Wbrew zasadom

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Samantha Young

WBREW

ZASADOM

Przełożyła

Aldona Możdżyńska


Tytuł oryginału: On Dublin Street

Copyright © 2012 by Samantha Young

This edition published by arrangement with NAL Signet, a member

of Penguin Group (USA) Inc.

All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2013 G+J Gruner+Jahr Polska

Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42

faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Przekład od rozdz. 21: Robert P. Lipski

Redakcja: Joanna Zioło

Korekta: Marianna Chałupczak

Projekt okładki: Panna Cotta

Zdjęcie na okładce: Sergejs Rahunoks / Fotolia

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-477-8

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie

w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie

oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe

– tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

Epilog

Podziękowania

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Hrabstwo Surry, Wirginia

Nudziłam się.

Kyle Ramsey kopał krzesło, na którym siedziałam, żeby zwrócić na siebie moją uwagę, ale wczoraj tak samo zaczepiał moją przyjaciółkę Dru Troler, a nie chciałam sprawić jej przykrości. Na zabój kochała się w Kyle’u. Patrzyłam więc tylko, jak rysuje w rogu kartki zeszytu maleńkie serduszka, podczas gdy pan Evans pisał na tablicy kolejne równanie. Powinnam się skupić, bo byłam naprawdę kiepska z matematyki. Rodzice nie byliby zadowoleni, gdybym oblała ten przedmiot w pierwszym semestrze pierwszej klasy.

– Panie Ramsey, czy mógłby pan podejść do tablicy i odpowiedzieć na pytanie, czy wolałby pan zostać za Jocelyn i jeszcze trochę pokopać jej krzesło?

Wszyscy zachichotali, a Dru rzuciła mi oskarżające spojrzenie. Skrzywiłam się i spiorunowałam wzrokiem nauczyciela.

– Jeśli można, wolałbym tu zostać, panie profesorze – odparł nonszalancko Kyle.

Przewróciłam oczami. Nie obejrzałam się za siebie, chociaż czułam na karku świdrujące oczy Kyle’a.

– Kyle, to było pytanie retoryczne. Proszę do tablicy.

Pukanie do drzwi przerwało pełen niezadowolenia jęk Kyle’a. Na widok dyrektorki, pani Shaw, cała klasa zastygła w bezruchu. Po co tu przyszła? To mogło oznaczać same kłopoty.

– Ohoho – mruknęła Dru, a ja spojrzałam na nią, marszcząc brwi. Ruchem głowy wskazała na drzwi. – Gliny.

Zaskoczona popatrzyłam na wejście do klasy, gdzie dyrektorka coś szeptała do pana Evansa. Rzeczywiście, przez uchylone drzwi dojrzałam dwóch policjantów na korytarzu.

– Panno Butler. – Na dźwięk swojego nazwiska prze­nios­łam wzrok na dyrektorkę. Kiedy zrobiła krok w moją stronę, poczułam, że serce podchodzi mi do gardła. Jej zmęczone oczy spoglądały na mnie ze współczuciem. Zapragnęłam uciec przed nią i przed tym, co miała mi do powiedzenia. – Czy mogłabyś ze mną pójść? Proszę wziąć swoje rzeczy.

Zwykle w podobnej sytuacji wszyscy zaczynali wzdychać, spodziewając się, że znowu wpakowałam się w kłopoty. Ale tym razem wyczuli, że chodzi o coś innego. Nie wiedzieli, jakie wieści usłyszę, ale nie próbowali się ze mnie nabijać.

– Panno Butler?

Cała się trzęsłam od nagłego przypływu adrenaliny, a w uszach tak mi huczało, że ledwie słyszałam panią Shaw. Czy coś się stało mamie? Tacie? A może mojej młodszej siostrze Beth? W tym tygodniu rodzice wzięli urlop, żeby się odstresować po dość szalonych wakacjach. Dziś mieli zabrać Beth na piknik.

– Joss.

Dru szturchnęła mnie lekko, a kiedy tylko poczułam na ramieniu jej łokieć, poderwałam się tak gwałtownie, że moje krzesło z trzaskiem przewróciło się na podłogę. Nie patrząc na nikogo, niezdarnie spakowałam torbę, zgarniając do niej wszystko z ławki. Po klasie rozszedł się szept niczym podmuch zimnego wiatru wdzierającego się przez szparę w oknie. Nie chciałam wiedzieć, co mnie czeka, ale pragnęłam jak najszybciej opuścić klasę.

Z trudem stawiając nogę za nogą, wyszłam za dyrektorką na korytarz. Usłyszałam, jak pan Evans zamyka za mną drzwi. Milczałam. Spojrzałam na panią Shaw, a potem na dwóch policjantów, którzy przyglądali mi się z wyuczonym współczuciem. Pod ścianą stała kobieta, której wcześniej nie zauważyłam. Miała posępną minę, ale była spokojna.

Pani Shaw dotknęła mojej ręki; spojrzałam w dół na jej dłoń. Do tej pory nie zamieniłam z nią ani słowa, a teraz nagle mnie dotyka?

– Jocelyn… to oficerowie Wilson i Michaels. A to pani Alicia Nugent z MOPS-u.

Spojrzałam pytająco na dyrektorkę.

Pobladła.

– Wydział pomocy społecznej.

Ogarnął mnie taki strach, że z trudem mogłam oddychać.

– Jocelyn, tak mi przykro, że muszę ci to powiedzieć… – ciągnęła pani Shaw. – Twoi rodzice i siostra mieli wypadek samochodowy.

Czekałam ze ściśniętym sercem.

– Zginęli na miejscu. Tak bardzo mi przykro.

Kobieta z opieki społecznej zrobiła krok w moją stronę i zaczęła coś mówić. Patrzyłam na nią, ale widziałam jedynie plamę kolorów. Jej głos docierał do mnie jak przez ścianę.

Nie mogłam złapać tchu.

W panice wyciągnęłam ręce, próbując złapać powietrze. Poczułam na ramionach czyjeś dłonie. Cichy, spokojny głos. Łzy na policzkach. Sól na języku. A moje serce… biło tak mocno, jakby lada chwila miało eksplodować.

Umierałam.

– Jocelyn, oddychaj.

Ktoś w kółko mi to powtarzał, aż zastosowałam się do tej instrukcji. Po paru chwilach moje serce się uspokoiło, a płuca się rozszerzyły. Zniknęły mroczki, które miałam przed oczami.

– Już, już – szeptała pani Shaw, ciepłą dłonią głaszcząc mnie po plecach. – Już, już.

– Musimy iść – przez mgłę, która mnie otaczała, prze­darł się głos kobiety z opieki społecznej.

– Jocelyn, jesteś gotowa? – spytała cicho pani Shaw.

– Oni nie żyją – powiedziałam, chcąc usłyszeć, jak to brzmi. Czułam się jak we śnie.

– Kochanie, tak mi przykro.

Zimny pot oblał mi dłonie, pachy i kark. Na całym ciele pojawiła się gęsia skórka, nie mogłam przestać się trząść. Zakręciło mi się w głowie, zatoczyłam się na lewo, poczułam żołądek w gardle i gwałtownie zwymiotowałam. Zgięłam się wpół i zwróciłam całe śniadanie na buty kobiety z opieki społecznej.

 

– Jest w szoku.

Naprawdę byłam w szoku?

A może to tylko choroba lokomocyjna?

Dosłownie przed chwilą tam siedziałam. Było ciepło i bezpiecznie. Parę sekund później rozległ się huk miażdżonego metalu…

… i znalazłam się zupełnie gdzie indziej.

1

Szkocja

Osiem lat później

Był piękny dzień na znalezienie nowego domu. I nowej współlokatorki.

Wyszłam z wilgotnej, starej klatki schodowej mojego domu w stylu georgiańskim na zaskakująco upalną ulicę Edynburga. Spojrzałam na urocze dżinsowe spodenki w biało-zielone paski, które kupiłam parę tygodni wcześniej. Od tamtej pory padało prawie bez przerwy, a ja nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie je włożę. Zza narożnej wieży kościoła ewangelickiego Bruntsfield wyszło słońce, które ostatecznie rozwiało moją melancholię i przywróciło mi odrobinę nadziei. Jako osoba, która całe życie spędziła w Stanach i w wieku zaledwie osiemnastu lat przeniosła się do ojczystego kraju matki, bardzo źle znosiłam zmiany. W każdym razie teraz. Zdążyłam się przyzwyczaić do ogromnego apartamentu, w którym nie mogłam wytępić myszy, i tęskniłam za swoją przyjaciółką Rhian, z którą mieszkałam od pierwszego roku studiów na Uniwersytecie Edynburskim. Pozna­łyśmy się w akademiku i od razu polubiłyśmy. Obie byłyśmy bardzo skryte i czułyśmy się dobrze w swoim towarzystwie z tej prostej przyczyny, że nie wypytywałyśmy się nawzajem o przeszłość. Na pierwszym roku zbliżyłyśmy się do siebie, a na drugim postanowiłyśmy wspólnie wynająć apartament (czy też „mieszkanie”, jak mówiła Rhian). Po studiach ona wyjechała do Londynu, żeby tam zrobić doktorat, a ja zostałam bez współlokatorki. Na dodatek straciłam kontakt z drugim swoim przyjacielem – Jamesem, chłopakiem Rhian. Uciekł do Londynu (którego, nawiasem mówiąc, nie cierpiał), by być razem z Rhian. Czary goryczy dopełniła właścicielka mieszkania, które wynajmowałam – właśnie się rozwodziła i chciała je odzyskać.

Przez ostatnie dwa tygodnie odpowiadałam na ogłoszenia młodych kobiet szukających współlokatorki. Jak na razie nic z tego nie wyszło. Jedna z dziewczyn nie chciała mieszkać z Amerykanką. Wyobraźcie sobie moją minę! Trzy mieszkania były po prostu paskudne. Jestem pewna, że właścicielka jednego z nich handlowała kokainą, a przez dom innej przewijało się więcej facetów niż przez burdel. Duże nadzieje pokładałam w dzisiejszym spotkaniu z Ellie Carmichael, na które właśnie się wybierałam. Był to najdroższy apartament z mojej listy i znajdował się po drugiej stronie centrum miasta.

Oszczędnie gospodarowałam swoim spadkiem, jakby mogło to w jakiś sposób osłodzić gorycz związaną z odziedziczeniem fortuny. Zaczynałam jednak popadać w desperację.

Ponieważ chciałam zostać pisarką, musiałam znaleźć odpowiednie lokum i odpowiednią współlokatorkę.

Oczywiście mogłabym zamieszkać sama. Było mnie na to stać. Ale wizja całkowitej samotności wcale mi się nie podobała. Pomimo swojej skrytości lubiłam otaczać się ludźmi. Kiedy mówili o czymś, czego sama nigdy nie przeżyłam, mogłam spojrzeć na daną sytuację z ich punktu widzenia. Uważam, że dobry pisarz powinien mieć szeroką perspektywę. Nie musiałam zarabiać na utrzymanie, ale w czwartki i piątki wieczorem pracowałam w barze na George Street. Stereotyp, że wszyscy zwierzają się barmanom, okazał się prawdziwy.

Polubiłam swoich kolegów, Jo i Craiga, ale spotykaliśmy się tylko w pracy. Jeśli więc chciałam, żeby wokół mnie coś się działo, musiałam znaleźć współlokatorkę. Plusem było to, że mieszkanie, które szłam obejrzeć, znajdowało się zaledwie kilka przecznic od mojego baru.

Starając się opanować niepokój wywołany szukaniem nowego lokum, wypatrywałam wolnej taksówki. Dostrzegłam lodziarnię i zamarzyłam, żeby tam wstąpić na pyszny deser, przez co nieomal przegapiłam zbliżającą się taksówkę. Zamachałam ręką. Na szczęście kierowca mnie spostrzegł i zatrzymał się przy krawężniku. Wbiegłam na szeroką ulicę, uważając, żeby się nie rozpaćkać jak biało-zielony owad na przedniej szybie jakiegoś nieszczęśnika, i już wyciągnęłam rękę w kierunku klamki.

Zamiast niej złapałam czyjąś dłoń.

Zdeprymowana powędrowałam wzrokiem po opalonej męskiej dłoni i długiej ręce ku szerokim ramionom i twarzy, którą widziałam niezbyt wyraźnie, bo słońce świeciło mi w oczy. Przede mną stał ogromny, prawie dwumetrowy mężczyzna. Ja mierzę zaledwie metr sześćdziesiąt dwa.

Zarejestrowałam, że ma na sobie drogi garnitur. Dlaczego próbował wepchnąć się do mojej taksówki?

Westchnął ciężko.

– W którą stronę pani jedzie? – zapytał dudniącym, ochrypłym głosem.

Mieszkałam tu od czterech lat, ale szkocki akcent wciąż przyprawiał mnie o dreszcze. Tak samo zadziałał teraz, chociaż pytanie było krótkie.

– Na Dublin Street – odparłam automatycznie, mając nadzieję, że jadę dalej niż on i że to mnie dostanie się taksówka.

– Doskonale. – Otworzył drzwi auta. – Wybieram się w tamtą stronę, a ponieważ już jestem spóźniony, to może pojedziemy razem, zamiast przez dziesięć minut zastanawiać się, kto bardziej potrzebuje taksówki.

Na dolnej części pleców poczułam ciepłą dłoń, która lekko popchnęła mnie do przodu. Nieco oszołomiona, nagle znalazłam się w taksówce. Usiadłam i zapięłam pas, zastanawiając się, czy w ogóle wyraziłam zgodę. Nie, chyba nie.

Kiedy Garnitur poprosił kierowcę, żeby jechał na Dublin Street, zmarszczyłam brwi i mruknęłam:

– Dzięki.

– Jest pani Amerykanką?

Po tym pytaniu w końcu spojrzałam na pasażera obok mnie. Ohoho.

O rany.

Miał ze trzydzieści lat. Nie był przystojny w klasyczny sposób, ale zauważyłam błysk w jego oczach, a jeden kącik zmysłowych ust lekko się unosił, co razem z całą resztą nadawało mu niezwykle seksowny wygląd. Sądząc po sylwetce w wyjątkowo dobrze skrojonym, drogim, srebrzystoszarym garniturze, sporo ćwiczył. Siedział z nonszalancją wysportowanego faceta. Brzuch pod kamizelką i białą koszulą musiał być twardy jak stal. Jasnoniebieskie oczy okolone długimi rzęsami wyglądały na rozbawione. Żałowałam, że ma ciemne włosy.

Zawsze wolałam blondynów.

Ale do tej pory nie zdarzyło się, by na sam widok któregokolwiek z nich moje podbrzusze zaczęło rozkosznie pulsować. Ten mężczyzna miał twarz o mocnych rysach: wyraźnie zarysowaną szczękę, dołek w brodzie, szerokie kości policzkowe, rzymski nos. Policzki pokrywał ciemny zarost, włosy pozostawały w lekkim nieładzie. To zaniedbanie dziwnie kłóciło się ze stylowym, markowym garniturem.

Widząc, że zwyczajnie się na niego gapię, Garnitur uniósł jedną brew, a ja poczułam jeszcze większe pożądanie, co zupełnie mnie zaskoczyło. Mężczyźni nigdy mnie nie pociągali od pierwszego wejrzenia. I odkąd przestałam być nastolatką, nigdy nawet nie pomyślałam o tym, żeby być z mężczyzną tylko dla seksu.

Nie byłam jednak pewna, czy odrzuciłabym propozycję tego faceta.

Kiedy tylko ta myśl przemknęła mi przez głowę, cała zesztywniałam, zaskoczona i podenerwowana. Z pomocą natychmiast przyszły mi mechanizmy obronne i mogłam się zdobyć na beznamiętną uprzejmość.

– Tak, jestem Amerykanką – odparłam, przypominając sobie, że Garnitur zadał pytanie.

Odwróciłam wzrok od jego twarzy, na której malował się znaczący uśmieszek, i udając znudzenie, w duchu podziękowałam niebiosom za to, że moja oliwkowa cera potrafi za­tuszować rumieniec.

– Jest pani tu przejazdem? – wymruczał.

Byłam już tak zirytowana, że postanowiłam ograniczyć wypowiedzi do minimum. Kto wie, jakie głupstwo mogłabym palnąć?

– Nie.

– W takim razie studiuje tu pani.

Zwróciłam uwagę na sposób, w jaki to powiedział. „W takim razie studiuje tu pani”. Jakby przewrócił oczami, wyrażając tym samym opinię, że studenci to najgorsze obiboki, niemające celu w życiu. Gwałtownie odwróciłam głowę, aby spiorunować go wzrokiem, i spostrzegłam, że z zainteresowaniem przygląda się moim nogom. Tym razem to ja uniosłam brew, czekając, aż przestanie się gapić swoimi cudownymi oczami na moją nagą skórę. Garnitur wyczuł, że na niego patrzę, podniósł wzrok i zobaczył moją minę. Myślałam, że będzie udawał, iż wcale się na mnie nie gapił, albo że szybko odwróci głowę. Nie spodziewałam się, że tylko wzruszy ramionami i pośle mi najbardziej leniwy, bezczelny i najseksowniejszy uśmiech, jaki zdarzyło mi się widzieć.

Wzniosłam oczy ku niebu, usiłując zignorować falę gorąca, która zalała moje podbrzusze.

– Byłam studentką – odparłam z lekką irytacją. – Mieszkam tu. Mam podwójne obywatelstwo.

Dlaczego mu się tłumaczyłam?

– Jest pani półkrwi Szkotką?

Kiwnęłam głową. Szczerze mówiąc, szalenie mi się spodobał sposób, w jaki wymówił „Szkotką”.

– Czym teraz się pani zajmuje?

Po co chciał to wiedzieć? Zerknęłam na niego kątem oka. Za pieniądze, jakie wydał na trzyczęściowy garnitur, ja i Rhian mogłybyśmy się żywić przez cztery lata studiów.

– A pan? Bo chyba nie wabieniem kobiet do taksówek?

Na tę ironiczną uwagę zareagował jedynie lekkim uśmieszkiem.

– A jak pani myśli?

– Pewnie jest pan prawnikiem. Odpowiadanie pytaniami na pytanie, wyniosły, zarozumiały uśmiech…

Zaśmiał się tubalnie, aż poczułam wibracje w piersi. Spojrzał na mnie błyszczącymi oczami.

– Nie jestem prawnikiem. Ale pani mogłaby być. Pani też odpowiada pytaniem na pytanie. A to… – wskazał na moje usta, a jego oczy pociemniały o jeden odcień, kiedy pieścił wzrokiem zarys moich warg – z pewnością jest zarozumiały uśmiech. – Jego głos stał się jeszcze niższy.

Puls mi podskoczył, kiedy nie odrywaliśmy od siebie wzroku nieco dłużej, niż wypadało nieznajomym. Poczułam falę gorąca na policzkach… i w innych miejscach. Coraz bardziej podniecał mnie i ten facet, i niema rozmowa naszych ciał. Kiedy poczułam twardnienie sutków pod biustonoszem, natychmiast się opamiętałam. Oderwałam od niego oczy i wyjrzałam przez okno, modląc się w duchu, żebyśmy jechali tak przez cały dzień.

Kiedy dotarliśmy na Princes Street i trafiliśmy na kolejny objazd spowodowany budową pierwszej linii tramwajowej, zaczęłam się zastanawiać, czy po prostu nie uciec z taksówki bez słowa.

– Jesteś nieśmiała? – spytał Garnitur, rozwiewając moje plany.

Nic nie mogłam na to poradzić. Odwróciłam się do niego z pytającym uśmiechem.

– Słucham?

Przechylił głowę i spojrzał na mnie zmrużonymi oczami. Wyglądał jak rozleniwiony tygrys, który obserwował uważnie i oceniał, czy warto na mnie zapolować. Zadrżałam, kiedy powtórzył:

– Jesteś nieśmiała?

Czy byłam nieśmiała? Nie. Nie nieśmiała. Po prostu obojętna. Tak wolałam. Tak było bezpieczniej.

– Dlaczego tak myślisz? – zapytałam.

Czyżbym sprawiała wrażenie nieśmiałej? Aż się skrzywiłam na tę myśl.

Garnitur wzruszył ramionami.

– Większość kobiet skorzystałaby z okazji i próbowałaby odgryźć mi ucho, wcisnąć swój numer telefonu… a może i coś więcej.

Na chwilę przeniósł wzrok na moje piersi. Policzki zalała mi fala gorąca. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio komuś udało się wprawić mnie w takie zakłopotanie. Nieprzyzwyczajona do tego, próbowałam się otrząsnąć.

Zdumiała mnie własna pewność siebie, kiedy bez skrępowania się do niego uśmiechnęłam, i poczułam zaskakującą przyjemność, gdyż jego reakcją było szersze otwarcie oczu.

– O rany, masz o sobie bardzo wysokie mniemanie.

Zrewanżował się uśmiechem. Zęby miał białe, chociaż nie idealnie równe, a jego nieco krzywy uśmieszek sprawił, że ogarnęło mnie jakieś dziwne, nieznane uczucie.

– Po prostu znam to z doświadczenia.

– Cóż, nie jestem dziewczyną, która daje swój telefon facetowi, którego przed chwilą spotkała.

– Ahaaa. – Pokiwał głową, jakby coś zrozumiał. Uśmiech zniknął z jego twarzy, mina stała się poważniejsza. Garnitur nieco odsunął się ode mnie. – Należysz do tych kobiet, które idą z facetem do łóżka nie wcześniej niż na trzeciej randce, marzą o ślubie i dzieciach.

Skrzywiłam się, słysząc ten komentarz.

– Nie, nie, nie.

Ślub i dzieci? Aż się wzdrygnęłam na tę myśl, a lęk, który nosiłam w sobie codziennie, sprawił, że poczułam ucisk w piersi.

Garnitur znowu na mnie spojrzał i to, co dostrzegł na mojej twarzy, sprawiło, że natychmiast się rozluźnił.

– Ciekawe – mruknął.

 

Nie. Wcale nie ciekawe. Nie chciałam ciekawić tego gościa.

– Nie dam ci swojego telefonu.

Znowu szeroko się uśmiechnął.

– Wcale o niego nie prosiłem. Nawet gdybym chciał, tobym nie poprosił. Mam dziewczynę.

Zignorowałam rozczarowanie, które przez chwilę poczułam, ale nie potrafiłam utrzymać języka za zębami.

– Wobec tego przestań się na mnie gapić.

Garnitur miał rozbawioną minę.

– Mam dziewczynę, ale nie jestem ślepy. To, że nie mogę nic zrobić, nie oznacza, że nie mogę chociaż sobie popatrzeć.

Zainteresowanie tego faceta wcale mnie nie ekscytowało. Jestem silną, niezależną kobietą. Wyjrzałam przez okno i z ulgą stwierdziłam, że dojechaliśmy do Queen Street Gardens. Dublin Street była tuż za rogiem.

– Wysiądę tutaj, dziękuję! – zawołałam do kierowcy.

– Gdzie? – odkrzyknął szofer.

– Tu – odparłam nieco ostrzejszym tonem, niż zamierzałam.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy kierunkowskaz zaczął migać i taksówka się zatrzymała. Nawet nie spoglądając w stronę Garnitura, podałam kierowcy pieniądze i chwyciłam klamkę.

– Zaczekaj.

Znieruchomiałam i ze znużeniem obejrzałam się przez ramię.

– Co znowu?

– Masz jakieś imię?

Uśmiechnęłam się zadowolona, że za chwilę sobie pójdę i ta dziwna obopólna fascynacja minie.

– Nawet dwa.

Wyskoczyłam z taksówki, ignorując zdradziecki dreszczyk rozkoszy, jaki mnie przeszył, gdy usłyszałam za sobą cichy śmiech.

Kiedy tylko drzwi się otworzyły i zobaczyłam Ellie Car­michael, natychmiast poczułam, że ją polubię. Była wysoką blondynką, miała na sobie modne, wygodne ubranie – spodenki i koszulkę – oraz niebieski filcowy kapelusz, w jej oku tkwił monokl, a pod nosem widniały sztuczne wąsy.

Zamrugała ogromnymi jasnoniebieskimi oczami.

– Przyszłam nie w porę? – spytałam z rozbawieniem.

Ellie przez chwilę patrzyła na mnie lekko zdezorientowana moim całkiem sensownym pytaniem, zważywszy na jej strój. Wskazała na wąsy, jakby nagle jej się przypomniały.

– Przyszłaś wcześnie. Właśnie sprzątałam.

Sprzątała? W kapeluszu, z monoklem i sztucznymi wąsami? Zajrzałam ponad jej ramieniem do jasnego, przestronnego holu. Pod przeciwległą ścianą stał rower bez przedniego koła, na tablicy opartej o orzechową szafkę wisiały zdjęcia, pocztówki i wycinki z gazet. Pod rzędem wieszaków uginających się od ciężaru płaszczy i kurtek zobaczyłam rozrzucone w nieładzie buty i parę czarnych szpilek. Podłoga była wyłożona drewnianym parkietem.

Super. Tknięta dobrym przeczuciem, z uśmiechem znowu spojrzałam na Ellie.

– Ukrywasz się przed mafią?

– Słucham?

– Mówię o tym przebraniu.

– Ach, to. – Roześmiała się i cofnęła od drzwi, zapraszając do środka. – Nie, nie. W nocy byli u mnie znajomi i trochę za dużo wypiliśmy. Wyciągnęliśmy wszystkie moje kostiumy na Halloween.

Znowu się uśmiechnęłam. To brzmiało fajnie. Nagle za­tęskniłam za Rhian i Jamesem.

– Jesteś Jocelyn, prawda?

– Joss – poprawiłam ją.

Od śmierci rodziców nikt nie używał mojego pełnego imienia.

– Joss – powtórzyła i uśmiechnęła się szeroko, kiedy weszłam do apartamentu na parterze. Unosił się tam piękny zapach czystości i świeżości.

Podobnie jak dom, z którego miałam się wyprowadzić, ten również zbudowano w stylu georgiańskim. Kiedyś był jednorodzinny, teraz podzielono go na dwa apartamenty. Po sąsiedzku znajdował się butik, a pokoje nad nim należały do sklepiku. Nie wiedziałam, jak wyglądają, ale butik był bardzo ładny, pełen ręcznie szytych, niepowtarzalnych ubrań. Natomiast apartament…

O rany.

Gładkie ściany świadczyły o tym, że niedawno je otynkowano, a osoba, która przeprowadziła remont, dokonała prawdziwych cudów. Wysokie listwy przypodłogowe i stiukowe fasety nadawały wnętrzu klimat epoki. Sufit był niebotycznie wysoki, tak jak w moim poprzednim mieszkaniu. Chłodną biel ścian przełamywały barwne i eklektyczne obrazy. Biel byłaby zbyt surowa, ale w połączeniu z ciemnymi orzechowymi drzwiami i drewnianym parkietem dawała efekt pełnej prostoty elegancji.

Już się zakochałam w tym miejscu, chociaż nie zdążyłam obejrzeć całego apartamentu.

Ellie pospiesznie zdjęła kapelusz i wąsy, odwróciła się, żeby mi coś powiedzieć, ale tylko uśmiechnęła się nieśmiało i wyjęła z oka monokl. Odłożyła go na orzechowy kredens i spojrzała na mnie promiennie. Wyglądała na wesołą dziewczynę. Zwykle unikałam wesołych ludzi, ale w Ellie było coś ujmującego. Uznałam, że jest czarująca.

– Może najpierw cię oprowadzę?

– Zgoda.

Stanęła po mojej lewej stronie i otworzyła drzwi.

– Łazienka. Wiem, to niekonwencjonalne, że znajduje się tuż przy wejściu, ale za to jest doskonale wyposażona.

Hmm… zobaczymy, pomyślałam, ostrożnie wchodząc do środka.

Moje klapki klaskały na lśniących kremowych płytkach, którymi wyłożono całe pomieszczenie oprócz sufitu pomalowanego na maślanożółty kolor i usianego lampkami dającymi ciepłe światło.

Łazienka była ogromna.

Przesunęłam dłonią po brzegu wanny stojącej na złotych łapach i natychmiast ożyły obrazy w mojej wyobraźni: gra muzyka, migoczą płomyki świec, trzymam kieliszek czerwonego wina, zanurzona w kąpieli odcinam się od wszystkiego. Wanna stała na samym środku. W głębi łazienki, w prawym rogu znajdowała się dwuosobowa kabina prysznicowa z największym sitkiem deszczownicy, jakie kiedykolwiek widziałam. Po lewej stronie, na białej ceramicznej szafce stała nowoczesna szklana misa. Umywalka?

Próbowałam to wszystko ogarnąć rozumem. Złote krany, ogromne lustro, podgrzewany wieszak na ręczniki…

W mojej starej łazience nie było nawet zwykłego wieszaka.

– O rany. – Obejrzałam się przez ramię i uśmiechnęłam do Ellie. – Cudownie tu.

Ellie, niemalże podskakując z entuzjazmu, pokiwała głową i spojrzała na mnie z wesołymi iskierkami w niebieskich oczach.

– To prawda. Rzadko z niej korzystam, bo mam własną. Dla mojej przyszłej współlokatorki to pewnie duży plus. Będzie miała tę łazienkę właściwie tylko dla siebie.

Hmm. Ta łazienka mnie kusiła. Zaczynałam rozumieć, co wpłynęło na potwornie wysoki czynsz. Ale skoro Ellie było stać na tak luksusowy apartament, to dlaczego musiała wynajmować pokój?

Idąc za nią przez hol do ogromnego salonu, spytałam grzecznie:

– Czy twoja poprzednia współlokatorka się wypro­wadziła?

Miało to zabrzmieć tak, jakbym pytała z czystej ciekawości, ale w istocie próbowałam wybadać tę dziewczynę. Skoro mieszkanie było tak oszałamiające, to może ona stanowiła problem? Zanim zdążyła odpowiedzieć, stanęłam jak wryta i powoli się obróciłam, żeby obejrzeć pokój. Jak we wszystkich starych domach i tu sufit był bardzo wysoki. Przez ogromne okna wpadało mnóstwo światła z ruchliwej ulicy. Na środku przeciwległej ściany znajdował się imponujący kominek, wyraźnie używany jedynie jako ozdoba, nie zaś jako prawdziwe palenisko. Wprowadzał pewną harmonię do tego nonszalancko urządzonego wnętrza. Pokój jest trochę za bardzo zagracony jak na mój gust, pomyślałam, obrzucając wzrokiem sterty książek i innych przedmiotów leżących tu i ówdzie. Wśród nich zauważyłam nawet zabawkę z Toy Story.

Właściwie nie zamierzałam pytać.

Kiedy zerknęłam na Ellie, zagracony salon zaczął nabierać sensu. Jasne włosy miała ściągnięte w rozpadający się kok, na stopach klapki nie do pary, a do jej łokcia przykleiła się metka.

– Współlokatorka? – powtórzyła, odwracając się do mnie.

Zmarszczka między jej jasnymi brwiami wygładziła się i Ellie ze zrozumieniem pokiwała głową. Dobrze. Pytanie nie było aż tak trudne.

– Oj, nie. – Pokręciła głową. – Nie miałam współlokatorki. Mój brat kupił ten apartament jako inwestycję i go urządził. Potem doszedł do wniosku, że nie powinnam jednocześnie zarabiać na czynsz i pisać doktorat, więc po prostu mi go podarował.

Fajny brat.

Nie skomentowałam jej słów, ale najwyraźniej dostrzeg­ła reakcję na mojej twarzy. Uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach pojawiła się czułość.

– Braden jest dość ekscentryczny. Nigdy nie daje zwyczajnych prezentów. Jak mogłabym odmówić? Jedyny problem polega na tym, że mieszkam tu od miesiąca i czuję się trochę samotna, chociaż przyjaciele odwiedzają mnie w weekendy. Powiedziałam więc Bradenowi, że znajdę sobie współlokatorkę. Nie był zachwycony tym pomysłem, ale zmienił zdanie, kiedy mu podałam wysokość czynszu. Prawdziwy z niego biznesmen.

Wyczułam, że Ellie kocha swojego, najwyraźniej zamożnego, brata i że są ze sobą związani. Widziałam to w jej oczach, kiedy o nim mówiła. Znałam to spojrzenie. Obserwowałam je przez lata, stawiałam mu czoło i chroniłam się przed bólem, jaki mi sprawiał wyraz miłości w czyichś oczach – w oczach ludzi, którzy mieli rodzinę.

– Musi być bardzo hojny – powiedziałam dyplomatycznie, nieprzywykła do tego, że ledwie poznani ludzie opowiadają mi za dużo o sobie.

Ellie nie przejęła się moim komentarzem, który raczej nie zachęcał do dalszych zwierzeń. Wciąż się uśmiechając, zaprowadziła mnie do kuchni. Pomieszczenie było dość wąskie, ale na końcu się rozszerzało, tworząc zatoczkę, w której znajdował się stół i krzesła. Tak samo jak cały apartament kuchnię wyposażono w najlepsze sprzęty, a na samym jej środku stała ogromna, nowoczesna kuchenka.

– Bardzo hojny – powtórzyłam.

W odpowiedzi Ellie mruknęła coś pod nosem.

– Braden jest zbyt hojny – odezwała się po chwili. – Nie potrzebuję tego wszystkiego, ale on nalegał. Cały on. Na przykład jego dziewczyna… Braden spełnia jej wszystkie zachcianki. Tylko czekam, kiedy się nią znudzi tak jak poprzednimi. Ta jest najgorsza ze wszystkich. Wyraźnie widać, że bardziej ją obchodzi jego kasa niż on sam. Nawet on o tym wie. Mówi, że taki układ mu odpowiada. Układ? Kto używa takich określeń?

Kto tyle gada?

Kiedy mi pokazała główną sypialnię, z trudem skryłam uśmiech. Podobnie jak Ellie była jednym wielkim chaosem. Ellie nadal trajkotała o ewidentnie nudnej dziewczynie brata, a ja się zastanawiałam, jak Braden by się czuł, gdyby wiedział, że siostra opowiada o jego prywatnych sprawach zupełnie obcej osobie.

– A to może być twój pokój.

Stanęłyśmy w drzwiach pokoju w głębi apartamentu. Ogromne okno wykuszowe, pod nim ławeczka, żakardowe zasłony do samej podłogi, wspaniałe łóżko w stylu francuskiego rokoka, biurko z orzechowego drewna i skórzany fotel. Miałabym gdzie pisać.

Zakochałam się.

– Piękny.

Chciałam tam zamieszkać. Do diabła z kosztami. Do diabła z gadatliwą współlokatorką. Wystarczająco długo żyłam aż nadto skromnie. Zostałam sama w kraju, do którego się przeniosłam. Należało mi się nieco luksusu.

Do Ellie się przyzwyczaję. Dużo mówi, ale jest urocza i pełna wdzięku, a z oczu dobrze jej patrzy.