Upiory spacerują nad WartąTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja: Beata Mes

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Janusz Korpala/cyryl.poznan.pl

© Dean Drobot/Shutterstock

© by Ryszard Ćwirlej

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-1248-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Epilog

Rozdział I

Poznań

Poniedziałek

3 czerwca 1985 roku

Godzina 4.30

Zygmunt Tomczak zapalił pierwszego dziś papierosa. Z przyjemnością zaciągnął się mocnym dymem ze skręta. Spojrzał na unoszący się przed nim szary obłok, który rozpływał się powoli w wilgotnym powietrzu. Wczoraj kupił na Rynku Łazarskim paczkę aromatycznego, zagranicznego tytoniu i dzięki temu mógł się poczuć, jakby wyszedł właśnie z zakupów w peweksie. Przypomniał mu się smak popularnych, które palił, zanim zdecydował się na skręty. Splunął na samą myśl o krajowym wyrobie zatruwającym mu płuca ponad czterdzieści lat.

Zyga bardzo lubił te nadrzeczne poranki, pachnące wilgocią i papierosowym dymem. Spojrzał na leniwie przesuwający się ciemny nurt, który miał za chwilę rozbłysnąć milionami drobnych refleksów pierwszych promieni wschodzącego słońca. Po drugiej stronie rzeki powoli budziło się ze snu monstrualne osiedle Młodych. Po wodzie niosły się pierwsze chorobliwe pokasływania odpalanych pod blokami samochodów – małych fiatów, trabantów i syrenek. Przez most Marchlewskiego z głośnym stukotem przejechał pierwszy tego dnia, jeszcze pusty, zielony tramwaj numer czternaście. Zza majaczących w oddali żółto-brązowych brył akademików politechniki przy ulicy Świętego Rocha powoli wychylała się słoneczna poświata.

No dobra, trzeba się brać do roboty, pomyślał Tomczak i nie wyjmując papierosa z ust, ściągnął z pleców brezentowy pokrowiec z wędkami. Kilkadziesiąt metrów dalej, bliżej mostu, podobny rytuał odprawiał inny wędkarz. Tomczak znał go od dawna, choć nie wiedział nawet, jak się nazywa. Od ponad roku, kiedy kadrowa w Cegielskim poinformowała go, że czas przejść na emeryturę, bo swoje już przepracował dla dobra socjalistycznej ojczyzny, spotykali się w tym samym miejscu kilka razy w tygodniu.

Skinął mu więc głową, a tamten odpowiedział, przykładając palec do daszka zielonej, wojskowej czapki. Żaden nie odezwał się ani słowem. Wiadomo, jak to wędkarze, którzy znają się na rzeczy i wiedzą przecież, że nie ma co zbytecznym gadaniem straszyć ryb.

Rozłożenie sprzętu zajęło mu zaledwie kilkadziesiąt sekund. Sięgnął do plastikowego pudełka i wydobył parę białych robaków. Sprawnie nadział je na haczyk i tak przygotowany podszedł do skraju betonowego nabrzeża. W tym momencie woda zamigotała. Ostry blask wschodzącego słońca prześlizgnął się po rzecznej tafli i oświetlił sterty kamieni u podnóża cementowej stromizny.

Jak dalej będą takie upały, myślał Zyga, schodząc ostrożnie ku rzece, to niedługo wody w Warcie zabraknie. Chyba z pół metra już opadła, zauważył, oceniając szerokość piaszczystej łachy, która wynurzała się z toni wyraźnie obniżonej od wczorajszego poranka.

Wędkarz stanął pewnie na szerokiej krawędzi betonowego brzegu i przymierzył się do pierwszego rzutu. Nagle jego uwagę przykuło coś, co w wyraźny sposób odcinało się barwą od przybrzeżnych głazów. Wyglądało to jak większy od innych kamień, zdecydowanie jednak jaśniejszy i znacznie gładszy. Zyga ostrożnie położył wędkę na pochyłym nabrzeżu, uważając, by nie splątać żyłki. Przeszedł zaledwie parę kroków i znów przystanął. Mimo lekkiego porannego chłodu raptownie zrobiło mu się gorąco. Z niedowierzaniem przyglądał się swojemu odkryciu. Umysł jeszcze próbował walczyć z tym, co podpowiadała rzadko zawodząca go intuicja. Zakręciło mu się w głowie i musiał usiąść, nie spuszczając ani na sekundę oczu ze znaleziska. Słoneczne refleksy, odbijające się w wodzie, łagodnie ślizgały się po czyimś gołym, bladym tyłku.

Odwrócił się w kierunku sąsiada wędkarza. Ten siedział na brzegu, wpatrując się w leniwie przesuwającą się rzekę.

– Tej! – zawołał do niego Tomczak. – Cho no tutej, dalej!

Gdy upewnił się, że sąsiad zrozumiał powagę sytuacji, sam zaczął zsuwać się po betonowej pochyłości ku miejscu, w którym bieliły się pośladki. Natychmiast zauważył podkurczone, nienaturalnie wykrzywione nogi.

– Trzeba go wyciągnąć! – krzyknął zupełnie niepotrzebnie nowo przybyły. – Może jeszcze oddycha.

– No coś ty! – Tomczak pokręcił głową, zbliżając się do tyłka z nogami. – Łeb ma pod wodą, to już nie oddycha. A poza tym to nie on, ino ona – ocenił, bo był bliżej i już mógł stwierdzić to i owo w kwestii kształtów znaleziska.

Po chwili obaj mężczyźni nachylali się nad nagim kobiecym ciałem. Ustawiając się z dwóch stron, jednocześnie chwycili za leżące na kamieniach ręce, by na wszelki wypadek jak najszybciej wyciągnąć skrytą w toni głowę. Szarpnęli jednocześnie do góry i naga postać usiadła. Ale głowa się nie wynurzyła, bo głowy nie było…

Obaj jednocześnie, jak oparzeni, puścili ręce kobiety i gołe barki wraz z pozostałością szyi zniknęły w wodzie.

– Kurwa – wyszeptał pobladły Zyga. Otarł pot z czoła wierzchem dłoni i zaraz wdrapał się na betonową skarpę. Tam opadł na kolana i zwymiotował. Pomyślał nawet, że szkoda tych dwóch sznytek z salcesonem zjedzonych na śniadanie. Ale przecież nic nie mógł na to poradzić. Żołądek miał swoje prawa i widać nie bardzo odpowiadał mu widok szyi pozbawionej głowy. Wędkarz spojrzał w dół, żeby się upewnić, że tyłek naprawdę jest tam, gdzie jest, i znów dostał torsji. Gdy po chwili poczuł, że nie ma już czym wymiotować, otarł usta wierzchem dłoni, wstał z ziemi, wymacał w kieszeni paczkę z tytoniem, wydobył ją i natychmiast zabrał się za skręcanie papierosa trzęsącymi się ze zdenerwowania dłońmi. Na kamieniu, ledwie metr od niego, przysiadła rybitwa. Jednak wcale nie zaciekawił jej widok Tomczaka, który zapalał skręta. Ona z pozorną obojętnością stałego klienta baru mlecznego przyglądała się pozostawionym przez wędkarza świeżym rzygowinom. W jej świecie nic nie mogło się zmarnować.

Godzina 5.10

Głośne, dźwięczne chrapanie przerwał świdrujący czaszkę metaliczny dźwięk. Fred Marcinkowski rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po swojej sypialni, ale dopiero ponowny dzwonek uświadomił mu, że musi zwlec się z łóżka i podejść do telefonu na korytarzu. Na szczęście za oknem budził się dzień, więc w mieszkaniu zrobiło się już jasno. Bez większych problemów znalazł porzucone na podłodze papcie, a potem narzucił szlafrok, który leżał na fotelu, przewieszony przez oparcie. Zupełnie bez sensu się ubieram, pomyślał, zawiązując pasek na brzuchu. Przecież nie idę otwierać drzwi, tylko pogadać przez telefon. No ale przecież o świcie nikt nie może wymagać od człowieka racjonalnego myślenia.

– Słucham, Marcinkowski! – burknął do słuchawki.

– No, wstawaj, chłopie! – odezwał się z drugiej strony znajomy głos Mirka Brodziaka. – Mamy nad Wartą niezły pasztet.

– W dupie mam wszystkie pasztety, dopiero co się położyłem – odpowiedział zaspanym głosem. W głowie czuł jeszcze ćmienie po wypitej wczoraj wieczorem butelce bałtyckiej.

– Jasne, rozumiem. Też mi się chce spać. Ale żeby pomóc ci w podjęciu jedynej właściwej decyzji, powiem ci, że ten pasztet nie ma głowy.

– Co? Jasna dupa… Jak nie ma głowy? Ryby zeżarły?

– Coś ty. Świeżak, znaczy świeżynka z obciętym łbem.

– Fajnie – stwierdził Marcinkowski całkiem już rozbudzony. – Zaraz, zaraz – przypomniał sobie nagle. – Od kiedy to zajmujemy się sprawami w centrum Poznania? To chyba jest robota dla miejskiej. Przenieśli nas w nocy, czy jak?

– Miejska zabezpiecza Targi Poznańskie i szykuje się do obstawiania demonstracji elementów antysocjalistycznych w związku z rocznicą wypadków czerwcowych pięćdziesiątego szóstego roku. – Na „antysocjalistycznych” położył szczególny akcent, ale wcale nie musiał się wysilać. Jego kolega dobrze wiedział, jaki Brodziak ma stosunek do akcji, w których milicja musiała zabezpieczać działania ZOMO.

– Dobra, lepsze to niż pałowanie studentów – rzucił Fred całkowicie pogodzony z losem.

– Przysłać po ciebie samochód? – zapytał z troską w głosie Mirek, który wczoraj razem z Marcinkowskim przeprowadzał degustację butelki ze statkiem na nalepce i po sobie wiedział, że kolega może czuć się niezbyt komfortowo. Zwłaszcza za kierownicą auta.

– Nie, dzięki, przyjadę swoim – rzucił niby od niechcenia, ale pod wąsem uśmiechnął się na myśl o nowiutkim polonezie. Miał to auto zaledwie od miesiąca i uwielbiał nim jeździć. Pół roku wcześniej dostał od komendanta wojewódzkiego talon na samochód w nagrodę za rozwiązanie sprawy zwłok wykradzionych z jednego z poznańskich cmentarzy i morderstwa popełnionego w zakładach odzieżowych Modena[1]. Czekał później cztery miesiące, aż Polmozbyt zrealizuje talon, no i doczekał się. Wprawdzie lakier nie bardzo przypadł mu do gustu, ale nie było co wybrzydzać. W tej partii, która przyszła do salonu, wszystkie auta miały kolor piasku pustyni i nic nie można było na to poradzić. Pierwszego dnia, gdy przyjechał nim do pracy, jego podwładny, Teoś Olkiewicz, stwierdził, że auto ładne, tylko kolor przypomina psie gówno. Ale jemu wcale to nie przeszkadzało. Co tam, że sraczkowaty, ważne, że jeździł i pięknie się prezentował na parkingu komendy wojewódzkiej pośród maluchów, syrenek i trabantów. Polonezów parkowało tam zaledwie kilka i wszystkie należały do najwyższych szarż. Jego auto miało w wyposażeniu radiomagnetofon Safari 2, dzięki czemu mógł podczas jazdy słuchać własnych nagrań. To był komfort, o jakim jeszcze kilka miesięcy temu mógł tylko pomarzyć, tłukąc się do pracy rozklekotanym, dziesięcioletnim maluchem.

 

– Kto dzwonił? – zapytała zaspana Grażyna.

– Z pracy, śpij, muszę jechać…

– Kiedy wrócisz?

– Nie mam pojęcia. Mamy jakiegoś upiora nad Wartą.

– Co?

– Bez głowy…

Powoli zaczął zbierać z podłogi rozrzucone tam niedawno części ubrania. Na szczęście spodnie nie wyglądały na pogniecione. Za to majtki i skarpetki były mocno zużyte. Podszedł do szafy i otworzył szufladę z bielizną. Majtki znalazł, ale część, w której trzymał skarpetki, była kompletnie pusta. Leżały tam tylko jedne, zwinięte w kłębek, białe sportowe frotté. Zakładał je na specjalne okazje, raz na jakiś czas, na przykład do gry w tenisa na kortach Olimpii. To były markowe skarpetki Adidas, kupione za dolary w peweksie. Uchowały się czyste, bo raczej średnio pasowały do ciemnego garnituru, który zazwyczaj nosił do pracy. Złorzecząc w myślach całemu światu, sięgnął po superskarpety. Odwrócił się jednak zaraz, słysząc jakiś ruch za sobą. Grażyna wstawała z łóżka.

– Zrób wreszcie pranie, bo nie mam w czym chodzić. Po co załatwiłem tę automatyczną pralkę?

– Zrobię, zrobię, tylko musi uzbierać się cały bęben, bo nie będę marnowała proszku dla kilku par gaci. Idź do kolejki po proszek, jak się dowiesz, że gdzieś rzucili, odstój kilka godzin i przynieś do domu, to wtedy będę prała nawet codziennie. A na razie zrobię ci kawę, żebyś nie zasnął za kierownicą.

Podszedł do niej, objął ją i pocałował. Poklepała go po policzku.

– Idź się ogolić i chodź zaraz na śniadanie.

– Grażynko, nie mam czasu na jedzenie.

– Jak to? Zdaje się, że twój upiór nie ma głowy, więc chyba nigdzie się nie śpieszy. Niech sobie trochę poczeka.

Zostawiła go i poszła do kuchni. W zasadzie to miała rację, pomyślał. Upiór nie spaceruje nad Wartą, tylko czeka na niego cierpliwie. A kawa z rana się przyda. Coraz częściej przekonywał się, że nie powinien dyskutować z Grażyną. Ktoś musiał w końcu rządzić w tym domu. A o proszku trzeba by pogadać z Brodziakiem. Ten facet miał takie kontakty w mieście, że potrafił załatwić wszystko.

Godzina 5.50

Szeregowy Mariusz Blaszkowski był blady jak ściana, a przy tym czuł paskudny niesmak w ustach. Przeklinał w duchu swój ciekawski charakter, który przysporzył mu tylko kłopotów. Miał jedynie zabezpieczać miejsce, gdzie znaleziono zwłoki, czyli nie dopuszczać nikogo postronnego w pobliże rzecznego brzegu. Jako profesjonalista, w milicji był już przecież cztery miesiące, chciał jednak zobaczyć trupa. Uważał się za twardego faceta, więc musiał być odporny na drastyczne widoki. I dlatego, wbrew poleceniu sierżanta-szefa kompanii, który kazał mu stać przy ścieżce biegnącej z warcianej skarpy, poszedł nad brzeg rzeki, tam, gdzie kręcili się milicyjni technicy. Na jego nieszczęście nikt go stamtąd nie przepędził. Dotarł najbliżej, jak się dało, spojrzał odważnie przed siebie i wytrzymał z tym spojrzeniem pewnie jakieś pięć sekund. Zobaczył nagie ciało, które wcale nie wyglądało najgorzej, ale gdy jego profesjonalne spojrzenie dojechało do szyi, żołądek odmówił współpracy i chłopak zwymiotował.

Szeregowy otarł usta i załzawione oczy chusteczką i rozejrzał się, licząc na to, że nikt nie zauważy tego haniebnego zachowania. Zauważyli wszyscy. Od razu dostrzegł drwiące spojrzenia starszych kolegów.

– Tej, spierdalaj stąd w podskokach. – Piegowaty rudzielec w dżinsowej kurtce i spodniach Levi’sa wskazał ręką na skarpę, na której miał dyżurować. – Tam se możesz rzygać do woli.

– Przepraszam pana – powiedział cicho.

– Nie przepraszaj, tylko zmiataj stąd, jak żeś taki wrażliwy. Nie mam zamiaru chodzić po rzygowinach i brudzić sobie butów.

Mariusz spojrzał na buty rudzielca. Od lśniących, białych adidasów bił peweksowski blask zachodniego bogactwa.

– Chciałem zobaczyć, żeby się uodpornić… na przyszłość.

– Na razie to se możesz poczytać Kapitana Żbika – mruknął rudy elegant i poszedł tam, gdzie leżały zwłoki.

Mariusz ruszył na swój posterunek, zastanawiając się nad własną wizerunkową porażką. Może w ogóle nie nadaję się do tej roboty? – pomyślał, patrząc na ciemną toń wody. Na miejsce, w którym nad zwłokami uwijali się milicjanci, przezornie nie spojrzał. Tak na wszelki wypadek, żeby już nic złego mu się nie przytrafiło. Swoją drogą ciekawe, skąd ten rudzielec wiedział, że on zaczytuje się w komiksach z kapitanem Żbikiem? Przecież nie ma tego wypisanego na czole.

Pozbierał się trochę do kupy i stanął w pewnej odległości od linki ograniczającej dostęp gapiów. Właściwie nie miał nic do roboty, bo ciekawskich nie było wcale. Rozmyślał więc nad swoją wpadką i zastanawiał się, jak będą to komentować jego kumple z koszar na Taborowej. Bo co jak co, ale wieść o jego mało profesjonalnej postawie rozejdzie się pewnie lotem błyskawicy. Miał jednak nadzieję, że nie zostanie ze względu na swoją nadwrażliwość odsunięty na boczny tor i będzie mógł jeszcze uczestniczyć w takich kryminalnych zajęciach. Było to zadanie o niebo lepsze od normalnych codziennych patroli. Poza tym liczył, że w takich sytuacjach będzie miał okazję poznać się z prawdziwymi milicjantami od kryminalnej roboty, bo tym chciał w przyszłości się zająć. Najpierw jednak musiał odbębnić dwa lata zasadniczej służby w szeregach ZOMO, by w ogóle myśleć o pracy w firmie. Jeszcze dziś rano fantazjował sobie w myślach, jak to robi wrażenie na starych wyjadaczach trafną analizą sytuacji albo jakimś błyskotliwym odkryciem… I zrobił, ale nie tym, czym chciał. No cóż, w tej sytuacji pewnie już do końca służby będzie patrolował ulice albo z tarczą i pałą w dłoni rozpędzał demonstracje opozycji.

Nie lubił chodzić z chłopakami na miasto, bo wyraźnie czuł, jak ludzie ich traktują. Nieufność, a niekiedy nawet pogarda, z jaką spoglądali na nich poznaniacy, kłuła go na każdym niemal kroku. Kumple albo mieli to głęboko w nosie, albo udawali, że jest im to obojętne. Niektórzy z nich byli agresywni i za pomocą pały próbowali wymusić respekt i posłuch u legitymowanych gówniarzy. Imponowało im najwyraźniej to, że mają władzę. Mariuszowi to się nie podobało, ale siedział cicho i nic nie mówił, bo wiedział, że jeśli wyrazi swój sprzeciw wobec prymitywnego chamstwa, szybko pożegna się ze służbą. A na pracy w milicji naprawdę mu zależało. Postanowił więc, że będzie się przyzwoicie zachowywał i jakoś wytrzyma te dwa lata w ZOMO. To był warunek konieczny, by dostać później robotę, a on już od dzieciństwa wiedział, że chce być gliną, kimś takim jak kapitan Żbik. A komiksy z jego przygodami zebrał chyba wszystkie i czytał je w każdej wolnej chwili.

Niedaleko od jego posterunku, koło baraku, w którym wioślarze przechowywali sprzęt, zatrzymał się sraczkowaty polonez. Wysiadł z niego trzydziestoparoletni, krótko obcięty blondyn w ciemnym garniturze.

Pojawił się jakiś ciekawski palant, pomyślał szeregowy Blaszkowski. Niech no tylko się tu zbliży, to dam mu w kość. Postanowił, że tym razem zachowa się jak prawdziwy fachowiec.

Facet zatrzasnął drzwi samochodu, pogmerał kluczem w zamku, a potem obszedł auto dookoła i sprawdził po kolei wszystkie pozostałe drzwi, czy aby na pewno są zamknięte. Gdy przegląd zabezpieczeń wypadł pomyślnie, schował klucze do kieszeni i ruszył nieśpiesznie w kierunku młodego zomowca.

Co za elegancik, pomyślał ze złośliwą satysfakcją chłopak, szpanuje białymi skarpetkami… Już ja mu pokażę białe skarpetki…

– Nie ma przejścia – powiedział zdecydowanym głosem, rozkładając jednocześnie szeroko ręce, jakby chciał w nie pochwycić nadchodzącego intruza. Ten spojrzał na niego z lekkim uśmiechem i przystanął, być może przestraszony stanowczością funkcjonariusza.

– Co się stało?

– Nic się nie stało, obywatelu, trwa milicyjna interwencja, więc proszę się rozejść i nie przeszkadzać.

– Jak mam się niby rozejść? – zapytał zdziwiony cywil. – Z kim niby miałbym się rozchodzić?

– Nie filozofujcie, obywatelu, i się rozchodźcie. Znaczy się, że macie iść i nie przeszkadzać w czynnościach służbowych, gdyż osoby postronne mogą nieświadomie zatrzeć bardzo istotne dla toku prowadzonego śledztwa ślady.

– To jednak coś tu się dzieje – rzucił blondyn i znowu uśmiechnął się pod równo przystrzyżonym wąsem, a potem przeszedł obok milicjanta, podniósł linkę i ruszył w stronę rzeki. Blaszkowski chciał coś powiedzieć, krzyknąć: „Stać, bo strzelam” albo coś równie stanowczego, tyle że nie wiedział co, bo strzelanie było chyba niezbyt dobrym pomysłem, tym bardziej że jego jedynym uzbrojeniem była milicyjna pałka, z której raczej trudno byłoby wypuścić jakiś pocisk. Kapitan Żbik pewnie wiedziałby, co powiedzieć w takiej sytuacji… Na szczęście dla siebie nie zaatakował eleganta w białych skarpetkach pałką. Dostrzegł, że ten rudzielec, który pognał go z nabrzeża, pomachał ręką w stronę blondyna.

– Ja pierdzielę – powiedział sam do siebie. – Znowu się zblamowałem, to chyba ktoś z naszych i to chyba ktoś ważny, bo mnie olał, jakbym nie był milicjantem.

„Ważny” podszedł do rudego. Mężczyźni uścisnęli sobie ręce.

– Słuchaj, Miras, czy w tym pieprzonym mieście nie ma nikogo, kto zająłby się tą sprawą?

– Tak się nieszczęśliwie złożyło, że to ja miałem dziś dyżur w miejskiej – stwierdził Mirek Brodziak, podwładny i najbliższy kolega Freda. – Sam żeś mnie do miejskiej posłał na wypomóżki, bo u nich wiatr hula po pustych pokojach. No a jak już dostałem wezwanie do trupa bez głowy, to pomyślałem, że się ucieszysz. Taką sprawą możemy się spokojnie zajmować przez najbliższe dni i nikt nie wpadnie na to, żeby nas rzucić do łapania elementów antysocjalistycznych podczas demonstracji.

Marcinkowski uśmiechnął się krzywo i spojrzał w dół na grupę techników uwijających się przy zwłokach.

– No wiem, cholera! Tak tylko marudzę, dla zasady. Myślałem, że się dzisiaj wyśpię, a tu dupa zbita. Kiepsko się ten dzień zaczął.

– Kiepsko zaczął się dla niej. – Rudy wskazał ruchem głowy leżące na trawie, przykryte czarną, brezentową płachtą ciało dziewczyny.

– Co wiemy? – spytał Marcinkowski, wyciągając z kieszeni radomskie. Podsunął otwartą paczkę Brodziakowi, a ten skwapliwie skorzystał z okazji, bo od rana zdążył już wypalić całe opakowanie swoich papierosów. Palił lepsze, bo peweksowskie camele, ale gdy nie miał wyboru, nie gardził polskim tytoniem.

– Kobieta, wiek około dwudziestu lat, na prawym ramieniu niewielki tatuaż przedstawiający jakiegoś robala. Nie żyje, jak wstępnie można określić, oczywiście tak mówi lekarz, od mniej więcej dziesięciu godzin. W wodzie mogła leżeć jakieś trzy, cztery godziny, zanurzona do połowy. Żadnych śladów krwi w okolicy, na trawie, piasku czy betonie, a to znaczy, że chyba nie tu została zaszlachtowana, no i oczywiście jeszcze ta obcięta głowa, a właściwie jej brak.

– To jakiś pierdolony łowca głów, czy jak? Może preparuje i umieszcza je na ścianie tak jak myśliwi głowy jeleni?

Brodziak wzruszył ramionami.

– Obcięcie głowy to nie jest prosta sprawa. Przy tym się trzeba sporo napracować – stwierdził z miną znawcy. – Jeśli obciął, to miał jakiś konkretny cel. Jeśli to jest jakiś pojeb, to być może chodziło mu o trofeum myśliwskie. Ale ja bym raczej szedł w innym kierunku.

– Jakim?

– Identyfikacyjnym. Po głowie można zidentyfikować ofiarę. Bez głowy będzie trudniej.

– Dobrze kombinujecie, towarzyszu poruczniku. – Marcinkowski klepnął kolegę w ramię. – Jeśli jest tak, jak mówisz, to może znaczyć, że ten kutas, co ją zabił, w jakiś sposób jest z nią powiązany. Może to jakiś jej chłopak, znajomy, narzeczony, mąż…

Fred rozważał głośno wszystkie możliwości, jednocześnie próbując odgrzebać w pamięci podobnie makabryczne morderstwo, ale jakoś mu się nie udawało. Przypomniała mu się za to książka Alfreda Szklarskiego Tomek wśród łowców głów i scena, w której indiański szaman preparuje ludzką głowę w naczyniu wypełnionym gorącym piaskiem. Na myśl o tych zabiegach po plecach przebiegły mu ciarki z prędkością Ireny Szewińskiej, bo wyobraził sobie gościa, który też czytał tę książkę. Tymczasem Brodziak nie tracił czasu na rozmyślanie.

 

– Makarczuk, chodźcie, no, tu! – przywołał grubego sierżanta z sumiastym wąsem pod nosem, stojącego nad brzegiem Warty w grupie innych milicjantów.

– To wasza dzielnica, no nie?

– Tak jest, panie poruczniku – odpowiedział dzielnicowy.

– To wyście byli tu pierwsi. Widzieliście tę babkę kiedyś wcześniej? – zapytał tak na wszelki wypadek.

– A diabli ją wiedzą, panie poruczniku. Jak nie ma głowy, to nic nie wiem, a po cyckach nie rozpoznam. – Makarczuk krzywo się uśmiechnął.

– No a ci, co ją znaleźli, co to za wiara?

– Dane spisałem, to rybaki z bloków po drugiej stronie. Jakby co, można ich jeszcze przepytać, ale na mój rozum to oni nic nie wiedzą. Wyciągnęli ją tylko i zameldowali, jak się należy. Jeden został przy zwłokach, a drugi poleciał do tego samu spożywczego Beta, bo tam jest budka. – Odwrócił się i wskazał na drugi brzeg rzeki. Zupełnie niepotrzebnie, bo sklep z tej odległości był niewidoczny. – No i ten gość zadzwonił na dziewięć dziewięć siedem, a dyżurny zaraz do mnie, żebym tu od razu leciał, zanim ekipa techniczna przyjedzie, żeby wszystko zabezpieczyć, żeby nikt tu się nie kręcił. To przyszedłem i tych rybaków spisałem…

– Rybaki? Znaczy wędkarze? – upewniał się Brodziak.

– No tacy, co to lubieją se kija pomoczyć czasami. – Sierżant uśmiechnął się.

– To tu, w tym ścieku, są jeszcze żywe ryby? – zdziwił się Marcinkowski.

– He, he! A kto powiedział, że są? – zaśmiał się Makarczuk. – Oni przyłażą se tu posiedzieć, żeby się z chaty na trochę urwać. Przynajmniej nikt im nie brynczy do ucha. A jak przy okazji na haczyk złapie się jakaś przymulona płotka, to znaczy się, że warto było iść nad Wartę.

– No to jakbyś chciał, Fred – Brodziak spojrzał z uśmiechem na Marcinkowskiego – to mogę ci gdzieś załatwić wędkę.

Ten, machnąwszy ręką, zrobił dwa kroki w kierunku zwłok.

– Dobra, sierżancie, w takim razie macie trochę roboty przed sobą. Pokręćcie się po terenie i pogadajcie z ludźmi. Jak chcecie, możecie wziąć ze czterech młodych do pomocy – zaordynował Mirek.

Makarczuk podrapał się po nosie, a potem splunął pod nogi.

– Obywatelu poruczniku, a na cholerę mi oni? Tylko złe wrażenie na osiedlu robią. Wiara z zomowcami nie będzie gadać. Ja wolę sam połazić, bo ja tu jestem u siebie i mnie wszyscy znają. Jak ktoś ma coś powiedzieć, to na pewno mi, a nie im. Ja jestem tutejszy, znaczy sąsiad, bo mieszkam tu, w tym drugim bloku, tam za tą deską. – Wskazał na ogromny wieżowiec, którego zwieńczenie ozdabiał nieświecący od dawna neon z napisem „Osiedle Młodych”.

– Nie to nie. Chciałem wam pomóc. Ale weźcie chociaż tego, co tam stoi przy ścieżce. – Brodziak głową wskazał na Blaszkowskiego. – Tu się nie przyda, bo jeszcze nam zemdleje z wrażenia i będziemy musieli się nim zajmować, a od was może się czegoś nauczyć.

Godzina 6.30

Chorąży Teofil Olkiewicz jak każdy normalny człowiek lubił sobie dłużej pospać. I gdyby mógł, to do pracy chodziłby na dziesiątą albo nawet jedenastą. Ale jego zawód był odpowiedzialny i wymagający. Często powtarzał tak swojej żonie Jadwidze, tłumacząc, dlaczego wraca do domu po nocy, w dodatku mocno pachnący alkoholem. – Człowiek musi się wtopić w społeczeństwo, żeby to społeczeństwo nie od razu zobaczyło, że ma czynność z milicjantem, bo inaczej by nigdy nikogo żaden milicjant nie złapał na złym uczynku. Dlatego trzeba się zachowywać jak społeczeństwo, które pije, bo jak kto nie pije, to zaraz jest podejrzany, że donosi.

Jadwiga nawet specjalnie nie przejmowała się tym jego piciem, bo Teofil był człowiekiem poważnym i do domu przynosił całą wypłatę, zgodną z paskiem kasowym co do najmniejszej złotówki. Ani grosza z pensji nie zostawiał sobie. A żona, doceniając tę jego finansową lojalność, wykupowała dla niego wódkę z jej i jego kartek, a także papierosy, żeby chłop miał co palić. Tajemnicą pozostawało, za co pije codziennie, ale nie był to problem, który szczególnie ją nurtował. – Jak jest chłop obrotny, to se musi radzić w życiu – mówiła sąsiadce Szymczakowej, która kiwała ze zrozumieniem głową, choć wcale nie była taka pewna, czy każdy obrotny chłop radzi sobie tak, jak mówiła Olkiewiczowa. Jej był obrotny, ale sobie nie radził z niczym, szczególnie w sprawach łóżkowych. Radziła sobie za to Szymczakowa, bo za każdym razem, gdy jej mąż wyjeżdżał służbowo, a jako zaopatrzeniowiec robił to nader często, zachodził do niej Olkiewicz, by sprawdzić, jak też sama sobie radzi w domu bez chłopa.

Wczoraj Teofil też był u Szymczakowej. Wcale nie zamierzał do niej zachodzić, ale po drodze do swojego mieszkania na trzecim piętrze zauważył, że w drzwi Szymczaków wciśnięta jest pinezka. To był ich tajny sygnał. Oznaczał, że można śmiało wchodzić i liczyć na różne atrakcje. Choć sama Szymczakowa nie była wcale specjalnie atrakcyjna. Czterdziestoletnia chuda blondynka z nieco wystającą dolną szczęką i pociągłą twarzą na pierwszy rzut oka przypominała kobyłę. Ale jej największym atutem był barek pełen wódki. Bo Szymczakowa była kierowniczką sklepu monopolowego, tego na Górnej Wildzie, i jako kierowniczka nie musiała przejmować się kartkami na alkohol. Codziennie mogła przynosić z roboty tyle wódki, ile jej się tylko zachciało. No więc przynosiła, a Teofil korzystał z wielką przyjemnością, tym bardziej że po wypiciu butelki łatwiej mu było czerpać z pozostałych, mniej kuszących uroków sąsiadki.

Dziś od świtu pracował jednak nad zdywersyfikowaniem swoich źródeł zaopatrzenia. Uważał bowiem, że jako człowiek czynu nie może liczyć tylko na to brzydkie babsko, ale powinien mieć własne źródło stałego zaopatrzenia. Dlatego wraz z sierżantem Kryspinem Obrębskim, starym kumplem, z którym zaczynał pracę jeszcze w latach sześćdziesiątych w komisariacie Poznań Stare Miasto, umówili się na Rynku Łazarskim. Obrębski był tu u siebie, bo Łazarz to była jego dzielnica. Tu się urodził, wychował i w końcu objął posadę dzielnicowego. Znał więc każdy kąt, każdą dziurę w płocie i każdego miejscowego szuszwola.

Ubrany jak zwykle w swoją ulubioną szarą marynarkę opiętą na pokaźnym brzuchu, mierzący niecałe metr sześćdziesiąt Teofil dostrzegł Obrębskiego z daleka i pomachał do niego ręką. Milicjant stał oparty o blat ciągnący się wzdłuż niebieskiej budki RUCH-u i palił papierosa. Zauważywszy kolegę, rzucił niedopałek na ziemię i ruszył w jego kierunku. Teofil podążał drobnym kroczkiem od strony Głogowskiej, na którą przyjechał tramwajem. Nie miał własnego samochodu i nigdy nie zamierzał wydawać pieniędzy na takie zbytki. W końcu w Poznaniu wszędzie można było dojechać bimbą. Nawet tak jak dziś na akcję milicyjną.

– Szacuneczek, Kryspin. Co tam u ciebie? – zawołał Teofil, poprawiając jednocześnie niesforną zaczeskę przykrywającą łyse czoło.

– U mnie jak zwykle dobrze, a nawet lepiej. Ale najlepiej to będzie, jak się wykona robotę i będzie się można napić – mówiąc to, Obrębski przełknął ślinę, bo najwyraźniej był spragniony. Zresztą świadczyły o tym mocno zaczerwienione oczy.

– No to o czym my tu jeszcze gadamy? – Olkiewicz klepnął kolegę w ramię. – Trzeba się brać do pracy, bo niedługo muszę iść do roboty. O dziewiątej mam się zameldować na komendzie.

Dzielnicowy pokiwał głową ze zrozumieniem. On też miał o ósmej naradę dzielnicowych, więc musieli się szybko uwinąć. Tym bardziej że akcja, którą przygotowali i właśnie wprowadzali w życie, była milicyjno-prywatną inicjatywą. Działali więc jak milicja, ale efekty, na które liczyli, zamierzali spożytkować we własnym zakresie.

– Gdzie to jest? – zapytał Teofil, obrzucając badawczym spojrzeniem plac targowy, na którym uwijały się tłumy kupujących i sprzedających. Tu codziennie już od samego świtu było tłoczno jak w ulu, bo na tym targowisku można było kupić i sprzedać dosłownie wszystko, czyli wszelkie towary, które nie były dostępne w państwowej sprzedaży. Ludzie handlowali więc enerdowskimi ciuchami dla niemowląt, czechosłowackimi słodyczami, radzieckimi kalkulatorami, bułgarskimi olejkami różanymi, ale przede wszystkim przywożonymi z Zachodu ubraniami, płytami i kasetami magnetofonowymi. Ostatnio prawdziwym hitem były kasety wideo z nagranymi filmami, których próżno było szukać w naszych kinach.

Jednak obu milicjantów nie interesował żaden z tych towarów. Nie obchodzili ich też oszuści, którzy grali na odwróconym do góry dnem koszu na śmieci w trzy karty i naciągali naiwniaków na grubą forsę. Milicjant po cywilnemu i ten drugi, mundurowy, przecisnęli się przez tłum i weszli do bramy jednej z kamienic we wschodniej pierzei rynku. Tak jak w większości takich bram śmierdziało tu zgnilizną i kocimi szczynami. Ale kto by się przejmował takimi drobnymi niedogodnościami. Olkiewicz splunął tylko pod nogi, a jego kolega kopnął czarno-białego kundla, który nawinął mu się pod nogę i zaraz uciekł z podwiniętym ogonem w głąb podwórka.