Twoja wina

Tekst
Z serii: Play On #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jeżeli planujesz zemstę, wykop dwa groby.

Konfucjusz

Część pierwsza Przeszłość

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1


Jane

Trzynaście lat

W powietrzu unosił się koszmarny smog. Gdy Willa jechała do miasta, niekiedy zabierała mnie ze sobą, ale tego dnia powietrze było wyjątkowo zanieczyszczone, więc zostaliśmy w naszym mieszkaniu w ładnym bloku w Glendate. Nudziłam się. Willa była za bardzo zajęta moim młodszym przyszywanym rodzeństwem, żeby mnie zabawiać. Flo miała półtora roku i fascynowały ją gniazdka elektryczne oraz włączniki. Trzyletni Tarin uwielbiał niszczyć wszystko wokół siebie.

Słuchanie wrzasków Tarina i ryków Flo nie należało do najprzyjemniejszych.

– Pomóc ci? – spytałam z przedpokoju.

Willa odprawiła mnie machnięciem ręki i posadziła Flo na wysokim krzesełku.

– Dziewczyno, jest lato. Idź się pobawić z koleżankami.

Willa i Nicholas Green byli najlepszymi jak do tej pory rodzicami zastępczymi. Opiekowali się mną od ponad dwóch lat i miałam nadzieję, że zostanę u nich do osiemnastego roku życia. Do tego czasu zostało mi jeszcze pięć lat, więc wiedziałam, że muszę się przyzwyczaić do nieustannego stresu, lęku, że przyjdzie pracownik socjalny, który powie, że znowu przenoszą mnie do innej rodziny.

Chciałam, żeby Willa i Nick mnie zatrzymali, więc starałam się jak najwięcej im pomagać.

Byli zaabsorbowani młodszymi dziećmi, więc Willa jeszcze nie zauważyła, że nie mam żadnych koleżanek. Ale za to nie pili alkoholu, nie wyzywali mnie i nigdy nie uderzyli.

– Na pewno?

Moja mama zastępcza uśmiechnęła się z lekkim zaskoczeniem.

– Jane, nie pracujesz tu. Są wakacje. Pobaw się – powiedziała.

Skinęłam głową i poszłam do małej sypialni w głębi mieszkania. Nicholas był menedżerem produkcji w dużym studiu filmowym, dlatego mógł sobie pozwolić na wynajęcie takiego pięknego mieszkania z trzema sypialniami, jednego z większych w tym budynku. Młodsze dzieci dzieliły pokój, a ja zajmowałam najmniejszą sypialnię.

Willa i Nick może i nie poświęcali mi zbyt dużo czasu, ale kupowali książki i przybory do rysowania. Złapałam szkicownik i puszkę z węglem, wyjęłam z lodówki butelkę wody i wyszłam na balkon. Miałam wrażenie, że znalazłam się w rozżarzonej bańce. Rozgrzane powietrze oblepiało skórę. Wyjrzałam na basen i zobaczyłam paru sąsiadów na leżakach oraz grupkę dzieciaków ze szkoły, które pluskały się w wodzie.

Nie kolegowałam się z nimi. Nigdy nie byłam dobra w nawiązywaniu przyjaźni.

Kiedy mijałam kolejne drzwi, z ostatniego mieszkania przy schodach dobiegły mnie podniesione głosy, w których pobrzmiewał ciekawy akcent. Pomyślałam, że może mieszkający tam lokatorzy pochodzą z Bostonu. Rozmawiali bardzo głośno, próbując przekrzyczeć muzykę.

Zauważyłam, że drzwi ich mieszkania są szeroko otwarte.

– Lorna, jeszcze się nie rozpakowaliśmy. Wstawaj, Lor. Chcę skończyć przed obiadem. Potem będziesz mogła na cały wieczór walnąć się na kanapę.

Zwolniłam. Teraz wyraźnie usłyszałam bostoński akcent.

– Nie chce mi się – odpowiedziała dziewczyna z takim samym akcentem. – Możemy zrobić przerwę?

– Najlepiej zabrać się do tego od razu. Twój brat już się rozpakował.

Sprzeczały się dalej. Usiadłam na pierwszym schodku i otworzyłam szkicownik. Ich głosy wtopiły się w tło, kiedy zaczęłam rysować sąsiadów nad basenem.

Jak zawsze całkowicie się wyłączyłam. Dzięki rysowaniu wszystko znikało. Samotność. Moje lęki. Poczucie braku więzi. Rysowanie było moim sposobem na nawiązanie kontaktu, ale z bezpiecznej odległości. Lubiłam skrzypienie węgla po papierze i to, jak brudził mi dłonie. Podobało mi się, że mogę rozmazywać kreski, żeby tworzyć ciekawe cienie i kształty. Dzięki temu dzieci bawiące się w basenie ożywały. Mogłam przedstawić ich ruch. Energię. Podczas rysowania czułam, jakbym była tam razem z nimi.

Tak się skupiłam na szkicowaniu, że nie usłyszałam, jak podeszła, i zobaczyłam ją dopiero, kiedy usiadła obok mnie na schodku.

– Ale ty genialnie rysujesz.

Przestraszyłam się tak, że aż podskoczyłam i przejechałam węglem po rysunku.

– Przepraszam.

Spojrzałam na dziewczynę, która uśmiechnęła się do mnie przepraszająco. Miała oczy koloru oceanu i krótkie, jasnobrązowe włosy.

– Twój rysunek. – Wskazała na szkicownik. – Jest genialny.

– Może być – mruknęłam, próbując wytrzeć krechę.

– Gdzie się nauczyłaś tak rysować?

Wzruszyłam ramionami, bo szczerze mówiąc, nigdy się tego nie uczyłam. Po prostu… rysowałam i już.

– Jak masz na imię? – kontynuowała.

– Jane.

– Jane. Ja jestem Lorna McKenna. – Wyciągnęła rękę nad moim szkicownikiem.

Miała drobną dłoń z krótkimi paznokciami pomalowanymi jasnoróżowym lakierem z brokatem. Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się do niej. Wyglądało na to, że jest zdecydowana się ze mną zakolegować. Moja nieśmiałość zazwyczaj zniechęcała inne dzieci.

Pokazałam jej ubrudzoną węglem dłoń.

Wzruszyła ramionami i zdecydowanym ruchem wysunęła brodę.

– Otrzep ją drugą ręką.

Zrobiłam to. Jej dłoń była chłodna, jakby Lorna chwilę wcześniej siedziała przy klimatyzacji.

Kiedy podałyśmy sobie ręce, uśmiechnęła się szeroko, a ja odwzajemniłam uśmiech. Potem spojrzała na mój lewy policzek.

– Masz dołeczek w policzku! – wykrzyknęła, jakby nigdy w życiu nie widziała czegoś równie niezwykłego.

Odruchowo dotknęłam dołeczka brudną dłonią.

– To wygląda słodko. Też bym chciała mieć dołeczki. Ile masz lat?

– Trzynaście.

Kiwnęła głową, jakby się tego spodziewała.

– Ja skończę trzynaście za trzy tygodnie.

– Skąd przyjechałaś? – Ciekawość wzięła górę nad moją nieśmiałością.

Musiałam się dowiedzieć, czy rzeczywiście pochodzi z Bostonu.

– Z Dot.

Zmarszczyłam brwi.

– To skrót od Dorchester. W Bostonie.

Czyli miałam rację. Już kilka razy obejrzałam film Buntownik z wyboru, bo Willa kochała się w Matcie Damonie.

– Ładnie tam? – spytałam.

Lorna zmarszczyła nos.

– Boston jest ładny, ale Dorchester, gdzie mieszkałam, nie bardzo. Fatalna okolica. Parę miesięcy temu przed moim domem zastrzelono mężczyznę. – Wzruszyła ramionami, jakby to nie było nic nadzwyczajnego.

A mnie aż szczęka opadła.

– Dlaczego nie bawisz się z innymi dziećmi w basenie? – spytała.

Podążyłam za jej zaciekawionym spojrzeniem i spojrzałam na dwie dziewczynki i dwóch chłopców, którzy z piskiem ochlapywali się wodą. Dziewczynki były moimi sąsiadkami, a chłopcy mieszkali nieopodal. Wiedziałam o tym dlatego, że w gimnazjum byliśmy w tej samej klasie.

– To Summer i Greta. Najbardziej lubiane dziewczyny w mojej klasie.

– Tak? No i co z tego?

Zarumieniłam się. Wiedziałam, że po tym, co za chwilę powiem, Lorna na pewno się do mnie zrazi.

– Ja nie jestem zbyt lubiana.

Lekko trąciła mnie ramieniem i w konspiracyjny sposób kiwnęła głową. W jej zachowaniu była pewna zażyłość. Poczułam się tak, jakbyśmy przyjaźniły się od lat. Zrobiło mi się bardzo miło.

– Ci lubiani i ci nie za bardzo lubiani? Jak w telewizji, nie? W mojej szkole nie było takich klik. U nas byli uczniowie, który próbowali jakoś się przeczołgać do następnej klasy, i cwaniaki, które już wpakowały się w niezłe gówno i lepiej było ich unikać.

– Mieszkałaś w getcie?

Roześmiała się.

– W getcie? Poważnie? Nieee. – Znowu trąciła mnie ramieniem, jakby dawała mi znać, że jestem fajna. – Ale byliśmy biedni. Tak samo jak wszyscy nasi znajomi. Mama często powtarzała, że ludzie robią różne głupie rzeczy, żeby zapomnieć o swoim beznadziejnym życiu, albo jeszcze głupsze, żeby wyrwać się z biedy.

Nie znałam się na pieniądzach, ale wiedziałam, że koszty wynajęcia mieszkania w naszym bloku nie są niskie, bo Willa zawsze na to narzekała.

– Wprowadziliśmy się tu do mojej starszej siostry, Skye – powiedziała Lorna, jakby czytała mi w myślach.

Jak na sygnał z mieszkania dobiegł nas kobiecy głos:

– Lorna! Waterboysi!

Jej twarz się rozpromieniła.

– Chodź. – Złapała mnie za rękę i pociągnęła, więc nie miałam wyjścia i musiałam za nią pójść.

Zostawiłam szkicownik na górnym schodku i dałam się zaprowadzić do jej mieszkania. Nie pamiętałam, kiedy ktoś ostatnio trzymał mnie za rękę.

Przeszył mnie przyjemny dreszczyk.

Mieszkanie było tej samej wielkości co należące do Willi i Nicka. Wszędzie stały nierozpakowane pudła.

Wysoka, oszałamiająco piękna młoda kobieta kołysała rękami w powietrzu przy dźwiękach jakiejś nieznanej mi piosenki, która dobiegała z telewizji. Na nasz widok uśmiechnęła się promiennie.

 

– Kto to?

– Jane! – Lorna próbowała przekrzyczeć muzykę. – Jane, to moja starsza siostra Skye.

– Bardzo mi miło – powiedziała Skye takim tonem, jakby rzeczywiście tak czuła.

Potem schyliła się, wzięła pilot, wycelowała nim w telewizor i zrobiła jeszcze głośniej.

Lorna puściła moją dłoń i zaczęły z siostrą tańczyć na środku pokoju. Pomyślałam, że jest wysoka jak na swój wiek. Z wprawą robiła obroty. Obie śpiewały na całe gardło, że ta druga zobaczyła pełnię księżyca, chociaż na niebie widniał jego sierp. Nie znałam tej piosenki, ale od razu ją polubiłam.

Kiedy Lorna uświadomiła sobie, że tylko stoję i się przyglądam, pomachała do mnie.

Zbyt nieśmiała, żeby się do nich przyłączyć, nie ruszyłam się z miejsca.

W końcu Skye na chwilę zostawiła siostrę i wyciągnęła mnie na środek pokoju.

– Po prostu się wyluzuj! – zawołała. – Zobaczysz, spodoba ci się.

Byłam zdumiona, gdy moje stopy same zaczęły się poruszać, a biodra kołysać. Lorna złapała mnie za jedną dłoń, Skye za drugą i tańcząc w kółku, uniosłyśmy ręce. Śmiałam się, a siostry dalej śpiewały. To było dziwne i wspaniałe: poczułam, że należę do jednej grupy z tymi dwiema obcymi przecież dziewczynami.

Kiedy piosenka się skończyła, zaczęłyśmy chichotać. To uczucie więzi i tego, że zostałam zauważona, wprawiało mnie w euforię.

– Pierwszy raz słyszałam tę piosenkę – przyznałam się, kiedy Skye ściszyła dźwięk.

– To Pełnia księżyca Waterboysów, zespołu z lat osiemdziesiątych – poinformowała mnie Lorna. – To była ulubiona piosenka naszej mamy.

– A teraz to nasza piosenka. – Skye wyciągnęła rękę, objęła siostrę i ją przytuliła.

Lorna zachichotała i żartobliwie ją odepchnęła.

Jej starsza siostra zwróciła się do mnie.

– Lemoniady?

Kiwnęłam głową. Po tańcu zaschło mi w gardle.

Salon i kuchnia były ze sobą połączone. Skye przeszła do kuchni, a Lorna ruchem ręki zaprosiła mnie na kanapę, jedyny niczym niezastawiony mebel w pokoju.

Teraz już całkiem się rozluźniłam. Zaskoczyło mnie, jak szybko poczułam się swobodnie w towarzystwie tych dziewczyn. Lorna energicznie klapnęła na kanapę obok mnie. Obie miałyśmy na sobie szorty i T-shirty. Moje nogi ledwo dotykały parkietu, a ona swobodnie oparła stopy na podłodze. Była bledsza niż ja czy Skye, ale wiedziałam, że dzięki zimie w Kalifornii to się szybko zmieni.

– Kiedy się wprowadziłaś? – zapytałam.

– Wczoraj wieczorem. Jesteś pierwszą osobą, którą tu poznałyśmy.

Skye przyniosła nam po szklance lemoniady. Przesunęła różne przedmioty leżące na ławie, usiadła na niej przodem do nas i zaczęła sączyć zimny napój.

– Jane, mieszkasz tu? – spytała.

Teraz, kiedy siedziała spokojnie, znowu uderzyła mnie jej wyjątkowa uroda. Poczułam wielką ochotę, żeby ją narysować. Tak samo jak Lorna miała oczy barwy oceanu i jasnobrązowe włosy, które opadały miękkimi falami do połowy pleców i były przetykane złotymi pasemkami. Lorna miała dość wydatny nos, a nosek Skye był delikatniejszy. Jak guziczek. Nie można im było odmówić podobieństwa, ale rysy twarzy Skye były idealne, Lorna zaś miała parę cech szczególnych i niedoskonałości, dzięki czemu była jeszcze bardziej interesująca. Pomyślałam, że obie mają cudowne twarze – świetnie by się je rysowało.

– Tak – odpowiedziałam na pytanie Skye. – Na tym samym piętrze.

– Z rodzicami?

– Zastępczymi.

Na jej twarzy pojawiło się współczucie.

– Mnie zostali już tylko Jamie i Skye – powiedziała Lorna.

Spojrzałam na nią ze zmarszczonymi brwiami.

– Kto to jest Jamie?

– Mój starszy brat. We wrześniu kończy piętnaście lat. Nasza mama zmarła trzy miesiące temu, a tata nas porzucił, kiedy byłam jeszcze mała. – Uśmiechnęła się z goryczą. – W ogóle mnie nie lubił.

Skrępowana, nie wiedziałam, co powiedzieć.

Skye najwyraźniej to wyczuła, bo wyciągnęła rękę i poklepała Lornę po kolanie.

– Kochanie, wiesz, że to nieprawda. – Rzuciła mi szybkie spojrzenie. – Przepraszam, Jane. Ostatnio jest nam dosyć ciężko.

– Nie, nieprawda. – Lorna odepchnęła rękę siostry. – Nigdy nie było lepiej.

Szeroko otworzyłam oczy. Jej mama niedawno zmarła, a ona nigdy nie czuła się lepiej?

– Co Jane sobie pomyśli? – oburzyła się Skye.

– Prawdę. – Lorna spojrzała na mnie, a w jej wzroku zobaczyłam upór i zdecydowanie, które, jak zaczęłam przypuszczać, stale gościły na jej twarzy. – Jane zostanie moją nową najlepszą przyjaciółką, a przyjaciółki zawsze wszystko sobie mówią.

Skye zaśmiała się cicho, a ja poczułam, że serce na chwilę mi stanęło.

Od drugiej klasy nie miałam przyjaciółki.

– Skye parę lat temu przeprowadziła się do Los Angeles, żeby zostać aktorką, i właśnie dostała rolę w tym genialnym serialu Czarodziejka.

Znowu wytrzeszczyłam oczy. W Los Angeles wiele osób chciało być aktorami, ale jeszcze nigdy nie poznałam kogoś, kto by występował w tak popularnym serialu.

– To mój ulubiony serial.

Skye uśmiechnęła się promiennie. Jej uśmiech, tak samo jak u siostry, był zaraźliwy. Morskie oczy Lorny były zimne i jak na trzynastolatkę nieco zbyt poważne, natomiast Skye patrzyła ciepłym wzrokiem, a jej oczy skrzyły się niczym fale w promieniach słońca.

– Super, że jesteś fanką! Będę grała nową postać pierwszoplanową.

Zauważyłam, że ma nieco słabszy akcent niż jej siostra.

– To cudownie. – Byłam pod ogromnym wrażeniem.

– Ty też chcesz zostać aktorką? – Lorna opacznie zrozumiała mój podziw.

Gwałtownie pokręciłam głową.

„Nigdy w życiu. Kamery skierowane na moją twarz, kiedy udaję kogoś innego. Ludzie obserwujący mój każdy ruch. Moje zdjęcia w tabloidach. Już bym wolała zjeść obrzydliwego ślimaka bez skorupy”.

– A może… malarką?

Zarumieniłam się i wzruszyłam ramionami. Co oznaczało „tak”.

– A ty chciałabyś grać w filmach? – spytałam Lornę.

– Nie. Zarobki są zbyt niepewne. – Wyprostowała plecy. – Zamierzam skończyć studia i zostać procesualistką. To ktoś w rodzaju prawnika. Zarabiają mnóstwo kasy.

– Na pewno jej się uda. – Skye czule uśmiechnęła się do siostry, a potem przeniosła wzrok na mnie. – Nigdy nie poznasz nikogo tak ambitnego jak twoja nowa najlepsza przyjaciółka.

– No cóż, w rodzinie, w której są aktorka i humorzasty pisarz, przyda się ktoś ambitny.

Siostra Lorny lekko się skrzywiła.

– Nie nabijaj się z Jamiego. Wiesz, że to go denerwuje.

Ich brat jest pisarzem. Ale czad.

– Kocham książki – powiedziałam.

– Teraz uważaj, Jane. – Skye wskazała na mnie, wstając. – Jeżeli Jamie się dowie, że rozpowiadasz wszystkim o jego pisaniu, wybuchnie tu trzecia wojna światowa, a ja nie mam na to czasu.

– Jane umie dochować tajemnicy. Prawda, Jane? – Lorna spojrzała na mnie.

Gorliwie kiwnęłam głową.

– A nie mówiłam? – zawołała.

Skye uśmiechnęła się do mnie miło.

– Jane, kocham swoją siostrę, ale nie pozwól, żeby kazała ci przytakiwać każdemu jej słowu – powiedziała. – I nie rób dla niej rzeczy, których wolałabyś nie robić.

– Wcale bym jej tego nie kazała – oburzyła się Lorna.

Jej siostra przewróciła oczami.

– Muszę lecieć do pracy. Na blacie w kuchni zostawiłam pieniądze na pizzę. Niech Jane zje razem z wami. Poproszę Jamiego, żeby kupił dwie, inaczej nie wystarczy dla wszystkich. Ten chłopak mógłby zjeść konia z kopytami.

Skye wyszła do przedpokoju. Usłyszałam, że z kimś rozmawia.

Na pewno z Jamiem. Pomimo nieśmiałości bardzo chciałam go poznać. Wiedziałam, że jeżeli choć trochę przypomina siostry, pewnie natychmiast się w nim zakocham.

Kiedy Jane poszła do pracy, Lorna odwróciła się do mnie i przyciągnęła kolana do klatki piersiowej.

– Skye mieszka w Los Angeles od paru lat, ale dopiero teraz, kiedy dostała nową pracę, mogła się tu przeprowadzić z nory, którą wynajmowała z kolegą. Powiedziała, że w okolicy jest dużo sklepów. To prawda?

Przytaknęłam i opowiedziałam jej o Brand Boulevard, ulicy pełnej sklepów i restauracji. Było tam też kino i planowano zbudować centrum handlowe. Dodałam, że tylko w Glendale można zjeść prawdziwe ormiańskie potrawy. Dość rzadko jadaliśmy poza domem, ale jedzenie na telefon zamawialiśmy na tyle często, że mogłam jej polecić dobre restauracje. Zaproponowałam też, że zaprowadzę ją do swojej ulubionej.

Lorna wysłuchała mnie uważnie, a kiedy skończyłam, przechyliła głowę i bacznie mi się przyjrzała.

– Wyglądasz na więcej niż trzynaście lat. Wiem, dlaczego ja jestem niesamowicie dojrzała jak na swój wiek. – Dramatycznym gestem wskazała na serce. – Ale co z tobą?

Ta zmiana tematu nieco wytrąciła mnie z równowagi. Zastanowiłam się jednak nad odpowiedzią i przypomniało mi się, że kiedyś podsłuchałam, jak Willa i Nick rozmawiali o mnie. Było to wkrótce po tym, jak z nimi zamieszkałam.

– Zachowuje się jak dorosła – szepnęła Willa do Nicka.

Siedzieli w kuchni. Ja byłam w przedpokoju. Wstałam z łóżka, żeby pójść po szklankę wody.

– To prawda. Dzieci wychowywane w rodzinach zastępczych szybko dojrzewają.

– Tracą całe dzieciństwo. Dlatego wolę wychowywać młodsze dzieci. Jeżeli nam się poszczęści, może zostaną u nas na tyle długo, żebyśmy zdołali im zapewnić prawdziwe dzieciństwo.

– Żałujesz, że wzięliśmy Jane?

– Nie, cieszę się. Wiele przeszła. Przynajmniej wiemy, że u nas jest bezpieczna.

Ta rozmowa mnie nie uspokoiła. A jeżeli któregoś dnia Willa stwierdzi, że mając dwójkę malutkich dzieci, nie radzi sobie z nastolatką?

Przyszło mi do głowy, że to pewnie również przez te troski zachowuję się, jakbym miała dwadzieścia lat więcej, niż mam.

– Jestem w rodzinie zastępczej – odparłam. – Ja też sporo przeżyłam.

Lorna przez chwilę zastanawiała się nad moimi słowami, po czym pokiwała głową.

– Kiedy tylko się poznałyśmy, poczułam, że jesteśmy bratnimi duszami. Wiesz, co to znaczy?

Przytaknęłam. Dużo czytałam.

Uśmiechnęła się.

– Chcesz zobaczyć mój pokój?

Ruszyłam za nią przez przedpokój, ale zwolniłam i na chwilkę zatrzymałam się przy pierwszych otwartych drzwiach. To był najmniejszy pokój, w którym na wąskim łóżku przy ścianie pod oknem leżał chłopak. Jak na nastolatka całkiem porządnie rozpakował swoje rzeczy. Nad wezgłowiem łóżka wisiał plakat przedstawiający okładkę płyty Eminema The Marshall Mathers LP. Na przeciwległej ścianie zobaczyłam jakiś przerażający plakat z rozmazanymi twarzami i czaszką mającą kły. Na górze widniał napis „Richard Matheson”, a wyżej „Jestem legendą”.

Chodziło o książkę?

Przeniosłam wzrok z powrotem na chłopaka i poczułam, że na całym ciele pojawia mi się gęsia skórka.

Potargane jasnobrązowe włosy opadały mu na czoło, w uszach miał słuchawki, z których dochodziła stłumiona muzyka. Miał zdecydowany profil, lekko wystające kości policzkowe i wyraźnie zarysowaną szczękę. Jedną rękę oparł na nodze zgiętej w kolanie. Trzymał podniszczoną książkę w miękkiej okładce. Miał mocno zaciśnięte wargi, jakby był bardzo skupiony.

Poczułam motyle w brzuchu.

Zatrzepotały skrzydełkami jeszcze szybciej, kiedy chłopak powoli odwrócił głowę i spojrzał na mnie.

Spod chmurnego czoła gniewnie wpatrywały się we mnie oczy barwy oceanu.

Przez chwilę gapiliśmy się na siebie bez słowa. Dla mnie ta chwila trwała całą wieczność. Czułam, że oblewam się rumieńcem.

Chłopak nagle odrzucił książkę i spuścił nogi z łóżka.

Na jego czarnym T-shircie widniał napis The Black Keys. Serce zabiło mi nierówno. Lubiliśmy ten sam zespół. Do koszulki włożył dżinsy, które kiedyś musiały być z ciemnego denimu, ale zdążyły już całkiem wyblaknąć. Wyjął słuchawki z uszu.

– Kim jesteś? – warknął i zaraz potem strzelił oczami na lewo ode mnie.

Obok stanęła Lorna.

– Co ty robisz? – spytał ją.

Wzruszyła ramionami.

– Pokazuję Jane mieszkanie. To moja nowa przyjaciółka. Jane, to mój starszy brat Jamie.

Jamie przeniósł rozgniewane spojrzenie z powrotem na mnie.

– Niech Bóg ma cię w swojej opiece.

 

– Hej! – wykrzyknęła Lorna z oburzeniem.

– Nie życzę sobie, żeby twoje koleżaneczki zaglądały mi do pokoju.

Zrobiłam się czerwona jak burak. Poczułam się upokorzona.

– Przez te twoje humory Jane czuje się skrępowana – warknęła Lorna. – Jamie, wbrew temu, co wyczytałeś w tych swoich książkach, zachowywanie się jak ponury skurwiel wcale nie jest fajne. To bardzo w stylu lat dziewięćdziesiątych, a jeżeli nie zauważyłeś, to ci przypomnę, że jest dużo później.

– Ojej, najmocniej przepraszam, że zawstydziłem twoją wścibską psiapsiółkę – prychnął i podszedł do drzwi. – I przestań przeklinać, mała. Nie zachowujesz się jak twardziel, tylko tak, jakbyś się za bardzo napinała. – Zatrzasnął nam drzwi przed nosem.

„Ojej, najmocniej przepraszam, że zawstydziłem twoją wścibską psiapsiółkę”.

Policzki zapiekły mnie jeszcze bardziej.

– Nie przejmuj się nim. – Lorna złapała mnie za rękę i pociągnęła do swojego pokoju. – Tak naprawdę to on bardzo mnie kocha.

Pokój Lorny był tej samej wielkości co pokój Tarina i Flo u moich rodziców zastępczych. Próbowałam przestać myśleć o Jamiem i skupić się na wnętrzu. Pomieszczenie okazało się większe od pokoju Jamiego, co wydało mi się dziwne, zważywszy na to, że Jamie był starszy.

Stało tam kilka pudeł, ale Lorna wyraźnie nie miała wielu rzeczy osobistych. Zupełnie jakby czytała w moich myślach, wzięła się pod boki i oznajmiła:

– Skye obiecała, że przed początkiem roku szkolnego weźmie mnie na zakupy. Potrzebuję nowych rzeczy. I to wielu. Teraz ją na to stać. – Zrobiła chytrą minkę. – Kupię sobie parę ładnych plakatów, nie takich jak u Jamiego. Widziałaś tę czachę?

Kiwnęłam głową.

– Straszna, nie? To okładka jego ulubionej książki.

W myślach dodałam Jestem legendą do swojej listy książek do przeczytania.

W pokoju Jamiego pod ścianą stało kilka stosików książek, które najwyraźniej czekały na regał. Widocznie brat Lorny był molem książkowym tak samo jak ja. Motyle w moim brzuchu nie chciały odlecieć. Jakie to wszystko dziwne!

– Na pewno gdzieś ukrywa tę swoją pisaninę. – Lorna uśmiechnęła się przebiegle, jakby planowała zakraść się do jego pokoju i znaleźć kryjówkę. – Pisze ręcznie, bo nie stać nas na laptop. A raczej nie było nas stać. Teraz Skye na pewno mu kupi. Widziałaś jego książki? Przed przeprowadzką nie trzymał ich na widoku.

– Dlaczego?

Wzruszyła ramionami i odwróciła się do mnie.

– Gdyby jego kumple dowiedzieli się, że lubi czytać, a na dodatek pisze własne książki, skopaliby mu dupę.

– Fajni kumple.

Lorna parsknęła.

– Prawda? Nie rozumiem, dlaczego tak się wścieka, że się przeprowadziliśmy. Przecież tutaj może być sobą. Mój pokój to nic specjalnego. Na razie. – Znowu złapała mnie za rękę, zaprowadziła z powrotem do salonu i zaprosiła na kanapę.

Klapnęła obok z kolanami skierowanymi w moją stronę.

– Czyli będziemy się przyjaźnić, tak?

Kiwnęłam głową z poczuciem, że nie mam żadnego wyboru.

– W przyjaźni trzeba się stosować do pewnych zasad. Zasada numer jeden: zawsze się wspieramy.

To mi odpowiadało.

– Zasada numer dwa: nie krytykujemy swoich upodobań. Na przykład: ty uwielbiasz rysować i w ogóle interesujesz się sztuką, a ja lubię kupować ciuchy. W każdym razie myślę, że będę lubiła, kiedy w końcu będzie mnie na to stać.

Uśmiechnęłam się szeroko.

– Zasada numer trzy: nie zakochujemy się w tych samych chłopcach. Przyjaźń jest ważniejsza od chłopaków. To znaczy, jeżeli ich lubisz.

Zważywszy na to, że w szóstej klasie zadurzyłam się w Zionie Reynoldsie, a teraz serce wciąż nie chciało zwolnić po poznaniu Jamiego, mogłam być pewna, że lubię chłopców. Znowu kiwnęłam więc głową.

– Super. Chociaż nie przeszkadzałoby mi to, gdybyś wolała dziewczyny.

Ta zasada szczególnie mi się spodobała. Lojalność była dla mnie bardzo ważna. Co prawda nie miałam zbyt dużego doświadczenia w tej kwestii, ale ucieszyłam się, że teraz będę mogła udowodnić, że jestem lojalnym człowiekiem.

– Zasada numer cztery. – Spojrzała na mnie zmrużonymi oczami, jakby próbowała zajrzeć w głąb mojej duszy. – Bardzo ważna. Z jej powodu straciłam wiele przyjaciółek.

– Tak?

– Nie wolno ci zakochać się w Jamiem ani zaprzyjaźnić ze Skye. Jesteś tylko moją przyjaciółką.

Zarumieniłam się. Czyżby zauważyła, że Jamie mi się spodobał? W każdym razie on na pewno nigdy nie zwróciłby na mnie uwagi. Jeśli zaś chodzi o Skye… polubiłam ją, ale była ode mnie starsza. Nie sądziłam, że chciałaby zaprzyjaźnić się z koleżanką młodszej siostry.

– Zgoda.

Lorna uśmiechnęła się szeroko i klasnęła w dłonie.

– No to czad!

Uśmiechnęłam się, znowu czując motyle w brzuchu, ale tym razem było to nerwowe oczekiwanie. Może mój ostatni rok w gimnazjum jednak nie będzie taki zły – teraz, kiedy znalazłam przyjaciółkę? I to nie jakąś tam zwykłą uczennicę gimnazjum, tylko wygadaną dziewczynę z Bostonu, która wydawała mi się wyjątkowo energiczna i zdecydowana.