Wszyscy słyszeli jej krzykTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Ryszard Ćwirlej, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Marketing i promocja: Anna Rychlicka-Karbowska

Redakcja: Beata Mes

Konsultacja historyczna: Marek Daroszewski

Korekta: Katarzyna Smardzewska, Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Borkowska

Fotografia na okładce: © Laurence Winram | Trevillion Images

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66657-91-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Prolog

Okolice Człuchowa, „Polski korytarz”

Droga kolejowa Berlin-Königsberg

Czwartek

18 lipca 1929 roku

Godzina 5.10 rano

Pierwsze promienie słońca powoli wypełzały zza zielonej linii horyzontu, który ostrym konturem kreśliła gruba kreska wierzb, olch, brzóz i wiklinowych chaszczy. U ich stóp rozpościerały się piaskowożółte połacie trzcin i kępy traw. Wszystko to przykrywał zwiewny woal porannej mgły, rozpostartej na roślinnych czapach niczym dym z cygar ponad karcianym suknem stołu do brydża.

Tak ta mgła skojarzyła się z kartami i cygarami kolejarzowi Euzebiuszowi Maciaszkowi, który wielkim koneserem osobliwości przyrodniczych bynajmniej nie był, za to kart jak najbardziej. Grał namiętnie, tracąc każdego tygodnia niemal całą swoją wypłatę, ale nie frasował się tym specjalnie, bo nie bardzo musiał. Mieszkał u starszej siostry, wdowy po sierżancie artylerii, zabitym w dwudziestym roku w czasie wojny bolszewickiej. Na szczęście zanim sierżant na tę wojnę poszedł, zdążył jeszcze przepracować piętnaście lat na kolei, więc kobieta, prócz synka, żywej pamiątki po mężu nieboraku, miała jeszcze tyle pieniędzy z wojskowo-kolejowej renty, że mogła wyżywić siebie, dzieciaka i brata utracjusza. Ten był cwaniakiem kutym na cztery nogi i wiedział dobrze, że nie może jednak siostry wykorzystywać do cna. Od czasu do czasu, wiedziony instynktem samozachowawczym, oddawał jej część swojej wypłaty, żeby nie gadała za dużo, i szedł ze spokojnym sumieniem grać. Liczył, jak każdy nałogowy hazardzista, na wielką wygraną, która pozwoli mu odmienić los i sprawi, że z pracownika technicznego stanie się niezależnym rentierem, żyjącym z kapitału. Ale jak na razie kapitał był daleko, a w kieszeni brzęczało zaledwie kilka groszy, w sam raz tyle, żeby kupić piwo na stacji w Człuchowie. Żałował, że nie w Niemczech, bo dziś akurat, jak to się często zdarzało, nie przekraczał granicy. Razem z kolegą Alfredem Golombkiem, kolejarzem utrzymania drogi żelaznej, jechali ręczną drezyną w przeciwnym kierunku. Obaj stali na niewielkiej platformie zwróceni twarzami do siebie. Każdy opierał się dłońmi o swoją część wajchy, którą naprzemiennie musieli wciskać w dół. W ten sposób ręczny napęd poruszał cztery koła drezyny, która przeznaczona była do codziennego patrolowania odcinka toru kolejowego pomiędzy Człuchowem a granicą państwową.

Takie patrole były ważnym elementem ruchu tranzytowego przechodzącego przez „polski korytarz” z Niemiec do Prus Wschodnich, a dokładniej pomiędzy Berlinem i Königsbergiem. Kolejarze przynajmniej raz w tygodniu o świcie wyruszali w drogę do granicy i z powrotem, by badać jakość szyn i nasypów. Pociągi tranzytowe z Niemiec jeździły tędy kilka razy dziennie bez przystanków, więc przemierzały ten szlak dość szybko. Stąd szczególnej uwagi wymagały tory, które musiały być najwyższej jakości, bo gdyby nie daj Boże doszło tu do wypadku z winy Polaków, to Niemcy zrobiliby z tego międzynarodowy skandal. W końcu za ów tranzyt codzienny płacili i to wcale niemało, więc mogli wymagać najwyższej jakości usług.

– A wiesz ty, Ebi… – Golombek i Maciaszek znali się od dziecka, więc byli po imieniu – …wiesz ty, że jak w Niemcach rewolucja wygra, to każdy będzie miał własny dom – stwierdził rozmarzony kolejarz, który gnieździł się z żoną i czwórką dzieci w dwóch pokojach na poddaszu.

– Jaka rewolucja? – zdziwił się Maciaszek, spoglądając uważnie na drzewa w lesie po niemieckiej stronie, tak jakby ta rewolucja naraz mogła wychylić swój obmierzły ryj spośród brązowych pni sosen. – Rewolucja to w Rosji. A w Niemczech to bolszewików wytłukli już dawno. Są tam, co prawda, komuniści, ale to przecie Niemcy, a bolszewicy to Ruscy…

Jego kolega pokręcił głową, uśmiechając się przy tym pod wąsem.

– Rewolucja, nie ta komunistyczna, bo ona nikomu nic nie daje, ino odbiera wszystko ludziom. Ja powiadam o tej innej, narodowosocjalistycznej.

Teraz Maciaszek się uśmiechnął, a właściwie to nawet roześmiał się w głos, bo też czytał gazety i umiał wyciągać wnioski z tego, co tam napisane.

– Głupiś, bracie. To ty nie wiesz, że w życiu jest tak, że jak sam czego nie zdobędziesz, to ci nikt niczego nie da. Albo se sam zarobisz, albo… wygrasz, to będziesz wtedy mieć. A jak nie umiesz o siebie zadbać, to na gruszki na wierzbie lepiej nie licz.

– Ja ino powiadam, że to w Niemczech ci narodowi socjaliści tak gadają.

– A ty skąd to niby wiesz?

– Czytam ich gazety. Oni tam mądre rzeczy piszą.

– Niby co takiego.

– Ano że trzeba Niemcom na wschód iść i bolszewikom dupę przetrzepać.

– My już im przetrzepali. A poza tym jak oni chcą na wschód iść, kiedy nie mają granicy z Rosją? Jakby chcieli bolszewię zaatakować, to musieliby przez nas przejść. Znaczy się chcą się z nami bić?

– Nie o to się rozchodzi. – Golombek najwyraźniej się ucieszył, że jego kolega zaczyna chwytać rzucone przez niego myśli i idee. – Oni nie na nas, ino na bolszewików, i jak już to razem z nami na nich ruszą. Tak mi powiadał ten zawiadowca Jurgen Kempke, co jest na stacji w Sznajdemilu. Ja jego znam już od dawna. To porządny chłop, a w partii to on nawet jest kimś ważnym. I on mi wszystko już w tej kwestii objaśnił. I nawet powiada, że jak u nich partia przejmie władzę, to kto wie, czy by u nas się nie przydało, żeby ktoś taki, jak ich führer Adolf Hitler, silną ręką przejął władzę…

– A co to nasz Piłsudski niby nie trzyma wszystkiego za mordę?

– Stary już jest…

– On stary, a ty głupi – zdenerwował się Maciaszek. – Piłsudski to nasz wódz, marszałek rodzony, co bolszewika pogonił jak nikt inny, a ten twój Hitler to co za jeden? Gołodupiec zwyczajny, co wygląda jak Chaplin. Pusty śmiech, jak się na niego popatrzy, nic więcej, nic więcej…

Zdenerwowany Maciaszek odwrócił głowę w prawo i z obrzydzeniem splunął pod nogi. Golombek też by splunął, ale zaschło mu w gębie od tego gadania. W dodatku uznał, że jego kolega jest za mało rozgarnięty, by rozmawiać z nim o poważnych tematach, i więcej na temat polityki nic mu nie powie, bo ten dureń i tak niczego nie rozumie. On za to rozumiał aż nadto. Wiedział, że jak kto nowe porządki silną ręką wprowadza, to na ludziach się musi oprzeć i tym, co go wybrali, po wyborach zapłacić. Więc tak jak mówił mu Kempke, ludzie dostaną w Niemczech robotę, mieszkania i nawet będą mieli fundowane przez rząd wakacje. A tu, w tej Polsce, to nic się nie zmieni nigdy i o większym mieszkaniu może sobie tylko pomarzyć, nie mówiąc już o wakacjach. No właśnie, trzeba by tego niemieckiego zawiadowcę wypytać, o co właściwie chodzi z tymi wakacjami, bo nie bardzo rozumiał. Podobno Hitler obiecywał, że każdy będzie sobie mógł z rodziną wyjechać w góry albo nad morze. I tego właśnie Golombek nie rozumiał, bo niby po co miałby jechać nad morze, jak on mieszkał tutaj, na pograniczu, i nad morzem żadnych interesów nie miał, a tym bardziej w górach.

– Patrz tam! – Z zamyślenia wyrwał go podekscytowany głos kolegi, który najwyraźniej już zapomniał o tym, że przed chwilą się pokłócili. Golombek spojrzał we wskazanym kierunku. Coś ciemnego mignęło mu pośród krzaków, jakieś pięć metrów od toru.

Chyba jednak mimo niepotrzebnej kłótni mieli dziś farta. Coś wypadło z pociągu, a wiadomo, że jak już wypadło, to nigdy nie wróci do właściciela, bo komu by się chciało szukać. Dlatego Maciaszek, niewiele się zastanawiając, złapał za wajchę ręcznego hamulca, który zazgrzytał piskliwie o piastę koła. Iskry poszły na boki, ale kto by się teraz tym przejmował. Trzeba było drezynę natychmiast zatrzymać, żeby przypadkiem nie odjechała zbyt daleko od znaleziska. Bo gdyby stracili je z oczu, musieliby wrócić i przejrzeć każdy kawałek pobocza.

Udało się. Drezyna stanęła. Doświadczeni kolejarze i poszukiwacze w jednym, wytężywszy wzrok, zaczęli powoli pompować wajchami, by cofnąć nieco stalowy wózek. Po chwili dojechali tam, skąd było widać tajemniczy przedmiot. Zatrzymali więc swój pojazd, wpatrując się weń z nadzieją, że okaże się czymś, co można sprzedać i na tej sprzedaży się wzbogacić.

– Wygląda jak neseser – ocenił Maciaszek, który wcale nie był pewny tego, co mówi, ale wypowiadając głośno zagraniczne słowo, zaklinał w ten sposób rzeczywistość.

– Albo jaki płaszcz – rzucił Golombek.

– Głupiś – zganił go kolega, wymachując przy tym ręką. – Kto płaszcz w lipcu nosi, jak takie upały.

 

– Jak kto w podróż daleką jedzie, to zapobiegliwy jest i zabrać ze sobą może płaszcz i nawet czapkę. – Golombek nie dawał za wygraną.

– Co tam będziemy gadać. – Maciaszek pochylił się, oparł dłoń na krawędzi drezyny i zeskoczył na ziemię. Drugi kolejarz podążył jego śladem. Od dawna mieli umowę, że to, co znajdą przy torach, sprzedają natychmiast, żeby śladu nie było, gdyby ktoś jednak szukał zguby, a pieniądze zdobyte z transakcji dzielą na pół. Obaj więc liczyli, że to duże i czarne, co wystaje z krzaków, to drogocenny bagaż. Jednak gdy podeszli bliżej, magia chwili rozpłynęła się w powietrzu jak ta poranna mgła, tyle że znacznie szybciej.

– Dupa – mruknął niezadowolony Golombek.

– A żeby jego pokręciło, gnoja jednego – zawtórował mu Maciaszek. – Że też pierdolony musiał właśnie tu wyskoczyć.

Pochylił się nad znaleziskiem, by mu się uważnie przyjrzeć. Nie był to ani neseser, ani płaszcz, ani nawet mała torebka podróżna. Niestety, u ich stóp leżał chudy mężczyzna, ubrany w sportową marynarkę z paskiem, spodnie knykry za kolana, brązowe kolanówki i jeden modny, brązowy trzewik. Drugiego buta nie było.

Głowa mężczyzny była odchylona pod nienaturalnym kątem wobec reszty ciała, co od razu powiedziało kolejarzom, że gość jest całkowicie i nieodwracalnie nieżywy. Ta przegięta głowa rozwiała też mogące się pojawić wątpliwości na temat przyczyn śmierci.

– Kark skręcił gnojek. – Golombek najwyraźniej nie mógł wybaczyć umarlakowi, że ten nie jest pękatą walizką, a jedynie właścicielem bagażu, który pojechał sobie zupełnie niepotrzebnie do Königsberga.

– Trzeba go zawieźć do nas, na stację. – Maciaszek podjął decyzję i od razu przystąpił do dzieła. Chwycił nieboszczyka za rękaw marynarki i pociągnął ku górze. Ciało nieco się przesunęło.

– Poczekaj – powstrzymał go kolega. – Marynarka porządna, można za nią i z dziesięć złotych dostać, a i jakby drugi trzewik się znalazł, to za buty też piątaka byśmy wyciągnęli. Przecież nieboszczyk do grobu ich nie zabierze.

– A jakby go tak rozebrać do gołej skóry?

– No coś ty, przecie nam nie uwierzą na policji, że goły wyskoczył z pociągu.

– No niby nie, ale przecież ktoś mógł go przed nami odzienia pozbawić. – Maciaszek zaczął rachować w myślach, ile dostaliby za całą garderobę, gdy naraz liczenie tej drobnicy przestało mieć jakikolwiek sens. Golombek bowiem zdjął ostrożnie marynarkę z nieboszczyka i jak każdy normalny człowiek włożył rękę do kieszeni, żeby sprawdzić, czy coś niepotrzebnego tam się nie kryje. Od razu jego dłoń natrafiła na pokaźnych rozmiarów przedmiot. Z trudem go wyciągnął, bo miał nieregularne kształty. Maciaszek patrzył, kręcąc z niedowierzaniem głową. Widział już takie jutowe pakunki z czerwonym paskiem pośrodku. By zajrzeć do środka i sprawdzić jego zawartość, trzeba było zerwać drut i plombę bankową. Obaj rozpoznali ją od razu, bo widzieli podobne, zakładane na przesyłki przewożone w wagonach pocztowych z jednej stacji na drugą. I dobrze wiedzieli, co się w nich przewozi. Służyły do bankowych przesyłek pieniężnych albo zawierających kosztowności.

– Herr Gott! – mruknął pod nosem Golombek. – To nie może być prawda…

– Ciężkie? – zapytał Maciaszek, żeby się upewnić, choć i tak już wiedział.

– Ciężkie jak cholera.

– Otwieraj!

Golombek skinął głową. Wydobył z kieszeni spodni scyzoryk, otworzył ostrze zębami i szybko przeciął drucik z plombą. Włożywszy dłoń do środka, jęknął, jakby przechodził mu po brzuchu dreszcz rozkoszy.

– Co tam masz? – Maciaszek nie mógł się doczekać i sam włożył rękę do zawiniątka. – Panienko Przenajświętsza, o ja żeż pierdolę… – Zamilkł wpatrzony w dłoń, a raczej w to, co na niej leżało. Kilka błyszczących w słońcu krążków. Obaj dobrze znali te złote dwudziestomarkówki, ale żaden z nich nigdy nie był właścicielem takiej monety. A tutaj w ich ręce wpadł cały worek.

Golombek wydobył inną, z samego spodu, żeby się przekonać, czy wszystkie wyglądają podobnie. Nie było wątpliwości, worek zawierał złote dwudziestki z wizerunkiem Wilhelma II, cesarza Niemiec i króla Prus.

– I co teraz? – zapytał Maciaszka, który ze wzruszenia nie mógł wydobyć z siebie słowa. W końcu się ocknął i ostrożnie, żeby czasami którejś nie upuścić, wsypał wszystkie marki z powrotem do woreczka.

– Zaciągnij ten drucik – rozkazał koledze.

– Ale…

– Złoto jest nasze i nikomu go nie oddamy. Jak ten tu – wskazał na nieboszczyka leżącego u jego stóp z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną gębą – był właścicielem, to jemu już nie są potrzebne. Ale coś mi się widzi, że to nie jego, ino pocztowe monety. Ten gość musiał je ukraść z wagonu pocztowego i wyskoczyć z pociągu. Znaczy się złodziej. A ukraść złodziejowi to nie kradzież, a zasługa.

– Prawda, ale gdzie to ukryjemy?

– Nic się nie martw. Jak będziemy wjeżdżać na stację, zeskoczę na chwilę z drezyny i pobiegnę do mnie na podwórko, i schowam w komórce. A ty w tym czasie już będziesz wzywał policję. A ja se wrócę, jakby się nic nie stało. Rozumiesz, nikt nie zauważy nawet. A jakby co, to o złocie my nic nie słyszeli. Jasne? Nawet księdzu na spowiedzi ani słowa, bo zaraz doniesie albo każe się dzielić.

– Jasne – zgodził się z kolegą Golombek. Zresztą, co miał się nie zgodzić. Każdy by się zgodził za takie pieniądze. W końcu obaj właśnie ze zwykłych, ledwo wiążących koniec z końcem kolejarzy stawali się bogaczami. Przyszło mu nawet do głowy, że nie potrzebuje już w kraju silnej władzy, od której dostanie mieszkanie i robotę, bo teraz będzie mógł zamieszkać nawet w trzech pokojach na parterze. Natomiast Maciaszek, dźwigając zwłoki, pomyślał sobie, że wreszcie karta się odwróciła i teraz to on zgarnął całą pulę. No może nie całą, bo musiał się przecież podzielić z tym głupim Golombkiem.

Wrzucili na drezynę swojego „dobroczyńcę” i zaraz obaj wskoczyli na górę. Bez słowa zabrali się do roboty, chwytając każdy za swoją dźwignię. Wóz szynowy zajęczał i koła zaczęły wolno toczyć się przed siebie. Do stacji, na której pełnili kolejarską służbę, było stąd całkiem niedaleko. Za dziesięć minut powinni być na miejscu. Może nawet dotrą tam szybciej, bo świadomość finansowego sukcesu dodawała im sił. Całkowicie zimną obojętność zachowywał tylko ten nieborak leżący na platformie, którego niewidzące oczy wpatrzone były wprost we wschodzące w całej swej krasie słońce.

Nowy dzień zapowiadał się całkiem pięknie.

Rozdział I

Poznań

Piątek

19 lipca 1929 roku

Godzina 3.20 w nocy

Szczupły mężczyzna stał przy słupie ogłoszeniowym, jakby wpatrywał się w któryś z afiszy najprzeróżniejszych anonsów i informacji oblepiających tę wystawę. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, bo przecież od tego są słupy z ogłoszeniami, żeby przy nich się zatrzymywać i czytać, co tam obwieścili. Tyle że byłoby to całkiem normalne za dnia, albo nawet jeszcze pod wieczór, kiedy dziennego światła jest pod dostatkiem, ale na pewno nie o trzeciej nad ranem, kiedy miejskie ulice zasnuwały kompletne ciemności. Jeszcze pół godziny i zacznie budzić się lipcowy, letni dzień, gdy promienie słoneczne wsuną swoje jasne języki w uliczne wąwozy, prześlizgując się najpierw po czerwonych dachach, by zejść niżej i zagrać refleksami na szybach zamkniętych w przedzielone krzyżem, białe ramy, podążyć po ścianach do tych większych szklanych połaci wystaw składów i magazynów, a w końcu spłynąć na sam dół do wilgotnych od porannej rosy łbów kamieni brukowych. Wtedy będzie można wreszcie przeczytać wszystkie te ponalepiane grubą klejowo-papierową warstwą przesłania, prośby i polecenia, ale na razie wszędzie dookoła było ciemno i ponuro. Co prawda ulicę oświetlały lampy gazowe, lecz ich blask dawał tylko możliwość zorientowania się w kierunku spóźnionym wędrowcom, powracającym z nocnych eskapad po knajpach i dancingach. Nie były to wszakże lampy elektryczne, które instalowano od pewnego czasu na najważniejszych ulicach i placach miasta, wytwarzające za pomocą żarówek światło jasne jak w dzień. Te zwykłe, gazowe, tliły się ledwo, byleby tylko świecić, tak by idący pod nimi przechodzień nie stracił orientacji i nie połamał nóg.

Ów stojący przy słupie człowiek w ciemnym płaszczu i kapeluszu na głowie najwyraźniej nie zwracał uwagi ani na ogłoszenia, ani na lampy. On był zainteresowany zupełnie czym innym. Spoglądał na przeciwległą stronę ulicy. Tam, w odległości jakichś dwudziestu kroków od niego, stała dorożka. Siedzący na koźle dorożkarz wyglądał jak kamienny posąg z pochyloną głową. O tym, że jest żywą istotą, świadczyło jednak głośne pochrapywanie, przechodzące chwilami w gwizd. Jego koń widać przyzwyczajony był do takich nocnych postojów, bo stał spokojnie, prychając tylko co jakiś czas chrapami. On też zdawał się drzemać. Na szczęście śpiącym nie przeszkadzał żaden najdrobniejszy nawet szmer. Wielkie Garbary jeszcze spały, odpoczywając po ciężkiej nocy, wypełnionej po brzegi strumieniami wódki i piwa, przelewającymi się we wszystkich pobliskich szynkach i gospodach.

Naraz drzwi osadzone w solidnej, dębowej bramie otworzyły się, wypuszczając na ciemną ulicę odrobinę światła ze świecy. Gruby jak beczka piwa stróż wyszedł na zewnątrz, oświetlając przejście między bramą a dorożką.

– Ej ty, dryndziarz! – zawołał w kierunku pogrążonego we śnie dorożkarza. – Ej, drynda, do roboty! – krzyknął nieco głośniej, a śpiący poruszył się na koźle i zaraz potem przetarł kułakami zaspane oczy. Koń też się przebudził, bo zarżał, najwyraźniej zadowolony, że wreszcie kończy się to bezproduktywne oczekiwanie i być może ruszą niebawem do stajni.

– Szanowne panowie, poproszę bardzo. – Stróż odwrócił się i spojrzał za siebie.

Z bramy wyłoniło się dwóch mężczyzn. Jeden szedł pewnie, zdecydowanym krokiem, ale drugi podążał za swoim towarzyszem z wyraźną trudnością. Stróż natychmiast wyczuł okazję do zarobienia dodatkowego grosza. Niezwykle delikatnie, ale zdecydowanie ujął gościa pod ramię i podprowadził do dorożki, która właśnie zajechała pod sam krawężnik. Ten pierwszy wsiadł już do środka i teraz, widząc, że jego towarzyszowi potrzebna jest pomoc, wychylił się i podał mu rękę. Wspólnie z cieciem wwindowali go do góry, po czym mężczyzna opadł ciężko na siedzenie. Dorożka zajęczała, ale na szczęście była solidnie zbudowana i nie takie ciężary już zdarzało się jej przewozić. Bardziej trzeźwy z dwójki sięgnął do kieszeni i wyjął z niej pugilares. Wygrzebał jakąś monetę i podał stróżowi. Musiało to być przynajmniej pięć złotych, bo cieć, zadowolony, ukłonił się wpół, a potem klepnął woźnicę w kolano.

– No, jedźże, chłopie, i zawieź mi szanownych panów, dokąd tam chcą. Ino żebyś nie trząsł za bardzo tą dryndą.

– Trzym się swojej bramy, szuszwolu niemyty – burknął dorożkarz, którego najwyraźniej zirytowała nadgorliwość stróża. Strzelił batem nad końskim zadkiem i zwierzę wolno ruszyło przed siebie.

– A podjedź mi tu kiedy jeszcze, bambrze zdalasiały, pod moją bramę, to psem poszczuję.

– A podejdź mi ino tutej, ćwoku zasrany, to bacikiem przez ryło przeciągnę – odgryzł się dryndziarz. Nie było słychać w tej wymianie zdań specjalnej złości, która brałaby się z urażonej dumy. I jeden, i drugi nawarczeli na siebie ot tak, dla fasonu, żeby podkreślić, że mają swoją godność i nie wolno na nią nastawać. Bo wiadomo, że godność to rzecz święta, a im kto biedniejszy i gołą dupą świeci, tym bardziej z godnością się obnosi.

– To dokładnie niby gdzie mam jechać? – zapytał dryndziarz, odwracając się za siebie.

– Do domu proszę! Jedź pan prościutko do domu – zawołał bełkotliwie ten mocniej wstawiony.

– Znaczy się gdzie?

– Do salonu! Tylko nie do sypialni, bo moja żonka się obudzi i będzie awantura!

– Ale gdzie dokładnie?

– Połóżcie mnie na sofie. Tam umrę sobie cicho, nikomu nie wyrządzając krzywdy, jakem kupiec kolonialny Aron Dubeltowegibel z Łucka.

– Nie, nie, pan szanowny dorożkarz jego nie słucha. On do domu dziś nie pojedzie – odezwał się w końcu ten bardziej trzeźwy klient, który musiał najwyraźniej zapaść się w sobie, zasiadłszy na wygodnej, obitej pluszem dorożkarskiej kanapie, i teraz nagle wrócił do rzeczywistości. – Nam trzeba jechać do hotelu naszego, co się nazywa Polonia, co jest położony przy ulicy, tej, no, co to Polacy pokonali tam Krzyżaków…

– Grunwaldzka znaczy się – ucieszył się dryndziarz, bo do tego nowego hotelu było kawał drogi.

– Tak jest, bitwa pod Grunwaldem, co ją pan Matejko namalował w Krakowie.

 

– Do salonu i na sofę! – przypomniał sobie naraz Aron Dubeltowegibel z Łucka.

Stróż tymczasem chuchnął na monetę i schował ją do kieszeni. Nim dorożka zdołała zawrócić na pustej ulicy, by odjechać w kierunku placu Bernardyńskiego, zniknął za drzwiami w swojej bramie. Chwilę później powóz był już przy skrzyżowaniu z niewielką przecznicą Wszystkich Świętych, tam gdzie stał słup ogłoszeniowy. Naraz wyskoczyła zza niego postać w ciemnym płaszczu i jednym susem dopadła powozu. Mężczyzna wskoczył na stopień, a z drugiej strony ulicy podbiegł inny, blokując drugie wyjście. Obaj mieli na twarzach maski z chust, z dziurami wyciętymi na oczy, które lśniły teraz złowieszczo w księżycowej poświacie.

– Co jest, do cholery?! – zawołał dorożkarz, ale natychmiast przeszła mu ochota do zadawania kolejnych pytań, gdy poczuł, jak w kark wbija mu się coś twardego i zimnego.

– Jedź i zamknij ryło! – nakazał ten w kapeluszu.

Drugi, w kaszkiecie na głowie, wycelował pistolet w kierunku pasażerów.

– Dawać portfele, piniądze, pirścionki i co tam jeszcze mota – warknął groźnie do obu mężczyzn.

– Porcygary i dulary – zaśmiał się ten drugi, który nie musiał już pilnować woźnicy. Ten pilnował się sam, lekko poganiając konia. Bandyta zdjął kapelusz i odwrócił go do góry dnem.

– Ładować wszystko do środeczka. A jak który z szanownych panów coś zachowa dla siebie, to jak mi Bozia miła, łeb odstrzelę w trymiga.

– To oburzające! – wybełkotał z trudem Aron z Łucka, któremu naraz zaczęła wracać trzeźwość umysłu.

– Zamknij się pan, panie Żyd, bo jak dam w mordę, to szczęka z zawiasów wyleci. I na co to panu? O, patrz pan, jak szanowny kolega się ładnie sprawił i nie marudzi niepotrzebnie.

Rzeczywiście druh kupca kolonialnego nie miał żadnych kłopotów z przetrząśnięciem swoich kieszeni. Ich zawartość w błyskawicznym tempie znalazła się w kapeluszu. Widać musiał być dobrym przyjacielem, bo zaraz wziął się za kieszenie kolegi, pomagając mu pozbyć się niepotrzebnych rzeczy. Wyciągnął portfel i srebrną papierośnicę.

– No i jeszcze sikory! – przypomniał zbir z kapeluszem w dłoni.

– Jakie sikory? – zdziwił się ten bardziej trzeźwy.

– No cebulę dawaj! – Drugi bandzior pociągnął go za pejsy.

– Aj! Ja nie mam cebuli. Żadnych cebul nie noszę ze sobą, a Aron takoż samo. My nie jadamy na ulicy, ale w restouracji.

– Zegarki dawać, łachudry.

– Ach, zegarki! – ożywił się naraz Dubeltowegibel. – To nie możesz pan od razu po ludzku gadać, żeby do nieporozumienia nie dochodziło? Proszę bardzo, oto moja omega. Pierwsza klasa cebula, ha, ha, ha!

Oba zegarki powędrowały do kapelusza.

– To już wszystko? Nic żeśta nie schowali? – zapytał groźnie bandyta w kaszkiecie.

– Ja schowałem, owszem. – Aron Dubeltowegibel sięgnął do kieszeni marynarki i przez chwilę grzebał w niej wytrwale.

– Gdzieś tu była, o, proszę bardzo. Jest moja ulubiona butelczyna na czarną godzinę. – Wydobył posrebrzaną metalową piersiówkę i zadowolony już chciał odkręcić korek, by upić łyczek, ale nie zdążył. Bandyta w kaszkiecie wyrwał mu flaszkę.

– Taka butelczyna też nam się przyda! – stwierdził złodziej, uradowany z niecodziennego łupu, i zeskoczył ze schodka dorożki na brukowaną ulicę. Jego kompan zrobił to samo.

– Moja flaszeczka! Oddawać mi moją flaszeczkę! – krzyczał obrabowany kupiec kolonialny, do którego właśnie dotarła straszna myśl, że odebrano mu wszystkie jego dobra pod groźbą broni palnej i utraty życia. – Policja, ratunku! – wrzeszczał jak opętany.

– Policja, ratunku, mordują i rabują! – zaczął mu wtórować jego znajomy, gdy przekonał się, że napastnicy się oddalają.

Nim dorożka dojechała do placu Bernardyńskiego, dwaj zamożni pasażerowie już zrozumieli straszną prawdę, że stali się w jednej chwili byłymi zamożnymi pasażerami. Bandyci tymczasem pobiegli w głąb Wielkich Garbar. Po chwili stukot ich podkutych butów ucichł, a sylwetki zbiegów rozpłynęły się w szarości świtu.

– A ciekawe, kto mnie teraz za kurs zapłaci? – Dorożkarz odwrócił się i spojrzał na kanapę, na której siedzieli obrabowani nieszczęśnicy. – Bo jeśli rozchodzi się o dowóz szanownych panów na nocleg, to ani ja, ani moja kobyła bez zapłacenia nie jedziem nigdzie. – Dla potwierdzenia swojej groźby pociągnął za lejce i osadził szkapę w miejscu.

– A wy, panie dorożkarz, to se myślicie, że my co, sroce spod ogona wypadli? Że jak nas obrabowali na ulicy, to my są już całkiem biedne ludzie? – Kupiec kolonialny z Łucka poczuł się do żywego dotknięty.

– Jedź pan, panie woźnicowy, i nic się nie martw o zapłatę. – Drugi pasażer klepnął go w plecy. – Wszystko będziesz miał pan wyregulowane, jak dojedziemy do hotelu.

– No i Bogu dzięki! – Zadowolony dryndziarz cmoknął na klacz, która natychmiast posłusznie ruszyła. Ostatni dzisiejszy kurs zakończy się więc szczęśliwie i za chwilę będzie mógł jechać do domu. No może co najwyżej stanie jeszcze na chwilę w dorożkarskiej knajpie na Świętym Marcinie, żeby wypić ćwiarteczkę wódki i zagryźć ją sznytką chleba obłożoną pieczonym boczkiem. Taka uczta na koniec nocy byłaby doskonałym rozwiązaniem, pomyślał dorożkarz i aż oblizał się na myśl o piciu i jedzeniu. Ale naraz jego plany rozpadły się w drobny mak przez tego Żyda z pejsami…

– Ale zanim nas pan odwieziesz do hotelu, jedź pan najsampierw na policję. Ten bandycki napad trzeba przecież zgłosić.

– Oczywiście – poparł go kolega. – Zgłosić wszystko, co do grosza, żeby tych bandytów złapali i wtrącili do lochu albo rozstrzelali na miejscu.

– Teraz na policji to nikogo może nie być – spróbował nieśmiało dorożkarz.

– Coś pan oszalał? Na policji w stołecznym mieście Poznaniu w czasie PeWuKi[1] ma nie być policji? A to wyborny dowcip. Jedź pan i nie gadaj! Słyszał żeś, Aron, w Poznaniu nie ma policji w nocy.

– Oczywiście, że nie ma – stwierdził Dubeltowegibel. – Nie ma policji ani na lekarstwo. Bo jakby była, toby nas nikt nie obrabował. A tak moja piersióweczka przepadła i teraz moim koniakiem raczą się jakieś chamskie gardła. Dlatego jedziem na policję, panie sałata!

I próba wprowadzenia w błąd pijanych pasażerów się nie powiodła, więc ćwiartka wyborowej i pajda chleba oddaliły się i zniknęły w porannej mgle. Bo dorożkarz doskonale wiedział, co oznacza wizyta na posterunku. Obu tych delikwentów wezmą zaraz na spisanie zeznań, co potrwa jakieś dwie godziny, a on jako świadek też będzie musiał zeznawać i co najgorsze tracić czas. A to oznacza, że zapłatę za kurs dostanie dopiero, jak policjanci z nimi skończą.

Na szczęście do Prezydium Policji przy 27 Grudnia nie mieli stąd daleko. Przynajmniej tyle dobrego, pomyślał dryndziarz, wjeżdżając w ulicę Podgórną, skąd widać już było jasną poświatę placu Wolności, oświetlonego pięknymi, elektrycznymi lampami, a nawet sklepowymi neonami. W końcu była to najbardziej reprezentacyjna część Poznania. Dorożkarz poczuł się dumny, że mieszka w takim ładnym mieście.

Człuchów – pogranicze polsko-niemieckie

Godzina 8.40 rano

– Dokumentów żadnych to on nie miał? – zapytał podejrzliwie przodownik Ludwik Bielawski, zastępca komendanta posterunku Policji Państwowej na dworcu w Człuchowie. Przesłuchiwany Maciaszek pokręcił głową.

– A kto by tam, panie przodowniku, papierów jakichś szukał?

– To znaczy się, że żeście go przeszukiwali?

– My? Nigdy w życiu! – Kolejarz uderzył się otwartą dłonią w pierś, ale na Bielawskim nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Wiedział z doświadczenia, którego nabierał już ładnych parę lat, że w takich wypadkach ludzie kłamią jak najęci. Jeśli znaleźli trupa, to na pewno przetrząsnęli mu kieszenie. Taka była natura ludzka. Człowiek umarł, to już mu nic do szczęścia nie było potrzebne. A ci dwaj znaleźli zwłoki, więc musieli je ograbić ze wszystkiego, co cenne. Czyli truposz powinien być chociaż rozebrany, bo jego marynarka kosztowała nie mniej niż dziesięć złotych. Więc gdyby kolejarze mu ją zabrali, to mogliby sprzedać łup za co najmniej połowę jego wartości. Tymczasem facet był ubrany kompletnie, poza jednym trzewikiem, który pewnie leżał nadal przy torach. No i w kieszeniach nie było dosłownie nic. Wypadł z pociągu z pustymi kieszeniami? zastanawiał się przodownik Bielawski, spoglądając przez okno, z którego widok rozciągał się na główną miejską ulicę i na położoną dokładnie vis-à-vis restaurację Dworcową. Jak co dzień stało przy niej kilku wąsatych chłopów, ubranych w białe koszule, czarne kamizelki, nazywane tu westkami, i w czapkach hamburskich na głowie. Trzymali w dłoniach kufle pełne piwa, a w zębach fajki wiśniowe miejscowego wyrobu. Spotykali się tutaj, by przepłukać gardło i pogadać o polityce, mieszkańcy okolicznych wiosek, którzy do Człuchowa przyjeżdżali po sprawunki bryczkami albo na rowerach. Każdy chłop nosił w kieszonce westki niewielki pugilares na papierowe pieniądze, a w kieszeni portków chował drobne. A ten truposz nie miał ani drobnego grosika, ani portmonetki na pieniądze. Co ważne, nie miał również portfela na dokumenty, a przecież musiał mieć paszport, jeśli był Polakiem. Ale jeśli był Niemcem, to powinien mieć niemiecki ausweis. Ale za to miał elegancką marynarkę. Czyli nie był gołodupcem.