Tajemnica znachorki

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Tytuł oryginału:

DAS GEHEIMNIS DER HEBAMME

Copyright © 2006 by Knaur Taschenbuch

Copyright © 2010 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2010 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Agnieszka Walczy

Korekta: Aneta Iwan, Bożena Sęk

ISBN: 978-83-7999-235-5

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2014

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Dramatis personae

  Prolog

  CZĘŚĆ PIERWSZA. Wyprawa osadników Rok 1167, Frankonia Ucieczka W tym czasie na zamku w Miśni W drodze Klątwa Pojedynek Ostrzeżenie Napad Przyprawa życia Ciemny Las

  CZĘŚĆ DRUGA. Między dwoma obcymi światami Audiencja u margrabiego Synowie Hedwigi Wieczerza na zamku Stara cioteczka Bezbronna Ryzykowny sojusz Wesele Nieszczęśliwy powrót do domu Poufne rozmowy

  CZĘŚĆ TRZECIA. Odkrycia Maj 1168 Z powrotem na zamku Podejrzani Szybka decyzja W drodze do cesarza Czerwiec 1168, zjazd w Würzburgu Delikatne nici Oddzielne drogi Wieś Bertolda Plany na przyszłość Polowanie

  CZĘŚĆ CZWARTA. Zdrada Kwiecień 1169 Przybycie Randolfa Nowi przybysze Omen Krwawy sąd W niewoli Tragiczne wieści Poszukiwania Zamek Landsberg pod Lipskiem Uwolniony Noc Rozliczenie Rozstrzygnięcie Powrót do domu Posłowie

  Przypisy

Dramatis personae

Wykaz najważniejszych postaci występujących w powieści.

Postacie historyczne oznaczono gwiazdką.

Mieszkańcy Chrystianowa1

Marta, młoda akuszerka i zielarka

Chrystian*, rycerz w służbie miśnieńskiego margrabiego Ottona z Wettinu i przywódca osadników

Łukasz, jego giermek

Jonasz, kowal, i jego młoda żona Emma

Hildebrand, starosta wioski, jego żona Gryzelda oraz ich syn Bertram

Guntram i jego żona Berta

Wiprecht, wdowiec, jego syn Karol i córki Maria i Joanna

Greta, stara wdowa, i jej synowie Marcin i Kuno

Kaspar i Hiltruda

Gernot, smolarz

Bartłomiej, wiejski proboszcz

Herman, mistrz górniczy, i jego córka Gertruda

Hartwig, zarządca dworu, ustanowiony przez Randolfa

Miśnia

Otto z Wettinu*, margrabia miśnieński

Hedwiga*, jego małżonka

Albrecht* i Dytryk*, ich synowie

Gerung*, biskup miśnieński

Herman*, cesarski burgrabia

Randolf, najpotężniejszy z wasali Ottona i zagorzały wróg Chrystiana

Giselbert, Ekkehart i Elmar, przyjaciele Randolfa

Rajmund, rycerz w służbie Ottona i przyjaciel Chrystiana

Elżbieta, żona Rajmunda

Ryszard i Gero, przyjaciele Chrystiana

Arnulf, zbrojmistrz w służbie Ottona

Alojzjusz, astrolog

Zuzanna, służąca Hedwigi

Józefa, znachorka

Oda, tajemniczy gość na dworze Ottona

Arystokracja i duchowieństwo

cesarz Fryderyk ze Staufen*, zwany Rudobrodym

Beatrycze z Burgundii*, jego małżonka

Henryk Lew*, książę Saksonii i Bawarii

Matylda*, jego małżonka

Albrecht Niedźwiedź*, margrabia Brandenburgii, ojciec Hedwigi i zagorzały wróg Henryka Lwa

Bracia Ottona: Dedo z Grójca*, Dytryk z Landsbergu*, margrabia Marchii Wschodniej, hrabia Fryderyk z Brehny* i Henryk z Wettinu*

Konrad*, syn Dytryka z Landsbergu

Wichman, arcybiskup Magdeburga*

Rajnald z Dassel*, wieloletni kanclerz i zaufany cesarza, arcybiskup Kolonii

Ludwik Żelazny*, landgraf Turyngii

Chrystian z Oldenburga*

Pozostałe postaci

Wulfhart, kasztelan rodzinnej wioski Marty

Irmhilda, jego młoda żona

Oswald i Ludolf, zbrojni knechci Wulfharta ścigający Martę

Fryderyk i Hans, przewoźnicy soli z Halle

Ludmił, wędrujący pieśniarz, i jego towarzysz Hilariusz

Bertold* i Konrad*, właściciele wsi sąsiadujących z Chrystianowem

Prolog

Przed wieloma stuleciami świat wydawał się uporządkowany. Każdy od urodzenia miał na Ziemi swoje miejsce. Lecz nagle coś zaczęło się zmieniać. Kto przyłączył się do jednej z wypraw osadników ciągnących na wschód, miał szanse na nowe, lepsze życie.

Cena była jednak wysoka. Śmiałkowie, którzy się na to decydowali i ze skromnym dobytkiem wyruszali w drogę w nieznane, palili za sobą wszystkie mosty. Ciągnęli przez ciemne bory, w nieznane krainy, dalej i dalej, aż na kraniec świata. Nie wiedzieli, co ich czeka na końcu wędrówki. Jedno było pewne: nie każdemu będzie dane dotrzeć do celu. Mimo wszystko tysiące podejmowały owo ryzyko. I działy się rzeczy niespodziewane.

CZĘŚĆ PIERWSZA Wyprawa osadników

Rok 1167, Frankonia 1

No dalej, przyłóż jej, naucz ją posłuchu – zażądał od swego starszego towarzysza Ludolf, pieniąc się ze złości. Oswald, dowódca ciężkozbrojnych knechtów z zamku, zacisnął już pięść. Nadal jednak z lekkim zdumieniem i zjadliwym uśmieszkiem mierzył wzrokiem stojącą przed nim drobną dziewczynę o kasztanowych włosach.

 

Jeszcze nigdy nikt nie odważył się im przeciwstawić, a już zwłaszcza żadna niewiasta. Ta tutaj była na dodatek niemal dzieckiem i nawet nie sięgała mu ramienia. Jednym ciosem swej potężnej pięści mógł roztrzaskać jej podbródek albo zmiażdżyć nos. Tyle tylko że w ten sposób wcale nie przysłużyłby się swemu panu. On potrzebował tej krnąbrnej dziewuchy całej i zdrowej, przynajmniej na razie.

Marta, wokół której rozgrywało się całe to zamieszanie, była tak zrozpaczona, że zupełnie zapomniała, jak niebezpiecznie jest zadzierać z dwoma zabijakami, którzy siali postrach w całej wsi.

– Nie widzicie, że ona umiera? Nie mogę teraz odejść! – krzyknęła wzburzona i odwróciła się, żeby z powrotem zająć się umierającą w chacie znachorką Serafiną, swoją przybraną matką.

Lecz wtedy gniew zapłonął również w Oswaldzie. Gdy ta zuchwała dziewucha przysłuży się memu panu, to już ja nauczę ją posłuszeństwa – pomyślał z wściekłością. Przez chwilę z rozkoszą wyobrażał sobie, jak leży przed nim, jęcząc i błagając go o litość.

Chwycił ją mocno za ramię, wyciągnął z maleńkiej chatki na skraju lasu i ryknął: – Pójdziesz teraz z nami, mała wiedźmo, albo poczujesz, co to bat! Jeśli stara nie może, to w takim razie ty pomożesz przyjść na świat dziedzicowi kasztelana!

Oswald, którego lewą stronę twarzy szpeciła źle zagojona blizna, wskoczył na konia, wciągnął Martę przed siebie i ruszył galopem.

– Mateczko Fino! – krzyknęła Marta z rozpaczą i spróbowała się odwrócić. Lecz Oswald mocno ją trzymał i popędzał konia w kierunku zamku.

Galopowali w zimnym i deszczowym marcowym poranku. Ludolf, przysadzisty knecht z jasnymi włosami pozlepianymi w kosmyki, zabrawszy jeszcze koszyk Marty z maściami i tynkturami, ruszył tuż za nimi.

Marta marzła. Kanciaste drewniane siodło kłuło ją w bok, a ciemnowłosy jeździec, cuchnący piwem, cebulą i potem, trzymał ją w żelaznym uścisku.

Zaraz potem prawa dłoń Oswalda zaczęła wędrować po jej filcowej opończy. Marta zamarła w przestrachu. Przerażona tak mocno uchwyciła się grzywy konia, że ten spłoszył się i Oswald musiał użyć obu rąk, by nad nim zapanować.

Marta odwróciła się ku niemu gwałtownie. – Czy moglibyśmy chociaż dać znać we wsi, żeby ojciec Jan poszedł do mojej matki? Chyba nie chcecie, żeby umarła bez rozgrzeszenia i trafiła w ogień piekielny?

Dołączył do nich Ludolf. – Czego ta mała chce? Żebyś ją delikatniej trzymał? – zawołał z uszczypliwym uśmieszkiem. Wędrująca dłoń towarzysza nie umknęła jego uwadze.

– Nie, chce księdza dla tej starej wiedźmy. A ta przecież tak czy siak trafi prościuteńko do piekła. – Oswald roześmiał się złośliwie.

Nagle twarz jego młodszego towarzysza spoważniała. – Z tego nie wolno żartować. Ani z ognia piekielnego, ani z tej starej. W końcu jeszcze nałoży na ciebie klątwę.

– Ona nie jest żadną wiedźmą, tylko znachorką, i nigdy nikomu nie zrobiłaby krzywdy. Proszę, nie pozwólcie, by umierała w samotności – błagała Marta.

– Nie mamy czasu do stracenia – mruknął Oswald, pocierając grzbietem dłoni poszarpaną bliznę na twarzy. – Ale niech będzie. Ktoś ze wsi wyśle księdza.

Marta odetchnęła z ulgą. Ojciec Jan wspomoże Serafinę. A Oswald przestał szukać jej piersi, tylko na powrót mocno ją trzymał.

Stadko kur rozbiegło się na boki z głośnym gdakaniem, kiedy dwaj jeźdźcy mknęli przez wioskę pod zamkiem. Gdy mijali jakiegoś starszego mężczyznę próbującego spędzić z drogi chudego prosiaka, Ludolf zawołał: – Hej, ty tam! Biegnij do księdza i wyślij go do starej akuszerki. Leży na łożu śmierci.

Stary tylko popatrzył na nich z przestrachem. Lecz gdy Marta obejrzała się za nim, z ulgą spostrzegła, że kuśtyka w stronę drewnianego kościółka.

Knechci szybkim galopem minęli bramę zamkową, niedbałym machnięciem pozdrawiając wartowników.

Oswald zsunął Martę z siodła i zsiadł z konia. Rzucił wodze chłopcu stajennemu i wysłał Ludolfa na poszukiwanie zarządcy.

Marta jednym spojrzeniem objęła zwykły rozgardiasz, jaki panował na błotnistym dziedzińcu zamku. Świnie tarzały się w kałużach, przy stajni leżała kupa gnoju, z kuchni dochodziły głośne krzyki, a obok zmurszałej studni walały się kamienie, które powypadały z cembrowiny.

Do pręgierza przywiązany był nieprzytomny mężczyzna. Jego poszarpane batem plecy pokrywała zaschnięta krew. Marta wiedziała, kim jest ten nieszczęśnik. W wiosce poprzedniego dnia lotem błyskawicy rozeszła się pogłoska, że kasztelan kazał sprowadzić przed sąd na zamku pewnego biednego chłopa. Robota Oswalda – stwierdziła przygnębiona na widok pociętych do krwi pleców. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że człowiek z blizną odczuwa chorą rozkosz, wymachując pejczem. Jedynie sam kasztelan przewyższał go okrucieństwem.

Jakby baty mogły sprawić, że chłopi szybciej spłacą swoje długi – pomyślała gorzko.

Zdusiła w sobie chęć podbiegnięcia do nieszczęśnika i ulżenia mu w bólu. To było nie do pomyślenia na zamku. Gdy nastaną ciemności, spróbuje chociaż podać mu trochę wody do picia.

Okrzyk bólu rozbrzmiał z górnego okna wieży zamkowej.

– Słyszysz, pani potrzebuje twojej pomocy – warknął Oswald.

Marta nic nie odpowiedziała.

Martwiła się nie tylko tym, że będzie to jej pierwszy poród bez Serafiny. Jej mistrzyni ze względu na swą postępującą chorobę już od jakiegoś czasu upierała się, by Marta sama pielęgnowała chorych i sama odbierała porody. Tylko że do tej pory zawsze przy niej była i pilnowała, by jej młoda następczyni wszystko robiła jak należy.

Lecz Irmhilda, młoda żona kasztelana, jeszcze nigdy nie urodziła zdrowego dziecka. Marta i Serafina były przy niej i podczas poronienia, i gdy urodziła martwe dziecko. A tym razem według rachuby Marty kasztelanowa zaczęła rodzić o trzy miesiące za wcześnie.

Na zamkowym dziedzińcu znów rozległ się krzyk.

Do Marty i Oswalda podszedł zarządca. Nigdy nie był w humorze, a jego oczy niemal ginęły w obrzmiałej twarzy. Jego ciemnobrązowa wierzchnia szata, choć uszyta z dobrego materiału, była brudna i poprzecierana.

– Czego tu chcecie? Gdzie jest stara akuszerka? – zapytał opryskliwie zbrojnego.

– Ona umiera, nic się nie poradzi. – Oswald wzruszył ramionami. – Więc wzięliśmy tę młodą.

Zarządca zmierzył wzrokiem szczupłą figurę Marty.

– Nawet nie urodziłaś jeszcze własnego dziecka, to jak chcesz innemu pomóc przyjść na świat? – zapytał z lekceważeniem.

– Postaram się, panie – odpowiedziała najspokojniej, jak potrafiła. – Lecz jest o wiele za wcześnie na urodzenie zdrowego dziecka. Może lepiej byłoby sprowadzić z dalszej okolicy bardziej doświadczoną akuszerkę.

– Czy nikt nie nauczył cię manier? – ofuknął ją zarządca. – Na kolana! Niewiasta powinna milczeć ze spuszczonym wzrokiem.

To jak mam rozpoznać, co komuś dolega, jeśli nawet nie mogę na niego popatrzeć? – pomyślała Marta z ironią, lecz posłuchała rozkazu. – Poza tym mogłabym przysiąc, że niedługo zaleje cię żółć. Powinieneś mniej się obżerać! Jednak rozsądek nakazał jej zachować milczenie. Jedno słowo, a pewnie zostałaby surowo ukarana. Za dobrą radę otrzymałaby baty, a nie podziękowania.

Zarządca obojętnie przyglądał się klęczącej dziewczynie, aż w końcu skinieniem dał jej znać, by wstała i poszła za nim.

Sala była ciemna, lodowato zimna i okopcona. W kącie kłębiło się kilka psów. Kasztelan Wulfhart siedział przy stole sam, przed nim stał dzban i puchar. Opierając głowę na ręku, zerknął tylko na nich i dalej wpatrywał się w pustkę.

– Mój panie, ta młoda dziewczyna pomoże waszej małżonce – zarządca zwrócił się do niego z należytym szacunkiem.

Szybko popchnął przed siebie Martę, która jak nakazywał obyczaj, padła przed rycerzem na kolana.

Wulfhart wpatrzył się w nią szklistym spojrzeniem.

Już z samego rana jest pijany – zorientowała się Marta od razu, spuszczając wzrok. Dreszcz przebiegł jej po plecach. Miała wrażenie, że widzi, jak pochodzące od Wulfharta zło unosi się wokół niego.

– I ty niby znasz się na rodzeniu dzieci? Ile masz lat? – prychnął Wulf­hart.

– Prawie czternaście, panie – powiedziała Marta, wpatrując się w brudne sitowie, którym wyłożono podłogę sali. Nie znała dokładnie swojego wieku. Była sierotą. Przed dziesięciu laty banda wyjętych spod prawa zabiła jej rodziców, by ukraść owce, które hodowali dla kasztelana. Serafina, która przyniosła żonie owczarza świeże zioła, odkryła zbrodnię i znalazła roztrzęsioną Martę ukrytą w pobliskim zagajniku. Wzięła ją do siebie i z czasem nauczyła wszystkiego, co sama potrafiła jako znachorka.

– Wybaczcie, mój panie, ale w tak krótkim czasie nie mogliśmy sprowadzić innej akuszerki – prędko wtrącił zarządca, bezradnie rozkładając ręce.

Z pomieszczeń na górze znowu dobiegł głośny krzyk.

Wulfhart popatrzył na nich ciężkim wzrokiem. – Zrób coś, żeby skończyły się te wrzaski, i zadbaj o to, żebym wreszcie miał syna – powiedział głosem przywykłym do rozkazywania. Potem nagle pochylił się ku Marcie i ryknął: – I postaraj się, żeby to w końcu był chłopak, a nie znowu jakiś martwy potworek! Inaczej każę obciąć ci dłonie i stopy!

Zarządca podciągnął Martę do góry i wypchnął z sali.

– Słyszałaś, co powiedział pan. A on dotrzymuje obietnic.

– Tak, panie – odpowiedziała pobladła Marta.

Wcale w to nie wątpiła.

Przygnębiona weszła po schodach do komnaty młodej kasztelanowej.

Pomieszczenie zostało zaciemnione, jak zwykle czyniło się przy porodach. Było w nim duszno i pełno dymu.

Jęcząca Irmhilda leżała na łożu pod grubymi kocami i skórami, otoczona kilkoma kobietami, które popatrzyły na Martę z ciekawością i lekkim sceptycyzmem. Przy oknie stał zamkowy kapelan, spozierając z zakłopotaniem. Był to szczupły starszy mężczyzna o białych jak śnieg włosach.

Marta od razu wiedziała, co robić.

– To kobieca sprawa. Bądź tak łaskawy, ojcze, i zostaw panią samą. Lecz proszę, byś wspomagał ją modlitwą – powiedziała. Kapłan skinął głową, wymamrotał błogosławieństwo i z wyraźną ulgą opuścił komnatę.

– Jak się czujecie, pani? – zapytała Marta młodą kruchą kobietę o twarzy szarej jak popiół.

– Pomóż mi, chyba mnie rozerwie! Gdzie Serafina? – stęknęła Irmhilda.

Marta nie odpowiedziała. Odmówiła krótką modlitwę, a potem odsunęła skóry, którymi okryto rodzącą, i zbadała ją delikatnymi, lecz zręcznymi ruchami. Serafina nauczyła ją, że trzeba dokładnie zbadać obrzmiały brzuch ciężarnej z zewnątrz. – Tylko z największą ostrożnością można wsunąć rękę w ciało rodzącej – nakazywała zawsze. – Większość tego, co musisz wiedzieć jako akuszerka, możesz się dowiedzieć i bez tego.

Gdy były same, warząc uzdrawiające napoje, stara Fina często opowiadała o akuszerkach, które spowodowały u kobiet poważne uszkodzenia, ponieważ sięgały zbyt głęboko do ich wnętrza lub rozrywały ujście pochwy, by ułatwić dziecku wydostanie się na świat. Serafina należała do nielicznego grona akuszerek, które potrafiły z zewnątrz obrócić dziecko w brzuchu matki, jeśli było źle ułożone, i przekazała tę wiedzę Marcie.

– Dziecko chce przyjść na świat przedwcześnie. Porodu nie da się już powstrzymać – stwierdziła w końcu młoda akuszerka. Wskazując na świeże krwiaki, które pokrywały twarz i ciało Irmhildy, zapytała: – Co się wam przydarzyło, pani?

Żona Wulfharta spuściła wzrok. – Przewróciłam się.

Marta nie musiała nic mówić, sprawa była dla niej oczywista. Przejrzała zawartość koszyka, który przyniósł jej Ludolf, i posłała pokojówkę po czystą wodę i świeży gęsi smalec. Potem razem z jedną z kum zaprowadziła Irmhildę do krzesła porodowego.

– Dacie radę, pani – próbowała uspokoić przerażoną kasztelanową, która była od niej starsza tylko o kilka lat.

Pod nieufnym wzrokiem kobiet umyła sobie ręce i przedramiona.

Prawie od razu się zorientowała, że i tym razem nadzieje Wulfharta na potomka spełzną na niczym. Dziecko rodziło się o wiele za wcześnie. Prawdopodobnie już było martwe. Zakażone wody płodowe zabarwiły prześcieradło.

Nie wspomniała o swoich przypuszczeniach Irmhildzie, by jeszcze bardziej jej nie przerazić. Ta młoda kobieta z pewnością zostanie ukarana za to, że kolejny raz zawiodła. Może Wulfhart odeśle ją i zamknie w jakimś klasztorze. Lecz chyba lepszy byłby dla Irmhildy pobyt w klasztorze niż życie z tak brutalnym mężem.

Jak sama uniknie gniewu kasztelana, Marta nie miała pojęcia.

 

Marta wiedziała, że poród potrwa jeszcze przynajmniej pół dnia. Kobiety zgromadzone w komnacie Irmhildy, czyli kilka starszych nieznanych Marcie kum, pokojówki i żona zarządcy zamku, traktowały to wydarzenie ze zwykłą w takich razach mieszaniną zdenerwowania, troski i współczucia. Poród oznaczał długo wyczekiwaną odmianę w monotonnym życiu kobiet. Jedynie żona zarządcy, gdy nikt akurat nie patrzył, traktowała Irmhildę z wyraźną niechęcią. Wkrótce przyszła też mamka, którą trzeba było wezwać dużo wcześniej, niż planowano. W milczeniu usiadła w rogu komnaty.

Marta robiła rodzącej okłady z przywrotnika i kurdybanku, masowała jej plecy, brzuch i uda i cały czas dodawała jej odwagi.

– To za wcześnie, prawda? – szepnęła kasztelanowa między kolejnymi skurczami. – A przecież czyniłam wszystko, co możliwe. Cały czas modliłam się i nosiłam przy sobie to. – Nerwowym ruchem wyciągnęła spod poduszki jakiś woreczek. – Szpon żurawia na lekki poród zostawiła mi w spadku matka. A łapa kreta miała przynieść szczęście i chronić przyszłego dziedzica. Sprzedał mi ją wielce świątobliwy mąż.

Marta doskonale pamiętała handlarza, który zjawił się we wsi zeszłego lata i pięknymi słówkami wychwalał swoje towary przed chłopkami. Były to napoje miłosne, niezawodne środki na zmartwienia sercowe, sprawy kobiece i niepłodność. Pewnie na zamku udało mu się ubić lepszy interes. Marta szczerze wątpiła w skuteczność łapy kreta i suszonych chrząszczy, lecz nic nie powiedziała. Irmhildzie potrzebne były wszystkie siły.

– Jesteście, pani, jeszcze młoda i urodzicie wielu silnych synów. – Marta próbowała pocieszyć przerażoną kobietę, chłodząc jej czoło wilgotną szmatką. – Musicie tylko dać waszemu panu do zrozumienia, że powinien was oszczędzać, gdy jesteście przy nadziei.

Irmhilda spuściła wzrok i nic nie odpowiedziała.

Gdy minęło pół dnia, kasztelanowa wydała na świat płód wielkości dłoni. Widać było, że był martwy już od jakiegoś czasu. To był chłopiec. Irmhilda opadła bez sił na łoże i zaczęła drżeć na całym ciele.

Martę ogarnęła litość, lecz jeszcze silniej odczuwała strach. To jej Wulf­hart przypisze winę za to, co się wydarzyło, i spełni swą groźbę.

Trudno było oczekiwać wsparcia od przerażonej na śmierć Irmhildy. Gdy Wulfhart przyjdzie, by poszukać winnego, nikt i nic Marty przed nim nie uchroni.

Młodą akuszerkę poraziła nagle wizja topora Oswalda, który opada, pozbawiając ją dłoni i stóp.

Wybacz mi, Panie – zaczęła się modlić w duchu, gdy obmywała martwe ciałko i owijała je w płócienną chustę. Muszę się stąd wydostać, i to jak najszybciej.

Lecz najpierw powinna zyskać trochę na czasie. Nie mogła jeszcze opuścić Irmhildy.

– To jeszcze nie koniec. Pani potrzebuje waszych modlitw. I to natychmiast – rozkazała lamentującym kobietom, które ku jej uldze i zdziwieniu uklękły i zaczęły się modlić.

Modlitwy nie zaszkodzą – pomyślała Marta. A przede wszystkim zapobiegną temu, by któraś z kobiet wyniosła wieść o martwym potomku kasztelana z komnaty jego małżonki.

– Przyprowadzę wikarego – powiedziała, gdy Irmhilda wydaliła popłód, a ona ją opatrzyła.

Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, już wymknęła się za drzwi. Zbiegła po schodach, przemknęła przez dziedziniec i znalazła chudego duchownego, który popatrzył na nią z troską w oczach. – Pani prosi, byście do niej przyszli. Potrzebuje waszej pomocy – powiedziała.

Wikary wyruszył natychmiast.

Marta miała nadzieję, że jego obecność uchroni Irmhildę przed razami. Mówiono, że wikary to jedyna osoba, która ma odwagę powstrzymać popęd­liwego Wulfharta.

Pospieszyła przez dziedziniec do bramy najszybciej jak mogła, lecz tak, by nie zwracać na siebie uwagi. Pręgierz był pusty. Prawdopodobnie udręczony mężczyzna leży teraz w lochu. A może już nie żyje?

– Co się dzieje, dokąd się tak spieszysz? – zapytał wartownik, który z markotną miną opierał się o bramę. Z wartowni dochodził stukot i głośne okrzyki jego kamratów, którzy grali w kości.

Marta rzuciła okiem na wąskie okienko komnaty Irmhildy. W każdej chwili ktoś mógł stamtąd zawołać: – Zatrzymać tę wiedźmę i wrzucić ją do lochu!

Więc najbardziej rześkim głosem, na jaki było ją stać, powiedziała, pokazując koszyk: – Idę nazbierać trochę ziół, żeby ułatwić pani kasztelanowej poród. Najlepiej działają świeżo zerwane.

Z bijącym sercem czekała na reakcję wartownika. Czy ją przepuści? Jeszcze tylko kilka kroków i byłaby na razie bezpieczna. W przeciwnym razie padnie ofiarą krwawej zemsty Wulfharta i umrze. Lecz żołnierz tylko machnął ręką. – No to się pospiesz! Nasz pan niecierpliwie wyczekuje syna.

Marta przemknęła przez bramę i szybko, choć nie biegiem, ruszyła w stronę lasu, który rozpościerał się dwieście kroków od zamku.

Jej przerażenie rosło z każdą chwilą. Błagam, niech jeszcze nic nie zauważą – szeptała, robiąc coraz sztywniejsze kroki. Oddychała z trudem, w każdej chwili spodziewając się, że usłyszy świst strzały, która wbije się jej między łopatki.

Gdy w końcu znalazła się poza zasięgiem wzroku wartowników przy bramie, pobiegła pod osłoną drzew w stronę wioski i ukryła się w zagajniku przy drodze.