Poślubić księcia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Ellen stała nieruchomo, gdy książę okrążał stół i zbliżał się do miejsca obok niej. Krok miał pewny i poruszał się z wdziękiem wielkiego kota. Przy pierwszym spotkaniu skojarzył jej się z lwem za sprawą gęstej grzywy falistych jasnych włosów. Teraz te włosy były krótsze i ciemniejsze. Cztery lata temu rozjaśniło je egipskie słońce.

Nie wszystko złoto, co się świeci, pomyślała. Pani Ackroyd nazwała ich złotą parą, ale szybko się przekonała, że Max to zwykły tombak. Pozwoliła sobie paść ofiarą jego uroku, tak zaślepiona uczuciem, że zignorowała radę przyjaciółki i nie chciała czekać. Pośpiesznie zawarli ślub i zaledwie w kilka tygodni później okazało się, że to wszystko było tylko na niby.

A teraz człowiek, który złamał jej serce i zrujnował życie, stał nad nią i podawał jej ramię. Przyjęła je z uśmiechem. Przysięgła sobie, że nikt nigdy się nie dowie, jak bardzo była głupia i jak wiele wycierpiała, a już szczególnie Max Colnebrooke.

Statecznym krokiem Max poprowadził Ellen do sali balowej. Wstrząs, jakiego doznał, gdy znów ją zobaczył po tylu latach, minął. Cztery lata temu, gdy wrócił do Anglii, szukał jej długo i uparcie. Wbrew wszystkiemu miał nadzieję, że wróciła do niego, a nie zdradziła go dla francuskiego konsula, ale na próżno. Opuściła Egipt pod ochroną nowego kochanka bez żadnego słowa wyjaśnienia. Nawet się z nim nie pożegnała.

Teraz był zupełnie opanowany. Jego złość już dawno wystygła i nie chciał dać jej satysfakcji, pokazując, że jej zdrada o mało go nie zniszczyła. Ale były pytania, które chciał jej zadać, rzeczy, których musiał się dowiedzieć.

– Musimy porozmawiać – oświadczył.

– Nie, musimy zatańczyć. – Uśmiechała się, ale nie do niego. Podniosła rękę, pozdrawiając znajomych, którzy już byli na środku i kiwali na nich zapraszająco.

Mógł odmówić i odciągnąć ją w jakieś ustronne miejsce, ale w ten sposób ryzykował skandal. Wszyscy sądziliby, że uległ urokowi złotej wdówki, a nie chciał sprawiać takiego wrażenia, toteż zajął miejsce w szeregu. To był wiejski taniec, który mógł trwać dość długo, nawet godzinę. Miał ochotę zgrzytać zębami z frustracji, ale nic nie mógł na to poradzić. Ich rozmowa musiała poczekać.

Mężczyzna stojący obok niego, o ile sobie przypominał, pan Rudby, popatrzył na Ellen ze zdziwieniem.

– A niech mnie, myślałem, że miała pani zamiar już nie tańczyć. – Roześmiał się i popatrzył wymownie na Maksa. – Cieszę się, że ją pan przekonał, Wasza Wysokość, bo teraz mogę zarezerwować następny taniec dla siebie. I nie przyjmuję odmowy, bo byłoby to niezmiernie niegrzeczne.

Max dostrzegł niechęć w oczach Ellen, która nie mogła teraz odmówić, bo byłaby to poważna obraza. W duchu przeklął sztywne zasady obowiązujące na balach. Jeśli chciał uniknąć spekulacji, będzie musiał poprosić do tańca również inne damy, choć w tej sali była tylko jedna kobieta, z którą miał ochotę tańczyć.

Przypomniał ją sobie na pustyni. Wtedy jeszcze nie ograniczały jej konwencje. Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, była ubrana jak mężczyzna, w cienką jedwabną koszulę, szkarłatną kamizelkę i długie luźne spodnie wetknięte w buty do konnej jazdy. Był to bardzo praktyczny strój do jazdy na wielbłądzie. Z włosami przykrytymi szkarłatnym kwefem mogła uchodzić za chłopca, choć Max nawet przez chwilę nie wątpił w jej płeć. Na początku zauważył przede wszystkim jej roześmiane oczy, niebieskie jak szafiry.

Wybierała się do Gizy, a on ją eskortował, choć ryzykował, że zostanie odkryty tak blisko Kairu przez żołnierzy lojalnych Muhammadowi Alemu. Nim dotarli do piramid, zapadł już zmierzch, ale księżyc w pełni świecił jasno. Nocne powietrze było ciepłe i wonne, bryza od morza przynosiła ulgę po upalnym dniu. Ellen śmiała się, zdumiona tym, jak chropowata jest powierzchnia piramidy widziana z bliska. Gdy Max zaproponował, by wspięła się na piramidę razem z nim, nie wahała się ani chwili i zręcznie zaczęła się piąć w górę po wielkich kamiennych blokach. Potem siedzieli w zgodnym milczeniu na sporej wysokości i Max skradł jej pocałunek.

Ellen tańczyła z uśmiechem, a gdy muzyka przestała grać, przyjęła dłoń pana Rudby’ego, który poprowadził ją do następnego tańca. Tańczyła przez cały czas, odkładając chwilę, gdy będzie musiała stanąć przed Maksem. Wiedziała, że stanie się to jeszcze tego wieczoru i nic nie dało się na to poradzić. Tańcząc, zaczęła już się zastanawiać, jak szybko uda jej się zniknąć z Harrogate.

Po ostatnim tańcu poszukała wzrokiem księcia, przygotowując się w duchu na konfrontację. Była zdziwiona, gdy go nie zauważyła, a jeszcze bardziej zdziwiła się, gdy lady Bilbrough powiedziała, że książę już wyszedł.

– On ma nad nami przewagę – dodała – bo mieszka tutaj, w Granby, więc nie musi czekać na powóz.

Ellen poczuła zarazem ulgę i złość. Zrujnował jej wieczór, a teraz odebrał okazję, by mogła mu powiedzieć, co o nim myśli. Rozsądek jednak jej wrócił, gdy poszła po płaszcz i buty. Jeśli wolał zniknąć, tym lepiej. Naprawdę nie miała ochoty znów wracać do bolesnych wspomnień.

Ale było już za późno. Gdy usiadła, by zmienić buty, wspomnienia wróciły z pełną siłą. Znów znalazła się w luksusowej, pomalowanej w wesołe kolory kajucie dahabii[1], która kołysała się na kotwicy przy brzegu Nilu. Czuła dotyk miękkiej bawełnianej pościeli na skórze. Leżała w ramionach Maksa, nasycona miłością i senna.

– Nadchodzą kłopoty, kochana – powiedział jej między pocałunkami. – Nie mogę ci zdradzić nic więcej, ale wierz mi, kiedy powiem, że niebezpiecznie dla ciebie byłoby pozostawać dłużej w Egipcie. Musisz stąd wyjechać jak najszybciej. Osobiście odwiózłbym cię do Aleksandrii, gdybym mógł, ale to nie jest możliwe, więc jutro zorganizuję ci eskortę. Odszukaj brytyjskiego rezydenta, majora Missetta, on zorganizuje ci powrót do Anglii. Jedź do Portsmouth i tam na mnie czekaj. – Znów poczuła dotyk jego miękkich ust na szyi, słyszała jego głos. – Wybacz mi, ukochana, ale będzie bezpieczniej, jeśli będziesz podróżować jako panna Tatham. Gdyby wrogowie się dowiedzieli, że jesteś moją żoną, byłoby to dla ciebie znacznie bardziej niebezpieczne.

Na but kapnęła łza. Ellen szybko zamrugała powiekami. Słowa słodkie jak miód. Kłamstwa słodkie jak miód. Ale wtedy wszystko, co mówił, wydawało jej się zupełnie rozsądne. Jaka była głupia! Ze złością narzuciła płaszcz na ramiona i zeszła na dół. W holu znalazła Arncliffe’ów i razem pożegnali się z gospodarzami. Zauważyła ciemne kręgi pod oczami Fredericka.

– Na pewno jest pan zmęczony, panie Arncliffe – powiedziała szybko, zapominając o własnych troskach. – Mój powóz stoi tuż przy drzwiach. Jeśli pan chce, może pan wsiąść ze mną.

Frederick jednym ruchem ręki jednocześnie podziękował za ofertę i odrzucił ją.

– To bardzo miło z pani strony, moja droga, ale książę już oddał nam do dyspozycji swój powóz i właśnie na niego czekamy. Z pewnością nie będziemy musieli czekać długo.

Pochwycił go atak głębokiego kaszlu. Georgie z wyraźnym niepokojem kazała mu usiąść, a gdy odmówił, Ellen wzięła go za rękę i lekko pchnęła na ławkę.

– Proszę odpoczywać, sir, i niech pan nie sądzi, że poczuję się urażona. Przeciwnie, od tak dawna jesteśmy przyjaciółmi, że czułabym się urażona, gdyby nie zechciał pan usiąść. To musiał być dla pana męczący wieczór.

– Nonsens. Za nic w świecie nie chciałbym, żeby mnie to ominęło. Moje serce cieszy się na widok radości innych, a najbardziej ucieszyło mnie to, że tańczyła pani z moim starym przyjacielem Rossenhallem… Wyglądaliście razem doskonale, choć ostrzegam, by nie oddawała pani serca jego wysokości, bo on jest prawie zaręczony z moją siostrą, prawda, Georgie?

Ellen podniosła rękę do szyi. Zaręczony? Czyżby Max był zakochany w innej kobiecie?

– Z pewnością bardzo byś tego chciał, kochany…! – Roześmiała się Georgiana i przewróciła oczami.

Ellen próbowała się uśmiechnąć, zastanawiając się, ile jeszcze zniesie. Georgie objęła ją ciepło. Ellen obiecała, że odwiedzi ich wkrótce, i wreszcie mogła wyjść. Po obu stronach drzwi płonęły latarnie. Lokaj otworzył przed nią drzwi powozu. Weszła do środka i gdy powóz ruszył, z westchnieniem opadła na pikowane oparcie.

– Wreszcie jesteśmy sami, pani Furnell.

Poderwała się z miejsca i wpatrzyła w mroczny kąt powozu. Nie sposób było nie poznać tego głębokiego głosu. Gdy oczy przywykły do mroku, dostrzegła szczelnie owiniętą płaszczem postać.

– Jak się tu dostałeś? – zapytała z gniewem.

– Dowiedziałem się, który powóz należy do ciebie, i ukradkiem wszedłem do środka.

Usiadł i odsunął ciemny płaszcz. Zapewne jego właściciel zmywał teraz głowę lokajowi, który miał go pilnować. Ale mniejsza o to. Zamierzał zwrócić ten płaszcz następnego dnia zarządcy hotelu.

– Chyba nie spodziewasz się, że padnę ci w ramiona – rzekła ostro. – Jestem zdumiona, że ośmieliłeś się do mnie podejść.

– Ależ tak, droga pani.

– W takim razie zupełnie nie masz wstydu.

– A to dobre usłyszeć coś takiego od ciebie. To ty oddałaś się pod ochronę francuskiego konsula. Zapewne był bardziej w twoim guście niż biedny major.

– Jak śmiesz?! Pan Drovetti zorganizował nam bezpieczny wyjazd z Egiptu, i to wszystko.

– A dlaczego miałby to zrobić, gdybyście nie byli kochankami?

– Mówiłam ci wtedy, że on i pani Ackroyd korespondowali ze sobą długo przed naszą wizytą w Egipcie. Obydwoje bardzo interesowali się starożytnymi zabytkami…

Max skrzywił usta.

– Naprawdę sądzisz, że w to uwierzę? Gdy dotarłem do Aleksandrii, dowiedziałem się, że Drovetti wysłał cię statkiem do Francji. Zawsze byłem ciekaw, dlaczego do niego nie wróciłaś, gdy już wszystko ucichło. A może jego również oszukałaś?

 

Ellen zarumieniła się, ale nie pozwoliła się sprowokować.

– Tak naprawdę nie wyjechałyśmy do Francji, po prostu łatwiej było podać taką wersję. Chciałam stworzyć sobie szansę na nowe życie. – Jej ręce złożone na kolanach zadrżały. – W zamęcie, jaki zapanował, gdy Brytyjczycy najechali Aleksandrię, nie było to trudne. Pan Drovetti zorganizował nam miejsce na francuskim statku, a stamtąd przemycono nas do Anglii.

– I tam się ukryłaś. Pewnie przypuszczałaś, że za tobą przyjadę.

– Po co miałbyś to robić? – zapytała gorzko. – Dostałeś to, czego chciałeś.

– Dostałem, czego chciałem? Do diabła, kobieto, przecież się z tobą ożeniłem!

– To było zwykłe oszustwo. Jeden z twoich przyjaciół udawał kapelana. Wstyd mi, że dałam się na to nabrać.

– Udawał? Po co, do diabła, miałbym coś takiego robić?

– Żeby zwabić mnie do swojego łóżka.

Max obnażył zęby.

– To nie było konieczne. Przyznaj, że wskoczyłabyś do niego bardzo chętnie nawet bez ślubu.

Ellen nie miała najmniejszego zamiaru przyznawać się do czegoś takiego, choć rzeczywiście mówił prawdę. Była tak zakochana, że gotowa byłaby oddać za niego życie. Ale te czasy minęły.

Powóz zwolnił. Wyjrzała przez okno i powiedziała chłodno:

– Jesteśmy przed moim domem. Mój stangret odwiezie cię z powrotem do Granby.

– Ależ nie – powiedział, wysiadając za nią. – Jeszcze nie skończyliśmy naszej rozmowy.

Ellen wstrzymała oddech z oburzenia.

– Jak śmiesz! Nie chcę, żebyś wchodził do mojego domu.

– Sądzę, droga pani, że jest to mój dom. Jesteś moją żoną i wszystko, co posiadasz, należy do mnie.

– Nigdy nie zostaliśmy małżeństwem.

– Owszem, zostaliśmy – odrzekł ponuro. – I istnieją dokumenty poświadczające nasz ślub. – Pochwycił ją za ramię i wraz z nią przeszedł obok zdumionego kamerdynera, który przytrzymywał drzwi wejściowe. – Którędy? – warknął. – Chyba że wolisz rozmawiać w holu?

Ellen przez dłuższą chwilę patrzyła na niego w milczeniu, po czym poprowadziła go do bawialni. W pokoju płonęły tylko dwie świece. Kamerdyner wszedł za nimi, żeby zapalić kolejne. Ellen stanęła przed lustrem nad kominkiem, udając, że poprawia włosy, ale przez cały czas patrzyła na to, co się dzieje za jej plecami. Snow statecznie obchodził bawialnię, zapalając kolejne świece, zaś Max zdjął płaszcz, rzucił go na krzesło, a potem przyjrzał się karafkom stojącym na bocznym stoliku. Zacisnęła usta. Jeśli sądził, że ona zaproponuje mu coś do picia, to był w wielkim błędzie!

– Czy to już wszystko, proszę pani? – Ton kamerdynera był nienagannie uprzejmy, wiedziała jednak, że nie ma ochoty zostawiać jej samej. Cała służba była bardzo lojalna wobec niej, ale nawet gdyby ich o to poprosiła, nie mogliby siłą wyrzucić księcia z domu. Odwróciła się, skrywając niepokój za chłodnym uśmiechem.

– Tak, Snow, dziękuję. Możesz już iść. Zadzwonię, jeśli będę czegoś potrzebować. – Gdy kamerdyner się wycofał, dodała chłodno: – Daję ci pięć minut i ani chwili dłużej. Jest późno, a ja jestem bardzo zmęczona.

– Zdumiewasz mnie. Powiedziano mi, że złota wdówka może tańczyć aż do świtu.

– Przecież nie tańczymy.

– To prawda. W takim razie może usiądziemy? Ale najpierw chyba napijemy się brandy. – Powściągnęła oburzenie, gdy obrócił się do niej plecami i wyciągnął korek z jednej z karafek. – Napijesz się ze mną? A może madery? Pamiętam, że lubiłaś maderę, choć nigdy razem jej nie piliśmy. Wtedy mogłem ci zaoferować tylko mocną kawę, syrop różany i miętową herbatę. Pamiętam, że to też ci smakowało.

Ellen opadła na krzesło, opanowując drżenie. Nie chciała wspominać tamtych dni ani spędzonych wspólnie nocy.

– Chcę tylko tego, żebyś stąd wyszedł – wycedziła.

– Z pewnością tak – zgodził się, siadając naprzeciwko niej i swobodnie krzyżując nogi.

Patrzyła w ogień, zdeterminowana nie rozpoczynać rozmowy.

– Bardzo się zdziwiłem, że nie napisałaś do mnie po śmierci mojego brata – powiedział w końcu. – Sądziłem, że jeśli cokolwiek może cię znowu do mnie przywieść, to fakt, że zostałaś księżną.

– Ja… – urwała i po króciutkiej chwili powiedziała lodowato: – Nie zapominaj, że wiem, że nie jesteśmy małżeństwem.

Max sączył swoją brandy, robiąc dobrą minę do złej gry, choć zanadto był skupiony na tłumieniu gniewu, że zupełnie nie czuł jej smaku. Widok Ellen wstrząsnął nim do głębi. Sądził, że udało mu się o niej zapomnieć, ale gdy usłyszał jej beztroski śmiech, wróciły do niego ostatnie cztery lata pełne żalu, pustki i poczucia winy, wróciła cała gorycz, jaką czuł po jej zdradzie. Musiał użyć całej siły woli, by zachować choćby pozory spokoju.

– Z pewnością nie potrzebowałaś dużo czasu, żeby o mnie zapomnieć – zauważył i zakołysał szklaneczką. – A co się właściwie stało z twoim nowym mężem? Gdyby żył, musiałbym mu powiedzieć, że dopuścił się bigamii.

Ellen zaśmiała się gorzko.

– Nie musisz udawać, że to było prawdziwe małżeństwo. Gdy tylko wróciłam do Anglii, zasięgnęłam informacji. Moi prawnicy przejrzeli rejestry regimentu i potwierdzili to, co powiedział mi wcześniej Missett, że w tym czasie na południe od Kairu nie było żadnych brytyjskich oddziałów, najwyżej dezerterzy.

– Przecież ci wyjaśniłem, że moja jednostka miała specjalną misję, o której nawet konsul nic nie wiedział.

– Ale dlaczego nie znalazłam na to żadnych dowodów? Ludzie, którzy byli z tobą, kapelan…

– Doktor Angus zaraz po opuszczeniu Egiptu wyjechał do Ameryki Południowej… A pozostali… – Znów przeszyło go ukłucie bólu. – Wszyscy zginęli w Egipcie albo na półwyspie.

Wszyscy oprócz mnie. Znów przytłoczyło go poczucie winy. Kiedy Ellen go opuściła, nie dbał o własne życie, a jednak to właśnie on przeżył, wbrew ryzyku, jakie podejmował. Na jego oczach na polu bitwy ginęli jego przyjaciele i towarzysze, on jednak przetrwał.

– Dlaczego miałabym ci uwierzyć? – zapytała teraz Ellen. – Kiedy major Missett powiedział, że na południe od Kairu mogłam spotkać tylko dezerterów, przypuszczałam, że ty również przyjąłeś fałszywe nazwisko. Teraz jest jasne, że twoja dezercja została ukryta. W końcu rodzina nie chciałaby plamy na swoim nazwisku, prawda? Podobnie jak nie chciałaby, żebyś się ożenił z córką rzemieślnika. – W jej głosie zabrzmiało coś dziwnego, coś innego niż gorycz. Max zmarszczył brwi, ale ona tylko machnęła ręką i mówiła dalej. – Ale bez względu na to, jaka była twoja sytuacja, to małżeństwo było oszustwem. Doktor Angus, kapelan, który rzekomo dał nam ślub, w tym czasie przebywał na Sycylii. Missett powiedział mi to całkiem jasno.

– Niech go diabli wezmą!

– Nie próbuj obwiniać konsula. To ty mnie oszukałeś.

– Nie chciałaś w to uwierzyć, bo znalazłaś sobie innego kochanka.

Ellen zerwała się z krzesła.

– To kłamstwo!

– Doprawdy, droga pani? Dlaczego nie chcesz przyznać, że postanowiłaś związać swój los z Francuzami? W końcu to oni byli wtedy górą w Egipcie, sam ci o tym mówiłem. Próbowałem wynegocjować sojusz z mamelukami, ale oni zanadto zajęci byli walkami wewnętrznymi, żeby stawić wspólny opór paszy. A Bonaparte, choć przegrał bitwę nad Nilem, zamierzał podbić cały świat, więc któż mógłby się dziwić, że zmieniłaś stronę?

– Niczego takiego nie zrobiłam. Uznałam tylko, że bezpieczniej będzie wyjechać z Egiptu pod ochroną francuskiego konsula.

– A ja dowiedziałem się o tym od Missetta. Pięknie się zachowałaś jako moja żona!

– Nie jestem twoją żoną! – Podniosła rękę, ucinając jego protesty. – Raz już dałam się nabrać na twoje kłamstwa, ale to się nie powtórzy.

– Nie musisz mi wierzyć na słowo – odparował. – Sprawdź jeszcze raz. Dokumenty zostały już uzupełnione.

– Nie wierzę ci. Sprawdziłam wszystko dokładnie po powrocie do Anglii. Moi prawnicy przejrzeli nawet wszystkie rejestry ślubów dostarczone przez kapelanów. W żadnym nie było nawet śladu po naszym małżeństwie.

– Wszystkie dokumenty wróciły już do Anglii. Jeśli nie wierzysz mi na słowo, możesz polecić swoim prawnikom, żeby sprawdzili jeszcze raz. – Dostrzegł pierwszy błysk wątpliwości w jej wzroku i skrzywił się. – Jesteś moją żoną, droga pani, czy ci się to podoba, czy nie.

Ellen miała wrażenie, że stoi na krawędzi przepaści. Wciąż pamiętała ból i rozczarowanie, jakie ogarnęły ją, gdy wraz z panią Ackroyd przybyły do Aleksandrii i angielski konsul powiedział im kategorycznie, że na południe od Kairu nie stacjonują żadni brytyjscy żołnierze. Pomachał im wtedy przed nosem plikiem dokumentów zawierających szczegółowe informacje o ruchach oddziałów i okrętów.

– Wierzcie mi, drogie panie, gdyby na tym obszarze znajdowały się jakieś brytyjskie oddziały, wiedziałbym o tym. Obawiam się, że zostały panie oszukane przez dezerterów, którzy zdecydowali się połączyć swój los z losem mameluków.

– A kapelan? – zapytała pani Ackroyd, gdy Ellen zupełnie zaniemówiła.

– Znam osobiście doktora Angusa i gdyby był w Egipcie, to z całą pewnością by mnie odwiedził. Ostatni list od niego otrzymałem z Sycylii. Pisał, że zostanie wysłany do Ameryki Południowej. Zostały panie oszukane. Żołnierze, których panie spotkały, musieli być dezerterami.

Ellen doskonale pamiętała te słowa i szok, który przeżyła. Była niewiarygodnie głupia, wierząc Maksowi, nie mając żadnego potwierdzenia jego tożsamości. Zakochała się szaleńczo i wyszła za niego po dwóch tygodniach znajomości. Nigdy wcześniej nie porzuciła ostrożności i nie zaufała żadnemu mężczyźnie, dlatego to oszustwo zupełnie ją załamało. Chciała tylko jak najszybciej wyjechać z Egiptu. Pani Ackroyd stwierdziła, że francuski konsul ma znacznie większe wpływy niż siły sprzymierzone i z pewnością będzie potrafił szybko odesłać je z tego kraju. Ellen wiedziała, co pomyśli Max, jeśli się o tym dowie, ale nic jej to już nie obchodziło, a właściwie nawet się z tego cieszyła. To miała być niewielka zemsta za to, co jej zrobił.

Teraz jednak, gdy siedział w jej domu i chłodno odpierał jej argumenty, naszły ją wątpliwości. Chyba nie proponowałby, żeby jej prawnicy znów sprawdzili sytuację, gdyby nie był pewien tego, co mówi? A jeśli niewłaściwie go oceniała przez te wszystkie lata? Podniosła wzrok i zmroził ją jego zimny i pewny siebie uśmiech.

– Tak, droga pani, jest pani moją żoną… ale już niedługo.

Cała krew odpłynęła z jej twarzy. Przyłożyła dłonie do policzków. Max zaśmiał się pogardliwie i podniósł z krzesła. Czuła się jak we śnie. Odstawił pustą szklankę na stolik i znów się do niej odwrócił.

– Nie trzeba było się mnie tak szybko pozbywać, Ellen. Ale cztery lata temu żadne z nas nawet nie śniło o tym, że zostanę księciem, a ty księżną. Możesz być jednak pewna, że postaram się o jak najszybszy rozwód. To chyba nie powinno być trudne, prawda? Żona, która opuszcza męża dla innego mężczyzny i to w dodatku francuskiego urzędnika… Dochodzi jeszcze oskarżenie o bigamię. Rozwód będzie kosztowny, trudny i wystawimy się oboje na pośmiewisko, ale przetrwam to, żeby uwolnić się od ciebie.

Niemal go nie słyszała, przerażona własnymi myślami. Była tak zrozpaczona tym, co uznała za jego zdradę, że po powrocie do Anglii przybrała fałszywe nazwisko i postarała się ukryć. Nie dała mu żadnej szansy, by mógł jej wszystko wyjaśnić. Jeśli jednak rzeczywiście była w błędzie, doskonale potrafiła zrozumieć jego gniew i nienawiść.

Przygryzła usta i spojrzała na niego.

– Och, Max – szepnęła. – Nie potrafię powiedzieć, jak mi przykro…

Skrzywił się pogardliwie.

– Z całą pewnością jest ci przykro, ale trzeba było o tym pomyśleć, zanim mnie opuściłaś. – Sięgnął po kapelusz i rękawiczki. – Jutro napiszę do moich prawników z prośbą, by uwolnili nas oboje od tego żałosnego bałaganu.

Zdruzgotana, patrzyła na jego zimną kamienną twarz. Robiło jej się niedobrze na myśl, że mogła się pomylić. Nic dziwnego, że teraz ją nienawidził. Wyjazd z Aleksandrii pod ochroną francuskiego konsula był obrazą, której Max nigdy jej nie wybaczy. Wtedy jednak była przekonana, że to ona padła ofiarą oszustwa. Kręciło jej się w głowie. Jeśli małżeństwo rzeczywiście okaże się legalne, to musi się zastanowić nad swoją sytuacją. Nie była jednak w stanie tego zrobić w jego obecności.

Wzięła głęboki oddech, żeby uspokoić nerwy.

– Dobrze. Odprowadzę cię do wyjścia.

Zaczekała, aż Max włoży płaszcz, i wyszła z nim do pustego holu. Naraz doszedł ich dziecinny głosik.

– Mama! Mama!

Max zatrzymał się i popatrzył na stojącego na schodach złotowłosego chłopca. Ellen podbiegła do niego z okrzykiem i pochwyciła w ramiona. Na górze schodów pojawiła się spłoszona pokojówka.

 

– Och, proszę pani, tak mi przykro! Widocznie zostawiłam uchylone drzwi. Myślałam, że panicz James śpi, i wyszłam tylko na minutkę.

Ellen podniosła chłopca na ręce i przytuliła do siebie. Dziecko przez chwilę patrzyło wprost na Maksa, zaraz jednak powieki znów mu opadły i gdy Ellen oddała go niańce, już spał.

– Zabierz go z powrotem do łóżka, Hannah. I tym razem sprawdź, proszę, czy drzwi są dobrze zamknięte.

Odwróciła się do Maksa, chcąc go poprowadzić do drzwi, ale on się nie poruszył, tylko wycedził przez zaciśnięte zęby:

– To, droga pani, zmienia wszystko.