalegać, by jeszcze raz przemyślała pani moją propozycję.

Zanim zdążyła się zorientować, co się dzieje, pociągnął ją w ramiona.

– Ależ, panie Scor…!

Tylko tyle zdążyła wyjąkać, nim pokrył jej twarz żarliwymi pocałunkami. Był tego samego wzrostu co ona i kilkakrotnie szerszy, a owładnięty namiętnością, okazał się zdumiewająco silny. Nie była w stanie wyrwać się z jego objęć ani nawet kopnąć go w goleń, bo na przeszkodzie stanęły jej grube fałdy czarnych halek, toteż tylko odwróciła głowę i wzdrygnęła się, gdy wilgotne usta przesuwały się po jej policzku.

– Jak pan śmie, sir! Jestem w żałobie!

– W smutku jest pani jeszcze bardziej pociągająca.

– Wystarczy już, sir! Proszę mnie puścić!

Nie sądziła, że usłucha, toteż zdziwiła się, gdy ją uwolnił. Cofnęła się chwiejnie, przytrzymując się balustrady tarasu, i podniosła głowę, ale zanim zdążyła w ostrych słowach powiedzieć mu, co o nim myśli, zdała sobie sprawę, że nie są sami. Ciemnowłosy nieznajomy trzymał pana Scortona za gardło.

– Na litość boską, sir! – wydyszał Scorton. – Prawie mnie pan udusił!

– Musiałem znaleźć jakiś sposób, żeby odciągnąć pana od tej damy, a nie było na to lepszego sposobu niż zacisnąć pański krawat.

Policzki pana Scortona pokryły się cholerycznym rumieńcem.

– Na Boga, odpowie pan za to! Proszę podać nazwiska pańskich sekundantów!

Wyciągnął z pochwy szpadę i wyprostował się na całą swoją niezbyt imponującą wysokość, wciąż jednak był o kilka cali niższy od nieznajomego.

– Niech pan nie opowiada głupstw – odrzekł tamten chłodno. – Jestem opiekunem tej dziewczyny.

Pan Scorton zamilkł, Elyse natomiast pisnęła ze zdziwienia. Obaj mężczyźni zwrócili się w jej stronę, ale to obcy odezwał się pierwszy.

– Proponuję, sir, by się pan oddalił, bo do bolącego gardła dojdzie jeszcze zakrwawiony nos – rzekł znudzonym tonem.

Pan Scorton odszedł po krótkiej chwili wahania, a nieznajomy zbliżył się do Elyse. W pierwszym odruchu chciała się cofnąć, ale nie miała dokąd; jej spódnice już ocierały się o balustradę tarasu.

– Proszę się trzymać z dala ode mnie – powiedziała ostrzegawczo, wyciągając przed siebie rękę. Obcy stał plecami do oświetlonego okna, toteż Elyse nie widziała jego twarzy. Ni stąd, ni zowąd ogarnął ją niepokój i irytacja na adoratora, który oddalił się tak pospiesznie i zostawił ją samą z tym mężczyzną. Ten zaś nie próbował do niej podejść. Stał i patrzył na nią w milczeniu. To było równie irytujące.

– Nie mam pojęcia, kim pan jest – powiedziała ostro.

– Drew Bastion – odrzekł krótko bez żadnego ukłonu. – Pisałem z Francji, że ojciec pani zmarł i wyznaczył mnie na pani opiekuna.

– Nie potrzebuję opiekuna.

– Sądząc po tym, czego właśnie byłem świadkiem, chyba jednak pani potrzebuje – odparował. – Dziwi mnie, że zastałem w tym domu tak liczne towarzystwo.

– Ciotka ustaliła datę tego przyjęcia już dawno i teraz uznała, że nie będziemy go odwoływać, ale gdy dowiedziałyśmy się o śmierci papy, uprzedziłyśmy gości, że nie będzie muzyki ani tańców.

– Trzeba było uprzedzić, że nie będzie również żadnych flirtów.

– Ja nie…

– Obserwowałem panią, odkąd tu wszedłem – przerwał jej. – Przez cały czas była pani otoczona przez dżentelmenów. A pani zachowanie, nawet sposób, w jaki składa pani wachlarz, jest bardzo niestosowny dla osoby pogrążonej w głębokiej żałobie po śmierci ojca…

Urwał i powściągnął gniew. Żal po stracie Harry’ego był jeszcze bardzo świeży i Drew czuł się oburzony tak wyraźnym brakiem szacunku. Trudno jednak było winić pannę Salforde za to, że mężczyźni ubiegali się o jej względy. Była tak piękna, jak twierdził Harry. Przychodziło mu na myśl słowo „promienna”, bo choć ubrana była jak jezuita w szczelnie zapiętą suknię, matowa czerń podkreślała tylko porcelanową delikatność jej cery bez śladu różu czy pudru.

Zauważył ją zaraz po wejściu do bawialni. W innych okolicznościach podszedłby do niej i spróbował wzbudzić jej zainteresowanie, bo nie mógł zaprzeczyć, że miała doskonałą figurę i piękne hebanowe loki. Była jednak córką Harry’ego, a honor nie pozwalał mu flirtować z damą, którą powierzono jego opiece. Obecni tu dżentelmeni byli nią równie oczarowani i nie nakładali sobie żadnych ograniczeń.

Nie, nie mógł jej winić za to, że przyciągała uwagę mężczyzn, ale mógł ją winić za to, że z nimi flirtowała. I cóż właściwie myślała pani Matthews, urządzając przyjęcie zaledwie w trzy miesiące po śmierci brata? Naturalnie, to nie był Paryż, tylko Scarborough, ale z pewnością zasady obowiązujące w dobrym towarzystwie w Anglii nie mogły się zmienić tak radykalnie od czasu jego wyjazdu!

Dziewczyna dumnie uniosła głowę, jakby odczytała jego myśli, i w jej ciemnych oczach błysnęło wyzwanie.

– To bardzo spokojny wieczór, sir, w zupełności odpowiedni dla domu pogrążonego w żałobie. Goście przyszli tu tylko po to, by złożyć nam kondolencje.

Drew skrzywił się.

– Może takie były ich intencje, ale ci dżentelmeni, którzy kłębili się wokół pani, z pewnością nie zamierzali składać kondolencji, a pani w żaden sposób nie próbowała ich zniechęcić…

– To oburzające! Nie ma pan prawa mówić mi takich rzeczy.

Zignorował jej wybuch.

– …a potem wychodzę na taras i widzę tę pożałowania godną scenę. Na Boga, jest pani równie nieokiełznana jak pani ojciec!

– Jak pan śmie źle mówić o moim świętej pamięci ojcu?!

W jej ciemnych oczach błysnął gniew. Drew jednak poczuł nieoczekiwanie rozbawienie i odrzekł surowo:

– O pani ojcu, panno Salforde, można powiedzieć wiele rzeczy, ale z pewnością nie to, że był święty.

Sądził, że dziewczyna rzuci się na niego z pazurami. Otworzyła szerzej oczy i rumieniec na jej policzkach pogłębił się. Przygryzła jednak usta i popatrzyła na niego w milczeniu. Dostrzegał w tym spojrzeniu niechęć i wątpliwości. A zatem nie była tak zupełnie nieświadoma tego, kim był jej ojciec, pomyślał Drew i odezwał się spokojnie:

– Wystarczy już tego, panno Salforde. Może poszukamy pani ciotki?

Elyse po króciutkim wahaniu oparła palce na jego rękawie. Przypomniała sobie jego nazwisko – Andrew Bastion. Ciotka wymieniła je, czytając list. Elyse jednak, wstrząśnięta nowinami o nagłej śmierci ojca, nie zwróciła na to wówczas uwagi, podobnie jak na fakt, że wyznaczono go na jej opiekuna. Od śmierci matki przed dwunastu laty widywała ojca rzadko i na krótko. Przyjeżdżał roześmiany i pełen życia, przywoził im obydwu ekstrawaganckie prezenty, a potem znów znikał na całe miesiące, a nawet lata. Stał się dla niej odległą postacią, nierzeczywistym mitem, dlatego czuła się nieswojo, nosząc żałobę po człowieku, którego prawie nie znała.

Ale to jeszcze nie znaczyło, że ma wybaczyć temu mężczyźnie grubiańskie maniery. Sumienie podszeptywało jej cichutko, że być może zasłużyła sobie na jego reprymendę, nie przywykła jednak do krytyki. Mama zawsze ją rozpieszczała, a łagodna ciotka Matthews nigdy nie próbowała nawet jej kontrolować. Podobnie było ze znajomymi dżentelmenami: ledwie skończyła szkołę, stała się przedmiotem ich podziwu. Nawet starsi panowie, znajomi ciotki, patrzyli na nią z aprobatą.

Weszli do oświetlonego salonu i Elyse podniosła wzrok na towarzysza. Spodziewała się, że jako przyjaciel ojca będzie w podobnym wieku, i teraz ze zdziwieniem dostrzegła, że był od niego znacznie młodszy. Zapewne nie miał nawet trzydziestu lat i był bardzo przystojny. Wyczuł jej spojrzenie i również na nią popatrzył. Elyse szybko odwróciła wzrok. Ogarnęło ją dziwne uczucie, które wzbudziło w niej lęk. Choć widziała tego mężczyznę pierwszy raz w życiu, miała wrażenie, że zna go od zawsze, i była pewna, że nigdy go nie zapomni.

Pociągłą twarz przecinały ciemne, proste brwi nad przenikliwymi niebieskimi oczami. Wysoką sylwetkę Bastiona spowijał ciemnogranatowy aksamitny płaszcz obrzeżony srebrną lamówką. Spod niej przy szyi i przegubach wyłaniały się śnieżnobiałe koronki koszuli. Ubrany był modnie, we francuskim stylu, i choć jasnobrązowe włosy miał nieupudrowane i przewiązane prostą czarną wstążką, Elyse uznała, że jest bardzo elegancki i ma znacznie lepsze wyczucie stylu niż wszyscy obecni tu dzisiaj panowie. Nie zamierzała jednak dać po sobie poznać, co o nim myśli, tym bardziej że traktował ją z dezaprobatą. Ale chyba ta dezaprobata nie mogła trwać długo? Była pewna, że przystojny nieznajomy polubi ją, gdy ją lepiej pozna. W końcu jeszcze nigdy nie spotkała mężczyzny, który okazałby się odporny na jej urok. Zerknęła na niego jeszcze raz i poczuła odrobinę wątpliwości. Owszem, nigdy nie brakowało jej adoratorów, ale też nigdy wcześniej nie zależało jej na tym, by przyciągnąć do siebie uwagę mężczyzny. Z drugiej strony przecież nie zamierzała go uwodzić, chciała tylko, by ją polubił.

Potrząsnęła głową z politowaniem nad własną głupotą, powściągnęła oburzenie i odezwała się życzliwie:

– Czy naprawę jest pan moim opiekunem, panie Bastion?

– Tak. Ojciec zostawił panią pod moją pieczą. Mam ze sobą dokumenty poświadczające moją tożsamość, może je pani obejrzeć.

 

– Najmocniej przepraszam, nie zamierzałam podawać w wątpliwość tego, kim pan jest, ale po przeczytaniu pańskiego listu spodziewałam się kogoś starszego. – Rzuciła mu uśmiech. – Chyba nie może być pan wiele starszy ode mnie.

– Mam dwadzieścia sześć lat. To w zupełności wystarczy, bym nie dał się zwieść pani sztuczkom.

Błysk w błękitnych oczach sprawił, że się zarumieniła. Czyżby Drew Bastion potrafił przejrzeć jej myśli? Miała ochotę zaprotestować, ale uznała, że mądrzej będzie milczeć, dopóki nie pozna go lepiej.

Ciotka powitała ich z nieskrywaną radością.

– A zatem znalazł ją pan, panie Bastion? Czy była na tarasie, tak jak przypuszczaliśmy?

– Tak, ciociu – odrzekła szybko Elyse, nie pozwalając swemu towarzyszowi dojść do głosu. – Wyszłam zaczerpnąć świeżego powietrza. Pan Scorton zapomniał się nieco i zachował się w sposób niegodny dżentelmena. – Zerknęła szybko na stojącego obok mężczyznę. Nie chciała, by sądził, że rozmyślnie flirtowała ze Scortonem. – Zaproponował mi małżeństwo.

– Doprawdy, moja droga? Jakież to musi być dla ciebie nużące.

Elyse dobrze znała ciotkę i nie zdziwił jej spokój w jej głosie, ale pan Bastion nie był równie wyrozumiały.

– Zupełnie nie wydaje się pani zdziwiona, madame.

Pani Matthews przeniosła na niego wzrok.

– Myli się pan, sir. Jestem bardzo zdziwiona, bo wszyscy tutaj wiedzą, że Elyse jest przyrzeczona synowi wicehrabiego Whittlewood. Sądzę jednak, Elyse, że była w tym również twoja wina. Znamy tych wszystkich dżentelmenów od lat i nie ma nic złego w tym, że traktujesz ich przyjaźnie w salonie, ale nie powinnaś wychodzić z żadnym z nich na taras. To nie było mądre, moja droga.

Elyse przygryzła wargę. Wiedziała o tym i bez reprymendy ciotki. Cieszyła się, że pan Bastion nie ujawnił, do jakiego stopnia okazała się nierozsądna, ale jego milczenie jeszcze wzmogło jej irytację. Gdy któryś z gości zajął ciotkę rozmową, zwróciła się do niego, zamierzając go przeprosić, on jednak nie dał jej dojść do słowa.

– Proszę nie strzępić języka na próżno, panno Salforde. Nie uda się pani mnie ułagodzić.

– Nie miałam zamiaru…

– Wydaje mi się, że dotychczas zanadto pani pobłażano – ciągnął, jakby jej nie usłyszał. – Nic dziwnego, że pani ojciec prosił, bym wziął panią pod swoją opiekę.

Wyprostowała się dumnie, szykując gniewną ripostę, ale zanim zdążyła się odezwać, pan Bastion pociągnął ją za ramię.

– Panno Salforde, znajdźmy jakieś miejsce, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał w rozmowie.

– Nie mam ochoty z panem rozmawiać.

– Nie wątpię w to, niemniej jestem pani opiekunem i sądzę, że powinienem wyjaśnić kilka spraw. – Poprowadził ją do stołu z napojami, przy którym w tej chwili nie było nikogo. – Jest pani zepsuta i rozpieszczona i zdaje się, że uważa się pani za brylant czystej wody.

– W żadnym razie tak nie myślę – odrzekła z oburzeniem.

– Ale uważa się pani za lepszą od innych i sądzi pani, że potrafi owinąć sobie każdego mężczyznę wokół palca, czy nie tak? – Na widok jej rumieńca z satysfakcją skinął głową. – Chciałbym od początku postawić sprawę jasno, panno Salforde. Nie jestem cielęciem, które olśni pani byle uśmiechem, ani nie jestem aż tak stary, by traktować panią pobłażliwie.

Wyrwała mu rękę i popatrzyła na niego ponuro.

– Obraża mnie pan, sir.

Przysunął się nieco bliżej i znów dostrzegła ten niepokojący błysk w jego oku.

– Chciałbym tylko, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Ojciec pani wyznaczył mi rolę pani opiekuna i z tego, co widziałem dzisiaj, najwyższa już pora, by ktoś pani przypilnował.

Górował nad nią i miała dziwne wrażenie, że otacza ją jego cień. Jego niebieskie oczy wwiercały się w jej twarz, jakby próbował zajrzeć w jej duszę. Przeszył ją dreszcz i poczuła się zagrożona.

– Sądzę, że jest pan o wiele bardziej niebezpieczny niż jakikolwiek inny obecny tu mężczyzna – wyrwało jej się.

Twardy wyraz zniknął z jego twarzy i kąciki ust uniosły się w uśmiechu.

– Możliwe, że ma pani rację, panno Salforde, toteż radziłbym pani postępować ostrożnie. – Skłonił się lekko, obrócił na pięcie i odszedł.

Pozostała część wieczoru ciągnęła się nieznośnie. Elyse starała się trzymać jak najdalej od irytującego pana Bastiona, ale nie potrafiła się rozluźnić i dobrze bawić. Każdy mężczyzna, który się do niej zbliżał, wzbudzał w niej niepokój. Nie była zdolna odpowiedzieć nawet na najprostsze komplementy i szukała towarzystwa kobiet, zdeterminowana zachowywać się tak, by nikt już nie mógł jej oskarżyć o niewłaściwe zachowanie.

Gdy goście zaczęli się rozchodzić, poczuła ulgę, ale to jeszcze nie był koniec jej udręk. Okazało się bowiem, że ciotka Matthews zaprosiła pana Bastiona, by zatrzymał się pod ich dachem.

– Kazałam przynieść wino i ciasteczka do porannego pokoju – powiedziała do Elyse, uśmiechając się promiennie do pana Bastiona. – Muszę panu przekazać kilka dokumentów, a ty z pewnością zechcesz porozmawiać o ojcu.

– Oczywiście, ciociu, ale być może dla pana Bastiona pora jest nieco zbyt późna.

– Przecież już pani mówiłem, że nie jestem jeszcze w podeszłym wieku, panno Salforde – odrzekł Drew z błyskiem w oczach. – A od wszystkich słyszę, że pani nigdy nie brakuje energii.

Jej piorunujące spojrzenie nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia.

– Ja nie jestem zmęczona, ale ciocia być może tak – odrzekła słodko.

Ciotka Matthews roześmiała się.

– Absolutnie nie, przecież dopiero minęła północ. Chodźcie do pokoju porannego.

Godnie wyszła z bawialni. Elyse poszła za nią z wysoko uniesioną głową, ignorując dżentelmena u swego boku.

– Nie radzę pani ze mną walczyć, panno Salforde – mruknął.

– Nie mam na to ochoty – parsknęła ze zniecierpliwieniem. – Ale nie pozwolę, żeby rozstawiał mnie pan po kątach.

Zatrzymał się i obrócił ją twarzą do siebie.

– Zrobię wszystko, co konieczne, by panią chronić, tak jak życzyłby sobie tego pani ojciec. Czy to jest jasne?

– Absolutnie jasne. – Dostrzegła twardy wyraz jego twarzy, ale podniosła wyżej głowę i popatrzyła na niego buntowniczo. – Ale to jeszcze nie znaczy, że muszę pana lubić.

Poczuła konsternację, gdy uśmiechnął się szeroko.

– Jestem niepocieszony, ale niewątpliwie jakoś to przeżyję.

Syknęła z desperacją. Jak śmiał się z niej naigrawać? Wyszarpnęła ramię i pobiegła do porannego pokoju, zdecydowana zemścić się w odpowiedniej chwili.

– A zatem, panie Bastion, towarzyszył pan mojemu bratu w ostatnich chwilach jego życia.

Siedzieli we trójkę przy stoliku w porannym pokoju. Przed nimi stało wino i doskonałe ciasteczka. Drew popijał wino i zastanawiał się, jak wiele powinien im powiedzieć. Czy miał wyjaśnić, że jego i Harry’ego wyrzucono z Paryża i pobito? To zapewne byłoby dla dam mniejszym wstrząsem niż prawdziwy powód – ten, że Harry romansował z kochanką diuka. Spojrzał ponad stołem na Elyse, która z pochmurną twarzą skubała ciasteczko. Urodę zapewne odziedziczyła po matce, ale urok po ojcu. Podniosła głowę i zerknęła na niego spod rzęs w sposób, który natychmiast przyciągnął jego zainteresowanie. Zdusił je w zarodku i zmarszczył brwi. Zdawało się, że dziewczyna odziedziczyła po Harrym również zamiłowanie do flirtów.

– Mówił pan, że zmarł od poniesionych ran – ciągnęła pani Matthews. – Czy brał udział w pojedynku? – Uśmiechnęła się, gdy spojrzał na nią ze zdziwieniem. – Mój brat zawsze był łobuzem łasym na kobiety i poszukiwaczem przygód. Nigdy tego nie ukrywał. Nawet za życia matki Elyse nie potrafił się ustatkować i zmienić, więc nie musi się pan obawiać, że poczujemy się wstrząśnięte.

– Owszem, mieliśmy pewne kłopoty – wyznał Drew. – W Paryżu…

Urwał, przypominając sobie, jak na wpół ciągnął, a na wpół niósł półprzytomnego Harry’ego do gospody. Harry powiedział mu, że zna żonę właściciela. Drew zacisnął usta. Kłopot polegał na tym, że Harry znał żony wszystkich mężczyzn.

Elyse wciąż na niego patrzyła, choć nie próbowała już z nim flirtować. Jej spojrzenie było równe i nieruchome. Czuł, że dziewczyna czeka na jakieś wyjaśnienia, ale mimo wszystko chciał ją chronić przed prawdą i poczuł się nieswojo.