Skłam ze mną

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Sabine Durant

Skłam ze mną


Tytuł oryginału

Lie with Me ISBN 978-83-8116-129-9 Copyright © TPC & G Ltd 2016 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Redakcja Paulina Tomczyk Projekt okładki Mariusz Kula www.mariuszkula.com.pl Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Sierpień 2015

PRZEDTEM

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Wrzesień 2015

POTEM

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

PÓŹNIEJ

Rozdział 23

Rozdział 24

Podziękowania

Francesce

Sierpień 2015

W nocy przyszło mi na myśl, że może wszystko zaczęło się wcześniej. Usiadłem przerażony i w ciemności wydrapałem paznokciem na wewnętrznej stronie przedramienia słowo KSIĘGARNIA. Teraz już nie ma po nim śladu: skóra w tym miejscu jest rozpalona od ukąszenia owada, które dodatkowo musiałem rozdrapać we śnie. Na szczęście pomogło pisanie, jak zwykle. Dzisiaj pamiętam to całkiem dobrze.

Hudson & Co: antykwariat przy Charing Cross Road. Zakładam, że zaczęło się tam — że nic z tego by się nie zdarzyło, gdyby mojej uwagi nie zwróciły rude włosy głupawej sprzedawczyni. Ale może się mylę? Czy odpowiednie moce działały już wiele tygodni i miesięcy wcześniej? Czy trop trucizny prowadził na studia, długo przed zniknięciem tej cholernej dziewczyny? Lub jeszcze dalej wstecz — do szkoły, dzieciństwa, do owej chwili w 1973 roku, gdy sinofioletowy od wrzasku wynurzyłem się na ten bezlitosny świat?

Chyba zadaję teraz pytanie, w jakim stopniu jesteśmy współautorami własnego zniszczenia. Jaka część tego koszmaru jest moją winą? Można narzekać i nienawidzić. Wierzgać na znak protestu. Robić głupie rzeczy w przypływie rozpaczy, ale może czasami trzeba jednak podnieść rękę i się przyznać.

PRZEDTEM
Rozdział 1

Był deszczowy dzień, jedno z tych dżdżystych londyńskich popołudni, kiedy niebo, chodnik i zasnute mżawką budynki zlewają się w szarą bezkształtną masę. Już dawno nie widziałem takiej pogody.

Skończyłem właśnie lunch z moim najstarszym przyjacielem, Michaelem Steele’em, w winiarni Porter’s w przejściu podziemnym przy Charing Cross, do której zachodziliśmy, odkąd w wieku szesnastu lat odkryliśmy dyskrecję jej lokalizacji i właściciela. Rzecz jasna teraz o wiele bardziej wolelibyśmy spotkać się w jakimś mniej mrocznym i wilgotnym miejscu (par ­exemple w pewnym szykownym bistro na St Martin’s Lane, którego specjalnością były wina znad Loary), lecz nostalgia potrafi być tyranem. Żaden z nas nie śmiałby nawet napomknąć o takiej możliwości.

Z reguły wychodziłem ze spotkań z Michaelem napuszony jak paw, z rozpierającym krocze poczuciem wyższości. Miotający się między wymaganiami żony, synów bliźniaków i praktyki adwokackiej w Bromley, słuchał opowieści o moich tarapatach — nocne pijaństwa w Soho, młode dziewczyny — z zawiścią w oczach.

— A ta ile ma lat? — pytał, rozcinając jajko po szkocku. — Dwadzieścia cztery? Rany boskie.

Nie czytał książek i w swojej połączonej z niewiedzą lojalności ciągle uważał mnie za literackiego geniusza. Nigdy w życiu nie przyszłoby mu do głowy, że napisana dwadzieścia lat temu książka, która zdobyła niejaki rozgłos, może nie wystarczyć do podtrzymywania w nieskończoność marki dobrego prozaika. Jawiłem mu się jako gwiazda „literackiego Londynu” (jak to ujmował) i gdy płacił rachunek — na co można było jak zwykle liczyć — miało się wrażenie, że robi to nie w odruchu miłosierdzia, lecz na znak hołdu. Jeżeli zachowanie status quo wymagało od nas obydwu odrobiny ściemy, nie była to wygórowana cena. Jestem pewien, że mnóstwo przyjaźni zbudowano na kłamstwach.

Jednak tym razem wyszedłem na ulicę ze spuszczoną głową. Szczerze mówiąc, chociaż nikomu tego nie zdradziłem, miałem ostatnio pod górkę. Moja najnowsza powieść została właśnie odrzucona, a Polly, wspomniana dwudziestoczterolatka, odeszła do jakiegoś nieopierzonego blogera politycznego czy kogoś podobnego. Co najgorsze, dosłownie tego samego dnia rano dowiedziałem się, że czeka mnie eksmisja z darmowego mieszkania w Bloomsbury, które przez sześć ostatnich lat nazywałem domem. Mówiąc krótko, byłem bez grosza, miałem czterdzieści dwa lata, a przed sobą upokarzającą perspektywę zamieszkania z matką w East Sheen.

W dodatku, jak już wspomniałem, padał deszcz.

Wlokłem się William IV Street w stronę Trafalgar Square, uchylając głowę przed parasolami. Przy poczcie zagrodziła mi drogę jakaś grupa zagranicznych studentów z plecakami i w odblaskowych trampkach i zostałem zepchnięty z krawężnika. Jeden but wylądował w kałuży; przejeżdżająca taksówka obryzgała mi nogawkę sztruksów. Przeklinając i sadząc susy, pokonałem jezdnię, klucząc między czekającymi samochodami, skręciłem w St Martin’s Lane, przeciąłem Cecil Court i znalazłem się na Charing Cross Road. Świat zatrząsł się w posadach — ruch, prace budowlane, szczęk rusztowań, dantejskie sceny przy budowie linii Crossrail. Deszcz nie przestawał lać się z nieba, ale dobrnąłem już za stację metra, gdy sznur nadciągających turystów znowu zmusił mnie do zboczenia z kursu i przycisnął do witryny sklepu.

Tkwiłem tak, przywierając do szyby, dopóki nie przeczłapali, i wtedy zapaliłem papierosa. Stałem przed Hudson & Co, antykwariatem specjalizującym się w fotografii i filmie. W głębi mieli niewielki dział literacki, skąd, o ile dobrze pamiętałem, zwędziłem kiedyś wczesne wydanie Jima szczęściarza. (Nie pierwsze, ale pomarańczowego Penguina z 1961 roku z rysunkiem Nicolasa Bentleya na okładce — fajne).

Zajrzałem do środka. Księgarnia była pełna kurzu, sprawiała wrażenie miejsca pamiętającego lepsze czasy — na wyższych półkach panowała przygnębiająca pustka.

 

I wtedy zobaczyłem dziewczynę.

Gapiła się w okno, żując kosmyk długich rudych włosów, a rysy miała ociężałe od nudy tak zmysłowej, że opuszkom mych palców udzielił się jej dreszcz.

Oderwałem zapalony koniuszek papierosa, wsunąłem resztę do kieszeni płaszcza i otworzyłem drzwi.

Nie jestem brzydki (a wcześniej, przed tym wszystkim, było jeszcze lepiej), twarze takie jak moja — zmarszczki wokół niebieskich oczu, mocne kości policzkowe, pełne usta — kobiety podobno uwielbiają. Dbałem o wygląd, chociaż chciałem osiąg­nąć efekt, jakby mi nie zależało. Czasami przy goleniu zwracałem uwagę na długość palców na tle wyrzeźbionej symetrii szczęki, na regularność zarostu i lekko haczykowaty, rzymski nos. Uważałem, że zainteresowanie życiem duchowym nie uzasadnia lekceważenia ciała. Klatkę piersiową mam szeroką; do dzisiaj staram się zachować jej twardość — ćwiczenia, których nauczyłem się w Pulsie Mocy, klubie fitness w Bloomsbury, w czasie darmowego miesiąca, ciągle się przydają. Wiem też, jak wykorzystać swój wygląd: nieśmiały, bojaźliwy uśmiech, oszczędny kontakt wzrokowy, odruchowe masowanie szopy blond włosów, jakby w zamyśleniu.

Dziewczyna nie zwróciła na moje wejście większej uwagi. Miała na sobie długi geometryczny top, legginsy i grube trapery; trzy ćwieki wewnątrz jednego ucha, mocny makijaż. Niewielki tatuaż w kształcie ptaka na boku szyi.

Schyliłem głowę, potrząsając szybko włosami.

— No, kurde — odezwałem się niby-cockneyem. — Leje jak z cebra.

Lekko się zakołysała, wsparła na piętach i opadła na metalowy stołek, wypuszczając z ust kosmyk rubinowych włosów. Rzuciła okiem w moją stronę.

Podniosłem głos:

— Naturalnie Ruskin twierdził, że nie ma czegoś takiego jak zła pogoda, są tylko różne rodzaje dobrej.

Nadęte usta poruszyły się nieznacznie, jak gdyby zamierzały ułożyć się w coś na kształt uśmiechu.

Postawiłem przemoczony kołnierz płaszcza.

— Tylko trzeba by to powiedzieć mojemu krawcowi!

Uśmiech zbladł, nie zmaterializował się. Krawcowi? Skąd miała wiedzieć, że aluzja do płaszcza, znalezionego za grosze w sklepie Oxfamu w Camden Town, jest ironiczna?

Postąpiłem krok bliżej. Na stoliku przed nią stał kubek ze Starbucksa z wypisanym czarnym flamastrem imieniem „Josie”.

— Josie, co? — zapytałem.

— Nie — rzuciła prosto z mostu. — Takie imię podałam bariście. Za każdym razem przedstawiam się inaczej. Czym mogę służyć? Szuka pan czegoś konkretnego? — Zlustrowała mnie wzrokiem, rejestrując chłonny tweed, sztruksy, przeciekające brogsy, słowem żałosnego faceta w średnim wieku, który to wszystko nosił.

Komórka na ladzie zadrżała i co prawda dziewczyna jej nie odebrała, ale przeniosła na nią wzrok i wolną ręką odsunęła od kubka, żeby zobaczyć ekran — w geście lekceważenia.

Urażony wyniosłem się w głąb sklepu, gdzie kucnąłem i udałem, że przeglądam książki na najniższej półce (dwie za pięć funtów). Być może dopiero co skończyła szkołę i była zbyt nieopierzona, by należeć do mojego fanklubu. Ale i tak… co za bezczelność. Kurwa.

Z tego poziomu czuło się zapach wilgotnego papieru i potu; plamy pozostawione przez innych ludzi, inne palce. W dodatku przenikliwy chłód. Gdy omiatałem wzrokiem rządek pożółkłych wydań kieszonkowych, przypomniały mi się urywki ostatniego maila od wydawcy: „Zbyt eksperymentalna (…). Nie pasuje do współczesnego rynku (…). Może napisałby Pan powieść, w której coś się po prostu zdarza?”. Wstałem. Do dupy z tym. Wyjdę z całą godnością, na jaką mnie stać, i wpadnę do London Library albo — rzut oka na zegarek — do Groucho. Dochodziła trzecia. Może trafi się ktoś, kto postawi mi drinka.

Potem często próbowałem sobie przypomnieć, czy drzwi zabrzęczały, czy były to drzwi, które wydają takie dźwięki. Gdy wchodziłem, księgarnia wydawała się pusta, ale jej układ pozwalał na schowanie się i zaczajenie, co zresztą sam teraz robiłem. Czy był już w środku, gdy wchodziłem? Czy też nie? Czy zapamiętałem zapach kosmetyków West Indian Limes? Mam wrażenie, że to istotne. Ale może się mylę. Być może to tylko mój umysł stara się znaleźć wyjaśnienie dla czegoś, co mogło być oczywiście czystym przypadkiem.

— Paul! Paul Morris!

Stał po drugiej stronie regału, widać było jedynie głowę. Szybko podsumowałem cechy fizyczne: blisko osadzone oczy, powiększająca się łysina, która nadawała twarzy kształt niedorzecznie małego serca, słabo zarysowana linia podbródka. Skojarzyłem go dzięki dużej szparze między przednimi zębami. Anthony Hopkins, rówieśnik z Cambridge — historyk, o ile się nie myliłem. Natknąłem się na niego kilka lat temu podczas wakacji w Grecji. Miałem nieprzyjemne uczucie, że tamto spotkanie nie wypadło dla mnie korzystnie.

— Anthony? — odezwałem się. — Anthony Hopkins!

Na jego czole pojawiła się zmarszczka rozdrażnienia.

— Andrew.

— Andrew, no jasne. Andrew Hopkins. Przepraszam. — Puknąłem się w głowę. — Miło cię widzieć.

Gorączkowo usiłowałem przypomnieć sobie coś więcej. Pływaliśmy wycieczkowcem dookoła wyspy z Saffron, imprezowiczką, z którą wtedy chodziłem, i kilkoma jej znajomkami. Gdy wyszliśmy na ląd, zgubiłem ich. Lał się alkohol. Czy Andrew pożyczał mi pieniądze? Stał teraz przede mną w prążkowanym garniturze, wyciągając rękę, którą uścisnąłem.

— Szmat czasu — stwierdziłem.

Zaśmiał się.

— Fakt, od Pyros. — Przez ramię miał przerzucony płaszcz, na którym błyszczały krople deszczu. Sprzedawczyni patrzyła w naszą stronę, podsłuchując. — Co u ciebie? Cały czas piszesz? Widziałem twoje nazwisko w „Evening Standard” — recenzje książek, tak? Strasznie podobała nam się tamta twoja powieść. Moja siostra tak się cieszyła, kiedy wyszła.

— A, dziękuję. — Ukłoniłem się. Jego siostra, jasne. Kręciłem z nią trochę w Cambridge. — Chodzi ci o Notatki z życia. — Powiedziałem to najgłośniej, jak się tylko dało, żeby smarkata zdała sobie sprawę, jaką okazję przepuściła. — Tak, całkiem sporo ludzi dobrze się o niej wyrażało. Zdaje się, że była na czasie. Nawet autor recenzji w „New York Timesie” pisał…

Przerwał mi.

— A co nowego?

Dziewczyna włączała farelkę. Kiedy się nachyliła, przesunąłem się w bok, by lepiej widzieć miękką krzywiznę jej piersi w różowym staniku, które odsłoniły się pod jedwabnym topem.

— Jakoś leci. — Nie miałem zamiaru wspominać klapy kontynuacji Notatek i kiepskiej sprzedaży kolejnych książek.

— No tak, artyści. U was zawsze dzieje się coś ciekawego. Nie to, co u nas, nudnych prawników.

Dziewczyna wróciła na stołek. Od strumienia ciepłego powietrza na gładkiej bluzce tworzyły się zmarszczki i falbanki. Andrew nie zamykały się usta. Pracował w kancelarii Linklaters, opowiadał, ale już jako partner.

— Coraz dłuższe dniówki. Pod telefonem dwadzieścia cztery godziny na dobę. — Opadły mu ramiona — gest rezygnacji skrywającej entuzjazm.

Ale co na to poradzić? Dzieci w prywatnej szkole, bla, bla, dwa samochody, „kosmiczny” kredyt. Parę razy wtrąciłem: „O kurczę, no tak”. Nie męczył się. Udowadniał, jakie odnosi sukcesy, chwaląc się żoną, udając przy tym, że robi coś wręcz przeciwnego. Tina rzuciła City, „biedactwo się wypaliło”, i otworzyła małą firemkę w Dulwich Village, to znaczy niszowy sklep z przędzą. Co okazało się zaskakująco dobrym pomysłem.

— Kto by pomyślał, że na wełnie można tyle zarobić? — Wybuchnął podobnym do czkawki śmiechem.

Nudził mnie, a na dodatek drażnił.

— Ja na pewno nie — oświadczyłem śmiało.

Z roztargnieniem wziął z półki książkę, Hitchcocka François Truffauta.

— Ustatkowałeś się? — zapytał, uderzając książką o dłoń.

Potrząsnąłem głową. Czy się ustatkowałem? Znów przypomniała mi się jego siostra — też ze szparą między zębami. Krótka fryzura pixie, młodsza od niego. Zapytałbym o nią, gdybym pamiętał, jak ma na imię. Lottie? Lettie? Na pewno mało lotna. I przytulińska. Spaliśmy ze sobą?

Nagle poczułem atak klaustrofobicznego gorąca: chęć wydostania się na zewnątrz.

Hopkins powiedział coś, czego nie dosłyszałem, choć w głowie utkwiło mi wyrażenie „domowe żarcie”. Żartobliwie poklepał mnie Hitchcockiem w przedramię, jak gdyby coś, co zaszło w ciągu ostatnich dwudziestu lat, a może tylko dwóch minut, dało mu prawo do takiej kumpelskiej poufałości. Wyjął telefon. Z przerażeniem uświadomiłem sobie, że czeka na mój numer.

Spojrzałem w kierunku drzwi, za którymi wciąż padał deszcz. Rudowłosa kusicielka coś czytała. Zapuściłem żurawia, by odcyfrować nazwisko autora. Nabokov. Pretensjonalne bzdety. Naszła mnie wielka ochota, żeby wyrwać jej książkę, złapać garść włosów i przycisnąć kciuk do tatuażu na szyi. Dać nauczkę.

Z uśmiechem odwróciłem się do Hopkinsa i dałem mu, czego chciał. Zapewnił, że zadzwoni, a ja pomyślałem, że trzeba o tym pamiętać i nie odbierać.

Rozdział 2

Dwa tygodnie później, we wtorkowe popołudnie pod koniec lutego, odezwał się znowu. Mieszkałem jeszcze — powiedzmy — w Bloomsbury. Układ był taki: Alex Young, właściciel, skrzypek w Filharmonii Nowojorskiej, pozwolił mi tam mieszkać pod warunkiem, że będę karmił kota. Musiałem wynosić się tylko na czas, gdy pokazywał się w Londynie z chłopakiem. Lamb’s Conduit Street, z lokalami z organiczną kawą i szykownymi, „staromodnymi” sklepami z odzieżą dla dżentelmenów, była moim duchowym domem. Mieszkanie na najwyższym piętrze wysokiego budynku w stylu georgiańskim — bez żadnego mojego drobiazgu, za to wypełnione jego rzeczami (obrazy i biała pościel, meble z połowy stulecia, włoska kawiarka) — przedstawiało światu obraz człowieka, którym chciałem być. Ale układ dobiegał końca, a ja wolałem o tym nie myśleć.

Gdy zadzwonił telefon, siedziałem w fotelu z wytartego pluszu i czytałem „London Review of Books”, rozkoszując się chwilą zimowego słońca. Jego promienie wpadały przez wysokie okno, a cień kwadratowych ramek tworzył na tureckim chodniku deseń jak z gry w klasy. Na stole obok mnie stały filiżanka kawy i kanapka z serem; dojadałem końcówkę chleba. Persefona, którą polubiłem, leżała mi na kolanach zwinięta w kłębek jak pasek futra z norek.

Nie rozpoznałem numeru, ale nie zachowałem czujności. W pubie wczoraj wieczorem poznałem młodą dziewczynę po studiach, Katie, która próbowała zaistnieć jako dziennikarka. Wypisałem jej swoje namiary na dłoni, mówiąc, że może się skontaktować, jeśli będzie potrzebować rady. Odbierając, już wyobrażałem sobie to spotkanie („u mnie chyba najlepiej”), jej zadyszaną uległość, butelkę wina, wdzięczność, opadnięcie na łóżko.

— Paul Morris — burknąłem z szorstkością zabieganego profesjonalisty.

— O! Nareszcie cię złapałem.

Nie Katie. Męski głos, którego nie poznałem od razu. Jakiś biuralista z jednego z literackich organów, które czasem korzystały z moich usług? Dominic Bellow, inna ćma barowa z Soho, redaktor czasopisma „Stanza”, podrzucił mi ostatnio do zrecenzowania nowego Willa Selfa i było już po terminie. (Na tym polega kłopot z nierobami: nawet to, co mają do zrobienia, rzadko zostaje zrobione).

— No — wybąkałem. Za późno na udawanie, że pomylił numer. Przyznałem się, kim jestem.

— Cześć. Dzwonię, aby znęcić cię na pustkowia Dulwich.

— Dulwich?

— Tina strasznie chce cię poznać.

— Tina?

— Głupi jestem, że nie uważam, przecież wiem, jaki jesteś przy kobietach. Nigdy nie wybaczyłem ci Florrie. — Zaśmiał się na głos.

Florrie. Jasne. Nie Lottie. Florrie Hopkins, siostra Anthony’ego Hopkinsa. Andrew. Czy jak mu tam na imię. Przypomniałem sobie, jak w księgarni wypowiadał słowo „proces” — rozciągnięte na boki usta, zgrzyt zębów.

— Super — odpowiedziałem, myśląc sobie „cholera”. — Doskonale.

— Może w ten weekend? W sobotę? Wdzięczny klient przysłał mi właśnie skrzynkę niezłego wina — byłoby głupio nie podzielić się z przyjaciółmi. Châteauneuf-du-Pape rocznik 2009. Tina ma zamiar zrobić swoją popisową, duszoną na wolnym ogniu baraninę. Po marokańsku.

Nie jestem z siebie dumny. Gdy żyje się samemu z dnia na dzień, człowiek kalkuluje: koszt i niewygody związane z wyprawą na pustkowia południowo-wschodniego Londynu w zestawieniu z ewentualnymi korzyściami. Dobre jedzenie, kieliszek porządnego francuskiego wina są nie do pogardzenia. Warto też pamiętać o znajomościach. Niedługo zostanę bez dachu nad głową, a nigdy nie wiadomo, kto się może przydać. Poza tym: jak bardzo jest bogaty? Myślałem o kroju garnituru, tak zgrabnie dopasowanego do ramion, miękkości dłoni, gdy ścis­kał moją. Moja motywacja nie była sympatyczna, ale chętnie zobaczę jego dom.

 

Kanapka ze zwijającym się serem Mother’s Pride groźnie się na mnie gapiła.

— Sobota — powtórzyłem. — Zaraz… W przyszłym tygodniu jestem w Nowym Jorku, ale sobota jest w porządku. Dam radę.

— Fantastycznie. — Podał mi namiary i rozłączyliśmy się.

Siedziałem jeszcze jakiś czas w fotelu, głaskając kota.

Dom mieścił się na szerokiej, wysadzanej drzewami ulicy w odległym zakątku Dulwich, dobre dziesięć minut od najbliższej stacji, Herne Hill, na tej samej linii z Victorii co chata Michaela w Beckenham, gdzie często jeździłem na niedzielny obiad. Zupełnie inny rodzaj banlieue; mniej zestresowany i zagoniony. Mieszkał tu mój fatalny agent, i to się zgadzało. Drogi szerokie i okazałe. Nawet drzewa wyglądały na zadowolone z siebie.

Andrew mieszkał w dużej willi w stylu późnowiktoriańskim, ze szczytami i łukiem podjazdu, gdzie pod niezręcznymi kątami stały trzy samochody. Większość frontowej elewacji zarósł bluszcz, w zgięciu rynny tkwiło porzucone ptasie gniazdo. ­Listwy żaluzji w wykuszu od przodu były uniesione, a między nimi widać było blask światła, przesuwające się kształty, migotanie ognia.

Przystanąłem za żywopłotem i usiłowałem zapalić papierosa. Wiał porywisty wiatr i udało się dopiero po kilku zapałkach. Pod pachą niosłem butelkę wina kupioną w sklepie przy stacji. Chilijskie sauvignon blanc: 4,99 funta. Niebieska bibuła opakowania zaczynała rozpadać się od wilgoci.

Powoli przejechał duży samochód, oszczędzając zawieszenie na garbach. Trzech nastolatków szło spacerowym krokiem po drugiej stronie ulicy, taszcząc instrumenty. Zatrzymali się pod latarnią i zagapili na mnie; jeden coś szepnął, inni się roześmiali. W takiej dzielnicy samotny mężczyzna bez rodziny, psa, volvo z napędem na cztery koła albo… wiolonczeli zwracał uwagę. Odwróciłem się z powrotem do ligustrowego żywopłotu. Między gałązki na wysokości mojego wzroku zaplątała się jakaś srebrna błyskotka. Z papierosem dyndającym z ust wyciągnąłem bombkę choinkową — czerwoną, ozdobioną płatkiem śniegu powleczonym białą szadzią. Wsunąłem ją do kieszeni płaszcza. Potem ostatni raz głęboko się zaciągnąłem, rzuciłem papierosa na ziemię i zadeptałem go.

Aż dziwnie pomyśleć, że w tamtej chwili mogłem jeszcze odejść, zawrócić z bombką na stację, a pet byłby jedynym śladem, że tam byłem.

*

Z początku myślałem, że pomyliłem domy. Drzwi otworzyła kobieta o piwnych oczach, szerokiej, przyjaznej twarzy i gęstych kędziorach, nad którymi usiłowała zapanować za pomocą zielonego szalika z jedwabiu; tak artystyczny styl z pewnością nie należy do żony Andrew. Rozłożyłem ręce, w jednej wymachując winem: oto jestem.

Przez chwilę mierzyła mnie wzrokiem, by powiedzieć:

— Na pewno jesteś Paul Morris. Czekaliśmy na ciebie. Wejdź, proszę. Jestem Tina.

Podałem jej wolną rękę, którą ujęła, wciągając mnie do holu, gdzie duży szklany żyrandol strzelał odłamkami światła: okruchy w kształcie rombów na podłodze i ścianach. Ciemne balustrady wspinały się łukami na otwarte schody. Zdjąłem tweedowy płaszcz, który powiesiła w dużej francuskiej szafie. Czułem się bezbronny, mięśnie klatki piersiowej stężały, gdy otwierała drzwi do salonu, gdzie odwróciła się w moją stronę grupa nieznajomych, stojących przy fortepianie. Pełganie ognia. Zbyt słodki zapach palących się świec. Na każdej wolnej powierzchni w wymyślnych ramkach zdjęcia dzieci w kostiumach kąpielowych i kombinezonach narciarskich.

Poruszyło się we mnie wspomnienie, osad na dnie studni. Wyjście do herbaciarni z chłopakiem ze szkoły. Garnitur, w który wbiła mnie matka; wymiana spojrzeń między matką chłopaka a jej synem. Z trudem przełknąłem ślinę.

Andrew ruszył w moją stronę.

— Mój drogi, tak się cieszę, że wyrobiłeś się do nas przed wyjazdem do Nowego Jorku.

— Nowego Jorku? — powtórzyłem. — A tak, w sprawach zawodowych. Mgnienie oka. Zanim się zorientuję, gdzie jestem, już trzeba będzie wracać.

Andrew wziął butelkę wina, nie spuszczając ze mnie wzroku, trzymając Isla Negra za pięć funtów za szyjkę, z denkiem w zgiętym łokciu, jak prawdziwy sommelier. Na jego karku widać było drobne wypryski po goleniu.

— Chodź, poznasz wszystkich!

Włożyłem najlepszy garnitur, bez krawatu, i białą koszulę z rozpiętymi trzema górnymi guzikami. Przesadziłem. Każdy nosił tu dżinsy, mężczyźni koszulki polo, kobiety topy w kwiatowe wzory. Zaczerpnąłem głęboko tchu, poprawiłem mankiety i przywołałem na usta uśmiech z gatunku tych, które kobiety uwielbiały.

— To Paul, stary znajomy ze studiów, o którym wam opowiadałem. — Andrew zaprowadził mnie do fortepianu i zaczął wymieniać imiona: Rupert i Tom, Susie i Izzy — smuga podbródków, szpiczastych nosów i chudych nóg, kaszmiru i dyndających kolczyków. — A, i jeszcze Boo — dodał imię niskiej, pulchnej kobiety, o której prawie zapomniał.

Wciśnięto mi do ręki zimny kieliszek szampana i znalazłem się w centrum zainteresowania. Czułem, jak niepokój opada — umiem odnaleźć się w takich sytuacjach — i już po chwili stałem oparty o fortepian i rozwodziłem się nad swoją niebezpieczną przeprawą. Metro, pociąg, potem na nogach. Z przyganą zwróciłem się do Andrew:

— Nikt inny nie szedł pieszo. Czułem się całkiem jak w LA. Musiałem zatrzymać samochód, żeby spytać o drogę. Dwa razy.

Andrew wybuchnął śmiechem.

— Paul jest powieściopisarzem — wyjaśnił.

— Piszesz? — spytała Susie.

— Tak.

— Miałeś — ile? Dwadzieścia dwa lata, gdy napisałeś Notatki? — mówił Andrew.

Skromnie się uśmiechnąłem.

— Dwadzieścia jeden. Ostatni rok w Cambridge. Dwadzieścia dwa, gdy wyszły drukiem. Numer dziewięć na liście bestsellerów „Sunday Timesa”.

Co za czyste, niewinne słowa. Czułem, jak padają na świeżą glebę i zapuszczają korzenie — ziarna nadziei, nowe kiełki.

— A to ciekawe. Napisałeś jeszcze coś później? — dopytywała Susie.

Czułem, jak mój uśmiech gaśnie.

— To i owo… Parę krótszych powieści, o których niekoniecznie było głośno.

— Czy to prawda, że każdy nosi w sobie powieść? — odezwał się za mną czyjś głos.

Irytujący banał. Odwróciłem się, by sprawdzić, kto to powiedział. W drzwiach stała drobna, szczupła kobieta z blond włosami do ramion, w fartuchu oprószonym mąką.

Zrobiła krok do przodu i wyciągnęła rękę. Brzęknęły srebrne bransoletki. Miała drobny, szpiczasty podbródek i krzywe usta pomalowane bladoróżową szminką, w której nie było jej do twarzy. Mimo wyraźnej dojrzałości było w niej coś z dziecka. Nic szczególnego, ale bardziej ponętna od innych tu obecnych.

— Jestem Alice. My się znamy.

Skądś ją kojarzyłem, ale nie wiedziałem skąd.

— Tak?

Przechyliła głowę, ciągle trzymając wyciągniętą rękę.

— Alice Mackenzie?

Andrew oderwał się od fortepianu.

— Paul, pamiętasz Alice? Na pewno znacie się co najmniej od tamtej nocy w Grecji — roześmiał się.

Pod moimi nogami rozwarła się przepaść. Wolałem nie myśleć o Grecji. Postanowiłem zignorować wyciągniętą rękę i nachyliłem się do jej policzka.

— Oczywiście — zadeklarowałem.

Nie poruszyła się — z głową wciąż przekrzywioną w stronę mojej.

— Paliłeś. Czuję to.

Uniosłem ręce w geście kapitulacji.

Pochyliła się jeszcze bardziej, dotykając rękami kołnierzyka mojej koszuli, i wzięła głęboki wdech, nagarniając powietrze z moich ust w kierunku swojego nosa.

— Nie przepraszaj. To wspaniałe. Dobra. Wracam do kuchni. Jestem tam potrzebna.

Zniknęła za drzwiami. Andrew odprowadził ją wzrokiem.

— Alice jest niesamowita. — Boo podeszła bliżej. — Prawdziwy żywioł.

— Serio? — Na mnie zrobiła wrażenie całkiem zwyczajnej.

— Tak. Zupełnie niewiarygodna. — Uniosła głos. — Ile lat miała Alice, gdy straciła męża, Andrew?

Andrew obrócił się na pięcie. Zamknął oczy.

— Hm. Dziesięć lat od śmierci Harry’ego, więc tak, tuż po trzydziestce. Dzieci były jeszcze małe.

— Pech — stwierdziłem. — Rak?

— Nadnercza — odparła Boo. — Strasznie rzadki. Miał bóle żołądka, myśleli, że to zapalenie wyrostka. Były już przerzuty i po trzech miesiącach nie żył. Za to ona była tak silna, zniosła wszystko dla dzieci. — Mówiła jednocześnie z szacunkiem i samozadowoleniem, jak gdyby udzielało jej się coś ze szlachetności Alice.

— Alice jest cudowną matką — ciągnął Andrew. — I nadzwyczajną prawniczką. Nie takim chciwym korporacyjnym rekinem jak ja. — Urwał, zostawiając miejsce na milczący sprzeciw. — Alice pracuje w Talbot & Co — wiesz, sławnej kancelarii pomocy prawnej w Stockwell. Reprezentuje głównie starających się o azyl.

— I kobiety bite przez mężów — dodała Boo.

— Udziela się w Kobietach Przeciwko Przemocy Seksualnej, Kobietach za Prawami Kobiet, Kobietach dla Uchodźczyń… lista jest długa.

— Zainicjowała kampanię „Znaleźć Jasmine” — tłumaczyła Boo, jak gdybym miał pojęcie, o czym ona nawija.

— Znacie się — podjął Andrew. — Wieczór na Pyros — jedliśmy wszyscy kolację w zatoce, gdy cię zobaczyliśmy. Pamiętasz?

Wbiłem dłoń w oparcie krzesła i oparłem się wygodniej.

— Raczej nie byłem wtedy w najlepszej formie — zacząłem ostrożnie.

— Lekko złachany, stary. Co nieco popłynąłeś.

Drapałem się po głowie, usiłując wywołać komiczny efekt.

— Porażenie słoneczne.

Andrew mlasnął.

— Retsina.

Zerknąłem na Boo.

— Od tamtej pory nie tykam retsiny. Terapia awersyjna.

W policzkach Boo pojawiły się dwa głębokie dołeczki. Wcześ­niej zlekceważyłem ją jako za grubą i zbyt wymuskaną jak na mój gust, ale teraz przyjrzałem się uważniej i uznałem, że jest całkiem ładna: jasna skóra, błękitne oczy. Jej sposób noszenia się też był sexy: ściągnięte barki uwydatniały głęboki dekolt, krótkie, pulchne nogi zwężały się w optymistycznie obcisłych dżinsach, stopy skierowane były na zewnątrz jak u baletnicy. Uśmiechnąłem się do niej, unikając spojrzenia Andrew.

— Kopę lat — stwierdził.

— Obiad podany! — Tina stała w drzwiach, wymachując drewnianą łyżką. Kosmyki szorstkich, kasztanowych włosów wymknęły się spod szalika, policzki miała zaczerwienione.

Jako pierwszy poszedłem za nią korytarzem do ogromnej kuchni w biało-kremowych tonacjach, przedzielonej wyspą ze zlewem, w którym Alice płukała sałatę. Garnki z nierdzewnej stali zwisały z metalowej konstrukcji pod sufitem, a wielkie, szklane drzwi w głębi wiodły do ogrodu. Blask z kuchni oświet­lał niewielki kawałek patia, reszta stopniowo rozpływała się w ciemności.

Za nami szli pozostali. Któryś z mężczyzn powiedział:

— Martwię się tylko o parking.

Bogata zastawa na stole z polerowanego mahoniu. Andrew zabrał się do zapalania świeczek za pomocą długiego, eleganckiego narzędzia, czarnego, z napisem „Diptyque” na boku. Pstryk. Pstryk. Tina, z pomiętą kartką w ręce, rozsadzała ludzi — zawstydzona, udająca, że ma kłopoty z odczytaniem własnego pisma.