Świt Wolności

Tekst
Autor:Ryk Brown
Z serii: The Frontiers Saga #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Czarne, nieoznakowane kalibri krążyły nad pozostałościami niegdyś największego placu targowego w całej Aitkennie. Po kilku strzałach z „Yamaro” plac ten, wraz z ciałami tych, którzy zostali zaskoczeni nagłym atakiem, zamienił się w stos betonu i stali. Z wielu wciąż tlących się pożarów unosiły się grube kolumny czarnego dymu.

Pięć maszyn podzielono na dwie grupy. W pierwszej z nich na czele znajdował się statek uderzeniowy, a tuż za nim podążały transportowce. Skręciły nad główną trasę, używaną przez pojazdy dostawcze i serwisowe. Większość mieszkańców Aitkenny korzystała z systemów transportu publicznego, takich jak kolejki jednoszynowe i metro. Istniały też trasy techniczne, przeznaczone dla usług i dostaw. Po jednej z nich miał się poruszać cel operacji.

– Wkraczamy w strefę walki – poinformował przez komunikator pojazd uderzeniowy.

– Obróć się nieznacznie w lewo, żebym mógł widzieć, co się dzieje – polecił Andre. Pilot natychmiast zareagował, a następnie kontynuował lot, przechylając się delikatnie na boki, żeby Andre mógł zobaczyć konwój pojazdów znajdujący się przed nim na jezdni.

– Atak Jeden, wyceluj w pierwszy i drugi wiadukt znajdujący się bezpośrednio przed tobą. Gdy konwój przejedzie pod pierwszym, zniszcz oba.

– Atak Jeden, zrozumiałem – odpowiedział pilot statku powietrznego.

– Atak Dwa, jak najszybciej umieść snajperów po obu stronach korytarza. Gdy tylko konwój stanie, trzymaj ludzi wewnątrz pojazdów w szachu, a my wylądujemy za nimi.

– Atak Dwa, zrozumiałem.

– Atak Trzy i Atak Cztery, czekajcie, aż wezwiemy was do ewakuacji.

Pozostałe dwa kalibri, które leciały pół kilometra za nimi i zostały skonfigurowane jako jednostki pasażerskie, potwierdziły rozkazy. Maszyna Andre wyrównała lot i celowo przemieściła się za maszynę uderzeniową, aby nie wpaść w strumień zawirowań po oddaniu strzałów.

– Dziesięć sekund do celu – zameldował pilot.

– Przygotować się do zrzutu! – zawołał Andre. Pilot przełączył system zabezpieczający pasażerów w tryb ewakuacji.

Czterej mężczyźni poczuli, że więzy ich uprzęży lekko się rozluźniły. Zwolniono liny na odpowiednią długość, aby wszyscy mogli się zsunąć z krawędzi pokładu i swobodnie zawisnąć pod statkiem. Jeden koniec każdej był umocowany do wciągarki wbudowanej w pokład, drugi został połączony z uprzężą pośrodku pleców, w punkcie równowagi. Zaraz po tym, jak zsunęli się z pokładu, liny napięły się tak, żeby utrzymać ich zwróconych poziomo plecami do spodu jednostki, która zanurkowała, przygotowując się do zawisu nad strefą zrzutu.

Już wisząc pod kadłubem, Andre zauważył, że cztery pociski wystrzelone ze statku lecącego przed nimi uderzyły jednocześnie w oba wiadukty. Gdy przelatywali nad kulą ognia, poczuł ciepło eksplozji. Zobaczył, że konwój czterech opancerzonych transporterów wojskowych zatrzymał się między zrujnowanymi wiaduktami.

Andre widział, jak Atak Dwa zrzuca snajperów po obu stronach korytarza. Kiedy jego statek znalazł się około pięćdziesięciu metrów za konwojem, strzelcy otworzyli ogień. Siły bezpieczeństwa Corinair próbowały opuścić pojazdy, aby zająć pozycje obronne, lecz zespoły atakujące były dobrze wyszkolone i powstrzymały przeciwników, zanim zdążyli się rozproszyć i znaleźć osłonę.

Maszyna Andre zawisła bezpośrednio nad strefą desantu, zaraz za konwojem.

– Zrzut, zrzut, zrzut! – oznajmił pilot wyćwiczonym głosem, gdy statek znalazł się dziesięć metrów nad jezdnią. Andre i pozostali trzej członkowie jego oddziału zaczęli się szybko opuszczać, a wciągarki wyhamowały w ostatniej sekundzie. To doświadczenie przypominało swobodny upadek i jak zwykle żołądek Andre dał mu o tym znać, jak tylko zeskoczyli na ziemię.

Podobnie jak wielokrotnie w przeszłości, również tym razem czterej mężczyźni rozbiegli się od razu w różnych kierunkach.

Andre natychmiast ruszył wzdłuż lewej strony jezdni. Lekko pochylony, trzymając się przy ścianie, zbliżał się do konwoju. Snajperom znajdującym nad jego głowami udało się trzymać siły Corinair uwięzione w pojazdach, więc podczas podchodzenia nie napotkał oporu.

Snajperzy ostrzeliwali konwój, ale precyzyjnie wymierzone pakiety energii odbijały się od opancerzonych pojazdów, rozpraszając się w postaci małych obłoków światła. Andre i jego partner zbliżyli się do tyłu ostatniego wozu. Mężczyzna wsunął pod spód mały, płaski ładunek wybuchowy, a następnie przetoczył się na bok. Jego partner zrobił to samo, ale w przeciwnym kierunku. Gdy tylko przylgnęli do bocznych ścian korytarza, Andre nakrył głowę i wcisnął przycisk zdalnego detonatora, który miał na nadgarstku.

Ładunek kumulacyjny eksplodował, wysyłając gorący strumień plazmy i wypełniając wnętrze białymi płomieniami. Drzwi, wyważone przez wybuch, upadły na ulicę, a w otworze pojawili się płonący żołnierze, na próżno próbujący uciec z piekła. Andre zakrył twarz, gdy poczuł uderzenie gorąca. Gdy uczucie minęło, otworzył oczy i przez kolejne kilka sekund z fascynacją patrzył, jak żołnierze wiją się na ziemi. Chemiczny zapach plazmy i odór palących się ludzkich ciał był prawie obezwładniający. Andre miał tylko nadzieję, że konwój postępował zgodnie ze standardowymi procedurami bezpieczeństwa Corinair, dotyczącymi transportu więźniów. Określały one, że w pojazdach przednich i tylnych powinni się znajdować strażnicy, a w pozostałych więźniowie. Jeśli tym razem nie zastosowano się do zasad, był pewien, że komendant Dumar rozpęta piekło, gdy wrócą z akcji.

Chcąc uniknąć losu kolegów, żołnierze z pierwszej maszyny wyskoczyli, krzycząc z całych sił. Strzelali we wszystkich kierunkach, ponieważ nie mieli szans ustalić dokładnej lokalizacji napastników.

Andre dokładnie wymierzył i oddał kilka strzałów, które zabiły co najmniej dwóch żołnierzy. Nie musiał jednak tego robić, ponieważ snajperzy dobrze widzieli cele i mogli z łatwością sobie poradzić z miotającymi się strażnikami. Po zaledwie kilku sekundach intensywnego ognia walka dobiegła końca.

Andre i jego ludzie podeszli do dwóch środkowych pojazdów, otworzyli tylne drzwi.

– Do diabła, najwyższy czas! – Dystyngowany mężczyzna po pięćdziesiątce zaklął, wysiadając z pojazdu.

– Kapitan de Winter, jak sądzę? – spytał Andre.

– Oczywiście, sierżancie, a teraz uwolnij mnie z kajdan.

– Tak jest!

– Musimy natychmiast opuścić to miejsce – rozkazał de Winter.

– Pojazdy ewakuacyjne pojawią się za trzydzieści sekund, sir. Za dziesięć minut będzie pan w naszym centrum dowodzenia. – Andre odwrócił się, aby zlustrować otoczenie.

Kapitan de Winter złapał sierżanta za ramię i obrócił go twarzą do siebie.

– Nie mam zamiaru lecieć do twojego centrum dowodzenia. Musimy wrócić do portu kosmicznego i przejąć prom.

Andre nie spodobało się, jak kapitan go potraktował. De Winter był do tego arystokratą, a sierżant, jak i jego dowódca, nie szanował wyższych warstw.

– Jedynym miejscem, do którego udadzą się moje maszyny, będzie centrum dowodzenia, sir. Otrzymałem rozkaz uwolnienia pana i pańskich ludzi oraz sprowadzenia was z powrotem. Więc ma pan dwie możliwości, sir. Albo w pojeździe ewakuacyjnym poleci pan do centrum dowodzenia, albo zaczeka tutaj na przybycie miejscowych posiłków.

– Mam wyższy stopień od ciebie. – Kapitan de Winter spojrzał na aroganckiego młodego sierżanta.

– Nie służę pod pańską komendą, sir. Chociaż powinienem okazywać panu należyty szacunek, nie muszę wykonywać pańskich rozkazów. Jeśli ma pan z tym jakiś problem, proszę porozmawiać z moim dowódcą, ale już w centrum dowodzenia.

Pojazdy ewakuacyjne wylądowały za nimi, a kapitan nadal wpatrywał się w Andre.

– Dobrze, sierżancie. Tym razem wygrałeś.

Andre nie odwrócił się nawet, by spojrzeć, jak kapitan i jego ludzie wchodzą do pojazdów. W swoim czasie wysłuchał wielu opowieści swojego dowódcy o arogancji takarańskiej arystokracji. Zawsze uważał jednak, że jego zgorzkniały, starzejący się przełożony przesadza. Teraz zmienił zdanie.

– Maszyny są gotowe – poinformował sierżanta jego partner.

– Świetnie. Wynośmy się stąd i wracajmy do bazy.

Gdy pojazdy ewakuacyjne startowały, statek przyleciał po jego grupę. Na pokład wsiadł jako ostatni, a następnie zatrzymał się i raz jeszcze spojrzał na zniszczenia spowodowane przez jego zespół. Zadowolony, że ich misja zakończyła się sukcesem, wsiadł i trzykrotnie uderzył w burtę. Odchylił się lekko do tyłu i poczuł, jak system zabezpieczający mocuje go do pojazdu.

Snajperzy zostali zabrani przez Atak Dwa, który krążył jeszcze po okolicy, aby zapewnić osłonę. Gdy wszyscy oddalili się z miejsca akcji, Andre aktywował zdalny detonator. Cały korytarz eksplodował w ogromnej, rozgrzanej do białości kuli ognia. Zespołom kryminalistycznym zajmie całe miesiące, aby dowiedzieć się, kto lub co zostało zniszczone w tej eksplozji. Biorąc pod uwagę to, co działo się ostatnio na planecie, wątpił, czy w ogóle ktokolwiek będzie miał kiedyś czas, aby się tym zająć.

Co prawda Andre służył już w swojej jednostce od ponad dziesięciu lat, ale była to jego pierwsza prawdziwa akcja bojowa. Zawsze słyszał opowieści, że dopóki człowiek nie znajdzie się pod ostrzałem, nie może być pewien, jak zareaguje. Niektórzy mieli z tym problem, inni nie. Dopóki nie nadszedł ten właśnie moment, trudno było przewidzieć, jak ktoś się zachowa, bez względu na to, jak ciężko trenował. Dzisiaj ten moment nadszedł dla Andre i był on o wiele przyjemniejszy, niż się tego spodziewał.

***

Oczy Marcusa nerwowo wędrowały pomiędzy wskaźnikami statusu automatycznego lotu a ekranem obrazującym ruch statków na granicy kosmosu. Prom znalazł się na orbicie kilka minut temu i szybko zbliżał się do „Aurory”. W końcu Marcusa ogarnęło poczucie winy i zmusił się do mówienia.

– Eee, możemy mieć tutaj mały problem – przyznał nieśmiało.

 

– Jakiego rodzaju? – Enrique zdawał sobie sprawę z rosnących obaw Marcusa.

– Zbliżamy się do „Aurory”, ale system automatycznego lotu nie wykrywa sygnału naprowadzającego.

– O czym ty mówisz? Co to jest system automatycznego lotu? Czy to jakiś rodzaj autopilota? – zapytał Enrique.

– Cóż, to jest to, co pilotuje statek, jeśli o to ci chodzi.

– I to nie działa?

– Działa dobrze. Ale po prostu nie odbiera sygnału sterującego z twojego cholernego okrętu.

– Jakiego sygnału sterującego? – zapytał Enrique.

– Takiego, który mówi promowi, co ma robić! Bez niego nie wie, jak wylądować!

– Czy nie można w takim razie sterować ręcznie? – Enrique był pewien, że stawia pytanie retoryczne. Niepokój Marcusa zaczął mu się udzielać.

– Przypuszczam, że tak…

– Przypuszczasz? Wydawało mi się, że potrafisz tym czymś latać. Tak mówiłeś.

– Potrafię, kiedy wszystko działa prawidłowo. To znaczy, gdy wszystko jest zautomatyzowane i w ogóle. Po prostu naciskasz kilka przycisków, mówisz, dokąd chcesz lecieć, a to cię tam zabiera: start, lądowanie… cały proces jest automatyczny od początku do końca.

– A może po prostu się popisywałeś przed Jaleą?

Marcus się skrzywił.

– Cóż, mogłem odrobinę przecenić swoje umiejętności. – Spojrzał na Enrique, którego wyraz twarzy nie był zbyt przyjemny. – Och, przestań. Czy możesz mnie winić? To naprawdę niezła laska!

– Świetnie!

– Bez obaw! – bronił się Marcus. – Po prostu wywołaj okręt i powiedz im, żeby włączyli system automatycznego sterowania lotem. Przecież to takie proste.

– Dlaczego więc od razu nie powiedziałeś? – zapytał Enrique, przewracając oczami. Aktywował swój zestaw komunikacyjny. – Przestraszyłeś mnie, że rozbijemy się na własnym pokładzie startowym.

– Słuchaj, ja też jestem zestresowany!

Enrique po prostu zignorował go, próbując się połączyć z „Aurorą”.

***

– Ona chce, żeby tam właśnie został zainstalowany – powiedziała Deliza do Władimira.

– Ale ja tego nie rozumiem – narzekał Władimir. – Dlaczego akurat tu? Czemu nie w panelu krosowniczym? Byłoby o wiele łatwiej.

Rosjanin wcisnął się w maleńką przestrzeń co najmniej trzydzieści metrów od głównego tunelu serwisowego. Czołgał się przez prawie pięć minut, aby dotrzeć do tego miejsca, a wciąż nie znał zastosowania urządzenia, które instalował. Wiedział tylko, że Nathan kazał je zamontować dla doktor Sorenson.

– Nie powiedziała mi dlaczego, tylko gdzie – odpowiedziała Deliza. – Czy znalazłeś połączenie, o którym mówiła?

– Tak, znalazłem połączenie, o którym mówiła – odpowiedział Władimir, przedrzeźniając ją.

– Nie złość się na mnie – skarciła go. – Po prostu robię, co mi kazano.

– Da, kanieszna – mruknął.

Wyciągnął datapad techniczny i podłączył go do zestawu elementów analizujących zakończonych krótkimi kablami. W przeciwieństwie do większości datapadów jednostki techniczne były nieco większe i miały kilka portów przeznaczonych dla różnych kabli i urządzeń skanujących. Bez względu na to, dokąd udawał się podczas służby, Władimir zawsze umieszczał swój datapad w specjalnej kieszeni w pasie narzędziowym i zabierał z sobą. Bez niego Rosjanin czuł się niekompletny.

Przyczepił sondy do pierwszego zestawu przewodów, który wyciągnął z głównej wiązki, a następnie aktywował datapada.

– Doktor Sorenson, jestem na miejscu. Może pani rozpocząć przesyłanie sygnału identyfikacyjnego – rzucił.

– Przesyłam sygnały identyfikacyjne – poinformowała Abigail.

Władimir obserwował ekran, ale nie zauważył żadnej zmiany w przebiegu generowanym przez sondę.

– Niet.

Przeniósł sondę na następny przewód.

– Niet.

W dalszym ciągu umieszczał sondę na kolejnych przewodach, sprawdzając jednocześnie zmianę kształtu fali na datapadzie.

– Niet… Niet… Jeszczio niet… Niet…

Nagle fala przybrała na sile.

– Ach. Na… – Sprawdził ponownie przebieg na datapadzie, dopóki nie upewnił się, że znalazł właściwy kabel. – Może pani zakończyć przesyłanie sygnału identyfikacyjnego, doktor Sorenson. Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby zamknęła pani ten obwód.

Obserwował, że przebieg wraca do tego samego poziomu odczytu porównawczego jak w przypadku innych przewodów. Odczekał kolejne kilka sekund, aż przebieg stał się całkowicie płaski. Przyszła mu do głowy myśl, że doktor Sorenson mogłaby wykorzystać tę okazję, aby wyrównać z nim rachunki za wszystkie kłopoty, jakie sprawił jej kilka tygodni wcześniej podczas wstępnej instalacji silnika skokowego. Mógł sobie wyobrazić jej uśmiech satysfakcji, gdyby doznał nieszkodliwego, ale bolesnego porażenia prądem. Jednak według datapada zemsta nie leżała dziś w planach doktor Sorenson. Władimir był za to wdzięczny.

Ostrożnie odciął kilka centymetrów zewnętrznego ekranu oplatającego mały drucik, a następnie przymocował do niego niewielką przejściówkę. Po przekręceniu śruby dociskowej urządzenie zatopiło zęby w przewodzie, przecinając izolację. Następnie do przejściówki dołączył inny kabel.

Władimir sięgnął do pasa z narzędziami i zaczął szukać spreja ze środkiem izolującym, ale nigdzie nie mógł go znaleźć.

– Czort! – zaklął, gdy zdał sobie sprawę, że puszki nie ma tam, gdzie się spodziewał. – Deliza! – zawołał. – Czy jest tam gdzieś mały niebieski pojemnik?

Deliza rozejrzała się po pomieszczeniu w pobliżu wejścia do tunelu.

– Nie widzę.

Zajrzała do tunelu i tam dostrzegła sprej.

– Czekaj, widzę to. Znajduje się w głównym tunelu, na skrzyżowaniu, które prowadzi do ciebie. Musiało ci wypaść.

– Czy możesz mi to przynieść?

– Chcesz, żebym się tam wczołgała?

– Jesteś nieduża, pójdzie ci łatwo – nalegał.

Deliza spojrzała na swój jedyny strój – ten, który miała na sobie rano, gdy ich farma została zaatakowana i wszyscy zostali zmuszeni do natychmiastowej ucieczki.

– Ale ja tak naprawdę nie jestem odpowiednio ubrana – jęknęła.

W końcu jednak przewróciła oczami i westchnęła z rezygnacją, a następnie zaczęła czołgać się przez wąską przestrzeń. Podłoga w tunelu była szorstka, aby zapewnić odpowiednią przyczepność. Na ścianach i suficie umocowano niezliczone przewody, kable, rury i kanały, a wszystko pokryte drobną sadzą.

– Dlaczego tu jest tak brudno? – narzekała.

– Po pierwszej bitwie z Jungami w tej części okrętu wybuchł pożar – wyjaśnił Władimir. – Próbowaliśmy oczyścić to miejsce, ale nie pozbyliśmy się wszystkiego.

– Nadal nie rozumiem. Kim dokładnie są ci Jungowie? – zapytała, czołgając się dalej.

– Tak naprawdę też nie wiemy. Nie mieliśmy jeszcze z nimi kontaktu. Jedyne informacje uzyskaliśmy dzięki przechwyceniu sygnałów komunikacyjnych i ograniczonych danych wywiadowczych pochodzących spoza naszej planety. Wiemy tylko, że podbili prawie wszystkie centralne światy należące do Ziemi.

– Myślisz, że w następnej kolejności zaatakują Ziemię? – Deliza zatrzymała się i podniosła puszkę ze sprejem, a następnie zaczęła się znów czołgać.

– Nie wiemy tego na pewno, ale jest to prawdopodobne.

– Czy można ich powstrzymać?

– Prawdopodobnie nie. Mamy tylko kilka okrętów, a oni mają ich wiele.

– Ale nie posiadają napędu skokowego, prawda?

Władimir spojrzał na nią ze zdumieniem, gdy się zbliżyła. Nie było dnia, żeby jej spostrzegawczość go nie zaskoczyła. Teraz wydawało się, że dziewczyna zaczyna myśleć strategicznie.

– Masz rację, dlatego musimy jak najszybciej wracać do domu. Gdybyśmy zainstalowali ten napęd na co najmniej kilku innych jednostkach, moglibyśmy odeprzeć inwazję.

Władimir wyciągnął rękę po puszkę.

– Dzięki!

– Żaden kłopot – powiedziała z nutą sarkazmu. – O rany, ależ jestem brudna. Nie mogę wrócić w takim stanie na mostek.

Władimir uśmiechnął się. Deliza pojawiła się na pokładzie kilka dni temu i od razu polubiła Władimira i Abby. Władimir z kolei bardzo szybko zaczął się czuć jak jej starszy brat.

– Co się stało, maleńka? – drażnił się. – Czy na mostku jest może ktoś, komu chcesz się podobać? Jakiś młody pilot albo nawet dwóch?

– Nic z tych rzeczy – broniła się Deliza.

Zrozumiała już, że Władimir lubił wywoływać różne reakcje u ludzi, dlatego była zdecydowana, by nigdy nie pozwolić mu zdobyć przewagi w takich grach.

– Dama zawsze powinna wyglądać dobrze – stwierdziła.

– Oczywiście – przyznał. – Ale głuptas ze mnie.

Następnie wziął puszkę ze sprejem i wycisnął szczeliwo na przejściówkę. W ciągu kilku sekund związki zmieszały się i stwardniały. Zanim podłączył drugi koniec przewodu do małego metalowego pudełka, szarpnął kilka razy, aby upewnić się, że połączenie jest trwałe. Wreszcie włączył urządzenie i umieścił je w okablowaniu.

– Doktor Sorenson, instalacja została przeprowadzona zgodnie z pani instrukcjami – powiedział przez zestaw komunikacyjny. – Czy jest jeszcze coś, co powinienem zrobić, czy też mogę się znów zająć naprawą mojej łajby?

– To byłoby wszystko. Dziękuję, podporuczniku.

– No tak, teraz przynajmniej podziękowała – mruknął i zaczął z powrotem czołgać się przez tunel.

Dziesięć minut później oboje znaleźli się znów w korytarzu serwisowym. Władimir nie mógł się powstrzymać od śmiechu na widok Delizy pokrytej smugami czarnej sadzy.

– Chyba nie wrócę na mostek, zanim się nie wyczyszczę – zakpił. Jedyną odpowiedzią było gniewne spojrzenie dziewczyny, która starała się strzepnąć z siebie kurz.

– Inżynierze, tu oficer łączności – odezwał się nagle komunikator Władimira.

– Kontynuuj.

– Sir, zbliża się prom. Proszą, abyśmy włączyli nasz system automatycznego lotu.

– Nasze co?

– System automatycznego lotu, sir. Tak właśnie powiedział.

– Czy Tug o to poprosił?

– Nie, sir. To był podporucznik Mendez. Najwyraźniej tylko on i jego marines wracają. Prom pilotuje Marcus.

– Co? – w tle wyraźnie rozległo się pytanie zadane przez Josha.

– Nie mamy systemu automatycznego lotu. Po co mu coś takiego?

– Sir, tu mówi Josh. Te promy są prawie całkowicie zautomatyzowane. Możesz nacisnąć kilka przycisków i lecieć praktycznie wszędzie. Ze względu jednak na konstrukcję są cholernym utrapieniem podczas lądowania, jeśli nie wiesz, jak to się robi. I proszę mi wierzyć, Marcus nie wie, jak to się robi.

– Oj! – Władimir wyglądał na lekko skonsternowanego. Jego wiedza i doświadczenie ograniczały się do szkoleń z zakresu walki naziemnej z czasów, gdy był jeszcze piechurem w europejskich siłach zbrojnych, a także programowania systemów inżynieryjnych, które to zagadnienia poznał podczas czterech lat w Akademii Floty Europejskiej.

– „Yamaro” prawdopodobnie to ma – stwierdziła Deliza. Zauważyła zdziwienie na twarzy Władimira. – Mam na myśli system automatycznego lądowania.

– Skąd wiesz? – zapytał.

– Rzadko wychodzę z domu, pamiętasz?

Władimir uśmiechnął się i ponownie uruchomił zestaw komunikacyjny.

– Skontaktuj się z sierżantem Weatherlym. Pilnuje więźniów na „Yamaro”. Powiedz mu, żeby znalazł system automatycznego lotu i go aktywował, aby prom mógł tam wylądować. Wtedy ktoś przejdzie z naszego okrętu i wróci promem. Jeśli nie, prom będzie musiał wrócić na powierzchnię planety, dopóki nie znajdą prawdziwego pilota. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebujemy, jest wypadek na pokładzie startowym. – Władimir ponownie spojrzał na Delizę. – To powinno zadziałać, prawda?

– Jasne – potwierdziła, wzruszając ramionami. – Czy mogę cię o coś zapytać?

– Oczywiście.

– Dlaczego nazywają cię inżynierem?

– Bo jestem naczelnym inżynierem.

– Dlaczego więc po prostu nie nazywają cię naczelnikiem?

– Ponieważ nie jestem naczelnikiem, ale podporucznikiem – spróbował wyjaśnić.

– Ale właśnie powiedziałeś, że jesteś naczelnym…

– Nie interesuj się, to sprawy wojskowe – przerwał jej i zamknął właz tunelu, a następnie zaczął zbierać swój sprzęt.

***

– Prom Jeden, tu „Aurora” – oficer łączności wezwał Enrique przez zestaw komunikacyjny.

– Mów dalej.

– Nie mamy systemu automatycznego lotu, przynajmniej jeszcze nie teraz. Zobaczymy, czy jest na „Yamaro”. Dopóki tego nie sprawdzimy, czy możesz utrzymywać pozycję?

– Możesz? – Enrique spojrzał na Marcusa.

– Jasne – odpowiedział Marcus, patrząc na kontrolki. – Gdzieś tu musi być przycisk blokowania pozycji.

– „Aurora”, zrozumieliśmy. Zobaczymy, czy uda się nam dojść do tego, jak to zrobić. A wy po prostu pospieszcie się.

– Marcus, ty głupia małpo! – w komunikatorze zabrzmiał głos Josha. – Po prawej stronie ekranu stanu systemu automatycznego lotu znajduje się kółko przewijania. Obracaj nim, aż na wyświetlaczu pojawi się opcja „utrzymuj pozycję względem celu”, a następnie naciśnij przycisk przyjęcia polecenia, który jest obok kółka. To cię na razie utrzyma w miejscu.

 

Ostrożnie i z pewną obawą Marcus wykonał instrukcje.

– W porządku, utrzymujemy pozycję – powiedział z ulgą. Następnie zwrócił się do Enrique: – I powiedz temu chłopcu, że lepiej dla niego będzie, jeśli się rozbijemy, bo oberwie po tej swojej inteligentnej buziuni.

***

Na „Yamaro” zostało wyłączone wszystko poza minimalnym oświetleniem i systemem podtrzymania życia. Sierżant Weatherly i załogant Raval znajdowali się w sekcji więziennej przechwyconego okrętu. Weatherly czytał książkę na datapadzie, a Raval starał się nie zasnąć. Chociaż system podtrzymywania życia wciąż działał, temperatura była nieco niższa niż normalnie.

Członkowie załogi, którzy bezpośrednio lub pośrednio brali udział w buncie, zostali umieszczeni oddzielnie od reszty personelu w obawie przed odwetem ze strony tych, którzy nie zgodzili się na ich działania. To właśnie oni przebywali w sześciu celach okrętu. Pozostałych dwustu pięćdziesięciu załogantów przetrzymywano w dwóch ładowniach, znajdujących się przy lewym hangarze. Taka sytuacja miała trwać, dopóki nie zostanie przygotowany transport na Corinair.

– „Aurora” do Weatherly’ego – z zestawu komunikacyjnego sierżanta rozległ się głos oficera łączności.

– Tutaj Weatherly. Kontynuuj.

– Czy wysyłają nam zmienników? – wtrącił błagalnie Raval. Był potwornie znudzony, dlatego wydawało mu się, że pobyt w zimnych pomieszczeniach aresztu trwa już całe dnie. Weatherly uciszył go gestem, a sam skoncentrował się na nadchodzącej wiadomości.

– Że co? – powiedział Weatherly i popatrzył na Ravala. – Wiesz, co to jest „system automatycznego sterowania lotem”?

– Coś, co automatycznie steruje czymś latającym? – zaproponował Raval z niezamierzonym sarkazmem.

– Masz jakiś pomysł, gdzie się to może znajdować? Chcą, żebyśmy to włączyli – odpowiedział Weatherly.

– Ja nawet nie wiem, gdzie jesteśmy – odparł Raval.

– Każdy pokład startowy ma własny system – dobiegł głos z jednej z cel.

– Kto to powiedział? – Weatherly szybko odwrócił się na fotelu. Głos dochodził z jednego z najbliższych przedziałów, znajdujących się po jego lewej stronie.

– Ja.

Weatherly wstał i podszedł do drzwi. Zobaczył mężczyznę tuż po dwudziestce, ubranego w coś, co wyglądało na mundur oficera. Aresztant powoli wstał i podszedł do sierżanta.

– Ja to powiedziałem.

– Kim jesteś? – zapytał Weatherly.

– Willard, podporucznik Michael Willard, syn Roberta Willarda z Aitkenny.

– Skąd wiesz, gdzie jest system automatycznego sterowania lotem? – Weatherly spojrzał na mężczyznę nieufnie.

– Jestem oficerem do spraw komunikacji. Zanim zostałem przydzielony na mostek, pracowałem w centrum kontroli lotów zarządzającym prawą burtą. System, którego szukasz, znajduje się w biurze kontrolera, na górze każdego pokładu startowego. Jeśli chcesz, mogę ci pokazać.

– A dlaczego miałbym ci zaufać? – zapytał Weatherly.

– To ja poddałem ten okręt. Ale najpierw przyozdobiłem przerośniętą głowę kapitana pięknym guzem.

Komentarz podporucznika Willarda wywołał stłumione śmiechy u wielu lokatorów cel. Sierżant Weatherly zauważył, że na twarzy porucznika pojawił się wyraz zadowolenia, gdy przypomniał sobie ten incydent. Przez chwilę Weatherly zastanawiał się, co kapitan „Yamaro” zrobił swojej załodze, że spowodował jej tak buntownicze zachowanie.

– I chciałbyś nam pomóc?

– Tak jest.

Weatherly zamyślił się na chwilę, po czym nacisnął przycisk komunikatora.

– „Aurora”, tu Weatherly. Dajcie mi kilka minut. Chyba możemy znaleźć rozwiązanie.

Sierżant otworzył drzwi i wypuścił więźnia z celi, po czym ponownie ją zamknął.

– Do twojej wiadomości – powiedział. – Spróbuj zrobić coś niewłaściwego, a dostaniesz kulkę.

– Zrozumiano – odpowiedział podporucznik, kierując się do wyjścia.

***

– Centrum kontroli lotów jest tuż za następnym zakrętem – powiedział Willard, unosząc skrępowane ręce, by wskazać dalszą część korytarza.

– Tam, skąd pochodzę, chętniej strzelamy do buntowników, niż wytaczamy im procesy – stwierdził sierżant Weatherly, gdy zbliżali się do narożnika.

– Och, bądź spokojny. Gdy nadarzy się okazja, jestem pewien, że kapitan de Winter zrobi co najmniej to, o czym mówisz. Jeśli oczywiście będę miał szczęście.

– To dlaczego, do diabła, tak się zachowałeś? – zapytał wciąż zdziwiony Weatherly. – Czemu chciałeś się zwrócić przeciwko swojemu kapitanowi i swojemu okrętowi?

Podporucznik Willard zatrzymał się przed wejściem do centrum kontroli lotów. Opuścił wzrok, a po chwili podniósł głowę, by spojrzeć na swojego opiekuna.

– Ponieważ nie chciałem się zwrócić przeciwko mojemu światu – stwierdził, patrząc sierżantowi prosto w oczy. – Tam na dole jest mój świat. Tam się urodziłem. Tam się wychowałem. To tam nadal mieszka moja rodzina.

Weatherly był lekko zaskoczony. O ile wiedział, ten człowiek należał do takarańskiej armii.

– Jeśli jesteś z Corinair, co w takim razie robisz na takarańskim okręcie?

– Zdecydowana większość z nas, a może nawet wszyscy, nie jest z Takary. Tylko oficerowie są Ta’Akarami. Reszta pochodzi ze światów, które zostały podbite przez takarańskie armie.

Willard wszedł do centrum kontroli lotów i przeszedł przez małe pomieszczenie, kierując się do głównej konsoli. Weatherly podążył za nim.

– Począwszy od dwudziestych urodzin, wielu młodych mężczyzn żyjących na światach kontrolowanych przez Ta’Akarów jest losowo wybieranych na służbę w cesarskiej armii.

– To nie brzmi tak źle – odpowiedział Weatherly. – Wiele państw na moim świecie nadal żąda od swoich obywateli odbycia służby wojskowej. Może nie trwa ona dziesięciu lat, ale zwykle dzięki niej osiągasz coś wartościowego, na przykład zdobywasz jakąś umiejętność lub przynajmniej zaczynasz się zajmować handlem.

– Nie w naszym przypadku – stwierdził Willard, włączając konsolę sterowania lotem. – Jeśli nam się poszczęści, po zakończeniu służby zostawiają nas na jakimś peryferyjnym świecie.

– Nie zapewniają wam transportu do domu?

– Tylko wtedy, jeśli przez przypadek znajdą się w pobliżu. Jednak większość z nas trafia do ich rodzimego świata, czyli na Takarę, albo kończy jeszcze gorzej.

– Takara to takie złe miejsce?

– Nie, jeśli jesteś z Takary. Obcy weterani nie są jednak mile widziani. Jeśli dopisze ci szczęście, znajdziesz jakąś pracę niewymagającą kwalifikacji. Po dwudziestu latach zaoszczędzisz wystarczająco dużo kredytów, żeby zarezerwować sobie powrotny lot do domu.

Weatherly powstrzymał się od dalszych komentarzy. Nie mógł sprawdzić, czy podporucznik mówi prawdę. Chociaż nie przeszedł takiego szkolenia jak jego przyjaciel Enrique, wiedział wystarczająco dużo, aby nie wierzyć we wszystko, co słyszał – zwłaszcza od żołnierza wroga.

– To powinno wystarczyć – oznajmił podporucznik Willard. – System automatycznego sterowania lotem powinien ich teraz sam naprowadzić.

Weatherly przez dłuższą chwilę przyglądał się młodemu podporucznikowi. Przeczucie podpowiadało mu, że mężczyzna mówi prawdę, ale wiedział, że to nie on powinien o tym zdecydować. To, co usłyszał, przekaże zgodnie z hierarchią dowodzenia, zaczynając od swojego przyjaciela, podporucznika Enrique Mendeza z jednostki specjalnej „Aurory”.

– Dzięki – powiedział, sięgając po swój zestaw komunikacyjny. – „Aurora”, tu Weatherly. System automatycznego sterowania lotem został włączony i działa.

***

– Prom Jeden, tu „Aurora”.

– Wreszcie! – odetchnął Marcus. – Mów śmiało.

– Prom Jeden, masz wylądować na platformie startowej po lewej stronie „Yamaro”. System automatycznego sterowania lotem powinien teraz działać. Po wejściu na okręt spotkaj się na pokładzie nawigacyjnym z sierżantem Weatherlym. Później wymyślimy, jak zabrać prom z powrotem na „Aurorę”.

– Do diabła – zaczął narzekać Marcus, patrząc na wyświetlacz systemu automatycznego sterowania lotem, by sprawdzić, czy pojawia się na nim sygnał nośny z „Yamaro”. – Nie chciałbym utkwić na „Yamaro” na nie wiadomo jak długo.

– To lepsze niż siedzenie tutaj – zauważył Enrique.

– Nie bądź tego taki pewien. Byłeś kiedyś na pokładzie takarańskiego okrętu? Są dość przerażające w środku – wyjaśnił Marcus, ustawiając system na przejęcie kontroli przez „Yamaro”. – Z drugiej strony myślę jednak, że może źle było tylko w areszcie. To była jedyna część okrętu, jaką kiedykolwiek odwiedziłem – dodał.

Prom znów ruszył, a jego kurs zmienił się nieznacznie i prowadził teraz ku lewej burcie „Yamaro”.