Miłość w czasach wojny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nawet po ciemku Randall nie miał wątpliwości, jak zadowoloną minę musi mieć Harriett. Pokręcił głową i zaklął pod nosem. Siostra zamierzała zabawić się w swatkę i nie marnowała czasu.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nazajutrz z rana, kiedy Mary wyjrzała z okna sypialni, Harriett w towarzystwie brata podjeżdżała konno pod dom. Uznała, że nie powinna dopatrywać się niczego dziwnego w tym, że Harriett zaprosiła go na przejażdżkę. Jego koń odznaczał się raczej siłą i wytrzymałością niż pięknym wyglądem. Wielki siwek był tak gęsto nakrapiany, że można by pomyśleć, że nie został zbyt starannie wyczyszczony. Sam lord Randall prezentował się zaś w siodle imponująco. Serce Mary zabiło radośnie, ale zdusiła ten przypływ emocji. Nie powinna sobie zbyt wiele wyobrażać. Wczorajszego wieczoru starał się być uprzejmy, wyraźnie jednak dawał do zrozumienia, że nie podoba mu się jej zachowanie. Dzisiaj też nie będzie łatwo w jego obecności, pomyślała. Oczywiście to bez znaczenia, przecież jej ani trochę nie zależy na opinii tego człowieka. Cieszyła się z góry na przejażdżkę z Hattie i nie pozwoli, żeby obecność Randalla zepsuła jej tę przyjemność.

Harriett dotrzymała słowa i przyprowadziła wierzchowca dla Mary. Temperamentna drobna kara klacz przeznaczona dla przyjaciółki była dużo lepsza od starej kobyły, której sama dosiadała. Mary wyraziła swoje obiekcje już w chwili powitania przed domem.

– Nie przejmuj się, naprawdę wolę swoją starą Juno – powiedziała Harriett. – Zresztą zależy mi na tym, byś była zadowolona.

– Będę – obiecała Mary, sadowiąc się w siodle, podczas gdy klacz niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę.

Mary była świadoma, że jest obserwowana przez hrabiego i odnosiła wrażenie, że on nie jest zadowolony z jej obecności. Zirytowała się. Nic na to nie poradzi, to nie jej wina, że lord wolałby pojeździć wyłącznie w towarzystwie siostry. Postanowiła nie zwracać na niego uwagi.

Harriett wyprowadziła konie na otwartą przestrzeń, gdzie mogli galopować. Hrabia trzymał się z tyłu, chociaż Mary czuła, że gdyby chciał, mógłby z łatwością prześcignąć obie towarzyszki. Gdy przeszli do stępa, również nie wykazywał chęci dołączenia do pań. W drodze powrotnej do domu Mary czuła się już tak mocno skrępowana jego obojętnością, że postanowiła zainicjować rozmowę. Skorzystała z pierwszej nadarzającej się okazji.

– Widzę, że pan wolałby mieć dzisiaj siostrę na wyłączność.

– Nie opowiadaj głupstw – zaprotestowała Harriett. – Justin jest na ogół małomówny. Nie jesteś przesadnie towarzyski, prawda, braciszku?

– Nie widzę konieczności prowadzenia towarzyskich pogawędek podczas spaceru konnego.

– To oczywiste, ale choćby zdawkowa rozmowa nie byłaby nie na miejscu – odparła Harriett. – Mógłbyś na przykład pochwalić wczorajszą suknię Mary. Moim zdaniem wyglądała wyjątkowo korzystnie.

– Nie zwracam uwagi na damskie stroje.

Niezrażona chłodną odpowiedzią Harriett upierała się przy swoim.

– Nie mogłeś nie zauważyć, jak dobrze Mary jeździ konno – nie poddawała się.

– Harriett, proszę, przestań, bo się zarumienię – zaprotestowała Mary, starając się obrócić w żart swoje zakłopotanie.

– Moja siostra ma rację. Nie nadaję się na towarzysza kobiet.

– Delikatnie mówiąc! – potwierdziła skwapliwie Harriett. – Kiedy wkładam nową suknię, zmuszam go, żeby powiedział, co o niej myśli… Jeśli mu się nie podoba, jego uwagi bywają druzgoczące.

– Nie możesz mieć mu za złe szczerości – zauważyła Mary.

– Oczywiście, że mogę – odparła niepoprawna siostra hrabiego. – Za długo jest w wojsku. Nie ma w nim krzty fantazji. Nie potrafi komplementować ludzi.

– Coś mi się wydaje, że Harriett próbuje powiedzieć, że nie należy wiązać ze mną żadnych oczekiwań, panno Endacott – zauważył z poważną miną lord Randall, lecz w jego oczach igrała wesołość.

– Dziękuję za ostrzeżenie! – Mary roześmiała się.

– Niestety… – Westchnęła z przesadą Harriett. – Mój brat jest zatwardziałym kawalerem – zmrużyła oczy i dodała przekornie: – pozostaje tylko mieć nadzieję.

– Jak udała się przejażdżka? Dobrze ci zrobiła, masz takie zdrowe kolorki na policzkach – wypytywała przed kolacją pani Bentinck.

– A co myślisz o hrabim? – zainteresował się pan Bentinck. – Był równie mało towarzyski jak ostatniego wieczoru?

– Dokładnie tak samo – potwierdziła Mary. – Raz tylko nawiązaliśmy rozmowę. Przez cały czas nie wymieniliśmy więcej niż kilkanaście słów.

Trudno to nawet nazwać wspólną przejażdżką. Randall trzymał się na ogół na odległość. Mimo wszystko była świadoma jego obecności i było jej przyjemnie, że znajdował się w pobliżu. Może nawet zanadto przyjemnie. Czyżby zaczynała czuć do niego słabość? Przecież jest na to za stara. Tylko pensjonarki dają się zauroczyć mężczyznom, nie mając pojęcia o ich charakterze i poglądach. Rozsądnym dwudziestoczteroletnim kobietom to się nie zdarza. Kiedy siadała do kolacji, zaczynało w niej kiełkować niemiłe podejrzenie, że nie była ani taka dojrzała, ani taka rozsądna, jak myślała.

Randall i Harriett wracali do Somervil w milczeniu. Być może Hattie była tylko zmęczona i spieszyło się jej, bo zanosiło się na deszcz. Randall podejrzewał jednak, że gniewała się na niego, gdyż nie spełnił jej oczekiwań i nie okazał się wystarczająco miły dla jej przyjaciółki. Podejrzenie potwierdziło się po powrocie do domu, kiedy natknęli się w holu na Theo.

– O, już jesteście. Jak było, kochanie? – zapytał.

– Mnie całkiem przyjemnie. Ale zamierzam poprosić Robbinsa, by zaparzył ziółek swojemu panu. Justinowi dolega dzisiaj wątroba.

– Nic mi nie dolega.

– Nie odzywałeś się wcale, a Mary po prostu ignorowałeś. Martwiłam się o ciebie.

Randall wprowadził siostrę do pokoju. Theo poszedł za nimi, zamykając przed nosem drzwi przysłuchującemu się sprzeczce z kamienną miną służącemu w holu.

– Celowo postanowiłeś być odpychający – atakowała Harriett.

– Nieprawda. Postanowiłem cieszyć się przejażdżką. Nie miałem zamiaru nikogo zabawiać.

– Mary nie jest nikim. To moja przyjaciółka.

– Tym bardziej nie powinnaś wzbudzać w niej fałszywych oczekiwań.

– Miałabym z tym trudności. Ona musi uważać ciebie za największego gbura Anglii – odpaliła Harriett.

– Moje życie jest związane z armią, Harriett. Kobiety, damy, nie odgrywają w nim żadnej roli i nigdy nie będą odgrywały. Powinnaś o tym wiedzieć i nie zabierać się do swatania mnie.

– Ja ciebie nie swatam – zaprotestowała niezbyt przekonująco. – Ale chciałabym, żebyś był miły dla Mary. Jej nie jest łatwo po śmierci rodziców i chociaż wiele ludzi tego nie pochwala, jest zdecydowana zarabiać na życie najlepiej, jak potrafi. – Zauważyła jego uniesione pytająco brwi, więc dodała: – Pozwól zatem, że ci o niej opowiem?.

– Nie, Harriett. Nie mam ani dość cierpliwości, ani chęci słuchać twoich opowieści. Specjalnie nie rozmawiałem z tobą o pannie Endacott – dodał łagodniejszym tonem – ponieważ wiem, że gdybym o nią zapytał, ty natychmiast zaczęłabyś planować ceremonię ślubną. A powinnaś wiedzieć lepiej niż ja, że panna Endacott nie byłaby dla mnie odpowiednią partią.

– Nie należy już do naszej sfery, ale pochodzi z porządnej rodziny.

– Dosyć! – uciął.

Zapadło milczenie. Randall westchnął i odezwał się łagodnym głosem.

– Hattie, niedługo wyjeżdżam do Brukseli, by stawić czoło największemu zagrożeniu, przed jakim nigdy dotychczas nie stał jeszcze nasz kraj. Nie mam czasu na romanse.

– Zostaw go, kochanie. – Theo dotknął ramienia żony. – Twój brat wyrusza na wojnę, powinien mieć umysł wolny od błahostek.

Randall był wdzięczny Theo za interwencję, ale szwagier mylił się. Randall nie miał wolnego umysłu. Jego myśli krążyły właśnie wokół panny Endacott. Niestety. Dlatego unikał jej podczas przejażdżki. Zauważył, jak dobrze sobie radziła konno i jak ładnie wyglądała w siodle. Jej strój do jazdy konnej z rdzawego cwelichu był może dość mało elegancki, ale nie zdołał ukryć ponętnych wypukłości figury. Randallowi nie udawało się nie wpatrywać się w nią bez przerwy. Wiedząc zaś, z jaką łatwością potrafi ona wciągnąć go w rozmowę, na wszelki wypadek trzymał się od niej cały czas z daleka.

Harriett tymczasem nie przestawała się boczyć. Randalla ruszyło sumienie. Za parę dni wyjedzie. Nie chciał rozstawać się z siostrą w gniewie. Uśmiechnął się blado.

– Przyznaję, że źle się zachowałem, Hattie. Przebacz.

Nie odpowiedziała, zaś Theo roześmiał się.

– Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby Randall przepraszał z taką pokorą, kochanie. Bądź mądra i przyjmij jego przeprosiny.

– Niech tak będzie. Ale mam nadzieję, że będziesz bardziej szarmancki, kiedy Bentinckowie przyjdą do nas na herbatę.

Randall nic nie odpowiedział, nie chcąc się do niczego zobowiązywać, a kiedy Harriett stwierdziła, że powinni zmienić zabłocone ubranie, z radością uciekł na górę do swojego pokoju.

Noc niczego nie zmieniła. Myśli Mary wciąż krążyły wokół lorda Randalla. Po zjedzeniu śniadania w sypialni wybrała się na długi spacer w nadziei, że wróci na tyle uspokojona, że będzie mogła normalnie rozmawiać z domownikami. Jej ulubiona trasa spacerowa wiodła ku Somervil, gdzie wpadała na chwilę do Harriett. Tym razem, wiedząc, że tam jest hrabia, wybrała się w przeciwnym kierunku. Wolała potykać się na kamienistej ścieżce przez zagajnik niż zaryzykować spotkanie z nim.

Jej zauroczenie lordem Randallem musiało się wziąć z nadmiaru wina, jakie wypiła podczas pierwszego wieczoru. Nie wstawiła się, ale wypiła więcej niż zazwyczaj podczas podobnych okazji towarzyskich. Bentinckowie mieli piwnicę bogatą w najlepsze gatunki win, łatwo więc było stracić umiar, zwłaszcza kiedy człowieka trapiły trudności finansowe i czekała go perspektywa długiej i męczącej podróży.

 

Lord Randall z całą pewnością zawrócił jej w głowie. I to wcale nie dlatego, że wyróżniał się powierzchownością spośród wszystkich gości. Do tej pory nie zwracała uwagi na wygląd zewnętrzny mężczyzn. Ceniła u nich przede wszystkim inteligencję, kulturę osobistą i wiedzę. Tacy przystojniacy jak lord Randall budzili w niej skojarzenie z drapieżnikami.

Nie imponował jej jego tytuł. Gardziła mężczyznami, którzy z racji urodzenia i bogactwa uważali się za lepszych od innych i żyli w przekonaniu, że wolno im więcej. Sama nie wiedziała, czy jego atutem były przenikliwe niebieskie oczy, czy melodyjny głos. Kiedy zwracał się bezpośrednio do niej, czuła się tak, jakby ktoś muskał ją po skórze piórkiem. Na samą myśl o tym przenikał ją rozkoszny dreszcz.

Czyżby wkraczała w staropanieństwo? Zauważyła, jak bezbronne bywają starzejące się kobiety wobec przystojnych młodych mężczyzn. Czy tak dzieje się z nią? Czy pozostało jej już tak niewiele godności, że jest gotowa zgłupieć na widok przystojnej męskiej twarzy? Nie. Nie skończy tak żałośnie. Jest inteligentną kobietą i ma dość charakteru, żeby do tego nie dopuścić.

Na szczęście podczas wczorajszej przejażdżki konnej nie zrobiła i nie powiedziała nic, co świadczyłoby o jej zauroczeniu. Ale i on nie wysilał się, żeby zaskarbić sobie jej sympatię. Kiedy dojechali do domu, nie pomógł jej nawet zsiąść z konia.

– Źródło zauroczenia tkwi wyłącznie w tobie – powiedziała do siebie. – Więc zduś je w zarodku, inaczej przysporzy ci kłopotów.

Była tak głęboko pogrążona w myślach, że nie zauważyła, że zeszła na ścieżkę wzdłuż strumienia i każdemu stawianemu krokowi towarzyszy ból lewej stopy. Usiadła na obalonym pniu drzewa nad wodą i zdjęła but. Wszystko stało się jasne. Kamyk wpadł do buta, przetarł pończochę i spowodował skaleczenie, które zaczynało pulsować i dość obficie krwawić. Zdziwiła się, dlaczego wcześniej tego nie zauważyła. Rozejrzała się, czy ktoś nie patrzy, zdjęła pończochę i zanurzyła stopę w strumieniu. Po początkowym szoku zimna woda zaczynała działać kojąco.

Obejrzała brązowe półbuty, w których wybrała się na spacer – były prawie nowe. Na szczęście wyściółka z cielęcej skórki nie zdążyła wchłonąć zbyt dużo krwi. Dobrze, bo te półbuty były takie wygodne, że zamierzała włożyć je na czekającą ją długą drogę.

Wyciągnęła nogę ze strumienia, zadarła spódnicę i zaczęła osuszać stopę halką. Wtem usłyszała, że ktoś jedzie ku niej konno.

– Lord Randall!

– Panna Endacott!? Potrzebuje pani pomocy?

Mary zamarła.

– Skaleczyłam stopę – wyjaśniła, starając się zachowywać tak, jak gdyby odsłanianie nóg w obecności dżentelmena było dla niej czymś zupełnie zwyczajnym. – Nic poważnego, proszę się nie fatygować…

Za późno. Zeskoczył z konia i był już przy niej.

– Pani pozwoli, obejrzę ranę.

– Nie! To drobiazg, zapewniam. Niech pan nie robi sobie kłopotu.

Zignorował jej protesty, uklęknął obok i uniósł skaleczoną stopę za piętę. Mary skoncentrowała się na utrzymaniu spokojnego oddechu, bo stawał się bardzo nierówny.

– Dziękuję, milordzie – odezwała się z taką godnością, na jaką tylko mogła się zdobyć. – Nie chcę pana zatrzymywać. Właśnie miałam włożyć z powrotem but i…

– Nonsens – przerwał jej szorstko. – Otarcie wciąż krwawi i należy je opatrzyć. Chwileczkę…

Wyciągnął z kieszeni czystą chustkę do nosa. Mary chciała protestować, ale brakowało jej słów. Miał delikatny dotyk i wkrótce poddała się uczuciu przyjemnej niemocy. Złożył chustkę tak, że przypominała bandaż, i obwiązał nią stopę.

– Powinno się trzymać. – Wstał. – Ale o włożeniu buta nie ma mowy. Zawiozę panią do domu konno.

Uniósł ją i posadził bokiem na łęku, następnie sam wskoczył na siodło. Mary nie potrafiła powstrzymać rumieńca, kiedy przyciągnął ją blisko do siebie.

– Będzie pani bezpieczna – powiedział.

Ochraniana z obu stron jego ramionami nie mogła spaść z konia. W tym sensie była bezpieczna. Jednak nigdy nie znajdowała się tak blisko żadnego mężczyzny, oprócz ojca, kiedy w dzieciństwie siadała mu na kolanach. Czuła, jak obejmują ją silne uda Randalla. Siedziała prosto, ściskając zdjęty z nogi but, i walczyła ze sobą, żeby nie odchylić się do tyłu i nie oprzeć głowy na jego piersi.

Dziwne, pomyślała. Droga, którą szła kilka minut temu, teraz wyglądała zupełnie inaczej. Wtedy nie dostrzegała mnogości szafirków wśród pokrywającego grunt dywanu młodych pędów dzikiego czosnku. Słońce świeciło jaśniej poprzez gałęzie drzew, na których zaczynała pęcznieć młoda zieleń, nawet ptaki śpiewały głośniej i weselej. Pachniało wiosną. Wiosna – ukochana pora roku poetów i zakochanych, pomyślała i zaraz otrząsnęła się. Gardziła tanim sentymentalizmem.

Hrabia nie silił się na rozmowę, nie ściskał jej, nie kleił się. Mary poczuła się swobodniej.

– Chyba powinnam panu podziękować za ratunek. Droga powrotna zajęłaby mi dużo czasu.

– Zrobiłbym to dla każdego kulawego stworzenia. Gdyby koń zgubił podkowę, nie siadałbym na niego, tylko przyprowadził go do domu na piechotę.

– Czyżby pan porównywał mnie do konia, lordzie Randall? – zapytała z niedowierzaniem.

– Ten koń ma dużą wartość, panno Endacott.

Czy naprawdę mówił poważnie? Mary zaryzykowała spojrzenie na jego twarz. Patrzył przed siebie z posępną miną, lecz odniosła wrażenie, że w głębi duszy się śmieje. Spuścił na nią wzrok i rzeczywiście zauważyła błysk wesołości w przepaścistej głębi jego niebieskich oczu, podobny do błysku słońca odbitego od tafli jeziora.

Odwróciła głowę. To niemożliwe. Lord Randall był podobno, według Hattie, zupełnie pozbawiony poczucia humoru. Odkrycie ponownie wytrąciło Mary z równowagi.

– Jeśli zsadzi mnie pan tutaj, milordzie, to przez małą furtkę w ogrodzeniu trafię prosto do przydomowego ogrodu. Nie musi pan trudzić się dowiezieniem mnie do samego domu.

– To żaden trud, panno Endacott. Mój koń z łatwością unosi dodatkowy ciężar, zapewniam panią.

Mary nie wiedziała, czy się śmiać, czy złościć. Spróbowała jeszcze raz, bardziej stanowczo.

– Nalegam, milordzie.

– Już dojeżdżamy. Dowiozę panią pod same drzwi.

Koń Randalla był wysoki, a skok na ziemię byłby z pewnością bolesny. Zresztą hrabia zamknął ściślej ramiona, jakby chciał jej wybić z głowy tego rodzaju niedorzeczne pomysły.

– Jest pan obrzydliwie władczy.

– A pani irytująco niezależna.

– Jestem dumna ze swojej niezależności. Mam własny dom, a moja instytucja cieszy się ugruntowaną renomą. Mam wśród patronów czołowe nazwiska w kraju.

– Jestem o tym przekonany. Ale nie pozwolę pani zsiąść samej i zaryzykować zaognienie rany.

– Całe szczęście, że jest pan kawalerem! – Zazgrzytała zębami ze złości. – Z pańskimi manierami trudno by było wytrzymać z panem każdej kobiecie.

– Pełna zgoda, panno Endacott. Z tego powodu pozostaję w bezżennym stanie.

Mary zaniemówiła. Na szczęście podjeżdżali pod dom, gdzie czekała już na nich pani Bentinck.

– Zauważyłam was z okna bawialni – powiedziała. – Co się stało?

– Panna Endacott skaleczyła się w stopę. – Hrabia zsiadł z konia, zsadził Mary z siodła i postawił ją na progu. – Ponieważ nie mogła włożyć buta ze względu na opatrunek, przywiozłem ją do domu. Nie ma powodu do niepokoju. Po wymoczeniu stopy w wodzie z dodatkiem soli i założeniu plastra będzie mogła znowu chodzić.

– Tak, tak, oczywiście. – Pani Bentinck objęła Mary ramieniem. – Rzecz w tym, że pani Graveney zaprosiła nas dzisiaj po południu do Somervil na herbatę.

– Nie widzę powodu, dla którego pani z mężem nie mieliby przyjść – powiedział. – Jestem pewny, że siostra wykaże zrozumienie, jeśli panna Endacott zechce resztę dnia spędzić w łóżku.

Skinął paniom na pożegnanie, wskoczył na konia i odjechał bez oglądania się za siebie. Mary miała chęć rzucić w niego butem, który wciąż trzymała w ręku. Co on sobie myśli? – powtarzała w duchu. – Że jest hipochondryczką i z byle powodu położy się do łóżka?

Randall z trudem oparł się chęci obejrzenia się za siebie. Był pewny, że Mary nie posiada się z oburzenia.

Uśmiechnął się do siebie. Co takiego jest w tej kobiecie, że ciągle ma ochotę ją prowokować? Normalnie nigdy by tego nie robił. Wiedział, że to dziecinne, ale przy Mary Endacott czuł się trochę właśnie jak smarkacz. Może sprawiała to jej niezależność i determinacja, by nie zabiegać o jego względy. Zazwyczaj kobiety stawały na głowie, żeby mu się spodobać. Była jedyną znaną mu kobietą, która uważała, że miał rację, pozostając kawalerem, nie potrafił wszakże zrozumieć, dlaczego ona postanowiła nie wychodzić za mąż.

Randall został zniechęcony do małżeństwa przez swoich rodziców. Kiedy matka traciła młodość, ojciec zabawiał się z kochankami i nie przepuszczał nawet kobietom z Chalfont. Randall postanowił, że nigdy nie skaże na taki los żadnej kobiety. Dorósł w przekonaniu, że ludzie powinni pobierać się z miłości, a nie mógłby wymagać miłości od kobiety, skoro sam nie był pewny, czy potrafiłby dochować jej wierności. Podejrzewał, że jest pod tym względem nieodrodnym synem swojego ojca. Czyż nie dowiódł lata temu, jak bardzo są do siebie podobni?

Nie, pozostanę żołnierzem, stwierdził w duchu. W ten sposób zachowam kontrolę nad swoim życiem.

Mary wciągnęła czystą jedwabną pończochę na opatrzoną plastrem stopę. Prawie nie czuła bólu, ale postanowiła, że po południu nie pójdzie do Somervil. Zacznie przygotowania do wyjazdu, szkoda czasu na takie błahostki, jak popijanie herbatki. Tym bardziej że Harriett zrozumie.

I nie będzie musiała znowu patrzeć na lorda Randalla.

– Tym lepiej – powiedziała na głos. – Pokażę, że mam dość rozumu, żeby nie pakować się w niebezpieczne sytuacje.

Niebezpieczne? A jakież to niebezpieczeństwo może grozić ze strony mężczyzny, który ledwo ją dostrzega. Lord Randall nie stanowi żadnego zagrożenia, zresztą i tak ona wkrótce wyjedzie. Nie ma powodu, żeby go unikać. Chyba że się go boi…

– Oczywiście, że się go nie boję.

Bo czego się bać? Wszystko, co mówił, znajdowało logiczne wyjaśnienie. Trzeba stanąć oko w oko ze swoimi demonami. A lorda Randalla trudno nazwać demonem. Owszem, jest dumny, lubi narzucać swoje zdanie i oczekuje posłuszeństwa, ale nie jest demonem.

Pójdzie dzisiaj po południu do Somervil i udowodni, że nic złego nie może wyniknąć z tego, że napije się tam herbaty.

– Jest tak ciepło, że zastanawiałam się, czy nie postawić stołu na tarasie. Mary, czy to prawda, co opowiadał mi Randall? Skaleczyłaś stopę? – dopytywała się Harriett, prowadząc gości do bawialni.

– Tylko otarłam. Jak widzisz, chodzę.

Pan Graveney i lord Randall stali pod oknem. Mary dygnęła przed nimi i usiadła w fotelu w odległej części pokoju. Randall, przy korpulentnym Graveneyu, wydawał się jeszcze wyższy, niż był w rzeczywistości. Wyglądał jak uosobienie spokoju i siły. Mary pomyślała nagle, że przyjemnie byłoby mieć kogoś, komu można by złożyć głowę na piersi.

– Byłoby miło, prawda Mary? – zapytała pani Bentinck, wręczając jej filiżankę z herbatą.

– Przepraszam… nie wiem, o co chodzi… zamyśliłam się… – wyjąkała Mary.

– Pani Graveney proponuje, abyśmy później wybrali się na spacer. Chce nam pokazać, jakie zmiany poczyniła w ogrodzie.

– Wspaniały pomysł – podchwyciła ochoczo Mary.

– Chyba że wolałabyś zostać ze względu na swoją stopę – zasugerowała Harriett. – Randall dotrzyma ci towarzystwa.

– Nie, nie, dobrze się czuję – zapewniła pośpiesznie. – Chętnie obejrzę wasz ogród przed wyjazdem.

– Zmiany wyszły mu na dobre – powiedział pan Graveney. – Naturalnie, nie ma porównania z ogrodami w Chalfont Abbey, wiejskiej rezydencji lorda.

– Nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Służba wojskowa nie pozwala mi spędzać dużo czasu w Chalfont, ale moja matka utrzymuje posiadłość w najlepszym porządku.

– Mam nadzieję, milordzie – włączył się do rozmowy pan Bentinck – że nie ucierpiał pan zanadto w gościnie u nas. Znalazł się pan w istnej jaskini lwa.

– Bez przesady.

– Mój brat stara się być uprzejmy, panie Bentinck… – Roześmiała się Harriett. – Jego zdaniem, wielu pańskim gościom dobrze zrobiłaby służba wojskowa.

– Też tak uważam! – Również zaśmiał się Bentinck. – Albo żeby musieli zarabiać na życie, jak nasza biedna Mary, i poznali gorycz odrzucenia przez towarzystwo, które skądinąd bardzo chętnie korzysta z jej usług. Nieprawdaż, moja droga?

 

– Nie jest tak źle w gruncie rzeczy.

Randall zauważył delikatny rumieniec na policzkach Mary, kiedy Bentinck o niej mówił, i ucieszył się w jej imieniu, gdy rozmowa zeszła na inne tematy. Spojrzał na Harriett. Nalewała herbatę jak gdyby nigdy nic. Nie spodobało mu się to. Jak na jego gust, Graveney zbyt daleko zawiódł jego siostrę na drodze do radykalizmu, ale był u niego gościem, nie mógł więc ujawniać niezadowolenia.

Po wypiciu herbaty, kiedy znowu wypłynął pomysł spaceru, Randall postanowił wymówić się i opuścić towarzystwo. Niestety Harriett miała wobec niego inny plan.

– Nie możesz teraz zniknąć, Randall. Theo chce pokazać panu Bentinckowi nową książkę, którą kupił, a ponieważ ty już ją oglądałeś przed południem, musisz pójść z nami. Na świeżym powietrzu zniknie z twojej twarzy ta ponura mina.

Harriett wprowadziła panie do holu, gdzie włożyły kapelusze.

– Zamierzałam pokazać Mary nasz ogród już w zeszłym tygodniu, zaraz po jej przyjeździe, ale pogoda nie dopisała. Nie martwcie się, ścieżki wysypano na nowo żwirem, będą zupełnie suche.

Rzeczywiście, były suche, nie dość jednak szerokie, żeby wszyscy mogli spacerować razem. Harriett z panią Bentinck wysunęły się do przodu, Randallowi nie pozostało nic innego, jak iść obok Mary Endacott.

– Chyba nie tak zamierzał pan spędzić popołudnie – zauważyła. – Jeśli ma pan inne plany, chętnie przespaceruję się sama.

– Nie mam nic przeciwko pani towarzystwu. – Podał jej ramię. – Zresztą, gdybym udał się do innych zajęć, naraziłbym się na niezadowolenie siostry.

– Nie sądzę, żeby zanadto się pan tym przejął.

– Była pani w szkole z Harriett, panno Endacott. Wie pani, jak trudną jest osobą. Wszyscy Latymorowie mają silne charaktery z wyjątkiem naszej najmłodszej siostry, Sarah, która jest uosobieniem łagodności.

– I dlatego została zdominowana przez resztę rodzeństwa, jak podejrzewam.

– Bardzo możliwe. Jest zdecydowanie niepodobna do swojego bliźniaczego brata, Gideona. Z niego to istny narwaniec.

Szli przeważnie w milczeniu. Od czasu do czasu zatrzymywali się, by podziwiać nowe nasadzenia i kamienne posągi. Randall poczuł się nadspodziewanie zrelaksowany spacerem i popołudniowym słońcem. Spojrzał na milczącą Mary. Zdawała się być zadowolona. Pomyślał, że miło przechadzać się w towarzystwie kobiety, która nie uważa za konieczne bez przerwy klekotać. Minęli ogród różany z altanką na końcu. Wyobraził sobie, jak siedzą oboje na ławce wśród kwitnących róż, których upojna woń wypełnia powietrze. Ona kładzie mu głowę na ramieniu, a on otacza ją ramieniem i opiera policzek na jej płowych włosach.

Do diabła, człowieku, opanuj się! – skarcił się w duchu.

– Przepraszam, mówił pan coś?

Zwróciła ku niemu twarz z delikatnie uniesionymi brwiami. Zielone oczy patrzyły pytająco. Randall poczuł nagle, że chce przyciągnąć ją do siebie i pocałować jej pełne, czerwone usta. Zdziwił się temu nieoczekiwanemu przypływowi pożądania, uciekł wzrokiem w bok i gorączkowo szukał odpowiedzi.

– Wraca pani wkrótce do siebie… do swojego interesu, jak się domyślam.

– Tak, milordzie. W sobotę.

Popatrzył na wprost i zauważył, że pozostali sporo w tyle za siostrą i panią Bentinck.

– Będzie pani przykro wyjeżdżać?

– Naturalnie. Bentinckowie są nie tylko moimi krewnymi, lecz także starymi przyjaciółmi. Pozwoliłam sobie na te krótkie wakacje u nich po powrocie z Cuckfield. Mój ojciec zostawił tam pewne… niedokończone sprawy, kiedy zmarł będzie już ponad rok temu, a ja teraz je uregulowałam… Chodzi o jego długi, milordzie – dodała po krótkiej przerwie.

– Rozumiem.

– Wątpię.

– To dlatego jest pani zmuszona pracować? Żeby spłacić jego długi?

Jej reakcja była zaskakująca. Roześmiała się.

– Ależ nie! Lubię to, co robię, milordzie. Mam nadzieję, że nie uzna pan, że się przechwalam, jeśli powiem, że mam do tego talent. Jestem kobietą niezależną, nie odpowiadam przed nikim. Prawdę powiedziawszy, cieszę się, że wracam do pracy. Bezczynne życie jest nie dla mnie.

– Dla mnie też byłoby nie do zniesienia.

– Więc mamy coś wspólnego… – Uśmiechnęła się jakby z ulgą.

Randall poczuł, że czas zaryzykować.

– Więc po co czekać?

– Nie rozumiem.

Doszli do skrzyżowania dwóch ścieżek. Randall skierował Mary ku kępie drzew.

– Skoro pani chce pracować, jak to pani nazywa, to powinna pani pracować.

– Nie bardzo rozumiem, o czym pan mówi.

Przystanęła i spojrzała na niego. Wciąż uśmiechała się, ale między brwiami zarysowała się zmarszczka. Nie mógł się jej oprzeć. Ujął ją palcem pod brodę, zniżył głowę i pocałował w usta.

Mary znieruchomiała z wrażenia. Dotyk jego warg był obezwładniający, ale gdy ochłonęła, bynajmniej nie zamierzała mu się wyrywać. Otoczył ją ramionami, a ona oparła się o niego całym ciałem. Oddała pocałunek, jak gdyby była to rzecz najnaturalniejsza w świecie. Jak gdyby przez całe życie czekała na ten moment.

Własna reakcja była dla niej równie szokująca co jego pocałunek. Kiedy uniósł głowę, nie zrobiła nic, żeby się z jego ramion uwolnić. Przytuliła się do jego piersi i słuchała bicia serca. Była oszołomiona, niezdolna do zrozumienia tego, co się stało. Lord Randall, małomówny i daleki od romantycznych uniesień, nietowarzyski lord Randall, pocałował ją – pospolitą, rozważną Mary Endacott.

– Mamy jeszcze kilka dni, zanim się rozstaniemy – powiedział z ustami w jej włosach. – Powinniśmy je wykorzystać. Będziemy dyskretni, rzecz jasna. Bentinckowie może są wolnomyślni, ale nie mogę dopuścić do tego, żeby moja siostra dowiedziała się, co się dzieje.

Mary miała zamęt w głowie, wciąż nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, jakie zrobił na niej pocałunek, ale nawet w takim stanie zorientowała się, że jego słowa nie mają sensu.

– Co to ma wspólnego z moją pracą?

Patrzył na nią roziskrzonym wzrokiem, pod którego wpływem krew spłynęła jej do kończyn i poczuła, że robi się jej słabo. Gdyby nie trzymała się jego marynarki, ugięłyby się pod nią nogi.

– Wszystko. Wyjaśnijmy sobie od początku. Moim celem było zawsze to, żeby nie rozbudzać żadnych nadziei w sercach kobiet. Biorę przyjemność i płacę za nią, a także obdarowuję przyjemnością w zamian… mam nadzieję.

Jego piękny, głęboki głos brzmiał w jej uszach jak słodka pieszczota. Nie od razu zrozumiała znaczenie tych słów. Lecz kiedy przebiło się ono przez mgłę oszołomienia, euforia Mary opadła.

– Pan chce, żebyśmy zostali… – zająknęła się – …kochankami?

Czy byłoby ją na to stać? Nagle stan uniesienia zniknął, a pojawiła niepewność. Dyskutowała o takiej możliwości ze swoimi radykalnie nastawionymi przyjaciółmi, ale traktowała taki pomysł jako czysto teoretyczny, odważny krok sprzeciwu wobec obowiązujących w społeczeństwie konwenansów. W jej rozważaniach i w tych dyskusjach idealny kandydat na kochanka byłby starym znajomym, oddanym przyjacielem i towarzyszem, a nie poznanym przed kilkoma dniami żołnierzem.

– Jeśli życzy pani sobie użyć takiego określenia, to owszem. Będzie to dla pani bardzo korzystny interes, bo zamierzam być hojny.

Mary otrzeźwiała. Żadnych czułych słów, żadnych obietnic. Hrabia ubijał interes. Jaki? Aż nadto oczywiste. Uwolniła się z jego objęcia.

– Pan myśli, że ja jestem, że jestem… Pan myśli, że ja mu się sprzedam?

Był zdezorientowany. Zmieszanie, jakie dostrzegła w jego oczach, było najlepszym potwierdzeniem, że tak właśnie sądził.

– A nie jest tak? Sama pani mówiła, że zajmuje się handlem, że ma swoje dziewczęta, ale być może skoro pani zakład cieszy się takim powodzeniem, pani sama nie świadczy…

– Nie świadczę? – wyjąkała. – Nie, to straszne!

Odeszła kilka kroków, po czym odwróciła się.

– Jestem nauczycielką, lordzie Randall. Prowadzę szkołę dla dziewcząt!

– Co?

Gdyby nie była tak bardzo zdenerwowana, zdziwienie i konsternacja lorda Randalla rozśmieszyłyby ją, ale nigdy dotychczas nie było jej mniej do śmiechu niż w tym momencie. Prawdę mówiąc, zbierało się jej na płacz. Ukryła twarz w dłoniach.