Szybki szmalTekst

Z serii: Aneta Nowak #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Beata Mes

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© FXQuadro/Shutterstock

© by Ryszard Ćwirlej

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2020

ISBN 978-83-287-0636-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Spis treści

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Epilog

Prolog

Wronki

Wtorek

18 grudnia 1984

Godzina 2.35

Wszyscy trzej drżeli z zimna i ze strachu. Głowy mieli spuszczone, a wzrok wbity w znoszone, filcowe kapcie. Ten najmłodszy, ośmiolatek, jeszcze nie zorientował się, o co chodzi. Dopiero niedawno przyjechał z Piły. Ale ci dwaj starsi, mimo że mieli już doświadczenie, bo kilka razy byli na strychu, też się bali. Oni doskonale wiedzieli, co będzie się działo za chwilę, dlatego po ich policzkach spływały łzy, które ocierali rękawem albo wierzchem dłoni.

Zawsze bali się nocnych dyżurów swojego wychowawcy. Choć nie zawsze po nich przychodził. Robił to tylko wtedy, gdy był pijany. Dziś, piętnaście minut temu, wszedł do ich pokoju, zapalił światło i kazał wstawać dwóm starszym chłopcom. Gdy ci byli już gotowi do wyjścia, jego spojrzenie zatrzymało się na łóżku pod oknem. Tam spał nowy. Jego też zbudził. W zupełnej ciszy poprowadził ich na zimny strych.

Mężczyzna siedział teraz na starym, wysłużonym fotelu. Obok stał drewniany taboret, a na nim szklana podstawka, pełniąca funkcję popielniczki, w której tlił się niedogaszony papieros. W dłoni trzymał butelkę wódki. Pociągnął spory łyk, po czym zakręcił flaszkę i odstawił ją na blat taboretu.

– Ty, mały, jak się nazywasz? – Wskazał na nowego.

– Ja?

– A do kogo mówię?

– Ja, Mieciu.

– Ściągnij gacie, Mieciu.

– Co?

– Głuchy jesteś? Ściągaj gacie, już!

Mieciu popatrzył na mężczyznę z niedowierzaniem, a potem na kolegów stojących obok. Ale w ich twarzach nie widział żadnej iskry zrozumienia. Wzrok mieli wbity w podłogę, jakby tam mogli znaleźć jakiś ratunek.

– Ściągaj je, gnojku! Ale już! – krzyknął nauczyciel.

Po twarzy chłopca popłynęły łzy. Chwycił drżącą ręką spodnie od piżamy i powoli pociągnął je w dół.

– No ładnie – powiedział wychowawca, podchodząc bliżej. – Ale masz malutkiego ptaszka. Widzicie – spojrzał na dwóch starszych chłopców – malutki ptaszek do siusiania. Nie to, co wasze. Wy już wiecie, co można zrobić z ptaszkiem, nie? Lubicie się pobawić z wujkiem, co? No powiedzcie, że lubicie, kurwa! Wiem, że lubicie!

Skinęli głowami.

– Widzisz, Mieciu, oni to lubią i wcale się nie boją. Bo wiedzą, że ich tu żadna krzywda nie spotka. Co najwyżej poliżą sobie lodzika. Lubicie lody, chłopaki?

Żaden się nie odezwał.

– Lubicie lizać lody czy nie? – krzyknął zniecierpliwiony brakiem odpowiedzi.

– Lubimy – odburknął ten wyższy.

– No widzisz, lubią. Ty też niedługo polubisz. A teraz odwróć się, Mieciu.

– Co?

– Odwróć się i wypnij dupę do mnie.

– Ale za co? – Chłopiec najwyraźniej domyślił się, że czeka go lanie.

– Za nic. Zaraz zobaczysz, jakie to może być przyjemne.

– Co?

– Odwracaj się i wypinaj tyłek.

Chłopak pochylił się zgodnie z poleceniem. Zacisnął mocno zęby i zamknął oczy, czekając na uderzenie. Musiał coś takiego przeżywać już nie raz. Może zanim trafił do sierocińca, w swoim rodzinnym domu dostawał pasem za karę. Tym razem nie doczekał się uderzenia. Poczuł za to na pośladku delikatny dotyk ręki. Przeszył go zimny dreszcz.

– Całkiem niezła. Nada się. Co myślicie, chłopaki? Nada się ta mała dupa?

Obaj chłopcy szybko przytaknęli, licząc zapewne, że im się upiecze. Skoro zainteresował się nowicjuszem, to im da spokój. Ale zaraz rozwiał ich nadzieje.

– Czekać tutaj, wy obaj, za chwilę do was wrócę, a ty, mały, chodź ze mną.

– Gdzie?

– Tam, na materace. – Wskazał stertę porozrzucanych starych sienników. – Idź tam i uklęknij. No dalej, ruszaj się!

Pchnął go delikatnie i zaraz odwrócił się do dwóch pozostałych.

– A wy sobie nie myślcie, że o was zapomniałem. Najpierw sprawdzę jego, a potem zajmę się wami. Zabawa dopiero się rozpoczyna.

Znowu pociągnął łyk wódki z butelki, po czym postawił ją na taborecie. Wygrzebał z kieszeni marynarki papierosa, przypalił go zapalniczką, zaciągnął się kilka razy i odłożył na szklany spodek. W końcu ruszył w kierunku klęczącego chłopca.

– No co, Mieciu, nie mogłeś się już doczekać. Ja ci teraz pokażę, jak możemy się ładnie zabawić. Oprzyj się na łokciach i wypnij dupkę. O, tak.

– Jak zacznie z małym, spierdalamy stąd. – Wyższy chłopak nachylił się do swojego piegowatego kolegi.

– Dogoni nas – odpowiedział piegus cicho.

– Jak go zacznie ruchać, to nie pobiegnie za nami. Spierdolimy do kotłowni. Nie da rady nas znaleźć.

– O Jezu! – zawołał Mieciu. – Boli!

– Cicho bądź, gówniarzu.

– Auuu! – krzyczał chłopiec.

– Spierdalamy, bo jak skończy, będziemy musieli mu lizać kutasa, no dalej!

– Jezu, nie, auuu! Boli!

– Zamknij się, gnoju!

– Auuu!

– Nie! Pierdolę go! – rzucił twardo piegowaty. Podszedł do taboretu i chwycił butelkę. Była opróżniona do połowy. Nim jego wyższy kolega zorientował się, o co chodzi, piegus podbiegł do pochylonego nad Mieciem mężczyzny i z całej siły walnął go flaszką w głowę. Nie rozbiła się, za to na czole wychowawcy natychmiast pojawiła się krew. Zdziwiony spojrzał na napastnika i już chciał coś powiedzieć, gdy drugi cios trafił go w skroń. Butelka rozsypała się w drobny mak, a wódka rozlała na goły tors wychowawcy i spłynęła na materace. Mężczyzna aż się zatoczył. Mieciu wykorzystał chwilę i na czworakach uciekł w kąt, chroniąc się za grubą, drewnianą belką. Wychowawca opadł na bok, przez chwilę wspierając się na ręce. I wtedy przyjął trzecie uderzenie. To było zdecydowanie najmocniejsze. To ten wyższy i najsilniejszy z chłopaków wziął do ręki taboret i złapawszy go za nogę, uderzył tak mocno, że siedzisko rozleciało się na kawałki. Nauczyciel bez oznak życia runął na plecy.

– Chodź, Mieciu, uciekamy stąd! – Piegus poszedł po ukrytego za belką chłopca, który niezdarnie próbował naciągnąć pasiaste spodnie od piżamy na gołe nogi. Pomogli mu się ubrać, po czym chwycili szlochającego malca pod ręce i poprowadzili między sobą ku wyjściu ze strychu. Żaden z trójki chłopców nie obejrzał się za siebie, tam gdzie leżał ich nieprzytomny oprawca i wychowawca.

Godzina 3.20

Coś go obudziło. Nie wiedział, czy to sen, czy coś dotarło do jego świadomości z zewnątrz. Otworzył oczy i przez chwilę leżał wpatrzony w ciemność. Przez szybę okienną z łóżka dostrzec można było gwiazdy. Nie znał się na konstelacjach i nie wiedział, jak się nazywają, postanowił jednak sobie już dawno, że jak będzie miał trochę więcej czasu, jak pójdzie na emeryturę, to kupi lunetę do obserwacji nieba. I wtedy będzie już oglądał je co noc i przyporządkowywał tym bezimiennym dziś punktom konkretne nazwy, zaczerpnięte z niemieckiego atlasu. To była taka stara książka, którą znalazł kiedyś na strychu. Napisana szwabachą nie nadawała się do czytania dla kogoś, kto, tak jak on, nie znał niemieckiego. Ale za to miała wewnątrz kilka kolorowych map przedstawiających gwiaździsty nieboskłon. Dokładnie były to cztery mapy i jak się domyślił, rozszyfrowując podpisy pod nimi, przedstawiały niebo podczas czterech pór roku. Każda gwiazda była podpisana, na szczęście, łacińską nazwą. A łacinę trochę znał. Może nie na tyle dobrze, by swobodnie czytać łacińskie teksty, ale pojedyncze słowa mógł zrozumieć.

Plan na emeryturę był więc opracowany, brakowało tylko sprzętu do obserwacji. U optyka lunet nie było, zresztą niczego tam nie było, więc szukać po sklepach nie musiał. Trzeba by spróbować na targowisku, najlepiej u Ruskich, co to przywożą różne towary i sprzedają u nas. U nich robi się dobre lornetki, to i pewnie teleskopy też mają… Rozmyślania o emeryturze przerwało gwałtowne pukanie do drzwi. Uniósł nieco głowę, bo pomyślał, że mu się zdawało.

– Panie derektorze, panie derektorze!

– Już idę. Co tam? – Dyrektor Jan Kurzawski, szczupły, lekko łysiejący na skroniach pięćdziesięciolatek, usiadł na łóżku i potarł zaspane oczy. – Idę, idę, tylko muszę się ubrać!

Zapalił lampkę nocną i ze zdziwieniem dostrzegł, że strzałki na cyferblacie budzika wskazują dwadzieścia po trzeciej.

– Co jest, do cholery! – mruknął do siebie. – Już lecę! – zawołał w głąb mieszkania i natychmiast odpowiedział mu głos zza drzwi.

– Panie derektorze, szybko! – Rozpoznał chrapliwy głos stróża i palacza w jednej osobie, Marczaka. – Już idę, przecież się nie pali – rzucił, przekonany, że znów jakiś dzieciak dostał sraczki albo diabli wiedzą, co jeszcze. Dzieciaki ciągle chorowały, a jak głupi wychowawcy nie wiedzieli, co zrobić, to zaraz lecieli do niego. Nauczyciele, a nie stróż… Ten nie przybiegłby do niego w nocy z błahego powodu.

 

– Co się dzieje? – zawołał, szukając jednocześnie czegoś, co mógłby na siebie wciągnąć.

– Pali się, no, panie derektorze, pali się, no, kurwa. Na górze się pali, że aż dym idzie!

– O ja pierdolę! – Szybko wciągnął na nogi wojskowe spodnie od dresu, na bose stopy wsunął trampki, a na górę założył koszulkę gimnastyczną. Nie było czasu na szukanie swetra. W końcu jak się pali, to będzie gorąco, przez głowę przebiegła mu idiotyczna myśl.

Dopadł do drzwi i już był na korytarzu. Roztrzęsiony Marczak wyglądał, jakby miał się zaraz popłakać.

– Panie derektorze, no, Matko Bosko, tam jest dym…

– Gdzie się pali? – przerwał mu bezceremonialnie.

– Na strychu chyba, no. Dym idzie!

– Ewakuacja, natychmiastowa ewakuacja!

– Tak, jest już na pierwszym pani Banachowa. Już, no, budzi dzieciaki. Na drugim też, no, słychać, że ruch jest… no!

Rzeczywiście, piętro wyżej huczało jak w ulu, usłyszał podniesione głosy i płacz dzieci. W powietrzu było czuć ostrą woń spalenizny.

– Dobra! Biegnę do góry, a pan natychmiast do biura i na straż dzwonić!

– Na milicję chyba, no bo u nas straży nie ma, co innego w Szamotułach, no, tam jest straż, a u nas ino OSP…

– Dzwoń pan, gdzie się da, i niech przyjeżdżają!

Klepnął stróża w ramię i zostawiwszy go na korytarzu, pognał ku schodom.

Godzina 3.25

– Halo, Komenda Miejska Milicji Obywatelskiej, co się…

– Pali się, jak Boga kocham, no pali się!

– Co się pali?

– Co, no to ja nie wiem. Na strychu. No!

– Spokojnie, obywatelu, jeszcze raz powiedzcie, kto wy jesteście i o co się rozchodzi.

– Kurwa, przecie no mówię, że się strych pali. Dym idzie z góry i widać ogień!

– Ale gdzie dokładnie? – Dyżurny posterunku MO we Wronkach chciał mieć pewność, co i jak, zanim zarządzi akcję. Bo żeby wydać polecenia do wyjazdu, wolał mieć wszystko udokumentowane czarno na białym, żeby nikt mu później nie powiedział, że czegoś nie dopatrzył.

– No u nas w sierocińcu, no!

– Na ulicy…

– Nie na ulicy, ino wew budynku, no na strychu.

– Na jakiej ulicy jest ten strych, znaczy się ten budynek?

– No na Mickiewicza, a niby gdzie ma być? Pan nie z Wronek czy jak?

– Odpowiadać na pytania, a nie gadać! A wy jak się nazywacie?

– Marczak Kazimierz, syn Alojzego.

– Słuchajcie, Marczak, to powiadacie, że gdzie się pali?

– No u nas, w sierocińcu.

– A co wy robicie w tym sierocińcu?

– No jak co? No ja palę.

– Co palicie?

– Węgiel w piecu. Ja palacz jestem i stróż. I na ogniu to ja się znam. I wiem, jak co się pali, to jak to wygląda. I wew związku z tym powiadam, że się pali na strychu, że ja pierdolę!

– No dobra, Marczak, to ja teraz zarządzę alarm i straż do was pojedzie. To jak pojedzie, to ma się tam palić, znaczy, że żeście nie nakłamali.

– Pod Bogiem, że nie, no nie! Pali się, a dym idzie, że aż strach!

– Dobra, Marczak. To idźcie otworzyć bramę, żeby straż mogła wjechać.

– Tak jest, już lecę! Aha, bramę otworzyć, no. Już otwieram. Dawajcie ino szybko tę straż!

– I jeszcze…

Sierżant Maciej Majcherek chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w słuchawce rozległ się długi sygnał. Stróż Marczak zakończył rozmowę i pewnie, zgodnie z poleceniem, pobiegł otwierać bramę wjazdową na dziedziniec dawnego klasztoru franciszkanów, w którym od wielu lat mieścił się dom dziecka. Milicjant odłożył więc słuchawkę na widełki i telefonem alarmowym połączył się z dyżurnymi straży pożarnej w trzech remizach. Wszystkie były jednostkami Ochotniczej Straży Pożarnej.

– OSP Wronki, OSP Wromet, OSP Spomasz, tu Komenda Miejska MO we Wronkach!

– OSP Wromet zgłasza się!

– OSP Wronki zgłasza się!

– OSP Spomasz zgłasza się!

– Mamy zgłoszenie pożaru na strychu sierocińca przy Mickiewicza. Powtarzam, pożar na strychu sierocińca. Udać się na miejsce i przystąpić do akcji ratowniczo-gaśniczej.

– Przyjąłem! – odpowiedział każdy z dyżurnych.

Sierżant przerwał połączenie. Odłożył słuchawkę telefonu alarmowego i chwycił mikrofon wewnętrznej łączności na częstotliwości milicyjnej. W mieście był gdzieś wóz patrolowy z dwoma funkcjonariuszami. Trzeba było ich też wysłać na miejsce. Może w gaszeniu nie pomogą, ale w ratowaniu pogorzelców jak najbardziej. Dyżurny właśnie uświadomił sobie, że w sierocińcu mieszka co najmniej setka dzieciaków.

– Tu centrala, 05, jak mnie słyszysz?

– 05 się zgłasza. Co jest, Maciuś, nudzisz się w nocy? – usłyszał całkiem przytomny głos sierżanta Jabłońskiego. Ucieszył się, że kolega jest w dobrej formie, bo chłopak lubił wypić, zwłaszcza na nudnym dyżurze. A już zimą to obowiązkowo, bo wiadomo, że na chłody najlepsza wyborowa. Dziś jednak chyba jeszcze za dużo nie wypił, bo tryskał energią.

– Nie nudzę się i wy za chwilę przestaniecie się nudzić.

– A co, jakiś pieprzony wypadek? Cholera by wzięła tych kretynów za kierownicą. Człowiek nie może spokojnie pracować…

– Nie wypadek, żaden wypadek. Sierociniec na Mickiewicza się pali. Lećcie najszybciej, jak się da, dzieciaki trzeba ratować. Musicie zarządzić ewakuację. Bo tam dzieciaki… pewnie w panice… no wiesz, w czym rzecz!

– O ja pierdolę! Lecimy. Odpalaj brykę! – Jabłoński krzyknął do swojego kierowcy. – Ja pierdolę! Jedziemy!

– Melduj, co i jak, jak będziesz na miejscu.

– Zrozumiałem. Bez odbioru! Jak się nie zamelduję w ciągu dziesięciu minut, to znaczy, że nie mam czasu. Wysyłaj tam na pomoc, kogo się da!

Połączenie zostało przerwane, a dyżurny milicjant, sierżant Majcherek, postanowił nie czekać. A co tam, pomyślał, najwyżej mnie jutro opierdolą za nadgorliwość. Sięgnął po słuchawkę i zaczął po kolei obdzwaniać kolegów milicjantów, którzy mieszkali w pobliżu sierocińca. Każdy z nich mógł się na coś przydać.

Godzina 3.30

Mało brakowało, a rozbiłby głowę o otwierające się z impetem drzwi do jednego z pokoi. Wybiegła z nich ubrana w szlafrok nauczycielka Banachowa.

– Panie dyrektorze, pali się na górze!

– Niech pani zbierze wszystkie dzieci i do drzwi, a potem na zewnątrz!

– Ale jest mróz!

– To niech zabierają ciepłe rzeczy, koce i niech wychodzą!

– Dzieci już pobudzone, już się ubierają…

Rzeczywiście, teraz do niego dotarło, że zza jej pleców, z głębi pokoju, dochodził coraz głośniejszy płacz.

– Niech im pani powie, że nic się nie dzieje i w ogóle… no, wie pani… Nie ma strachu!

– Powiem, powiem, tylko co z nimi, jak wyjdziemy na dwór?

Zostawił ją z pytaniem zamarłym na ustach. Nie było czasu do stracenia.

Na schodach minął grupę zbiegających w dół chłopców, popędzanych przez wuefistę Langnera. Ci byli znacznie bardziej zdyscyplinowani niż dziewczynki. Ubrani jak do szkoły, w czapkach, rękawiczkach i szalikach, popędzali się wzajemnie.

– Na dół, szybko! – dyrektor pogonił ich na wszelki wypadek i pobiegł wyżej. Na korytarzu drugiego piętra było już pełno dymu. Wszystkie drzwi do pokoi były pozamykane. Nigdzie nie było widać wychowawcy Janiaka. To on dziś tu dyżurował. Tu były najmłodsze dzieci. One zazwyczaj spały najtwardszym snem. Podbiegł do pierwszych drzwi. Otworzył je i zapalił światło.

– Wstawać! – zawołał. – Wstawać i uciekać na dół!

– Co się stało? – zapytała jedna z dziewczynek.

– Pali się. Uciekajcie, już! Zabierajcie swoje rzeczy i ubierzecie się na dole.

– A buciki też?

– Też!

– Tu śmierdzi dymem! – zawołała przestraszona rudowłosa Iwonka.

– Uciekać, szybko, już!

Dziewczynki zaczęły krzyczeć jedna przez drugą. Kilka się rozpłakało.

– Nic wam nie będzie. Ale szybko, wychodzić!

Pierwsze dwie wybiegły na korytarz. Kolejne jednak zbierały się wolno. Gdzieś w górze dało się słyszeć trzask pękających desek. Spojrzał z przerażeniem na sufit, sklepienie jeszcze się trzymało.

– Schodzimy, dziewczynki! Już!

Płakały, ale posłusznie wychodziły. Nie było czasu na tłumaczenia. Zostawił je i pobiegł do następnych drzwi.

– Wstawać! Dzieci, wstawać! Schodźcie na dół w piżamkach. Zabierajcie swoje rzeczy i na dół! – krzyknął i już gnał do kolejnego pomieszczenia. To był pokój wychowawcy. Pociągnął za klamkę.

– Janiak, wstawaj do cholery!

Nikt nie odpowiedział. Zapalił światło. Pościel na łóżku była w nieładzie, a po nauczycielu ani śladu.

– Kurwa! – Wybiegł na korytarz. Dymu było coraz więcej. Wrócił ku schodom.

– Gustaw! Gustaw!

– Co?

– Chodź tu, na drugie. Niech twoi schodzą sami. I weź na górę ze sobą kilku najstarszych chłopaków. Niech pomogą schodzić dziewczynkom!

– Ale oni…

– Chodź, do cholery ciężkiej!

Jeszcze dwa pokoje. Ten z prawej. Tu drzwi były już otwarte, a światło zapalone. Dzieci wychodziły, przepychając się wzajemnie.

– A pan Janiak tu był? – zapytał Zosię, najstarszą w grupie, która wyprowadzała maluchy.

– Ja jestem dyżurną – poinformowała dyrektora. – A pana Janiaka nie widziałam teraz. Wcześniej był, znaczy wieczorem – zameldowała przejęta i pociągnęła płaczącą koleżankę za rękę. Obie pobiegły w kierunku wyjścia. Za nimi pozostałe dzieci z pokoju. Dookoła słychać było krzyki i nawoływania. Dyrektor spojrzał za siebie. Przy schodach ustawili się dwaj chłopcy z najstarszej grupy i popędzali uciekinierów. Dwaj inni pobiegli do sali, w której jeszcze były dzieci. To oznaczało, że zaraz je stamtąd wyprowadzą. Znów coś zaskrzypiało u góry, a potem gruchnął jakiś ciężar, budząc popłoch wśród maluchów. Na szczęście został już tylko jeden pokój. Czwórka, w której mógł być Janiak. A co on miał w tej czwórce robić? – zastanawiał się dyrektor, biegnąc na koniec korytarza. Czwórka położona była najdalej, tuż przy schodach prowadzących na strych. Dym, ciężki i smolisty, zaczął wypełniać cały korytarz. Nic już nie było widać, ale on wiedział, gdzie jest pokój. To tylko kilka kroków. Zdjął podkoszulek i zasłoniwszy nim twarz, nos i usta, wskoczył w ciemność. Trzy kroki, cztery i już był przy drzwiach. Otworzył je silnym szarpnięciem. Wcisnął włącznik światła, ale lampy się nie zapaliły. Przebiegł całe pomieszczenie i znalazł się przy oknie. Musi je otworzyć. Inaczej się udusi. Stara klamka zaskrzypiała. Przekręcił i mocno pociągnął. Okiennice rozwarły się szeroko i od razu poczuł wpadające do środka zimne powietrze. Wciągnął głęboki haust w płuca. Poczuł ulgę. W poświacie księżyca dostrzegł kilka łóżek. Na każdym leżało dziecko. Dym się rozwiał. Już nie był tak gryzący i duszący. Spojrzał w górę. Wpływał do środka przez kratkę wentylacyjną.

– Wstawajcie! – zawołał ochrypłym głosem. Ale nikt się nie ruszył. Na prawo spała może sześcioletnia dziewczynka. Potrząsnął ją za ramię. Jęknęła, ale nie otworzyła oczu. Ten cholerny dym, pomyślał. Musiały się zaczadzić. Wiedział, co to oznacza. Trzeba je wynieść jak najszybciej na świeże powietrze.

Pochylił się nad dzieckiem, uniósł w górę i przerzucił sobie przez ramię. Drugie, z łóżka obok, chwycił prawą ręką i przytrzymał pod pachą. Tak obciążony wybiegł na korytarz. Tu dymu było jeszcze więcej. Trzeszczenie w górze się wzmogło. Cały strych zaczął przeraźliwie jęczeć. Byle tylko zdążyć, zanim to wszystko runie w cholerę! – mówił do siebie w myślach. Wstrzymał oddech i pognał ku schodom. Tu wpadł na Langnera, który zziajany biegł z dołu. Dopiero teraz zauważył, że nauczyciel ma rozbitą głowę.

– Co ci się stało?

– Nic, nieważne. Pieprznąłem się o szafkę.

– Masz je i znoś na dół! – Podał mu nieprzytomną dziewczynkę. Drugą odebrał od niego piętnastoletni Darek. – Lecę z powrotem. W czwórce wszystkie zaczadzone.

– Pójdę z tobą – zaoferował Langner.

– Nie, weź ją na dół! A potem odbieraj ode mnie następne i wynoś na powietrze. Muszą na dwór. Tu za dużo dymu. Niech im robią sztuczne oddychanie, ale na zewnątrz!

Coś ciężkiego zwaliło się nad ich głowami. Nauczyciel i uczeń popędzili w dół. A dyrektor zaczął owijać sobie twarz koszulką. Zostało jeszcze sześć dziewczynek. Za chwilę będzie miał je wszystkie przy schodach. Uda się. Musi się udać. Do pokoju było zaledwie dziesięć metrów. Nim ruszył, Langner był już przy nim.

– Kazałem ci iść…

– Oddałem małą chłopakom! – powiedział i przyłożył sobie koszulkę do nosa. Obaj skoczyli w dym akurat w chwili, gdy nad ich głowami potężny wstrząs targnął sufitem…

Godzina 3.40

Adamiak przekręcił klucz w stacyjce stara i nic. Na zewnątrz było jakieś minus piętnaście, ale tu, w garażu, musiała być temperatura dodatnia. Mimo to wysłużony silnik dwudziestoletniego wozu nie chciał zaskoczyć.

 

– Boże, kurwa, pomóż! – warknął kierowca i silnik jęknął jak potępiona dusza, a potem wystartował. Przez chwilę kręcił z mozołem, jakby miał zdechnąć, ale Adamiak nie dał mu szansy. Czuł, że już go złapał za łeb. Wyczekał do odpowiedniego momentu i wtedy lekko przygazował. Motor zaskoczył, a mocniej wciśnięty pedał gazu dodał mu mocy i obrotów. Wóz bojowy był gotowy do akcji. Kierowca przycisnął więc klakson, by dać znać kolegom, żeby się pośpieszyli. Cały pięcioosobowy zespół zebrał się w zaledwie pięć minut. Nie było z tym większego problemu, bo wszyscy strażacy ochotnicy byli w pracy na nocnej zmianie. Tak to już od dawna organizowano w Zakładach Sprzętu Grzejnego Predom Wromet – fabryce znanej w całej Polsce z produkcji kuchenek gazowych – że na każdej ze zmian, nocnej, porannej i popołudniowej, zawsze musiała być pełna załoga strażacka. „Bezpieczeństwo przede wszystkim”, twierdził szef jednostki, który odpowiedzialny był za grafik i pilnował tych strażackich obsad z wielką pieczołowitością. Przecież w takiej wielkiej fabryce pożar mógł wybuchnąć w każdej chwili. Dlatego na strażaków Wromet dawał porządne pieniądze, dzięki czemu mieli najlepszy sprzęt w mieście. Tylko wóz był stary. Ale o nowym nie było co marzyć. Nowe szły do jednostek zawodowych, a oni, strażacy ochotnicy, musieli pracować na wyeksploatowanych starach.

Drzwi szoferki otworzyły się i do środka zaczęli ładować się koledzy, ubrani w kombinezony ochronne i kaski.

– Co się dzieje? – zapytał Filipiak, dowódca drużyny, wciskając się na miejsce z przodu.

– Pożar w domu dziecka – wyjaśnił kierowca Adamiak, który dziś był na dyżurze strażackim i wszczął alarm, używając zakładowego radiowęzła. Jego sygnał docierał do wszystkich hal produkcyjnych.

– O ja pierdolę! – zaklął dowódca. – Szykować maski p-gaz – zaczął natychmiast wydawać polecenia, przekrzykując wycie syreny. – Może być zadymienie, na hełmy nakładamy latarki czołowe! Sprawdzać, czy wszystko działa. Na miejscu ja z kierowcą rozwijamy wąż i rozkładamy drabinę, jeśli będzie taka potrzeba, a Orlik, Szymkowiak i Kaliszan wchodzą do środka i sprawdzają sytuację wewnątrz – zarządził.

Gdy brama remizy się rozchyliła, Adamiak natychmiast wyjechał na zewnątrz. Przystanął na chwilę, by zabrać ostatniego z drużyny, który otworzył wrota. Gdy mężczyzna wskoczył do środka, włączył koguty wraz z syreną i wóz bojowy ruszył przed siebie. Na szczęście do ulicy, przy której stał dawny klasztor, a teraz dom dziecka, nie było daleko. Od Wrometu zaledwie jakieś dwa kilometry. Przez puste o tej porze miasto przejechali w ekspresowym tempie. Minęli remizę miejskiej OSP, w której strażacy dopiero szykowali się do wyjazdu. Musieli przybiec z domu, więc wrometowcy mieli nad nimi przewagę, bo byli w nocy na nogach. Po chwili wjeżdżali już przez szeroko otwartą bramę sierocińca. Od razu dostrzegli czerwone języki ognia, które wydobywały się na zewnątrz, liżąc sporą połać dachu.

– Kurwa, już po dachu! – zaklął na ten widok Filipiak. – Rozkładamy drabinę i lejemy tam, ile wlezie.

– Pod warunkiem, że hydrant nie zamarzł – rzucił któryś ze strażaków siedzących z tyłu.

– Miejmy nadzieję. Panie Boże, dopomóż! – mruknął pod nosem dowódca i pognał do drzwi wejściowych. Zdziwił go kompletny brak ruchu na podwórzu. Przecież powinno tu kręcić się sporo dzieci. Niemożliwe, żeby wszystkie spały! Ktoś już musiał zarządzić alarm.

Zrozumiał, w czym rzecz, gdy otworzył drzwi od budynku. Korytarz pierwszej kondygnacji wypełniony był dziećmi. Mogło być ich pięćdziesiąt albo więcej. Wszystkie spojrzały na niego. Przez chwilę przypatrywał się im w milczeniu. Wreszcie jego spojrzenie natrafiło na wielkie ze strachu oczy nauczycielki.

– Po co tu stoicie? Wychodzić na zewnątrz, ale już!

– Tylko że na dworze zimno! – odpowiedziała przerażona.

– A tu za moment będzie gorąco jak w piekle. Dalej, wychodzić na ulicę, jak najdalej stąd. Wypieprzać, ale już! Biegiem na drugą stronę!

– Ale dokąd mamy iść? Przecież dzieci się pochorują.

– Nie wiem, do cholery. Na rynek idźcie. Na rynek!

– Idziemy, chodźcie! – kobieta w końcu podjęła decyzję. Dzieci zaczęły wybiegać na podwórko. Przez gęsty tłum przebili się trzej strażacy w maskach.

– Idziemy sprawdzić górę – zameldował strażak Orlik.

– Tylko uważajcie, żadnego niepotrzebnego ryzyka – przestrzegł ich dowódca, ale oni doskonale wiedzieli, jak się zachować. Przecież na takie właśnie sytuacje byli od zawsze szkoleni.

Godzina 3.45

Po chwili dyrektor znów był przy schodach, niosąc następne dwie dziewczynki. Dymu było coraz więcej. Nad głową wszystko trzeszczało i jęczało. Było tylko kwestią czasu, kiedy sufit zwali się na drugie piętro.

Z niepokojem zaczął szukać wzrokiem Langnera. Wuefista jednak gdzieś przepadł. Zobaczył za to strażaków, którzy rozglądali się bezradnie.

– Za mną panowie, tam są dzieci! – Wskazał za siebie i położywszy nieprzytomne dziewczynki na pierwszym schodku, pewny, że wuefista zaraz je zabierze, chciał znów ruszać do pokoju.

– Panie, przecież się pan zaczadzi. Nie ma pan maski.

– Nie zaczadzę się. To tylko parę kroków. Już tam byłem kilka razy!

– To my pójdziemy, a pan niech czeka. – Jeden ze strażaków próbował go powstrzymać.

– Nic z tego. Muszę wam pokazać, gdzie szukać. Nie ma czasu na pierdoły. Za mną!

Zasłoniwszy nos i usta dłonią, bo podkoszulka mu gdzieś wypadła, wskoczył w dym. Wstrzymując cały czas oddech, dotarł do kompletnie zadymionego pokoju. Niewiele się namyślając, chwycił krzesło i zaczął nim rozbijać szyby. Musiał złapać oddech za wszelką cenę. Jedna z szyb pękła z trzaskiem. To pomogło. Pęd powietrza zassał dym i porwał kłęby na zewnątrz.

– Kurwa mać! – krzyknął strażak. – Coś pan zrobił?!

– Żeby widzieć coś! Musiałem…

– Ogień nad nami dostał teraz tlenu! Zaraz to wszystko pierdolnie!

– Bierzcie dzieci!

Pierwszy strażak przerzucił sobie przez ramię nieprzytomną dziewczynkę. Jego koledzy zrobili dokładnie tak samo. Na ostatnim łóżku było jeszcze jedno dziecko. Dyrektor chwycił je i ruszył w ciemność, gdy nad głową znów usłyszał złowrogie trzaski. Teraz wyraźnie przybrały na sile. Dach walił się do środka na całej długości domu. Naraz poczuł, że robi mu się słabo. Jeszcze ze cztery kroki. Nogi ugięły się pod nim. Padł na kolana, cały czas trzymając dziecko w ramionach. Chciał zawołać strażaków, ale nie potrafił wydobyć z gardła żadnego dźwięku. Zaczął kaszleć. Dym znów dostał się do tchawicy i płuc. Poczuł ból w klatce piersiowej. Zakręciło mu się w głowie i już padłby na posadzkę, ale naraz poczuł, że ktoś łapie go pod ramiona i ciągnie w kierunku klatki schodowej. Jak przez mgłę dostrzegł postać w strażackim hełmie.

– Mam go! – usłyszał czyjś głos nad sobą. – A ty dokąd?

– Sprawdzić, czy tam jeszcze kto nie został – odparł drugi.

– Uważaj, strop trzeszczy, zaraz nam się to wszystko zawali na głowę.

– Dobra, idę…

– Nie! Nie trzeba – powiedział słabym głosem dyrektor. – Tam już nikogo nie ma. – Bolała go głowa i czuł, że zaraz zwymiotuje, ale cieszył się. Wszystkie dzieci zostały uratowane. To było najważniejsze.

– Spieprzamy na dół. Franek, weź to dziecko – usłyszał głosy strażaków dobiegające gdzieś z oddali. Rozluźnił uchwyt, gdy poczuł, jak ktoś odbiera od niego ośmioletnią Małgosię. Niczego już nie widział.

– Trzeba podać tlen! – rozpoznał znajomy głos wuefisty.

– A niby skąd?

– Nie macie na wozie?

– Na wozie to my mamy ino gaśnicę. Jak pogotowie przyjedzie, to mu podadzą, a teraz trzeba szybko na dwór go, żeby pooddychał.

Próbował wciągnąć powietrze, jednak wszędzie był dym. Na twarzy poczuł zimny powiew, ale zabrakło mu tchu…

Godzina 3.50

Policyjna nyska zatrzymała się przy chodniku. Sierżant natychmiast wyskoczył z auta. Z bramy sierocińca wysypywał się tłum dzieci.

– Panie milicjancie, co teraz z nami? – zapytał jakiś chłopiec.

– Zaraz coś wymyślimy. Gdzie są wasi wychowawcy?

– Pani Olga jest tam z tyłu. – Dziewczynka w czapce z pomponem pokazała ręką za siebie.

Sierżant Jabłoński dostrzegł kobietę, która przy drzwiach wskazywała dzieciom drogę.

– Kieruj je wszystkie na drugą stronę ulicy, o tam! – rozkazał kierowcy, plutonowemu Musze. – Ja wchodzę do środka!

Plutonowy rozłożył szeroko ręce i zaczął zaganiać dzieci jak kura pisklęta.

Sierżant tymczasem dotarł do nauczycielki.

– Kto jest jeszcze w środku? – zapytał.

– Dyrektor i strażacy weszli po dzieci na drugie piętro. A co my mamy robić, panie milicjancie?

– Na razie na chodnik, bo tu zaraz podjadą jeszcze wozy strażackie. Szybciej, przechodźcie! – wskazał przestrzeń za sobą.

Dzieci poszły za swoją wychowawczynią. Wszędzie słychać było pokrzykiwania i płacz.

– Dawać najmniejsze tutaj, do naszej nyski – zawołał plutonowy Mucha.

Na górze coś huknęło. Milicjant spojrzał w tamtą stronę. Kawał dachu zapadł się do środka, a języki ognia wyskoczyły na zewnątrz.

Sierżant znalazł się na schodach akurat w momencie, gdy na dole pojawił się wuefista Langner. Na umięśnionych ramionach niósł dwójkę nieprzytomnych dzieci.

– Co z nimi? – zapytał milicjant.

– Trzeba na powietrze, bo się zaczadziły.

– Ktoś jeszcze został na górze?

Nauczyciel skinął głową.

– Dyrektor i strażacy poszli po ostatnie dzieci.

– Dobra, chodź pan ze mną do radiowozu! – Pobiegł przodem, dopadł szoferki i wyszarpał koc z przedniego fotela. Poszedł na tył, gdzie w przedziale aresztanckim już rozsiadły się maluchy, zagonione tam chwilę wcześniej przez kierowcę.