Polacy w armii kajzeraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Żołnierze w pociągu w drodze na front zachodni, sierpień 1914 roku. Jeden z napisów na wagonie głosi: „Rosyjskie jajka, francuskie szampany, niemieckie lanie – do licha, jak to smakuje!”.

Beztroski nastrój prysł jednak szybko, nawet jeszcze zanim rozpoczęto walki, w czasie pierwszej konfrontacji z warunkami pogodowymi. Zapowiedzią nadchodzących trudności była konieczność zorganizowania jeszcze przed wyjazdem z koszar dodatkowych ćwiczeń dla rezerwistów. Pierwszy długi przemarsz 157. Pułku Piechoty nad granicę belgijską z Zagłębia Saary przez Luksemburg okazał się dla wielu żołnierzy koszmarem – było gorąco, a pofałdowany teren sprawiał nieoczekiwane trudności piechurom. Żołnierze nie byli przygotowani do tak ekstremalnego wysiłku. Coraz bardziej ciążyły im pełne wyposażenia i przeładowane, jak się później okazało, tornistry. Zaczęli padać wzdłuż drogi już pierwszego dnia. Co gorsza, także zarekwirowane konie okazywały się zbyt słabe, by ciągnąć załadowane amunicją i sprzętem podwody. Jaszcze udawało się utrzymywać w kolumnie tylko dzięki dodatkowemu zaprzęgowi. Do tego szwankowało zaopatrzenie. Ciągle brakowało wody do picia. Oficerowie zaopatrzeniowi, nie mając jeszcze doświadczenia, natknęli się na kłopoty z nabywaniem żywności już w Luksemburgu. Zresztą nie tyle jej brakowało, ile Luksemburczycy patrzyli na Niemców, najdelikatniej mówiąc, „z dystansem”. Dopiero z czasem zdecydowano się stosować wobec nich, a potem także wobec Belgów i Francuzów, metodę kija i marchewki: „Lekki nacisk i gotówka czyniły jednak cuda”[69]. Kiedy 157. Pułk Piechoty dotarł w końcu na miejsce koncentracji po dwudniowym marszu, musiał pozostać na miejscu aż do 18 sierpnia, żeby dać odpocząć wyczerpanym ludziom i zwierzętom, a także przeprowadzić dodatkowe ćwiczenia mające na celu lepszą organizację przemarszów w kolumnach. Dopiero wówczas ogłoszono gotowość pułku do skierowania na front[70].

Podobne kłopoty mieli żołnierze z pułków poznańskich. Jeden z nich wspominał marsz z sierpnia 1914 roku jako męczarnię, tym bardziej że pokonano w jeden dzień 70 kilometrów (!), a więc dwa razy więcej niż przewidywano jako maksymalną normę dla piechura w przedwojennych planach niemieckich: „Przebyliśmy już dziś około 50 km drogi. Słońce pali, pot zalewa oczy i twarz, kurz wżera się do wyschniętej krtani. Bez odpoczynku dalej i dalej. Ten i ów pada ze zmęczenia i po krótkim odpoczynku wlecze się dalej, aby nie stracić śladu swego pułku w tem morzu ludzkim. Nareszcie halt. Dojeżdżają kuchnie i pospiesznie wydają jedzenie. Inne kolumny maszerują obok nas, już nie tylko drogą i obok drogi, lecz na przełaj, przez zboża, kartofle, połamane płoty i ogrodzenia. Wciąż naprzód i naprzód w jakimś szalonym pędzie. Wydano zakaz picia wody, gdyż studnie rzekomo zatrute. Pragnienie jednak nie do przezwyciężenia. Potok, bieżący wzdłuż spalonej wsi, oblężony przez spragnionych. Czerpią wodę rękoma, jedni napełniają manierki i naczynia, inni piją wprost z potoku. Naraz komenda: «Przygotować się do odmarszu». Jeszcze jedzenie nieskończone. Jedni wylewają resztę, inni zamykają do menażki. Nie było czasu wypocząć. Pozostali w tyle maruderzy ledwie nadciągnęli do kompanii, już – naprzód marsz – na jedzenie nie ma czasu. [...] Idziemy znów naprzód. Nogi odmawiają posłuszeństwa, nie chcą się giąć, są jakby z drzewa, lecz po stu metrach znów się przyzwyczają i miarowo, a ciężko uderzają buciska o twardą szosę, wzbijając tumany kurzu. Już dobrze 60 km mamy dziś poza sobą – już około 70 km. Należałoby wypocząć. Idziemy od godziny 2 w nocy, a teraz jest około 5 po południu”[71].

Podobne kłopoty z przemarszem miał także 63. Pułk Piechoty. Po trzydniowej przyjemnej podróży eszelonem, wypełnionej odbieraniem podarunków na dworcach i śpiewem na peronach, nastąpił marsz po kamiennych drogach, który okazał się ponad siły rezerwistów, przebywających w pułku dopiero od tygodnia. Już nie tylko upał i ciężar, lecz także nowe buty i onuce okazały się koszmarem. Poobcierane stopy były nie lada problemem dla służb medycznych, ponieważ powodowały po krótkim czasie głębokie rany wymagające leczenia ambulatoryjnego i eliminowały sporą liczbę piechurów z czynnej służby. Efektem zaś było znaczne spowolnienie marszu w coraz bardziej rozciągniętej kolumnie pułku. Nie udało się także wyeliminować wcześniej już zauważonych trudności wynikających ze zbyt krótkiego czasu danego woźnicom na ćwiczenia z nowymi zaprzęgami. Ci zaś nie zdążyli się wdrożyć do powożenia nieznanymi zwierzętami. Po dotarciu na miejsce bez przerwy ćwiczono więc przemarsze i załadunki[72].

Trochę inaczej wyglądała droga na front artylerzystów 12. Dywizji Piechoty. Oni również wyruszyli już 7–8 sierpnia z Grodkowa i Nysy, docierając po trzech dniach do Saarbrücken. Także i w tym przypadku nastroje były znakomite, czego nie zakłócał nawet wspomniany brak piwa i wina. Rozkoszowano się za to widokami z okna pociągu. Eszelony jeździły wprawdzie punktualnie, zgodnie z mobilizacyjnymi rozkładami jazdy, ale w dość ślimaczym tempie 20–30 kilometrów na godzinę, co pozwalało dokładnie zapoznać się z okolicą. Żołnierze 21. Pułku Artylerii Polowej po wyładunku nie odczuwali aż tak bardzo trudów marszu, w czym pomagała znacznie większa liczba pojazdów w regimencie, na których można było złożyć część ekwipunku. W opisie przemarszu pułku, co jest dość dziwne, nie odnotowano także wrogości Luksemburczyków, na którą skarżyli się żołnierze pułków piechoty. Po wojnie zaś nawet wspominano bardzo przyjaźnie nastawioną ludność cywilną w Księstwie, chętnie sprzedającą za niemieckie marki towary spożywcze. Na kwaterach niezwykle gościnni Luksemburczycy mieli podziwiać postawnych Niemców. Przywołano nawet dość anegdotyczną przygodę jednego z oficerów rezerwy, który akurat kąpał się pod jakimś mostem i przez stojące na owym moście miejscowe dziewczyny został obsypany deszczem kwiatów. Całą tę sytuację opatrzono nieco zgryźliwym komentarzem: „Ach, gdyby tylko mogła to zobaczyć jego ukochana żona...”. Nie należy się więc dziwić, że w momencie dotarcia do punktu docelowego artylerzyści byli w doskonałych nastrojach[73].

W momencie koncentracji i po przekroczeniu granicy z Francją pułki pomorskie znalazły się w kluczowej dla losów kampanii 1914 roku 1. Armii. Śląski VI Korpus operacyjnie należał początkowo do 4. Armii dowodzonej przez księcia (Herzog) Albrechta von Württemberga. Na lewo od Ślązaków stał V Korpus należący już do 5. Armii (w jego składzie był rezerwowy VI Korpus) pod dowództwem niemieckiego następcy tronu (Kronprinz) Wilhelma Hohenzollerna. Na froncie w początkowym okresie wojny Ślązacy mieli za przeciwników wojska francuskiej 4. Armii dowodzone przez gen. Fernanda de Langle de Cary, których zadaniem była także ofensywa w kierunku Ardenów. W składzie tej francuskiej armii znajdowały się: II Korpus, Korpus Kolonialny i XII Korpus[74]. Oddziały wielkopolskiego V Korpusu stały naprzeciwko 3. Armii francuskiej dowodzonej przez gen. Emmanuela Ruffeya (od września 1914 przez gen. Maurice’a Sarraila). W składzie armii znajdowały się: IV, V i VI korpus piechoty i 7. Dywizja Kawalerii.

CHRZEST BOJOWY

Większości żołnierzy szczególnie zapadły w pamięć pierwsze starcia z Francuzami i Belgami. Chrzest bojowy to coś wyjątkowego w życiu każdego z poborowych. Po raz pierwszy stykali się wówczas z tym, że muszą zabijać, ale i do nich się strzela, a najbliżsi towarzysze polegli na polu walki. Że nie zawsze zabija anonimowa kula, ale często trzeba wbić w stojącego naprzeciwko wroga ostrze bagnetu. Później doświadczenie zdobyte na froncie pozwalało niejako oswoić sytuację ciągłego zagrożenia życia i udziału w masowym mordzie, ale ten pierwszy raz był prawdziwym chrztem dla każdego młodego chłopaka. Ponadto dla oficerów był to moment sprawdzenia wyszkolenia oddziałów i ich gotowości do bezwzględnego podporządkowania się rozkazowi, nawet kiedy przełożony wysyłał ich na pewną śmierć.

Niejednokrotnie pomagały w tym skrajne wyczerpanie oraz emocje wywołane bitwą, które wyłączały racjonalne myślenie. Automatyzm wyćwiczonych ruchów wspomagał decyzję wyjścia pod kule wroga. Jako dramatyczne przeżycie wspominał swoją pierwszą walkę jeden z Wielkopolan: „Pada komenda: «w tyraliery! Padnij – powstań – marsz, marsz, padnij, powstań itd. [...] Nie bójcie się chłopcy, Francuzi strzelają za wysoko, więc nikogo nie trafią» – krzyczy kpt. Moebius [dowódca batalionu]. Francuzi są dobrze ukryci. [...] Ogień się wzmaga z każdą chwilą. [...] Wciąż posuwamy się skokami naprzód. Ogień z lewa praży coraz więcej. Trzeba przejść to pole owsa, gdyż tam niezawodnie siedzą Francuzi. Dopadliśmy do owsa, z którego co chwilę podnoszą się Francuzi to tu, to tam i dają ognia, chowając się znów z powrotem. Musimy to pole przeforsować. Owies twardy jak drut, utrudnia pochód. W środku pola siedzą Francuzi. Posuwamy się powoli i ostrożnie. Linia nasza zagęszcza się, posiłkowana już innymi pułkami – lecz nie gubimy kontaktu. Biała broń naflancowana, karabiny gotowe do strzału. Na pięć kroków przed nami wyłaniają się nagle dwie głowy Francuzów i równocześnie dają ognia do nas. Zdążymy się uchylić i uniknąć śmierci. W tem samym momencie dopadli ich idący z lewa towarzysze i powalili na miejscu. [...] Trupów leży już jak snopów na polu. Słychać trąbkę. Sygnał do ataku. Z lewa przed nami dochodzi nas krzyk przeciągłego «huraaa». Strzały przed nami rzedną, przycichają. «Do szturmu!» Biegniemy. Kilkunastu pada. Co krok nowi padają. Dopadamy wreszcie do toru – nie ma Francuzów. Gdzie się podziali? Wdrapujemy się z toru na grzbiet góry, lecz niepodobna wyjrzeć. Co który głowę wytknie, to spada – nieżywy. Kulają się w dół ciała żołnierzy, karabiny, tornistry, hełmy. Cały wiadukt kolejowy gęsto zasłany rannymi, wołającymi o pomoc. Charczą konający, drgają, przewracając oczy. W nieprawdopodobnych pozycjach porościągani ci, którzy już niczego nie potrzebują”[75].

 

ROSSIGNOL

Górnośląskie pułki przeszły chrzest bojowy 22 sierpnia 1914 roku w bitwie z Francuzami niedaleko belgijskiej miejscowości Rossignol w Walonii, znajdującej się dokładnie w trójkącie pomiędzy Luksemburgiem a granicą francuską, niedaleko Tintigny w prowincji Luksemburg. Ta mała miejscowość u podnóża niewielkiego wzniesienia otoczona była lasami. Nazwa Rossignol stała się symbolem i pierwszym miejscem masowych ofiar Polaków podczas pierwszej wojny światowej walczących w armii kajzera w ramach pułków górnośląskich. To właśnie w tym miasteczku żołnierze mogli się naocznie przekonać, jakie konsekwencje niesie wojna dla cywilów, kiedy stali się świadkami egzekucji mieszkańców na rozkaz niemieckiego dowódcy. Toczone o tę miejscowość walki są też dobrym przykładem taktyki stosowanej w początkowym etapie wojny przez oddziały niemieckie.

Na całym obszarze bitwy znajdującym się w pasie działania śląskiego VI Korpusu jego dowódca dysponował dwiema dywizjami piechoty (11. i 12.), mając naprzeciwko trzy dywizje francuskie wspierane artylerią korpuśną oraz dwiema dywizjami kolonialnymi. Sam atak na Rossignol miały przypuścić pułki górnośląskie.

Kiedy dywizja górnośląska dochodziła od wschodu do miejscowości, rozpoznanie niemieckie meldowało tylko o niewielkich siłach francuskich. Zwiad nie był jednak dobrze przeprowadzony, prawdopodobnie gęste lasy i dobrze ukryte pododdziały wojsk należących do Korpusu Kolonialnego utrudniły rozpoznanie. Przy podejściu do Rossignol Niemcy natknęli się na niespodziewany silny ogień francuskiej awangardy z lasu leżącego na północ od miejscowości. Doszło wówczas po raz pierwszy do starcia ze strażą przednią pododdziałów 157. pułku: „W gęstym lesie i przy zaciętym oporze przeciwnika posuwanie się naprzód 2. batalionu 157. pp było bardzo wolne; dowódcy kompanii i plutonów musieli dostosowywać się do ciągle zmieniającej się sytuacji; drużyny i pojedynczy strzelcy ciągle przenosili ogień na dalsze odległości, ale wkrótce okazało się, że wróg także jest na drzewach i stamtąd strzela. Ci «drzewni strzelcy» byli zestrzeliwani jak wróble, co sprawiało specjalną przyjemność naszym muszkieterom”[76].

W ten sposób, z mozołem i przy dużych stratach własnych, próbowano krok po kroku przedrzeć się przez las do jego południowego skraju ciągnącego się wzdłuż drogi od miejscowości Les Fossés. Na początku nie było nawet ognia wspierającego ze strony własnej artylerii, ponieważ nie można było strzelać z dział w kierunku lasu, gdzie znajdowała się niemiecka piechota przemieszana z małymi pododdziałami, albo nawet pojedynczymi żołnierzami francuskimi. W tym samym czasie do Rossignol jako wsparcie przybyły znaczne siły francuskie, co zmusiło do wzmocnienia natarcia przez drugi pułk dywizji niemieckiej. To zadanie otrzymał 63. Pułk Piechoty, który miał zaatakować od zachodu. Z tego kierunku także trzeba było przedrzeć się przez gęsty las, i to dodatkowo posuwając się tylko zgodnie z wytyczonym azymutem, a nie idąc wzdłuż drogi. Gęste poszycie utrudniało piechurom sprawne poruszanie się. Z kolei dobrze znający te stanowiska Francuzi atakowali z ukrycia, szybko odskakując w momencie koncentracji całych kompanii 63. pułku. Wykorzystywano do tych kontrataków nawet pododdziały kawalerii przesuwające się znanymi im przesiekami leśnymi. Również i tutaj zaangażowano strzelców na drzewach. Kiedy idące na przodzie oddziały pułku dotarły w końcu na skraj lasu, przed niewielkim przysiółkiem Termes, od którego prowadziła droga do Rossignol, okazało się, że stoją przed polami między obiema miejscowościami. Cały teren był płaski i odsłonięty na dystansie około 2 kilometrów. Znajdował się pod silnym ogniem z Termes, prowadzonym przez świetnie ukrytych strzelców, którzy dobrze widzieli rozwijający się atak niemiecki. Dowódca 157. Pułku Piechoty, nie mając wsparcia od zachodu, zrezygnował wtedy z ataku czołowego na Rossignol i ruszył także na ostrzeliwujące go z flanki oddziały francuskie w Termes. Można już było wtedy liczyć na wsparcie na otwartej przestrzeni ze strony artylerii i z wykorzystaniem baterii 57. Pułku Artylerii Polowej i kompanii karabinów maszynowych MG wyparto Francuzów z Termes[77].

Dzięki temu można było użyć artylerii także do ostrzału Rossignol, co pozwoliło piechocie na wyjście z lasu pod osłoną ognia i stopniowe zbliżanie się do miejscowości. W dzienniku bojowym 57. Pułku Artylerii Polowej tak opisano ten rozstrzygający moment bitwy: „Ku naszej radości w końcu o 16.00 po południu przyszedł rozkaz przygotowania baterii do walki. Najpierw miał wyjść z lasu II Oddział [od strony Termes]. Szedł na zachód od drogi. Z naszej strony poszła 5. bateria pod dowództwem kapitana Ulrici, która jako pierwsza wyszła z lasu [na północ od Rossignol]. Bez wielu zbędnych słów jej dowódca znalazł dobre stanowisko i wystrzelił z haubicy w kierunku wieży kościelnej. Pociski trafiały celnie, było bowiem widać od razu wywołany nimi pożar i ucichł ostrzał z karabinu maszynowego na wieży. Ucieszona z tego sukcesu cała bateria strzelała teraz w kierunku wsi wypełnionej wojskami nieprzyjaciela, wszędzie rozniecając pożary. Artylerzyści widzieli to dobrze, ponieważ z wszystkich okien i otworów ostrzeliwanych domów wyłaniały się białe kłęby dymu. Francuzi strzelali jednak również bardzo celnie, zarówno ogniem artylerii ze wzgórza za miejscowością, jak i z broni strzeleckiej. Były to dobrze ostrzelane i wyćwiczone oddziały kolonialne”[78].

Atak piechoty na wieś, mimo wsparcia artylerii, pochłonął nadspodziewanie wiele ofiar. Szczególnie duże straty poniósł 157. pułk: „Nieprzyjaciel trzymał się ciągle mocno; nasze oddziały były całkowicie porozbijane, duża liczba dowódców już poległa albo była ranna. Ich zadania przejmowali podoficerowie – Seidel, Lauterbach, Michalski, Pownug, dobosz batalionowy Heinze i in., którym udało się ponownie zebrać drużyny oraz plutony wokół siebie i prowadzić atak dalej. Jako jedyna kompania, która miała jeszcze stosunkowo niewielkie straty, na szosę do wsi wyszła na końcu 12. kompania, ale i ona była tak rozproszona [po walkach w lesie], że kapitan Troschke musiał od nowa ją formować. Robił to bardzo głośno, tak że stojący w pobliżu dowódca batalionu wrzasnął: «Troschke, nie wrzeszcz tak, bo Francuzi zaczną nam zaraz uciekać». Na południe od tego lasu znajdowało się duże pole, na którym rósł owies, ale był już skoszony i stał w stogach. Za nimi, albo nawet ukryci wewnątrz, znajdowali się schronieni bardzo przemyślnie francuscy strzelcy z wojsk kolonialnych. Każdy ze stogów trzeba było sprawdzać osobno, przebijając snopki bagnetem, co naszym w większości pochodzącym ze wsi żołnierzom dostarczało wiele radości. Muszkieter Gukatsch, który robił to bardzo zręcznie i z humorem, zawołał przy tym do swojego sąsiada: «Pieruna, Józek, jesteś też przy robotach na żniwach u Francuzów?»”[79].

Propaganda niemiecka starała się przedstawiać żołnierzy z wojsk kolonialnych w negatywnym świetle i część z tych stereotypów znalazła swoich odbiorców. Ponieważ wszyscy alianci, zarówno Francuzi, jak i Anglicy oraz Belgowie, mieli wojska kolonialne, mówiono o wojnie w kontekście konfliktów na tle rasowym, przeciwstawiając niemiecką kulturę (Kulturvolk) niecywilizowanym kolorowym. Wykorzystywano do tego celu nawet karty do gry dla żołnierzy, na których w charakterze „czarnego Piotrusia” pojawiały się z reguły postaci gołego wojownika Zulu, Marokańczyka w galabii czy Hindusa w turbanie[80]. Prymitywna propaganda po pewnym czasie okazywała się skuteczna. Strach przed nagłym atakiem skradających się jak cienie Senegalczyków czy Marokańczyków także wśród Polaków w armii kajzera był wielki, szczególnie w czasie wojny pozycyjnej, kiedy często prowadzono patrole mające na celu pojmanie jeńców. Skarżył się na to w swoich wspomnieniach jeden z Kaszubów w armii niemieckiej: „Ja tam ani Anglików, ani Francuzów się nie boję, tylko czarnych; tych bym sobie nie życzył. Dlaczego? – zapytałem. Bo oni są wielcy mistrze w pełzaniu po ziemi. Stoisz na podsłuchu przed rowami w ciemną noc, wiatr szumi, to nie dosłyszysz, że taki czarny diabeł sunie po ziemi, aż nóż czujesz w brzuchu. Wtedy już za późno. E – rzekł na to Herman – tobyś chyba musiał spać, inaczej posłyszysz, że się ktoś zbliża. – A ja ci mówię, że nie słyszysz takiego marokańskiego diabła, takie to jest sprytne. Na wzgórzu 304 [pod Verdun] już się raz tak przytrafiło, że znaleziono ludzi na posterunku nieżywych, co jeszcze w piersiach noże im tkwiły”[81].

Z przytoczonego powyżej prześmiewczego wspomnienia o polskich Górnoślązakach walczących z ukrytymi w stogach Francuzami można również wywnioskować, że nadal istniał problem językowy w regimentach niemieckich. Jak szczerze przyznawał jeden z oficerów walczącego w tej bitwie 21. Pułku Artylerii Polowej, kiedy nadjechał łącznik z meldunkiem, okazało się, że nie mówił on dobrze po niemiecku, a że był zdenerwowany, to kaleczył mowę Goethego jeszcze bardziej. W łamanej niemczyźnie z dodatkiem słów z gwary śląskiej ten dialog miał wyglądać następująco: „«Pan major pozwala sobie powiedzieć, by 500 metrów strzelać na prawo» (Der Herr Major läßt sagen, 500 m nach recht soll geschossen werden). Wsiadł na rower i pojechał w dół drogą. Po jakiejś półgodzinie pojawił się ponownie: «Pan major pozwala sobie powiedzieć, ogień jest dobry, ale 300 metrów dalej» (Der Herr Major läßt sagen, das feuer ist gut, aber 300 m weiter). Usiadł na rower i pojechał w dół drogą na Les Bulles. Bez strachu i sam”[82].

Równie humorystycznie wygląda opis prasowy dotyczący tych pierwszych miesięcy wojny, także wskazujący na wyraźną różnicę między pułkami niemieckimi a tymi, w których dominował żywioł polski. Ukazał się on jako materiał korespondenta wojennego w wielu górnośląskich gazetach. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy jest prawdziwy, czy też stworzono go wyłącznie na użytek propagandy. Wydrukowany pod tytułem Wojska kolonialne, dobrze ilustruje skład etniczny pułków górnośląskich, czego pełną świadomość mieli niemieccy dowódcy. Według wspomnianego korespondenta wzięty do niewoli francuski lekarz miał opowiedzieć w lazarecie następującą historię: „Bawarczycy są nie do powstrzymania w walce wręcz. Ale – dodawał potem ten francuski lekarz – są w niemieckim wojsku jeszcze inne oddziały, które wzbudzają panikę we francuskich szeregach. Ci ludzie są nie do powstrzymania i nie można ich pokonać. Mówią jakimś obcym, nie niemieckim językiem i muszą być chyba wojskami kolonialnymi. Za każdym razem kiedy dochodzi do walki na bagnety, wtedy wrzeszczą «Hoppla pieronie nabok zpyskiem!». I masakrują wszystkich, którzy stawiają opór. Nikt nie jest w stanie powstrzymać ich ataku i ich uderzeń kolbami karabinów”[83]. Ten groteskowy opis Górnoślązaków miał prawdopodobnie zrównoważyć pogłoski o okrucieństwie francuskich wojsk kolonialnych, z którymi przyszło wojować na początku wojny także pułkom górnośląskim.

W rzeczywistości po zakończeniu walk 23 sierpnia obraz pola bitwy pod Rossignol na wszystkich robił przygnębiające wrażenie i nie odpowiadał tym humorystycznym notatkom prasowym. Rowy oddzielające pola były pełne poległych. Za żywopłotami, w trawie, na łąkach i na polach leżały przemieszane zwłoki żołnierzy niemieckich i francuskich[84]. Walki trwały zresztą jeszcze długo także po wdarciu się do miejscowości. Po bitwie nastroje wśród żołnierzy też były dalekie od euforii. Mimo zmęczenia wielu nie mogło zasnąć. Przygniatała świadomość wielkich strat prawie w każdej kompanii uczestniczącej w szturmie. Przez całą noc w opuszczonej przez Francuzów miejscowości słychać było jęki rannych, które spędzały sen z powiek pozostałym żołnierzom. Depresyjne nastroje potęgowało „wrażenie bliskiej śmierci, tak bliskiej, że zaprzątało wszystkie myśli”[85]. Takie sceny fatalnie wpływały również na żołnierzy w tych pułkach, które nie wzięły bezpośrednio udziału w bitwie, a tylko ją obserwowały. W 21. Pułku Piechoty widok zabitych i rannych, chociaż nie z własnego regimentu (zginął zaledwie jeden żołnierz tej formacji, a trzech było rannych), odbierał jakąkolwiek satysfakcję ze zwycięstwa: „O radości nie było co mówić. Byliśmy zadowoleni z zajęcia Rossignol, ale mieliśmy przed oczyma straszne, krwawe straty”[86].

Te odczucia podzielali wszyscy żołnierze po raz pierwszy biorący udział w walkach. Szczególnie widok zwłok działał w tych początkowych miesiącach wyjątkowo deprymująco, kiedy zmysły nie zostały jeszcze stępione przez przeżycia przeciągającej się wojny pozycyjnej. Taki opis zostawił jeden z żołnierzy pułku poznańskiego po tym, jak po raz pierwszy ujrzał pole walki zasłane trupami: „Wolno i ostrożnie posuwamy się naprzód. Idziemy znów, to kolumnami, to tyralierą i po drodze chowamy napotkanych trupów. Większość trupów sczerniała. Odnosi się wrażenie, że to murzyni. Wargi wydęte, oczy połyskują białkami, ciała nabrzmiałe, brzuchy wysadzone. Wokół roje much i robaków. Szukać ich nie potrzeba, bo z daleka dają znać o sobie smrodem zgnilizny. Chowamy ich zwykle na tem samem miejscu gdzie leżą. Na dwa szpadle głęboko w ziemię – przysypany, bezimienny – tylko gruda ziemi świadczy, że tam spoczywa wojak. Zdejmujemy tylko znaczek rozpoznawczy”[87].

 

Przykrą niespodzianką było też to, że sławna, rzekomo doskonale przygotowana niemiecka machina wojenna nie do końca się w tej pierwszej bitwie sprawdziła pod względem logistycznym. Opieka nad rannymi pozostawiała bowiem wiele do życzenia. Brakowało sanitariuszy i noszowych. W odciąganiu rannych z pola walki pomagać musieli muzykanci pułkowi. Początkowo cały personel medyczny starcie pod Termes i Rossignol obserwował z daleka, wzorem dawnych, dziewiętnastowiecznych bitew. Zbyt ciężkie wozy sanitarne w ogóle nie były w stanie dowozić coraz liczniejszej rzeszy rannych z punktów sanitarnych do lazaretu, który był wobec tego bezużyteczny tam, gdzie nie było dróg. Rannych trzeba było nosić przez las na własnych barkach albo na noszach. Ponieważ nie było bezpośredniego kontaktu z oddziałami, trudno było w ogóle rozmieścić punkty sanitarne, w których zbierano by kontuzjowanych. Zdesperowany lekarz pułkowy z 63. pułku sam próbował dotrzeć do pierwszej linii na skraju lasu przed Termes, by się zorientować w sytuacji. Później te wszystkie niedociągnięcia natychmiast usuwano i rozkazano oddziałom regularnie wysyłać do punktu sanitarnego informacje o tym, dokąd się przemieszczają. Ponieważ używane przez piechotę pojazdy sanitarne były za ciężkie na wiejskie drogi, odciążono je i zwiększono liczbę noszowych, likwidując jednocześnie część etatów w orkiestrze pułkowej[88].

Widok rannych robił na żołnierzach dopiero zbliżających się do pierwszej linii frontu piorunujące wrażenie. Artylerzyści stojący z tyłu, kiedy zobaczyli pierwszych lekko kontuzjowanych piechurów podążających samotnie na tyły, byli zdumieni i przestraszeni tym, co oglądali: „Jeden podtrzymywał ramię przekrwioną opaską, drugi miał obwiniętą głowę, niektórzy, którzy zostali trafieni w nogi, podtrzymywali się po dwóch lub po trzech. Wołali do nas: «Naprzód! Naprzód!» albo: «Te przeklęte dupy strzelają z drzew!»”[89].

Opieka medyczna w samym lazarecie była już lepsza. Tutaj sprawdziły się długoletnie przygotowania i nauki wyciągnięte z doświadczeń wojen prowadzonych w drugiej połowie XIX wieku: konieczność selekcji rannych i udzielania pomocy chirurgicznej w kolejności zależnej od stopnia kontuzji. Lekarz 157. pułku meldował po bitwie, że w większości przypadków rannym, którzy dotarli do lazaretu, udało się zatamować krwotoki i uniknąć infekcji[90].

Straty niemieckie były jednak bardzo duże. W 157. Pułku Piechoty wśród poległych było 18 oficerów i 163 żołnierzy. Rannych zostało 21 oficerów i 379 żołnierzy (zaginęło 159 żołnierzy, chociaż część się później odnalazła). Straty ogólne w tej bitwie sięgały po stronie niemieckiej aż 1700 zabitych i ciężko rannych, co jak na bitwę o niewielką miejscowość było rezultatem przerażającym[91].

Straty francuskie były jeszcze wyższe. W samej tylko 3. Dywizji Kolonialnej zginęło według źródeł francuskich 1700 żołnierzy. Ogólnie szacowano, że cała operacja pochłonęła od 4 do 5 tysięcy zabitych i ciężko rannych. Szczególnie duże straty Francuzi ponieśli od ognia artylerii, ale wcale nie mniejsze spowodował celny ogień piechoty[92].

Wspomnienia żołnierzy tej francuskiej dywizji były takie same jak żołnierzy niemieckich. Zapamiętali tylko masy zabitych: „22 sierpnia [...]. Jakaż masakra! Droga zatłoczona, pełno rozbitych jaszczy, rannych i zabitych koni i leżących w jakiejś dziwnej plątaninie martwych żołnierzy. Na to wszystko ciągle spadały kawałki gałęzi i liści. W rowie dostrzegłem mojego dowódcę artylerii z różową pianą wypływającą z ust. Ambulans pełen rannych, trafionych przez wszystkie rodzaje pocisków, krzyczących, jęczących. Siedzący przy kierownicy lekarz major, z wielką czerwona plamą na piersi, wydawał się czekać tylko na śmierć”[93].

Niespodziewany epilog bitwy pod Rossignol związany był z wydarzeniami dnia następnego. W częściowo zburzonej miejscowości, wypełnionej jednak nadal cywilami, którzy nie opuścili wsi z wycofującymi się żołnierzami francuskimi, po raz pierwszy żołnierze z pułków górnośląskich poczuli się jak zdobywcy. Zaczęli zbierać pierwsze wojenne łupy. W trakcie przeszukiwania domów, plądrując szafy i komody, nierzadko decydowali się na zamianę przepoconych wojskowych podkoszulków i gaci na zrabowaną na cywilach bieliznę, nawet damską[94]. Nie musieli się już także liczyć z tak skrupulatnie przestrzeganymi jeszcze przed kilkoma dniami zarządzeniami o tym, że tylko służby kwatermistrzowskie mogą się zajmować zaopatrzeniem, kupując żywność od miejscowych rolników w Luksemburgu i Belgii. Kiedy zaopatrzeniowiec 157. pułku natknął się w niedalekim lasku na cielę, nie troszczył się już o znalezienie jego właściciela. Zwierzę natychmiast zabito, ale „nie do końca zgodnie ze sztuką rzeźnicką [byczka zastrzelono]”. Po poćwiartowaniu natychmiast trafił do kuchennego kotła[95]. Podobnie inny pododdział tego pułku podczas biwaku, po zbiorowym myciu w niedalekim potoku, z triumfem przyniósł inną zdobycz. „Upolowano” bowiem „wałęsającego się” tam kurczaka, a we wsi znaleziono dodatkowe artykuły spożywcze i wino. Oficer zaopatrzenia chciał wprawdzie wręczyć Belgijce z pobliskiego gospodarstwa bezwartościowy kwit potwierdzający rekwizycję, ale ta odmówiła, odpowiadając ze strachem, że kurczak nie należy do niej. Ponieważ innego właściciela nie znaleziono, kwit powieszono na drzwiach[96].

Po walce i rabunkach sytuacja następnego dnia była więc w tej miejscowości bardzo napięta. Kiedy o 8.00 rano części 157. Pułku Piechoty wydano rozkaz wymarszu, nagle w stronę niemieckich żołnierzy z piwnic, okien i poddaszy posypały się strzały. Na placu kościelnym stało wtedy wielu jeńców francuskich czekających na odprowadzenie na zaplecze frontu, którzy teraz znaleźli się w centrum tej chaotycznej strzelaniny. W kilku miejscach Niemcy, starając się opanować sytuację, podpalili okoliczne domy (spłonęło ich aż 184). Podobnie zaatakowano biwakujący obok 63. Pułk Piechoty. Odpowiedzialnością za atak obarczono uzbrojonych żołnierzy dywersantów (Franktireurs), ponieważ w tornistrach niektórych jeńców odnaleziono cywilne ubrania. Dowódca 157. Pułku Piechoty nakazał wówczas przeszukać dokładnie całą wieś. Dwóch cywili, których znaleziono z karabinami, rozstrzelano przy płonącym kościele. Egzekucja miała dramatyczny przebieg – rozegrała się pośrodku płonącej wsi, obok znajdującego się w jej centrum kościoła, z którego wieży w momencie oddawania salwy „krzyż spadł na ziemię, na ciała rozstrzelanych”[97]. Już po odmaszerowaniu górnośląskiej dywizji stu ośmiu mieszkańców Rossignol oraz kilkunastu innych Belgów z okolicznych miejscowości zostało aresztowanych i oskarżonych o zaatakowanie żołnierzy niemieckich. Rozstrzelano dziewięćdziesiąt jeden osób[98].

Lęk żołnierzy niemieckich przed francuskimi partyzantami nie zawsze miał racjonalne podłoże jak w Rossignol. Niekiedy był tylko niczym nieuzasadnionym pretekstem do rabunków, o czym pisze jeden z walczących w tym czasie we Francji razem z Bawarczykami Wielkopolanin: „Zbliżamy się do jakiejś wsi. Szturmem wziąć i oczyścić z Franktyrjerów. W pierwszych domach gospodarzą już Niemcy po swojemu. Jeden dom jeszcze zamknięty. Kolbami do drzwi i okien, które w mig ustępują. Wpadają jako pierwsi nasi dwaj Bawarczycy. Kuchnia, dalej kolbami do szafek i półek. Stuk zgruchotanych sprzętów i w mgnieniu oka jedna wielka kupa czerepów, na środku kuchni. Kolbą w dalsze drzwi. Sypialnia. W łóżku blada młoda kobieta. Ściągają z niej pierzynę, kobieta siada na łóżku i wskazuje na obok niej leżące maleństwo kilkudniowe. Kolbą w udo. Kobieta wyskakuje z łóżka, składając ręce prosi, aby ją z maleństwem oszczędzono. «Czyście zwariowali! Żeby tak z chorą kobietą postępować» – odzywa się do nich Zaklicki, ujmując się za chorą. «A! to ty pewnie ich przyjaciel, co? Ona może pod sobą w łóżku ukrywać Franktyrjera» – odpowiadają obaj Bawarczycy. [...] Kobieta leży z dzieckiem na podłodze pod ścianą w bieliźnie, cała drży, blada jak trup, lecz już nie płacze i nie prosi. Przewrócono całe łóżko, z szaf ukrytych w niszach wszystko powyrzucano, nawet obrazy z ścian zbito kolbą i porzucono na środek pokoju. Bo przecież i za obrazem Franktyrjer mógłby się schować. Żołnierzy już pełen dom. Szukają wszędzie. W każdym pokoju takie samo zniszczenie. Wszystkie sprzęty na jednej kupie. Dzika żądza niszczenia”[99].

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?