Zaśpiewaj mi kołysankęTekst

Z serii: Antoni Fischer #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zaśpiewaj mi kołysankę
Zaśpiewaj mi kołysankę
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Zaśpiewaj mi kołysankę
Audio
Zaśpiewaj mi kołysankę
Audiobook
Czyta Grzegorz Wons
36,90  28,04 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Ryszard Ćwirlej, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Marketing i promocja: Anna Rychlicka-Karbowska

Redakcja: Beata Mes

Konsultacja historyczna: Marek Daroszewski

Korekta: Katarzyna Smardzewska i Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Borkowska

Fotografia na okładce: © CollaborationJS | Trevillion Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-50-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Prolog

Wtorek

4 kwietnia 1922 roku

Godzina 10.15 przed południem

Rudy pies siedział koło śmietnika i uważnie obserwował podwórko. Ale niewiele się działo, bo i co mogło się dziać w takim ponurym miejscu, otoczonym z czterech stron szarymi, odrapanymi ścianami czynszówek. Gdyby podwórko było przechodnie, to co innego. Ruch byłby jak na ulicy, bo wiadomo, że niektórzy ludzie bardziej niż szerokimi chodnikami wolą przemykać w tych miejscach, w których niezbyt rzucają się w oczy. Tu jednak, gdy weszło się bramą od ulicy Poznańskiej, można było co najwyżej dostać się do jednej z trzech oficyn, w których o tej porze życie toczyło się utartym, dość leniwym rytmem.

Dopiero co stara Maryniakowa wywiesiła pierwsze dziś pranie na wieszaku koło śmietnika. Będzie tak wieszać jeszcze z pięć albo i sześć razy. Za jakieś dwie godziny, gdy szmaty obeschną, na sznur rozciągnięty między dwoma ramami z drewna trafi kolejna porcja pocerowanych i pozszywanych ręczników, prześcieradeł, poszew, poszewek, gaci, kalesonów i koszul. A tam na górze, w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią, synowa z trzema córkami i przywołaną jeszcze do pomocy jej siostrą, mieszkającą dwie przecznice stąd, na Kościelnej, znów wezmą się za pranie na tarce w mydlinach, potem gotowanie w wodzie z krochmalem, a na koniec wyżymanie.

Takie pranie robione raz na dwa tygodnie dla całej ośmioosobowej rodziny było nie w kij dmuchał. Roboty na cały dzień, a później jeszcze dwa albo i trzy dni prasowania. No ale jak kto miał pełno dzieciaków, a ojciec rodziny nie zarabiał stale, lecz dorywczo, przy rozładunku na dworcu towarowym, to pieniądze, które przynosił, starczały ledwo na jedzenie. Na pranie i krochmalenie w maglu stać było tylko lepiej sytuowanych. Ci, którzy mieszkali w oficynach, musieli sobie radzić sami.

Szewc Wilhelm Bartosik, którego żona zmarła trzy lata temu na hiszpankę, sam nie wyprałby nawet chusteczki do nosa, więc swoje brudy oddawał do sąsiadki z drugiego piętra. Majewska prała samotnym panom, a prócz tego jeszcze gotowała dla nich smaczne, domowe obiady. Szewc miał więc wolną głowę od trosk aprowizacyjnych i opierunkowych i mógł ze spokojem oddawać się swojemu ulubionemu zajęciu – popijaniu wódki podczas pracy w warsztacie. Otworzył go już dwie godziny temu i z jego sutereny w lewej oficynie słychać było co chwilę rytmiczne uderzenia młotka. Po zimie trzeba było podzelować sporo znoszonych butów, żeby mogły jeszcze trochę posłużyć ich właścicielom. Jak zawsze po tym, jak śniegi spłynęły z ulic i chodników, dla Bartosika zaczynał się czas wytężonej pracy. Dzisiaj zdążył już obsłużyć trzech klientów, a czwarty właśnie przemierzał podwórko szybkim i zdecydowanym krokiem. Mężczyzna w wieku może czterdziestu lat, w wytartym paltocie, z niestarannie ostrzyżoną brodą i długimi wąsami, na głowie miał lekko sfatygowany kapelusz w stylu angielskim, z niewielkim okrągłym rondem i płaskim denkiem. Był dobrze zbudowany, w ramionach szeroki jak atleta. Pod pachą trzymał paczkę sporządzoną z gazety owiniętej konopnym sznurkiem. Wewnątrz musiały być sfatygowane trzewiki, bo co innego mógłby nieść do szewca.

Pies na jego widok zawarczał cicho i wcisnął się w kąt. Widać wolał zachować dystans. Pewnie już nieraz zarobił kopniaka od człowieka, do którego podszedł zbyt blisko.

Mężczyzna, przechodząc koło szeroko otwartych drzwi prowadzących na klatkę schodową do lewej oficyny, przystanął na moment. Jego spojrzenie zatrzymało się na drobnej, szczupłej postaci dziewczynki, ubranej w granatową kieckę i wełniany, robiony na grubych drutach brązowy sweterek.

Uśmiechnął się do niej, a uśmiech miał całkiem sympatyczny. Ona odpowiedziała niepewnym grymasem, za którym kryła się ostrożność połączona z nieufnością.

– A panienka nie w szkole? – zapytał takim tonem, jakby rzeczywiście się dziwił.

Pokręciła szybko głową.

– Nie można do szkoły, bo mama gorączkuje. Ktoś jej musi wodę podawać i kompresy robić. – Jakby dla uwiarygodnienia tego, co powiedziała, wskazała na aluminiowe wiaderko. – Muszę wody przynieść.

– To czemu panienka nie niesiesz?

– Bo nie idzie odkręcić kurka. Ktoś mocno zakręcił.

Mężczyzna rozejrzał się po podwórku. Kran był na ścianie oficyny naprzeciwko.

– Chodź, pomogę ci.

Dziewczynka chwyciła za rączkę wiadra i pobiegła do kranu. Nim brodacz podszedł, ona już zdążyła podstawić kubełek.

– A zakręcić dasz radę? – zapytał, odkręcając kurek. Woda polała się raźnym strumieniem. Pies natychmiast się ożywił i wyszedł ze swojego ukrycia. Ostrożnie, krok za krokiem, zaczął zbliżać się do wiadra.

– Co mam nie dać rady? Zakręcić to nietrudne zbytnio.

Znowu się do niej uśmiechnął, a potem sięgnął do kieszeni i wydobył metalowe, okrągłe pudełko. Otworzył wieczko i podsunął otwartą puszeczkę w kierunku dziewczynki.

– Weź se kilka.

– O, kanoldy! – ucieszyła się.

– No, kwaskowe – potwierdził.

Wzięła w palce trzy landrynki, jedną natychmiast wsunęła do buzi, a pozostałe schowała do kieszeni sukienki.

– Pan je cukierki? – zdziwiła się.

– A co to, nie można cukierków jeść? – spytał, robiąc przy tym śmieszną minę, taką jak to w cyrku klowni mają w zwyczaju robić, gdy chcą rozśmieszyć publikę.

– Hi, hi! – Udało mu się ją rozbawić. – Można, ino że panowie to raczej palą cygara i piją wódkę.

– Taki ze mnie pan, że wolę bombony. A kanoldy najlepsze.

– Prawda – potwierdziła, wkładając kolejnego cukierka do buzi.

– Jak się nazywasz? – zapytał, patrząc w jej zielone oczy.

– Zosia Węgorkówna.

– Do widzenia, Zosiu. Nic się nie martw. Mama będzie zdrowa, tylko się nią opiekuj!

– Dziękuję! – powiedziała trochę zbyt głośno i zaraz się odwróciła, bo usłyszała, że woda przelewa się przez krawędzie wiadra. Chciała zakręcić kurek, ale zobaczyła, że rudy pies zaczął chłeptać kranówkę, która zebrała się w niewielkim kamiennym korycie. Uśmiechnęła się.

– Pij se, Rudy, na zdrowie!

Zwierzak zastrzygł uszami, ale nie przestał pić. Widać był bardzo spragniony. Gdy koryto wypełniło się już po brzegi, zakręciła kran. Teraz koty, psy i gołębie będą mogły pić tu do woli.

Rozejrzała się po podwórku, ale tego miłego pana nigdzie nie było już widać. Zostawiła więc na chwilę wiadro i poszła rozejrzeć się w pobliże warsztatu szewskiego. Może gdy będzie stamtąd wychodził, jeszcze przez chwilę porozmawiają. No i może da jej kolejnego cukierka? Wydobyła z kieszeni ostatnią landrynkę, która zrobiła się już trochę wilgotna. Włożyła cukierka do ust i z rozkoszy aż zamknęła oczy. Rzeczywiście, te kwaśne kanoldy były najlepsze. Smakowały jak nic na świecie.

Naraz jej spojrzenie powędrowało ku jasnej smudze światła, która wlewała się wprost z ulicy do ciemnej bramy przez szparę w osadzonej w niej furtce. Widać ostatnia wchodząca osoba musiała zostawić ją niedomkniętą.

– A może by tak wyjrzeć na zewnątrz i popatrzyć, co się tam dzieje? – powiedziała Zosia sama do siebie. Pies chyba zrozumiał, w czym rzecz, bo ruszył przodem. Po chwili zgrabnie przecisnął się przez szparę i zniknął. Dziewczynka poszła za nim. Chwyciła klamkę i pociągnęła do siebie. Od razu zalał ją ostry strumień jasności. Przymrużywszy oczy, wyszła na chodnik. Spojrzała w prawo, potem w lewo… Nic ciekawego się nie działo. Już chciała zawrócić, gdy naraz dostrzegła dorożkę, którą ciągnęła srokata szkapa. Postanowiła więc poczekać jeszcze chwilkę, by popatrzeć sobie na konia. Bardzo lubiła zwierzęta. Rudy pies, który wysikał się pod bramą naprzeciwko, teraz wrócił do niej i usiadł przy jej nodze. Jego chyba też zainteresowała ta dorożka. Gdy się zbliżyła, zawarczał złowrogo, obnażając kły. Zosia spojrzała na niego zdumiona i zaraz położyła mu rękę na głowie.

– Cicho, głupi. Przecież to zwykła drynda.

Przestał warczeć, uspokojony delikatnym drapaniem za uchem.

Dryndziarz ubrany w gruby wojskowy szynel ściągnął lejce ku sobie.

– Prrr! Stój, stara! – zawołał, a szkapa posłusznie stanęła w miejscu.

Spod budy wychyliła się jakaś postać. Młoda, porządnie ubrana kobieta, w modnym kapeluszu o niewielkim rondzie, obrzuciła dziewczynkę ciekawym spojrzeniem. Na jej ustach natychmiast pojawił się uśmiech. Zosia od razu poczuła do niej sympatię.

 

– Lubisz cukierki? – zapytała kobieta i wyciągnęła w jej kierunku metalowe pudełko. Natychmiast je rozpoznała. Takie samo jak to, które miał tamten pan z podwórka. Przełknęła szybko ślinę. W ustach cały czas miała jeszcze ten cudowny kwaśny smak.

– No chodź, mała. Weź sobie kilka. Weź, ja mam ich dużo.

Pies znowu zawarczał ostrzegawczo, ale Zosia nie zwróciła na to uwagi. Śmiało podeszła do dorożki i wyciągnęła rękę w górę. Pudełko było zbyt wysoko.

– Podsadzę cię, bo żeś jest za mała. – Usłyszała męski głos za swoimi plecami. Silne dłonie chwyciły ją pod pachy i uniosły w górę. Poczuła silny zapach landrynek.

– O, chyba się trochę usmarkałaś – powiedziała do niej ta miła pani i przyłożyła jej do nosa chusteczkę. Dziewczynka poczuła, że wszystko wokół zaczyna wirować, a obrazy rozpływają się i zlewają w jedną szarą masę.

Dlaczego ten Rudy tak szczeka? zdążyła jeszcze pomyśleć, zanim zamknęły się nad nią ciemności.

Rozdział I

Środa

5 kwietnia

Godzina 3.30 w nocy

Na pustym, kiepsko oświetlonym trakcie słychać było stukot podkutych butów. Metaliczny dźwięk odbijał się od sprawiających ponure wrażenie, ciemnolicych ścian kamienic, wspinał na dachy i niknął w ciemnościach chłodnej nocy. Mężczyzna przystanął i obejrzał się za siebie, ale nikogo nie dostrzegł. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wydobył z niej papierosa. Przez chwilę walczył z nieco zawilgotniałymi zapałkami, ale w końcu udało mu się zapalić. W jasnym płomieniu widać było okrągłą twarz, ozdobioną krótko przyciętym wąsem, przypominającym swoim wyglądem ryżową szczotkę. Zaraz jednak płomień zgasł i przechodnia znów skryła ciemność.

Wąsacz, zaciągnąwszy się głęboko, wpuścił dym nosem, a potem rozejrzał się wokół. Na ulicy nic się nie działo. Najmniejszego ruchu, żadnych odgłosów kroków na kamiennym trotuarze czy turkotu kół na brukowanej jezdni. Widać mleczarze, którzy swój towar rozwozili najwcześniej, jeszcze grzali tyłki pod grubymi pierzynami. Bo i komu by się chciało wstawać tak wcześnie, zwłaszcza że na dworze, mimo że był to już kwiecień, cały czas czuć było zimowy chłód, a na nadwarciańskich łąkach gdzieniegdzie leżały jeszcze śnieżne poduchy.

Pewnie mi się zdawało, pomyślał i wzruszywszy ramionami, poszedł przed siebie, w kierunku Starego Rynku. Kto by tam chciał za mną iść? próbował racjonalnie wytłumaczyć swoje lęki, które przecież nie mogły być prawdziwe. Któż by się interesował takim człowiekiem jak on? Był co prawda dobrze odziany, ale odzienie to jeszcze nie powód, żeby ktoś za nim szedł. A o tym, że ma pieniądze z zaliczki za jutrzejszą transakcję w kieszeni, dość sporo pieniędzy, nie wiedział nikt oprócz niego. No może jeszcze prócz tej małej Francuzeczki…

Gdzieś w oddali, od strony Wielkich Garbar, a może jeszcze dalej, od nadrzecznego Chwaliszewa, poniosło się ujadanie psa. Upiorne wycie skończyło się naraz, tak jakby ktoś wyjące zwierzę nagle pozbawił życia.

Poczuł, że po karku i dalej w dół, między łopatkami, spływa mu zimna kropla potu. Plecy przeszył dreszcz. Właściwie to człowiek niczego nie mógł być tak do końca pewny. Dlatego jeszcze raz się odwrócił. Nic. Cisza. A to stukotanie butów to pewnie od jego własnych zelówek. Echo się niesie po pustej ulicy, bo o tej porze wszyscy normalni ludzie śpią. Nawet zziębnięte kurwy uliczne już poszły do domu. Tylko on nie spał, bo miał ważniejsze sprawy na głowie.

Wracał z pewnego przybytku przy Wielkich Garbarach, gdzie wydał sporo pieniędzy, ale za to napił się pierwszorzędnego szampana i do tego jeszcze zaznał rozkoszy w ramionach pewnej niezwykle pięknej kruczowłosej panny o niecodziennym imieniu Monique. Musiała być chyba Francuzką, bo na francuskiej miłości znała się jak mało kto. Dlatego, gdy już było po wszystkim, wyjął z kieszeni swój gruby portfel i bez większych ceregieli wydobył z niego plik banknotów, każdy o nominale dziesięciu tysięcy marek polskich. Fachowość trzeba doceniać, pomyślał, odliczając pięć banknotów i kładąc pieniądze na łóżku. Dziewczyna, dostrzegłszy tę fortunę, aż zapiszczała z radości.

– O kurwa! – jęknęła na widok pieniędzy wcale nie po francusku, a jej gość uśmiechnął się zadowolony.

– Dzisiaj jest szczęśliwy dzień, mój ptaszku. Proszę, oto twoja nagroda. Voilà! – Zwinąwszy pieniądze, podał je dziewczynie. Ta usiadła koło niego na łóżku, prawą ręką chwyciła banknoty i włożyła je szybko za gorset, a lewą położyła na jego kroczu. Uśmiechnął się radośnie, chwycił tę drobną dłoń i ucałował z gracją. Zostałby chętnie, ale niestety musiał wrócić do hotelu, żeby się jeszcze trochę przespać.

– Wiesz, Monique – mówił powoli, starannie dobierając słowa, bo język mu się trochę plątał. – Człowiek całe życie robi jak głupi, a prawdziwe bogactwo jest na wyciągnięcie ręki. O, widzisz? – Wskazał na swój portfel. – Jak człowiek ma łeb nie od parady, to wie, jak się zakręcić i ot tak – pstryknął palcami – raz-dwa fortuna w kieszeni

Postukał palcem w portfel i wsadził go do kieszeni marynarki.

– Ale po co ja ci to wszystko powiadam, jak ty nic po ludzku nie rozumiesz. No, rozumiesz, co mówię?

Dziewczyna pokręciła głową.

– Oui, oui, oui! Je t’aime.

– Tem-srem! Nie mogą te żabojady gadać po naszemu? – stwierdził, wstając, gotowy do wyjścia. Założył na głowę kapelusz i uśmiechnąwszy się do dziewczyny, wyszedł z pokoju.

Madame Alouette, korpulentna właścicielka ekskluzywnego domu dla panów, poderwała się z kanapy, gdy wkroczył do urządzonego z krzykliwym przepychem salonu. Z udawaną skromnością zasłoniła zwiewnym, czerwonym szlafrokiem swoje wielkie piersi, nie na tyle jednak szczelnie, by zakryć przed podpitym gościem wszystkie swoje wdzięki. Burdelmama znała się na swojej robocie, więc dobrze wiedziała, że gość, który właśnie skończył zabawę, może się jeszcze skusić na dodatkową rozrywkę, jeśli mu się tylko umiejętnie podsunie odpowiedni towar. A pełne, okrągłe cycki madame Alouette były specjałem, o którym niejeden szanowany mieszkaniec Poznania śnił po nocach, leżąc obok swojej kościstej małżonki.

– Chyba nie chce już nas pan opuścić, drogi… – Spojrzała uważnie na gościa, starając się w miarę trafnie ocenić jego profesję. Garnitur z dobrej wełny, lśniące czarne buty za kostkę i modny kapelusz, który trzymał w ręce, mówiły jej, że ma do czynienia z poważnym urzędnikiem. – …Drogi panie radco.

Uśmiechnął się, słysząc jej czysty berliński akcent. Jak większość poznaniaków z towarzystwa mówiła po niemiecku literackim językiem, takim, jaki wynosi się prosto ze szkoły.

– Pani wybaczy, ale śpieszę się, gdyż pociąg czekać nie będzie. Ale za miesiąc znów w podróż służbową do Posen się wybieram, więc może być pani pewna, że zawitam w jej progach, bo ta mała Francuzeczka Monique warta jest grzechu.

– Nie tylko Monique ma swoje zalety. – Szlafrok burdelmamy rozsunął się zupełnie przypadkowo, a wzrok gościa natychmiast spoczął na miejscu, na którym powinien był się zatrzymać. Widać mężczyzna nie był jednak na tyle pijany, by stracić panowanie nad sobą. Pokręcił głową, złożył pocałunek na pulchnej dłoni i wyszedł z salonu, tłumacząc, że musi skorzystać z toalety.

– Na lewo. – Burdelmama wskazała drogę.

Trafił bez problemów. Załatwił potrzebę, odświeżył twarz zimną wodą i wyszedł. W korytarzu było ciemno, ale wydawało mu się, że właściwie odnajduje kierunek. Ruszył przed siebie, ale zaraz się zatrzymał, bo coś go zaniepokoiło. Usłyszał jakby kwilenie dziecka. Nie, przecież to niemożliwe, pomyślał, ale cichy płacz się powtórzył. Zaczął nasłuchiwać. Teraz był już pewny. Za drzwiami po lewej wyraźnie szlochało dziecko.

Pociągnął za klamkę i stanął na progu zdumiony widokiem. Na łóżku siedziała chuda kobieta z mokrą szmatą w ręce. Obok niej leżała naga, może ośmioletnia dziewczynka. Jej uda i podbrzusze usmarowane były krwią. Podobnie jak szmata, którą kobieta obmywała dziecko. Dziewczynka przyciskała małe piąstki do oczu. Jej drobnym ciałem wstrząsały spazmy. Jęczała z bólu i przerażenia.

– Czego tu? – zapytała kobieta. – Jeszcze niegotowa! – warknęła, ale on i tak nic z tego nie zrozumiał. Stał przez chwilę jak słup soli, nie wiedząc, co ma zrobić. Wtedy dostrzegł może czterdziestoletniego, nagiego mężczyznę z blizną na policzku, który siedział w fotelu, na prawo od drzwi. Ten z całkowitą obojętnością spoglądał na dziewczynkę, paląc przy tym cygaretkę. W dłoni trzymał kieliszek szampana. W zakrwawionej dłoni. Bo obie jego ręce były całe uwalane krwią, podobnie jak brzuch i usta.

Dostrzegłszy konsternację przybysza, zakrwawiony „upiór” podniósł się, postawił szkło na niewielkim stoliku o okrągłym blacie i ruszył wolnym krokiem do wejścia. Zatrzymał się przed nim, uśmiechając się, jakby chciał w ten sposób powiedzieć: „Pan wybaczy, ale to nie pański interes”.

– To ty? – zapytał zdziwiony, bo naraz rozpoznał w oprawcy z blizną swojego dawnego znajomego z burszowskiej korporacji[1].

– Pan się pomylił – odburknął po niemiecku zapytany i zatrzasnął drzwi.

Po chwili był już na ulicy. Stanąwszy przed bramą, zaczął głęboko oddychać, by się uspokoić. Nerwowo rozejrzał się dookoła. Do hotelu miał spory kawałek drogi, a tu nie było widać żadnego dorożkarza. Poszedł więc na Wielką, bo tam czasami stawały nocą dorożki. Jak na złość dziś wszyscy wozacy jakby się zmówili i poszli albo pić, albo spać. Nie było co stać i się zastanawiać. Roztrzęsiony ruszył przed siebie. Pomyślał nawet, że spacer dobrze mu zrobi po tym, co zobaczył w burdelu. Jeszcze nigdy w życiu nie spotkał się z czymś tak paskudnym. Ale nic nie mógł na to poradzić. Miał swoje sprawy i nie powinien zajmować się jakimiś zboczeńcami. Zresztą w jego sytuacji zawiadamianie policji nie było możliwe. Zaraz zaczęłyby się pytania, przesłuchania, a tej małej i tak pewnie nie zdołałby pomóc.

Dobrze znał drogę, bo w Poznaniu spędził całe swoje dzieciństwo, Wyjechał stąd wraz z rodziną zaraz po tym, jak miasto i całe wschodnie kresy Rzeszy dostały się pod polskie panowanie. Nie miał czego szukać w kraju, gdzie rozpanoszyli się obcy. Ale od pewnego czasu znów zaczął się tu pojawiać. Nie żeby na dłużej. Nic z tych rzeczy. Wpadał do Poznania tylko na chwilę, żeby załatwić swoje sprawy, a po ich sfinalizowaniu zaraz uciekał do siebie z pełnym portfelem. A że gotówki miał sporo, od czasu do czasu mógł jej trochę przepuścić, przeznaczając na rozrywki, które bardzo sobie cenił…

Z Wielkiej miał do siebie zaledwie kilka kroków. Zamierzał przejść rynek, dojść do placu Wolności, a stamtąd było już tylko o rzut kamieniem do hotelu przy Świętym Marcinie, w którym się zatrzymał. Gdyby panowały tu dawne porządki, za nic na świecie nie spałby w tym paskudnym Royalu, który schował się za fasadą destylarni win markowych Świtalskiego w obskurnym podwórku. Przed wojną zamówiłby pokój w De Rome przy Wilhelmplatz, który teraz nazwano placem Wolności. Wtedy był to najbardziej elegancki hotel w mieście. Teraz, szkoda gadać. Zrobili z niego jakąś budę z książkami. Zresztą wszystko się tu pozmieniało i dawny niemiecki Posen, który znał od dzieciństwa, stał się nagle polskim miastem w którym on, Niemiec z dziada pradziada, musiał się odnajdywać na nowo. Na szczęście niektóre miejsca były takie same jak zawsze, chociażby burdel madame Alouette. Ten nic się nie zmienił, tylko właścicielka jakby trochę się postarzała. Ale panny pierwsza klasa, zwłaszcza ta Francuzeczka… Tylko to zakrwawione dziecko burzyło cały ten piękny obraz dzisiejszej nocy. Trzeba będzie o tym szybko zapomnieć…

– Hast du Feuer?[2] – Drogę niespodziewanie zastąpił mu jakiś niewysoki człowiek w krótkiej marynarskiej kurtce i cyklistówce na głowie. Twarzy nie było widać zbyt wyraźnie, bo facet stał odwrócony plecami do bladej lampki oświetlającej narożnik kamienicy.

– Feuer? – zdziwił się nie tym, że ktoś go prosi o przypalenie papierosa, ale że mówi do niego po niemiecku. Skąd mógł wiedzieć, że ma do czynienia z Niemcem? To go zastanowiło. – Warten Sie, ich habe hier irgendwo Streichhölzer[3].

Wsunął rękę do kieszeni płaszcza.

– Skąd pan wie, że jestem Niemcem? – zapytał.

– Pierdol się, gnoju… – Ten mały chciał jeszcze coś powiedzieć, ale słowa zamarły mu na ustach na widok wycelowanego w brzuch pistoletu Luger.

– Kładź się, świnio, na ziemi i nie próbuj się ruszyć! – polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu, nawykłym do wydawania poleceń.

 

Mężczyzna w cyklistówce zaczął powoli unosić ręce. Naraz zatrzymał je w pół drogi i uśmiechnął się pod wąsem.

Dostrzegł wyraźnie ten uśmiech, bo facet odwrócił głowę w lewo, wystawiając twarz na poświatę bladej latarni. Nagle zrozumiał, dlaczego ten się uśmiecha, ale na reakcję było już zbyt późno…

Silny cios w głowę sprawił, że natychmiast padł na kolana. Nie wypuścił jednak z ręki pistoletu. Powinien był spróbować się odwrócić i strzelić do tego, który zaatakował go od tyłu. Popełnił błąd. Niemal nie mierząc, pociągnął za spust. Huk wystrzału na pustej ulicy zagrał głośno jak salwa armatnia. Postrzelony w udo, ten w cyklistówce, pchnięty siłą wystrzału, przewrócił się na plecy. W tym momencie na głowę napadniętego mężczyzny spadł drugi, znacznie silniejszy cios, zadany cegłówką. Za jego przyczyną siły całkowicie go opuściły, a resztki świadomości uciekły, by za moment wrócić jeszcze na sekundę czy dwie, w chwili gdy mężczyzna zawył głosem rozpaczliwym i bolesnym, który zdawał się nie prośbą o pomoc, a skargą udręczonego człowieka na całą niesprawiedliwość tego okrutnego świata. Długi, wojskowy bagnet wszedł lekko w przestrzeń między żebrami i dla pewności został jeszcze sprawnie obrócony o sto osiemdziesiąt stopni.

– A zamknijcie te ryje, chłelerne wy szuszwole niemyte, bo zaraz tam na dół zlizę i zrobię z wami porzundek! – zawołała jakaś kobieta z okna na drugim piętrze, którą te hałasy musiały wyrwać ze snu.

– Halt die Klappe, du alte Hexe! – zawołał z dołu ten, który wyszedł ze starcia bez szwanku.

– Soll dich doch die Pest holen, du slender Dreckskerl. Dass Dir Vögel auf den Kopf scheißen und Hunde ans Bein pinkeln und das simmer wieder in Scheße trittst, am besten in die eigene Schweinebacke du Mistgeburt. – Kobieta płynnie przeszła na niemiecki.

– Das ist verrückt![4] – Postukał się palcem w czoło, ale kobieta najwyraźniej musiała wyrzucić z siebie złe emocje.

– Chłelerne gnoje! – Znów przeszła na polski. – Skaranie boskie z nimi. A idźta se w cholerę stąd! A jak nie pójdzieta, to ja tam zaraz do was zejdę i zrobię z wami co trzeba! – Splunęła jeszcze w dół, pogroziła pięścią i w końcu z bezsilności zatrzasnęła okno.

Postawny mężczyzna przestał się nią interesować. Z flegmatycznym spokojem chwycił swojego kompana pod ramiona i oparł go plecami o ścianę kamienicy. Szepnął mu coś do ucha. Tamten pokiwał głową na znak zgody.

Wrócił do ciała zabitego mężczyzny i wciągnął je w bramę prowadzącą na podwórko. Po chwili wyszedł stamtąd, ocierając umazane krwią dłonie o boki spodni. Pochyliwszy się nad swoim kompanem, z łatwością zarzucił go sobie na plecy. Minutę później przestrzeń ulicy wypełniła całkowita cisza. Na bruku w świetle księżyca spora plama krwi wyglądała, jakby ktoś rozlał w tym miejscu smołę.

Godzina 6.30 rano

Przodownik Edmund Walczak, czterdziestoletni, barczysty mężczyzna rozpiął rozporek, chwycił się za przyrodzenie i zaraz na ceglaną, czerwoną ścianę popłynął raźno strumień uryny, wzbijając w chłodnym powietrzu obłoczki pary. Policjant z ulgą spojrzał na niewielką kałużę, tworzącą się na udeptanej ziemi, tuż przy samych czubkach jego wyglansowanych i świecących się – co lubił powtarzać – jak psu jajka, czarnych butach z cholewkami. Z ulgą, bo wreszcie mógł sobie ulżyć. Sikać mu się chciało przynajmniej od godziny. Tyle że nie mógł się oddalić za potrzebą, bo policjantowi na służbie przecież nie wypadało tak lać gdzie bądź. Nie mógł jako dowódca trzyosobowego patrolu, przemierzającego dla strzeżenia porządku uliczki Starego Miasta, zwyczajnie zatrzymać dwóch podległych mu żółtodziobów, którzy dopiero niedawno zaczęli służbę w policji, i powiedzieć im: „Stójcie tu i czekajcie, bo ja idę sikać”. Nie wypadało, by podoficer wlazł w bramę jak miejscowy szuszwol, których to pełno było w okolicach Starego Rynku. Co to to nie. On musiał dawać przykład i pokazywać tym gołowąsom, że na służbie trzeba się zachowywać godnie. Dlatego gdy poczuł, że musi za potrzebą, zaczął rozglądać się za odpowiednim miejscem do opróżnienia pęcherza, ale jak na złość od strony Wielkich Garbar, tam, skąd właśnie szli, nijak takiego nie mógł znaleźć.

Najprostszym rozwiązaniem było skorzystanie z wychodka w jednej z knajp, które o tej porze już były otwarte. Od świtu bowiem chłopi, którzy przyjeżdżali handlować na rynku, musieli gdzieś odpocząć po trudach podróży. Ich kobiety prowadziły handel wprost z wozów, a oni w tym czasie szli pogadać o polityce przy kieliszku zimnej wódki. Jednak policjantowi na służbie ot tak wejść do knajpy nie wypadało, gdy nie było ku temu wyraźnego powodu. Nie mógł sobie wejść i nie wypić wódki, którą każdy właściciel na widok munduru natychmiast nalewał do szklanki. Co innego po służbie, wtedy jak najbardziej, jeden czy drugi szybki przy szynkwasie, i do tego za darmo, jak najbardziej. Ale nigdy nie na służbie – takich zasad uczył Walczak swoich młodych podwładnych. No i gdyby teraz wlazł, tak ni stąd, ni zowąd, choćby do tej winiarni po drugiej stronie ulicy, którą właśnie otwierał młody pomocnik właściciela, to co by sobie mogli pomyśleć jego podkomendni? Że gębę ma wypchaną kłamliwymi pomyjami, czyli co innego mówi, a co innego robi, i przy pierwszej okazji wskakuje na kielicha… Walczak był honorowym podoficerem i prędzej narobiłby w portki, niż wystawił na szwank swój piękny policyjny mundur.

W końcu, gdy jego myśli powoli zaczęły spływać na samo dno rozpaczy, a wyobraźnia malowała przemoczone w kroku spodnie, przyszedł mu do głowy pewien prosty pomysł. Tam gdzie Wielka zwężała się do szerokości niewielkiej uliczki, by tym dawnym wąwozem wpłynąć w przestrzeń rynkową, była szeroka brama, od dawna zniszczona i niezamykana, a zaraz za nią znajdował się obszerny śmietnik. Bramy nikt nie zamykał, odkąd stara czynszówka straciła właściciela. Abram Ferszt zmarł jakiś czas temu, a jego krewni nie mogli się dogadać, komu należy się spadek. No a jak nie było właściciela, to i nie było stróża, któremu by ktoś płacił. Więc kamienica i jej podwórko wyglądały wyjątkowo niechlujnie. I to było odpowiednie miejsce.

– No więc słuchajcie mnie wy oba. – Zatrzymał się i odwrócił do idących za nim posterunkowych. – W tym fyrtlu[5] to jest najbardziej dziadowska chata, bo nikt jej nie pilnuje. Ty, Mrugała, staniesz se tu z giwerą – wskazywał na uchyloną bramę – i będziesz czekał.

– Tak jest! – Mrugała nie dyskutował z rozkazami. Jak kazali stać, to stał.

– A ty, Ćwikła, zajdziesz do bramy od Żydowskiej i tam się zasadzisz.

– Niby na co się zasadzę, panie przodowniku? – Ten drugi był bardziej dociekliwy.

– Zasadzisz się, jakby kto z drugiej strony chciał uciekać, bo tu podwórek przechodni jest.

– Łe! – Zadowolony Ćwikła pokiwał głową. – Znaczy się, jakby kto chciał dać dyla, to go pierdalnąć kolbą i zatrzymać? – Domyślił się bystry posterunkowy.

– Zatrzymać! Zatrzymać tak, żeby został zatrzymany! – Przodownik pokiwał głową. – A teraz dalej mi, na stanowiska! – rzucił rozkaz i sam wszedł w bramę. Obejrzał się jeszcze, czy aby na pewno ten Mrugała tam stoi. Stał i patrzył w głąb podwórka. Mógł się tam gapić. Śmietnik był po lewej, więc nic nie zobaczy.

Policjant przelazł przez kupę śmierdzących śmieci ostrożnie, by nie zabrudzić błyszczących cholewek, i stanąwszy za murkiem, zaczął sikać. Poczuwszy w końcu ulgę, zamknął z błogości oczy. Gdy już skończył, usłyszał jakiś dziwny szmer w samym śmietniku. Coś się tam poruszało.

Kejter albo kociamber[6], pomyślał. Spojrzał uważniej i zaraz mu coś mignęło, bo śmietnik, mimo że murowany, miał kilka prześwitów, takich na jedną pustą cegłę. No więc zajrzał w jedną z tych dziur i ze zdziwieniem dostrzegł szeroko otwarte oczy jakiegoś człowieka.

– A ty to co tam robisz, łachudro? – zapytał groźnie. – Wyłaź mi tu zaraz – polecił. Oczy natychmiast zniknęły i po chwili na podwórku przed śmietnikiem stanął jakiś licho odziany, piegowaty, młody, może dwunastoletni chłopak w pocerowanym na połach paltociku i porządnym kapeluszu na głowie. Do tego na piersiach dyndały mu dwa czarne skórzane trzewiki, przewieszone na karku związanymi sznurówkami. Spojrzał na policjanta i naraz wybuchnął głośnym śmiechem.

– Trzym se ptoka, bo ci łodfrunie! – zawołał, wskazując na rozporek policjanta. Ten spojrzał w dół. Zupełnie zapomniał o tym, co robił przed chwilą, dlatego cały czas trzymał w ręce przyrodzenie.

– Ażeby cię jasno chłelera! – krzyknął, ale młodego już nie było. Wybiegł przez uchyloną bramę i sprytnie ominąwszy zdziwionego szeregowego Mrugałę, pobiegł w głąb Wielkiej, w kierunku Garbar. Dopiero gdy go minął, młody policjant zdjął z ramienia swojego mausera i tym karabinem pomachał za uciekającym, jakby widok broni mógł zatrzymać uciekiniera. Ale chłopak nawet nie próbował się obejrzeć. Po chwili nie było już po nim śladu. Policjant, straciwszy go z oczu, naraz przypomniał sobie o czymś i z niepokojem popatrzył w stronę podwórka. Od razu natrafił na twarde spojrzenie swojego dowódcy, który pogroził mu pięścią. Zaraz jednak odwrócił się do szeregowca plecami. Przeklinając pod nosem, zapiął po kolei wszystkie cztery guziki rozporka i już chciał iść do swojego podwładnego, żeby go obsztorcować za brak należytej uwagi, gdy naraz przyszło mu coś do głowy.