Biały welonTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sarah Mallory
Biały welon

Tłumaczenie:

Krzysztof Puławski

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela!

Słowa zabrzmiały gromko w niewielkim kościółku, odbijając się echem od jego murów. Gideon Albury uśmiechnął się do stojącej tuż przed nim postaci w gęstym i długim welonie. Wyglądało na to, że jego wybranka bardzo poważnie potraktowała kwestię dziewiczej skromności.

Jest w końcu damą, kuzynką hrabiego Martleshama, i musi dbać o swoją reputację, pomyślał. W innym wypadku Gideon nie zdecydowałby się na ślub bez zgody ojca. I chociaż uważano go za zepsutego, to jednak nigdy nie posunąłby się do małżeństwa z kobietą z niższych sfer. Ale tak urodziwą młodą damę mógł bez większego wstydu przedstawić lordowi Rotham.

Z trudem koncentrował się na samej uroczystości, myślami przenosząc się do nocy poślubnej, i kiedy znalazła się przed nimi wielka księga parafialna, Gideon bez zawahania wpisał swoje imię i nazwisko do odpowiedniej rubryki. A potem patrzył, jak podpisuje się jego żona. Ręka jej lekko drżała, jakby bała się tego, co miało nastąpić.

W końcu i Martlesham wpisał się do rejestru jako świadek, uśmiechając się szeroko.

– Proszę, to koniec…

– Raczej początek – powiedział Gideon i uśmiechnął się do żony. – Chyba możemy już pozbyć się tego welonu…

Sięgnął w jego stronę, ale powstrzymała jego dłoń.

– Jeszcze nie – szepnęła.

Gideon zaśmiał się lekko.

– Uważaj, kochana, bo uznam cię za zbyt pruderyjną.

Spodziewał się, że usłyszy jej wspaniały, gardłowy śmiech, ale ona milczała, trzymając go mocno za ramię, gdy ją prowadził do kościelnych drzwi.

Wyszli z cienistego wnętrza i natychmiast oślepiło ich wiosenne słońce. Gideon ponownie się zatrzymał i obrócił w stronę żony.

– A teraz pozwól, że cię pocałuję. – Uniósł welon, a uśmiech nagle zniknął z jego twarzy. – Dobry Boże! – jęknął.

Nigdy wcześniej nie widział tej kobiety.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dominique stała nieporuszona, patrząc na zastygłą w grymasie niedowierzania twarz męża. Było w niej wszystko, czego się spodziewała: strach, niechęć, obrzydzenie… Wiedziała, jak się będzie czuł, kiedy odkryje, że padł ofiarą żartu. Zwłaszcza tak bolesnego żartu. Teraz przeciągnął dłonią po kasztanowych włosach, niszcząc staranną fryzurę, a tuż za nim rozległ się okrutny śmiech Maksa.

– No, mam cię, Albury!

– Ale… ja nic nie rozumiem. Twoja kuzynka…

– To jest właśnie moja kuzynka.

Max zarechotał, a Dominique aż ścisnęło się serce. Stojący obok niej mężczyzna wyglądał tak, jakby w dalszym ciągu nic nie rozumiał.

Nie mogła mu się dziwić, zamiast pięknej blondynki o pełnych kształtach miał przed sobą drobną brunetkę, którą widział po raz pierwszy w życiu.

– Czy coś się stało? – Pastor spojrzał z niepokojem na nowożeńców, a potem przeniósł wzrok na Maksa. – Lordzie Martlesham?

– Nie, nie, wszystko w porządku – zapewnił go Max, nie mogąc jednak powstrzymać chichotu. – Pan młody nie może po prostu uwierzyć we własne szczęście. – Dał znać gościom. – Zapraszam wszystkich na przyjęcie weselne. Powozy czekają.

– Chwilka. – Gideon strząsnął dłoń nieznajomej ze swojego ramienia. – A gdzie jest Dominique?

– Jeszcze nie rozumiesz? Masz ją przed sobą! – Max pchnął go lekko w stronę żony. – No, mój drogi, nie stój jak słup soli. Wracajmy do Abbey…

– Tak, jedźmy do Abbey – Dominique z trudem wydobyła z siebie głos. – I wszystko się wyjaśni.

Gideon zmarszczył brwi, a następnie chwycił ją za ramię i poprowadził do powozu. Musiała niemal biec, by za nim nadążyć. Następnie niemal wepchnął ją do środka i ponury niczym burzowa chmura usiadł obok. W okienku drzwiczek pojawiła się rozradowana twarz Maksa.

– No, Gideonie, spróbuj powściągnąć swoje żądze po drodze na wesele. Miałbyś za mało czasu, by w odpowiedni sposób zająć się młodą małżonką…

Przerażona Dominique zamknęła oczy. Powóz ruszył, ale ścigał ich jeszcze rechot stojącego przed kościelną furtą kuzyna.

– Rozumiem, więc to jeden z tak zwanych żartów Maksa?

Dominique zerknęła na Gideona. Mówił spokojnie, ale jego mina wskazywała na to, że najchętniej by ją udusił. Z trudem przełknęła ślinę.

– Tak.

– I wszyscy poza mną o tym wiedzieli?

– I poza moją mamą.

– Max zapewniał, że źle się czuje i dlatego nie może przyjechać na ślub.

Dominique spuściła głowę.

Maman nic nie wie. Inaczej nigdy by do tego nie dopuściła.

– Czy to znaczy, że Max wynajął kogoś do odgrywania twojej roli? – dopytywał się Gideon.

– Aktorkę. Agnes Bennet.

– Świetnie sobie z tym poradziła. Bez trudu uwierzyłem, że jest damą. A ty… – rzucił pogardliwie – …ty może naprawdę jesteś kuzynką Maksa, ale nie damą. Żadna dama nie zdecydowałaby się na udział w takim żarcie.

Dominique pochyliła się pod ciężarem jego pogardy. Mogła mu wyjaśnić, dlaczego zgodziła się wziąć w tej intrydze udział, ale właśnie przybyli do Abbey. Trwała więc w milczeniu, kiedy powóz zatrzymał się na podjeździe i lokaj w liberii otworzył drzwiczki powozu. Jej mąż wysiadł pierwszy i z przesadną uprzejmością wyciągnął ku niej dłoń.

– Cóż, pani, czeka nas wesele…

Dominique niechętnie ruszyła za nim w głąb domu.

– Może więc teraz wyjaśnicie mi, co się tu dzieje?

Gideon rozejrzał się po twarzach zgromadzonych w sali jadalnej gości. Odprawiono służbę i we wnętrzu znajdowało się około dwudziestu osób, ludzi, których znał mniej więcej od dwóch miesięcy, od kiedy to zaczął adorować blond piękność. Oczywiście jej samej tutaj nie było, zastąpiła ją chuda brunetka, z którą przed półgodziną się ożenił.

Wszyscy stali, nie przejmując się uroczyście zastawionym stołem i lśniącymi srebrami oraz szkłem. Gideon przyglądał się zebranym, ale nikt nie śmiał spojrzeć mu w oczy.

– To taki niewinny żart, mój drogi – odezwał się w końcu Max, a następnie nalał sobie kieliszek brandy ze stojącej na szafce karafki.

– Ale mnie nie ubawił.

Max obrócił się w jego stronę, wciąż się uśmiechając.

– Nie? To dziwne, wziąwszy pod uwagę to, co się zdarzyło w zeszłym roku w Covent Garden.

– Ach, więc o to chodzi. – Gideon pokiwał głową. – Chcesz mi odpłacić za to, że sprzątnąłem ci spod nosa boską Dianę.

– Zrozum, Albury, zajmowałem się nią od tygodni. Już byłem pewny, że będzie moja, kiedy nie wiedzieć skąd ty się pojawiłeś.

– I tylko dlatego wymyśliłeś tak niebywały plan?

– Cóż, tak. Moim zdaniem bardzo sprytny plan. – Max wypił spory łyk brandy. – Wynająłem Agnes Bennet, żeby zagrała moją kuzynkę, a ty dałeś się na to nabrać. Prawdę mówiąc, wręcz się w niej zadurzyłeś. Nie trzeba cię było długo namawiać, żebyś się oświadczył. Oczywiście pomogło mi to, że wciąż się gniewałeś z powodu awantury, którą ojciec urządził ci w Boże Narodzenie, i szukałeś sposobu, by się mu zrewanżować.

Gideon nie mógł temu zaprzeczyć. Przypomniał sobie ostatnie spotkanie z ojcem – pokłócili się wtedy nie na żarty. Prawdę mówiąc, miał już dość Maksa wraz z jego sztuczkami i żartami, ale nie lubił, jak ktoś krytykował jego przyjaciół. Stracił więc panowanie nad sobą i oznajmił, że zrobi ze swoim życiem, co mu się będzie podobać. Rzucił wtedy jeszcze: „Będę się przyjaźnił, z kim chcę, robił, co chcę, i ożenię się z kobietą, którą sam wybiorę”, po czym wybiegł z domu.

I proszę, dokonał właściwego wyboru! Jak niemądrze wtedy postąpił, że opowiedział Martleshamowi o całym zdarzeniu.

– Doskonale wiedziałeś, że ojciec wpadnie w gniew, jeśli poślubisz którąś z moich kuzynek – ciągnął hrabia. – Pomogło to, że była tak ładna. Prawdziwa angielska róża, prawda?

– Nie mogłeś się doczekać, aż zaciągniesz ją do łóżka, co? – odezwał się jeden z kompanów Maksa, fircyk z wielkimi zębami o nazwisku Williams.

Gideon zaczął się zastanawiać, dlaczego nie zauważył wcześniej, jak obleśny i fałszywy uśmiech ma ten człowiek. Max napełnił drugi kieliszek brandy i podał go Williamsowi.

– No i w dodatku wspomniałeś jeszcze, że nigdy w życiu nie ożeniłbyś się z Francuzką.

– No i co z tego? – Gideon zesztywniał.

Uśmiech na twarzy Maksa stał się jeszcze szerszy.

– Tak się składa, że moja kochana kuzynka jest właśnie Francuzką. Prawda, moja droga? – zwrócił się do niej bezpośrednio.

Dziewczyna nie odpowiedziała, skinęła tylko lekko głową. Gideon zmrużył oczy.

– Przecież Reynolds to angielskie nazwisko, a mówiłeś, że samo imię to taka rodzinna tradycja…

– Teraz mogę to sprostować. Co prawda imię rzeczywiście jest tradycyjnie nadawane pierwszym córkom w tej rodzinie, ale owa rodzina pochodzi z Francji. Powinieneś był uważniej patrzyć na to, co miałeś przed sobą w księdze. Ojciec Dominique nosił nazwisko Rainault, a nie Reynolds, i zajmował się handlem winem w Montpellier. Prawdziwy Francuz, a w dodatku żyrondysta!

– Co?!

Gideon porzucił wyniosłą obojętność i spojrzał ze zdziwieniem na wykrzywioną w złośliwym uśmiechu twarz Maksa.

Mais oui– rzekł tamten słodkim głosem. – Nazywałeś się wrogiem wszystkich Francuzów, prawda? Uznałem więc, że będzie zabawniej, jeśli ożenię cię z Francuzką.

W tym momencie przypomniały mu się słowa ojca z ostatniej rozmowy czy raczej kłótni: „Martleshamowie nie należą do najbardziej szanujących się rodzin – powiedział wicehrabia. – Moim zdaniem powinieneś bardziej uważać na to, z kim się przyjaźnisz”.

 

Wówczas jeszcze bardziej się rozgniewał, ale teraz zrozumiał, że ojciec miał rację. Ta prawda bolała go jeszcze bardziej.

Williams głośno zachichotał.

– Doskonały żart! Chyba po raz pierwszy ktoś cię tak nabrał, co, Albury? Zadurzyłeś się w tej aktoreczce. Świata za nią nie widziałeś. A Max naprawdę świetnie to urządził. Przygotował dla kuzynki nawet buty na obcasie, żebyś nie zauważył, że jest niższa od Agnes!

Williams wsadził swoją inkrustowaną srebrem laskę pod białą suknię, ale dziewczyna szybko się cofnęła, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce. Wszyscy wokół chichotali, a Gideon klął pod nosem. Jak to możliwe, że kiedyś był częścią tej grupy? Że uważał podobne wybryki za zabawne?

– To nie są żarty, Martlesham – rzekł wściekły. – Nie można tak dalece ingerować w życie innych ludzi!

Max wzruszył ramionami.

– Wszyscy uznali ten plan za niezwykle zabawny. – Wyciągnął kieliszek w jego stronę. – No, przyznaj, że udało nam się ciebie okpić, a potem zasiądźmy do weselnego posiłku. Poślę po pastora i mojego prawnika, tak żeby można było unieważnić to małżeństwo. W końcu mamy wielu świadków na to, że był to zwykły żart…

Gideon wziął kieliszek i wypił trochę brandy. Wszyscy wokół, poza kobietą w białej sukni – jego żoną – patrzyli na niego z wyraźnym rozbawieniem. Rumieniec wstydu już nie barwił jej policzków, stała obok niego blada i cicha. Teraz dopiero zauważył, jak jest drobna, i uderzyła go głębia własnego szaleństwa. Nie rozmawiał z ojcem na temat ślubu – miała to być zemsta za to, jak ostatnio został przez niego potraktowany. Nie zawiadomił nawet swego prawnika, wiedząc, że Rogers zażąda spisania intercyzy. Wziął za dobrą monetę zapewnienia Maksa, że będą mogli zająć się tym wszystkim po ślubie. Teraz, kiedy zrozumiał, na czym polegała jego gra, nie posiadał się z oburzenia.

– Mam oficjalnie przyznać, że dałem się nabrać? Miałem stać się pośmiewiskiem? – spytał, powoli wymawiając każde słowo. – Wykluczone!

Z satysfakcją zauważył, że niektórzy przestali się uśmiechać. Max zmarszczył brwi. Dziewczyna, z którą się ożenił, popatrzyła na niego z obawą. Teraz z kolei on mógł się szeroko uśmiechnąć, choć nie był to szczery uśmiech.

– Nie, przecież i tak musiałbym się kiedyś ożenić – ciągnął. – Wobec tego równie dobrze może to być twoja kuzynka, Martlesham. Nie zamierzam unieważniać tego małżeństwa.

– Nie! – Dominique zaprotestowała. Nie tak to przecież miało wyglądać. Spojrzała pytająco na kuzyna, ale twarz hrabiego pozostała nieprzenikniona.

– Usiądźmy – zaproponował Gideon, wyciągając dłoń w jej stronę. – To przecież nasze wesele.

Powiedział to nieznoszącym sprzeciwu tonem, więc poszła za nim, manifestując swoją niechęć, i zajęła miejsce przy stole obok niego.

Od dwóch miesięcy obserwowała go z bezpiecznej odległości, jak się bawi i flirtuje z kobietą, która grała jej rolę. Bardzo żałowała, że nie przypomina owej pięknej Agnes z jej głębokim, aksamitnym głosem i pięknym uśmiechem. Obserwowała, jak Gideon zakochuje się w aktorce, i myślała, że chętnie wymieniłaby swoje ciemne włosy na blond loki, a zielone oczy na niebieskie, gdyby mogła liczyć na choćby odrobinę tego uczucia.

Max nie protestował, kiedy odkrył, że przebrała się za służącą, by obserwować to, co działo się w ich domu. Prawdę mówiąc, uznał nawet, że ta maskarada dodaje pikanterii całej sprawie. Tymczasem Dominique była coraz bardziej oczarowana Gideonem Alburym. Różnił się od przyjaciół Maksa, nie był tak bezmyślny, tak nastawiony na zabawę i na to, by dokuczać innym. Na początku wydało jej się, że jego szczupła twarz jest nieco zbyt chłodna czy zacięta, ale obserwowała, jak się stopniowo ociepla, jak rozjaśnia ją uśmiech…

I w końcu się w nim zakochała.

Gdyby ktoś wcześniej jej powiedział, że będzie darzyć uczuciem człowieka, który nawet nie wiedział o jej istnieniu, uznałaby to za niedorzeczność. Ale po wielu tygodniach obserwacji uznała, że Albury nie jest zwykłym fircykiem z towarzystwa Maksa. Widziała, jak się zamyślał, kiedy nikt na niego nie patrzył. Dostrzegała smutek, który na krótko pojawiał się w jego oczach. Jako służąca musiała uważać na gości kuzyna wraz z ich niewczesnymi żartami i niestosownymi zachowaniami, ale Gideon nigdy nie zachował się w stosunku do niej nieodpowiednio. Bronił jej nawet, gdy któryś z towarzyszy Maksa zaczynał się jej narzucać. Był prawdziwym dżentelmenem.

Dominique niewiele jadła w czasie weselnego przyjęcia, a jeszcze mniej piła. Gideon sprawiał wrażenie spokojnego, wręcz rozluźnionego; śmiał się i żartował z gośćmi. Był wręcz wymarzonym panem młodym. Ale kiedy zaproponował wszystkim, by wznieśli toast na jej cześć, oczy miał zimne i ponure, a Dominique poczuła, jak dreszcz przebiegł jej po plecach.

Posiłek wreszcie się skończył, ale nie oznaczało to końca udręki. Wszyscy zaczęli wstawać, zbierać się w małych grupach, a Gideon uderzył kilkakrotnie widelcem w kieliszek, tak że wszyscy umilkli.

– Carstairs, jestem ci naprawdę wdzięczny za to, że udostępniłeś nam Elmwood Lodge. – Wstał i położył dłoń na oparciu krzesła Dominique. – Cóż, żono, czas się przebrać do podróży. Niedługo ruszamy.

Znowu rzuciła Maksowi pełne niepokoju spojrzenie, a on tylko wzruszył ramionami. Wstała więc w milczeniu, ale zawahała się, mijając kuzyna. Jej zdaniem sytuacja dojrzała do tego, by w końcu interweniował.

– Wykonałam swoje zadanie – rzekła cicho. – Proszę, zakończ to teraz.

Ku jej przerażeniu Max tylko uniósł jej dłoń do ust.

– Chciałbym być pierwszym, który ci pogratuluje udanego małżeństwa.

Ścisnęła jego dłoń, rozgniewana i przestraszona z powodu tych słów i złowrogiego uśmiechu, który pojawił się na jego wargach.

– A moja mama? Obiecałeś…

Max uniósł wyniośle brwi.

– Przecież dałem ci słowo. – Pochylił się w jej stronę i szepnął do ucha: – No idź już, moja droga. Nie pozwól, by mąż musiał na ciebie czekać.

Usta jej zadrżały i chciała powiedzieć, co myśli o jego zachowaniu, ale Gideon był blisko, więc ruszyła do drzwi.

Weszła do swego pokoju prawdziwie rozgniewana. Była zła nie tylko na Maksa, ale też na siebie. Nikt nie zmuszał jej, aby wzięła udział w tej „maskaradzie”, jak mówił kuzyn, i powinna się liczyć ze wszelkimi jej konsekwencjami. Liczyła jednak na to, że zgodnie z obietnicami Maksa, natychmiast po ceremonii unieważnią to małżeństwo. Tymczasem Gideon nie chciał na to przystać. Zapewne próbował wyjść z tej sytuacji z twarzą, a jednocześnie pragnął ją ukarać za rolę, jaką w niej odegrała.

Zerknęła do lustra i westchnęła głęboko. Nie mogła uwierzyć, by rzeczywiście chciał z nią wyjechać, ale w tej chwili nie mogła zrobić nic innego, jak tylko przygotować się do podróży.

Miała ze sobą jedynie oliwkową suknię, w której tu przybyła. Nie była ona nowa, ale ładnie skrojona ze złotym cyfrowaniem, i z pewnością wyglądała w niej na kuzynkę hrabiego. Haftowany i zdobiony koronką szal pozwalał ukryć zbyt duże wycięcie i ochronić się przed chłodnym marcowym wiatrem. Dominique wyprostowała się. Jeśli Gideon Albury chce kontynuować tę szaradę, podporządkuje się.

Ku jej konsternacji okazało się, że goście zebrali się w holu, by ją pożegnać. Max natychmiast podbiegł i podał jej ramię, jakby raz jeszcze chciał ją przekazać panu młodemu.

– Kazałem służącym przygotować dla ciebie kuferek – szepnął. – Nie mogę pozwolić, żebyś wyjechała stąd w jednej sukience.

Poprowadził ją do Gideona, który stał sztywno z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wstrząsnął nią nagły dreszcz, ale starała się to ukryć, spuszczając wzrok. Goście, pokrzykując, odprowadzili ich do podróżnego powozu, do którego dachu przywiązywano właśnie kuferek z jej rzeczami. Kiedy ruszyli, poczuła, że Gideon dotknął lekko jej ramienia.

– I cóż, moja droga, nie uśmiechniesz się do gości?

Cofnęła się w głąb powozu.

– Kiedy ma pan zamiar zakończyć tę maskaradę?

– Maskaradę? Nie wiem, o czym mówisz. To Martleshamowi wydawało się, że urządza jakąś maskaradę, że z kogoś sobie żartuje…

– A pan mu już odpłacił. Wyglądał na zaszokowanego, kiedy się dowiedział, że ślub ma być ważny.

– Tak, to było bardzo zabawne.

– Więc już się pan „zabawił” – rzekła z przekąsem. – Ale teraz już bym chciała to wszystko zakończyć.

– Zakończyć? Przecież dopiero zaczęliśmy nasze małżeństwo…

Popatrzyła na niego i serce na chwilę zamarło jej w piersi, kiedy dostrzegła w jego oczach wyraz zimnej determinacji.

– Ale… pan przecież nie chciał się ze mną ożenić!

– Dlaczego? Wcale nie żartowałem, kiedy mówiłem Maksowi, że w końcu i tak musiałbym się ożenić, a ty, moja droga, jesteś przecież jego kuzynką. – Przyjrzał się jej uważnie, wprawiając ją w zakłopotanie.

– Ależ to niesłychane! – zareagowała oburzeniem.

– Możliwe, ale powinnaś była przewidzieć wszelkie konsekwencje, zanim przystałaś na plan Maksa. Zostałaś moją żoną na dobre i na złe. Nie ma już odwrotu.

Zaniepokojony przerażeniem, jakie odmalowało się na twarzy Dominique, Gideon zamknął oczy i udawał, że śpi. Wciąż był wściekły, że tak dał się oszukać, i postanowił ją ukarać za to, co się stało.

Zastanawiał się, co ich czeka w Elmwood Lodge. Carstairs niemal udławił się winem, kiedy przypomniał mu jego obietnicę. Z pewnością nie spodziewał się tego, że jednak tam pojadą. Zauważył też, że kiedy Dominique się przebierała, odprawiono posłańca, zapewne właśnie do Elmwood, by kazał przygotować wszystko na ich przyjęcie.

Gideon uśmiechnął się do siebie, nie otwierając oczu. Nie zdecydował jeszcze, kiedy zakończy cała szaradę. Teraz to on prowadził grę.

Powóz w końcu wtoczył się na podwórko Elmwood Lodge i natychmiast stało się jasne, że wieści o ich przybyciu przyjęto z entuzjazmem. Otwartą bramę udekorowano wstążkami, a kiedy wysiedli, w ich stronę pospieszyło dwoje starszych służących. Gideon natychmiast rozpoznał Chiswicka, a towarzysząca mu żona pełniła funkcję gospodyni.

– Mój Boże – westchnął Gideon, kiedy otworzyli przed nimi szeroko drzwi. – To dopiero przyjęcie.

– Witamy państwa. – Pani Chiswick wysunęła się przed męża i uśmiechnęła szeroko. – W saloniku już pali się ogień. Przygotowałam wino i ciasta. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, pokoje również byłyby gotowe, a tak trzeba chwilę zaczekać.

Gideon podał ramię pannie młodej, a ta przyjęła je, choć z pewnym wahaniem. Była blada i wyglądała na zmieszaną, jakby nie wiedziała, jak ma się zachować. Weszli do domu. Duży, obity boazerią hol przybrano pospiesznie zielonymi gałązkami i wczesnowiosennym kwiatami.

Gideon ponownie westchnął – starsi służący najwyraźniej ucieszyli się z tego, że mogą podejmować nowożeńców. Poczuł, że dłoń Dominique zadrżała, i odruchowo ścisnął ją, żeby dodać jej otuchy. W saloniku zastali jeszcze więcej kwiatów, miły ogień, buzujący na kominku, i przekąski wraz z winem na stoliku obok. Gideon wybrał moment, kiedy gadatliwa gospodyni musiała w końcu nabrać powietrza w płuca, i wtrącił:

– Dziękujemy, pani Chiswick. Sami się obsłużymy.

– Dobrze, proszę pana. – Pani Chiswick wyjrzała jeszcze za okno. – Czy mamy się spodziewać służby?

– Nie, przyjechaliśmy sami.

– Ach… oczywiście.

Uśmiech, który pojawił się na ustach gospodyni, sprawił, że nawet on się zmieszał. Wolał też nie patrzeć na swoją towarzyszkę. Kiedy zostali sami, pospieszył z wyjaśnieniami:

– Bardzo mi przykro, ale kiedy Max powiedział, że twoja służąca zostaje w Martlesham, żeby opiekować się twoją matka, uznałem, że nie powinienem też brać swojego lokaja. Teraz widzę, że nie było to najlepsze posunięcie, bo budzi jednoznaczne skojarzenia.

– I bardzo naturalne, biorąc pod uwagę okoliczności – zauważyła.

Na tę spokojną uwagę odetchnął z ulgą. Przynajmniej nie wpadła w histerię, czego się spodziewał. Chociaż z drugiej strony musiała mieć nerwy ze stali, skoro zdecydowała się na tę całą komedię.

– Te okoliczności, jak je nazwałaś, wynikają w dużej mierze z tego, co sama zrobiłaś – przypomniał jej.

– Zdaję sobie z tego sprawę.

Zdjęła kapelusz i rękawiczki i zabrała się do rozwiązywania troków płaszcza. Stężała, kiedy Gideon położył dłonie na jej ramionach, pragnąc jej pomóc. Stał tak blisko, że wyczuł zapach jej konwaliowych perfum. Nagle zapragnął się pochylić jeszcze bardziej i ucałować jej delikatną szyję…

Zdziwiony własną reakcją Gideon natychmiast się wycofał. Ta kobieta nic dla mnie nie znaczy. Skąd ten pomysł? – zastanowił się, ale myśl o pocałunkach nie opuściła go.

 

Powoli mijała mu złość i zaczęło do niego docierać, że znaleźli się w bardzo niezręcznej sytuacji. Wyszedł z pokoju, żeby sprawdzić, czy powóz jeszcze stoi na podjeździe, ale było już za późno. Muszą spędzić ze sobą chociaż tę jedną noc.