Dziecko ogniaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dla Danielle


Tytuł oryginału:

THE FIRE CHILD

Redakcja językowa: Agnieszka Niegowska

Jacket design by Richard Augustus © HarperCollinsPublishers Ltd 2016

Zdjęcia na okładce: © Sylvia Cook/Arcangel Images (boy),

© Nick Atkins/Shutterstock, © Helen Hotson/Shutterstock,

© A Louis Venancius/Shutterstock

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Copyright © S. K. Tremayne 2016

S. K. Tremayne asserts the moral right to be identified as the author ofthis work

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Treść niniejszej powieści jest w całości fikcyjna. Przedstawione w niejnazwiska, postaci i wydarzenia wszystkie są wytworem wyobraźni autora.Jakiekolwiek podobieństwa do rzeczywistych osób, żyjących lub zmarłych,wydarzeń oraz miejsc są całkowicie przypadkowe.

Notka autora

Kopalnia Morvellan jest fikcyjna. Jednakże jej obraz powstał napodstawie imponujących historycznych już kopalń rozsianych wzdłużposzarpanych klifów West Penwith w Kornwalii. Inspirację stanowiły dlamnie zwłaszcza kopalnie cyny i miedzi Botallack, Geevor i Levant.

Cynę wydobywa się w Kornwalii od jakichś czterech tysięcy lat. W wiekudziesięciu lat moja babcia od strony matki, Annie Jory, pracowała jakotak zwana bal maiden – dziewczyna zatrudniona do kruszenia kamienimłotkiem – w bogatych w złoża kopalniach St Agnes w Północnej Kornwalii.

Niniejsza książka jest więc poświęcona pamięci moich kornwalijskichprzodków: rolników, rybaków, przemytników i górników.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20 % rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

178 dni przed Bożym Narodzeniem
Rano

Tunele biegną pod dnem morza. To myśl, którą niełatwo mi od siebieodsunąć. Tunele biegną pod dnem morza. Ciągną się na milę albo nawetdalej.

Stoję w Starej Jadalni, gdzie okna mojego nowego, ogromnego domuwychodzą na północ: na Atlantyk, klify Penwith i ciemne kształty. Te dwaciemne kształty to kopalnia Morvellan: budynek nadszybia i maszynownia.

Nawet w taki pochmurny czerwcowy dzień jak dziś ruiny kopalni otaczadziwny smutek, są w nieokreślony sposób pełne wyrzutu. Zupełnie jakbypróbowały mi coś powiedzieć, choć nie mogą. Milczą więc elokwentnie.Słychać tylko huk wzburzonego Atlantyku, grzmiące fale przetaczają sięnad tunelami.

– Rachel?

Odwracam się. W drzwiach stoi mój świeżo poślubiony mąż. Ma na sobieolśniewająco białą koszulę. Nienaganny garnitur jest prawie tak ciemnyjak jego włosy, a kilkudniowy zarost zniknął po weekendzie.

– Wszędzie cię szukałem, kochanie.

– Przepraszam. Chodziłam po domu. Zwiedzałam. Twój dom jest niesamowity.

– Nasz, kochanie. Nasz.

Uśmiecha się, podchodzi do mnie i się całujemy. To poranny pocałunek,taki przed wyjściem do pracy, wiem, że do niczego nie doprowadzi, ale i tak mnie to podnieca, i tak napełnia mnie tym przerażającym i cudownymuczuciem: że ktoś ma nade mną taką władzę, władzę, na którą z jakiegośpowodu chętnie się godzę.

David bierze mnie za rękę.

– No cóż, twój pierwszy weekend w Carnhallow…

– Mhm.

– No powiedz mi… chcę wiedzieć, czy wszystko ci pasuje! To musi być dlaciebie wyzwanie, dom na uboczu, cała ta praca, którą trzeba wykonać.Zrozumiem, jeśli masz pewne obawy…

Unoszę jego dłoń i ją całuję.

– Obawy? Nie bądź głuptasem. Jestem zachwycona! Kocham ciebie i ten dom.Kocham to wszystko, to wyzwanie, Jamiego, to, jak jesteśmy ukryci przedświatem, po prostu to uwielbiam. – Bez mrugnięcia spoglądam w jegoszarozielone oczy. – David, nigdy nie byłam szczęśliwsza. Nigdy w życiu.Czuję się tak, jakbym znalazła swoje miejsce i mężczyznę, który jest miprzeznaczony.

Ależ jestem egzaltowana. Co się stało z tą przebojową feministką, którąbyła kiedyś Rachel Daly? Gdzie ona się podziała? Gdyby moi przyjacielewidzieli mnie w tej chwili, pewnie by się krzywili. Sześć miesięcy temusama bym się krzywiła, widząc tę dziewczynę, która zrezygnowała z wolności, ze swojej pracy i z ponoć ekscytującego londyńskiego życia, bywyjść za mąż za starszego, bogatszego i wyższego od niej wdowca. Jedna z moich najlepszych przyjaciółek, Jessica, roześmiała się z fałszywymzachwytem, gdy powiedziałam jej o mojej nagłej zmianie planów. „MójBoże, kochana, wychodzisz za mąż za chodzący stereotyp!”.

Zabolało, ale tylko na chwilę. Wkrótce zdałam sobie sprawę, że nie maznaczenia, co myślą moi przyjaciele, bo oni zostali tam, w Londynie,wciąż tłoczą się w metrze niczym sardynki, siedzą w ponurych biurach i co miesiąc ledwie udaje im się zapłacić ratę kredytu hipotecznego.Trzymają się kurczowo tego londyńskiego życia jak alpiniści w połowieskalnej ściany.

A ja nie trzymam się go już za wszelką cenę. Jestem daleko, z moim nowymmężem, jego synkiem i matką na południowym krańcu Anglii, w odległejZachodniej Kornwalii, w miejscu, gdzie – jak się przekonuję – Angliastaje się czymś dziwniejszym i bardziej skalistym, krainą rozmarzonegotwardego granitu, który lśni po deszczu, gdzie rzeki przecinają lasy jakgłęboko skrywane tajemnice, gdzie straszne klify strzegą nieśmiałocudowne zatoczki, w krainie, gdzie doliny na wrzosowiskach tuląprzepiękne domy. Takie jak Carnhallow.

Kocham nawet jego nazwę. Carnhallow.

Rozmarzona, opieram głowę o ramię Davida. Jakbyśmy mieli tańczyć.

Ale dzwoni jego komórka i czar pryska. David wyjmuje telefon z kieszenii zerka na wyświetlacz, potem jeszcze raz mnie całuje, dwoma palcamiunosząc mój podbródek, a następnie odchodzi, by odebrać telefon.

Przypuszczam, że kiedyś ten jego gest wydałby mi się protekcjonalny.Teraz sprawia jedynie, że mam ochotę na seks. Tyle że z Davidem zawszemam ochotę na seks. Pragnęłam tego od chwili, gdy mój przyjaciel Oliverpowiedział w tamtej galerii: „Chodź, poznasz kogoś, myślę, że sięnakręcisz”. A wtedy ja odwróciłam się i zobaczyłam go: dziesięć latstarszego ode mnie i o dziesięć cali wyższego.

Pragnęłam Davida na naszej pierwszej randce trzy dni później, pragnęłamgo, kiedy kupił mi pierwszego drinka, pragnęłam go, gdy opowiedział miidealnie wyważony i ewidentnie kokieteryjny dowcip, pragnęłam go, gdyrozmawialiśmy o deszczowej marcowej pogodzie, a on, popijając szampana,oświadczył: „Ach, ale tam, gdzie sierżant Marzec wdaje się w potyczki,kapitan Kwiecień urządzi sobie główną kwaterę, a generał Czerwiecwprowadzi się ze swoimi kochankami”. I pragnęłam czegoś więcej niż seks,gdy opowiadał mi o swoim domu i o jego historii, i gdy pokazał mizdjęcie swojego pięknego synka.

To był jeden z tych razów, kiedy wpadłam: gdy zdałam sobie sprawę,jak bardzo David różni się od wszystkich mężczyzn, których dotądpoznałam, i jak bardzo różni się ode mnie, zwyczajnej dziewczyny z komunalnego mieszkania w południowo-wschodnim Londynie. Dziewczyny,która uciekała przed rzeczywistością w czytanie. Dziewczyny, która nielubi lad chłodniczych w supermarketach, bo przypominają jej o tamtychczasach, kiedy mamy nie było stać, by zapłacić za ogrzewanie.

A potem pojawił się David.

Byliśmy w jakimś barze w Soho. Pijani. Już prawie się całowaliśmy. Znówpokazał mi zdjęcie tego uroczego chłopca. Nie wiem skąd, ale od razu towiedziałam. Chciałam mieć takie dziecko. Te niezwykłe oczy, ciemne włosypo przystojnym tacie.

Poprosiłam Davida, by opowiedział mi więcej o swoim domu, o małym Jamiemi o historii jego rodziny.

Uśmiechnął się.

– Carnhallow otacza las, zwany Lasem Dam. Ciągnie się aż do dolinyCarnhallow, na wrzosowiska.

No dobra. Las. Uwielbiam lasy.

– Drzewa w Lesie Dam to głównie jarzębiny, ale rosną tam też jesiony,leszczyny i dęby. Wiadomo, że te jarzębinowe lasy rosły tam już w czasach normańskiego podboju, bo wspominają o nich anglosaskiedokumenty. To znaczy, że te jarzębiny są tam co najmniej od tysiąca lat.W dolinie Carnhallow.

– Wciąż nie rozumiem.

– Wiesz, co znaczy moje nazwisko? Co po kornwalijsku oznacza „Kerthen”?

Pokręciłam głową, próbując nie pozwolić, by rozkojarzył mnie jegouśmiech, szampan, zdjęcia chłopca, dom, sama myśl o tym wszystkim.

– Może się zdziwisz, David, ale nie miałam w szkole kornwalijskiego.

Zaśmiał się cicho.

– „Kerthen” to właśnie jarzębina. A to znaczy, że Kerthenowie mieszkająw Carnhallow od tysiąca lat. Wśród jarzębin, od których wywodzi sięnasze nazwisko. Napijemy się jeszcze szampana?

Pochylił się, by nam nalać, i wtedy po raz pierwszy pocałował mnieprosto w usta. Dziesięć minut później siedzieliśmy w taksówce. Takie tobyło proste.

Wspomnienia odpływają. Powracam do teraźniejszości, a David właśniekończy rozmowę i marszczy brwi.

– Cóż, przykro mi, ale naprawdę muszę jechać. Nie mogę się spóźnić nalot o pierwszej. Zaczynają panikować.

– Miło być niezastąpionym.

– Nie wydaje mi się, żeby radcy prawni byli niezastąpieni. Co innegoaltowioliści… – Uśmiecha się. – No ale radcy prawni absurdalnie dużozarabiają. No to co zamierzasz dzisiaj robić?

– Chyba dalej zwiedzać. Zanim cokolwiek tknę, chcę wiedzieć, z czym mamdo czynienia. Nie wiem nawet, ile tu jest sypialni.

– Osiemnaście – odpowiada. A potem marszczy brwi i dodaje: – Chyba.

– David! Sam siebie posłuchaj! Eh! Jak możesz nie wiedzieć, ile maszsypialni?

– W swoim czasie wszystkie wypróbujemy. Obiecuję ci. – Podciąga mankieti zerka na srebrny zegarek. – Jeśli chcesz się do tego wziąć napoważnie, książki Niny są w Żółtym Salonie. Te, których używała do pracrestauratorskich.

Na dźwięk jej imienia robi mi się trochę przykro, ale udaje mi się toukryć.

 

Nina Kerthen, z domu Valéry. Pierwsza żona Davida. Niewiele o niej wiem: widziałam kilka zdjęć, wiem, że była piękna. Młoda, wytworna paryżanka.Blondynka. Wiem, że zginęła w wypadku w kopalni Morvellan półtora rokutemu. Wiem, że jej mąż, a zwłaszcza jej synek – mój ośmioletni pasierbJamie – wciąż jeszcze muszą ją opłakiwać, nawet jeśli próbują tego nieokazywać.

I bardzo jasno zdaję sobie sprawę, że jednym z moich zadań tu w Carnhallow jest ratować sytuację: być najlepszą na świecie przybranąmatką dla tego smutnego, uroczego chłopca.

– Zajrzę do nich… – odpowiadam pogodnie. – Do tych książek. Może przyjdąmi do głowy jakieś pomysły. Jedź już, żebyś się nie spóźnił na samolot.

Odwraca się, by mnie pocałować na pożegnanie. Odsuwam się.

– Nie, jedź już! Jeśli jeszcze raz mnie pocałujesz, skończymy w czternastej sypialni i zrobi się szósta wieczorem.

Nie kłamię. David śmieje się – mrocznie, zmysłowo.

– Odezwę się do ciebie dziś wieczorem na Skypie. Widzimy się w piątek.

Po tych słowach wychodzi. Słyszę kolejne drzwi zatrzaskujące się w długich korytarzach, a potem pomruk jego mercedesa. Nastaje cisza: taszczególna letnia cisza w Carnhallow, i tylko ten odległy szept morza w tle.

Sięgam po komórkę i otwieram notatnik.

Kontynuowanie prac restauratorskich Niny w tym ogromnym domu nie będziełatwe. Pomoże mi w tym mój talent artystyczny: mam dyplom GoldsmithsCollege z fotografii. Dyplom, który okazał się kompletnie bezużyteczny,ponieważ skończyłam studia właściwie tego samego popołudnia, kiedyfotografia przestała być intratnym zajęciem, więc, koniec końców,musiałam uczyć fotografii dzieciaki, które same fotografami nigdy niezostaną.

Przypuszczam, że to był kolejny powód, dla którego z chęciązrezygnowałam z londyńskiego życia. Zaczął do mnie docierać cały tenbezsens. Nie robiłam już nawet zdjęć. Jeździłam tylko w deszczuautobusami, by dotrzeć do ciasnego mieszkanka w Shoreditch, któredzieliłam ze współlokatorami. I na które właściwie nie było mnie stać.

Ale teraz, gdy tak naprawdę nie mam pracy, mogę – jak na ironię —znaleźć zastosowanie dla moich plastycznych uzdolnień. Jakie by niebyły.

Uzbrojona w komórkę, zaczynam swoją wędrówkę: próbuję stworzyć w głowiemapę Carnhallow. Jestem tu od tygodnia, ale większość tego czasuspędziliśmy w łóżku, w kuchni albo na plażach, ciesząc się przepięknąletnią pogodą. Znaczna część moich rzeczy z Londynu wciąż jest w kartonach. Nie rozpakowałam nawet walizki po naszym powrocie z miesiącamiodowego: z naszej cudownie hedonistycznej i niesamowicie drogiejwycieczki do Wenecji, gdzie David postawił mi swoje ulubione martini w Harry’s Bar przy placu Świętego Marka. Dżin w kieliszku do wódki, niemalzmrożony na lód i „lekko zatruty wermutem”, jak ujął to David. Uwielbiamto, jak wyraża niektóre rzeczy.

Ale to już przeszłość, a to tutaj jest moją przyszłością. Carnhallow.

Kieruję się na południe, jak badacz Antarktydy, i ruszam przez NowąSalę, przyglądając się meblom i wystrojowi. Robię przy tym notatki.Tutaj ściany pokryte są dekoracyjnymi drewnianymi panelami; zdobią jegrawiury przedstawiające liczne kopalnie cyny i miedzi w Kornwalii,które kiedyś należały do Kerthenów: sztolnie i tunele Botallack i Morvellan, szyby w Wheal Chance i Wheal Rose. W innych miejscach wisząstare fotografie kopalń z okresu ich rozkwitu: pełne nostalgii zdjęciazastygłej w bezruchu pracy, zapomniana branża, mężczyźni w kamizelkachpopychający taczki, dymiące kominy nad morzem.

Nowa Sala kończy się wielkimi dwuskrzydłowymi drzwiami. Wiem, coznajduje się za nimi: Żółty Salon. Otwieram drzwi i rozglądam się z pewnym poczuciem bezradnej tęsknoty. Bo ten pokój – już odrestaurowany,z witrażami wychodzącymi na rozmarzoną, pełną kwiatów zieleń trawnikówna południe od rezydencji – jest chyba najpiękniejszy ze wszystkich i może właśnie dlatego najbardziej mnie przytłacza.

Muszę sprawić, by reszta Carnhallow stała się równie imponująca. Co niebędzie proste – Nina miała doskonały gust. Lecz piękno Żółtego Salonuukazuje potencjał Carnhallow. Jeśli uda mi się dorównać temu, coosiągnęła tutaj Nina, Carnhallow stanie się wprost olśniewające. I moje.

Ta myśl przyprawia mnie o zawrót głowy. I czyni mnie szczęśliwą.

W telefonie mam trochę notatek o Żółtym Salonie. Niewielki jednak z nichpożytek – uświadamiają mi tylko moją ignorancję. Zanotowałam: „niebieskaświnka na stole”, „osiemnastowieczne urny?” i „mameluckie noże”. Pozatym „talia kart należąca do ojca Davida”, „grali w wieloosobowegotryktraka” i „szylkretowa inkrustacja oprawiona mosiądzem”.

Co mam z tym wszystkim począć? Od czego zacząć? Przejrzałam jużpobieżnie książki Niny: pełno w nich mądrych, ale niezrozumiałych porado georgiańskich meblach i wiktoriańskich srebrach, mnóstwo słów, któreoczarowują i mącą w głowie – węgły ze złocistego wapienia z Ham Hill,tkane wzorzyste tapety, piękne stare patery.

Wszystko to brzmi tak egzotycznie, niejasno i niesamowicie luksusowo.Wychowałam się w małym, ciasnym mieszkaniu komunalnym. Najdroższąrzeczą, jaką posiadaliśmy, był ogromny telewizor, pewnie kradziony.Teraz będę wydawać tysiące na „srebrne miseczki do obmywania palców z epoki Stuartów” i „napełniać je wodą różaną”. Najwyraźniej.

Moje marzenia – pełne zachwytu, ale też i niepokoju – prowadzą mnie donarożnika salonu i małego stolika z wypolerowanego drewna. Tajskagosposia, Cassie, postawiła tu srebrny wazon pełen lilii i róż. Więcmoże od tego zacznę. Tak po prostu. Krok po kroku.

Odkładam komórkę i poprawiam wazon, starannie przesuwając go na środekstolika. Wciąż jednak nie wygląda tak, jak trzeba. Może powinien staćtrochę bardziej po lewej? Dobry fotograf nigdy nie umieszcza modelapośrodku.

Przez dziesięć minut usiłuję znaleźć idealne miejsce dla wazonu.Wyobrażam sobie Ninę Kerthen, jak stoi za mną i uprzejmie, choć nie bezkonsternacji, kręci głową. Opuszcza mnie wiara w siebie. Jestem pewna,że Nina Kerthen potrafiłaby to zrobić, jak należy. Idealnie. Nina o blond włosach opadających na skośne, bystre, niebieskie oczy, któremrużyła, gdy próbowała się skupić.

Poddaję się, wzdycham i spuszczam wzrok. Lakierowane cisowe drewnoodbija w swej ciemnej głębi moją twarz. Przez cały blat biegniepęknięcie, które rozszczepia moje odbicie na dwoje. Stosownie dosytuacji.

Jestem ponoć atrakcyjna, ale nigdy tak naprawdę nie czuję się piękna: nie z moimi rudymi włosami, piegami i jasną celtycką cerą, która odsłońca nigdy nie nabiera złocistego odcienia. Czuję się natomiast pełnawad, złamana. Pęknięta. I gdy bardzo uważnie się sobie przypatruję, niedostrzegam żadnego piękna, tylko pogłębiające się zmarszczki przyoczach, zbyt liczne w moim wieku, bo przecież mam dopiero trzydzieścilat.

Z zamyślenia wyrywa mnie cudowny podmuch wiatru. Wpada przez otwarteokno, niosąc woń kwiatów z ogrodów Carnhallow, przegania głupie myśli i przypomina mi o mojej nagrodzie. Nie. Nie jestem złamana i dość jużtego wątpienia we własne siły. Jestem Rachel Daly i radziłam już sobie z większymi wyzwaniami niż dobranie właściwej tapety czy dowiedzenie się,czym jest tazza.

Siedemdziesiąt osiem sypialni może poczekać, podobnie jak ZachodnieSkrzydło. Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. Wsuwam do kieszenikomórkę, podchodzę do Wschodnich Drzwi, otwieram je i czuję na twarzybłogie promienie słońca. Przede mną, ku południu, rozciąga się trawnik.Przepiękne ogrody.

Ponoć ogrody w Carnhallow były jedyną rzeczą, o jaką dbał ojciec Davida,Richard Kerthen, choć przegrał resztę rodowego majątku i w końcu zmarłna atak serca. Słyszałam, że Nina niewiele tam zmieniała. Dlatego tutajmogę cieszyć się czystszym uczuciem posiadania: z całego serca podziwiaćświeżo skoszoną trawę w cieniu kornwalijskich wiązów, natłok kolorówlata na rabatach. I mogę od pierwszego wejrzenia pokochać piękne,rozległe lasy rosnące na straży wokół Carnhallow, jakby dom byłszkatułką klejnotów ukrytą w splątanych kolczastych zaroślach.

– Dzień dobry.

Odwracam się, trochę wystraszona. To Juliet Kerthen, matka Davida.Samotnie zajmuje niewielkie mieszkanie w poza tym nieodnowionym i popadającym w ruinę Zachodnim Skrzydle. Juliet cierpi na pierwsze objawyalzheimera, ale – jak wyraził to David – „z godnością to wypiera”.

– Przepiękny dzień – mówi.

– Cudowny, prawda?

Spotkałam Juliet kilka razy. Bardzo ją lubię – jest barwną postacią. Niewiem, czy ona mnie lubi. Dotąd byłam zbyt nieśmiała, by posunąć siędalej, by naprawdę się z nią zaprzyjaźnić i zapukać do jej drzwi z ciastem jeżynowo-jabłkowym w koszyku. Bo choć Juliet Kerthen jest starai wydaje się taka krucha, to jednak mnie onieśmiela. Błękitnooka, o wydatnych kościach policzkowych, prawdziwa córka lorda Carlyona. Kolejnyprastary kornwalijski ród. Juliet sprawia, że w każdym calu czuję siędziewczyną z klasy robotniczej z Plumstead. Moje ciasto pewnie byłobydla niej zbyt ordynarne.

Mimo to jest nienagannie życzliwa. Wina leży po mojej stronie.

Juliet osłania oczy przed słońcem.

– David zawsze powtarza, że życie jest jak wspaniały angielski letnidzień. Piękne właśnie dlatego, że tak niezwykłe i ulotne.

– Tak, to brzmi jak coś, co mógłby powiedzieć David.

– I jak tam, zadomowiłaś się już, moja droga?

– O tak, naprawdę dobrze mi idzie!

– Doprawdy? – Przygląda mi się badawczo, mrużąc oczy, ale poprzyjacielsku.

Ja również mierzę ją wzrokiem. Jest ubrana jak starsza pani, ale bardzoschludnie. Sukienka, która musi mieć ze trzydzieści lat, kaszmirowyrozpinany sweter w kolorze rdzawej czerwieni, do tego praktyczne, drogiebuty, pewnie uszyte dla niej na miarę czterdzieści lat temu w Truro i teraz – jak przypuszczam – wyczyszczone do połysku przez Cassie, któracodziennie do niej zagląda, żeby sprawdzić, czy staruszka żyje.

– I to wszystko nie wydaje ci się zbyt przytłaczające?

– O Boże, nie… to znaczy, może trochę… ale…

Juliet spogląda na mnie z życzliwym uśmiechem.

– Nie wolno ci się tym przejmować. Pamiętam, jak Richard po raz pierwszyprzywiózł mnie do Carnhallow. To była prawdziwa męka. Ten ostatniodcinek drogi. Koszmarne małe dróżki przez wrzosowiska za St Ives.Richard był chyba dumny z tego, że posiadłość położona jest na uboczu.Taki dodatek do legendy. Napijesz się herbaty? Mam doskonałą pu-erh.Znudziło mi się pić ją w samotności. Mam też dżin. Nie mogę sięzdecydować.

– O tak. Z przyjemnością napiję się herbaty. Dziękuję.

Obchodzę z nią Zachodnie Skrzydło, kierując się do północnej częściposiadłości. Srebrzysty blask słońca migocze niespokojnie na dalekimmorzu. Moim oczom ukazują się kopalnie na szczycie klifu. Paplam coś o domu, próbuję zapewnić Juliet – i być może również samą siebie – żejestem naprawdę optymistycznie nastawiona.

– Zachwyca mnie, jakie jest ukryte przed światem. Mam na myśliCarnhallow. Schowane w tej prześlicznej dolince, osłoniętej, pełnejsłońca. Zaledwie kilka mil od wrzosowisk, od całej tej posępności.

Starsza pani odwraca się i kiwa głową.

– To prawda. Choć druga strona domu jest zupełnie inna. I to całkiemdobrze się składa. Richard zawsze powtarzał, że to dowód na prawdziwośćlegendy.

Marszczę brwi.

– Jak to?

– Bo druga część Carnhallow wychodzi na północ, na kopalnie i klify.

Kręcę głową, zdezorientowana.

– David nie opowiadał ci legendy? – pyta Juliet.

– Nie. Nie przypominam sobie. To znaczy… eee… opowiadał mi mnóstwohistorii. O jarzębinach. O podłym Jago Kerthenie… – Przecież nie mogępowiedzieć: „Na pierwszej randce tak strasznie upiliśmy się szampanem, a potem mieliśmy taki oszałamiający seks, że może zapomniałam połowęrzeczy, jakie mi opowiadał”. Co tak właściwie jest całkiem możliwe.

Juliet odwraca się w stronę ciemnych zarysów kopalni.

– No cóż, legenda brzmi tak: mówi się, że Kerthenowie musieli posiadaćjakiś diabelski dar, szósty zmysł, albo byli kimś w rodzaju jasnowidzów,bo wciąż natrafiali na żyły cyny i miedzi, podczas gdy inni spekulancibankrutowali. Po kornwalijsku istnieje nawet nazwa dla ludzi obdarzonychtaką zdolnością: tus-tanyow. Oznacza to „ludzie ognia”, „ludzieświatła”. – Uśmiecha się niefrasobliwie. – Pewnie nieraz usłyszysz, jakmiejscowi opowiadają tę historię w Tinner’s. To uroczy pub w Zennor.Musisz tam zajrzeć, ale nie jedz zapatrzonych w niebosardynek[1]. W każdym razie Richard strasznie się rozwodził nadtą legendą. Bo Kerthenowie zbudowali swoją posiadłość właśnie tutaj, nagruzach starego klasztoru, z widokiem na Morvellan, choć dopiero wielewieków później odkryto tutaj cynę. A więc jeśli wierzyć w takie rzeczy,to by potwierdzało prawdziwość legendy. Zupełnie jakby Kerthenowiewiedzieli, że natrafią tutaj na cynę. Ale teraz chodźmy już, napijmysię herbaty i dżinu, może będą do siebie pasować.

 

Energicznie obchodzi północno-zachodni narożnik Carnhallow. Idę za nią,spragniona jej przyjaźni i czegoś, co pozwoli mi zająć myśli czymśinnym. Bo jej historia z jakiegoś powodu, którego nie potrafię wyjaśnić,napawa mnie niepokojem.

W końcu to przecież tylko głupia historyjka o rodzie, który zbił wielkąfortunę, wysyłając tych wszystkich chłopców do prastarych kopalń.Kopalń, których tunele biegną głęboko pod dnem morza.

1Tradycyjna kornwalijska potrawa nazywana starry gazy pie (wszystkieprzypisy pochodzą od tłumaczy).