Legenda Corinair

Tekst
Autor:
Z serii: The Frontiers Saga #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

W dziale medycznym po raz kolejny zapanował chaos. Choć nie było tak źle jak poprzednio, jednak porządek, o który dbali doktor Chen i jej personel składający się głównie z ochotników, został poważnie naruszony. Aby poradzić sobie z napływem dodatkowych rannych po bitwie w hangarze, młoda pani doktor została zmuszona do przeniesienia większości wracających do zdrowia do pobliskich kwater, które zamieniono na prowizoryczne sale szpitalne.

Bitwa zakończyła się prawie trzy godziny temu i chociaż sytuacja wydawała się być pod kontrolą, centrum działu medycznego wciąż było w bardzo złym stanie. Chaos został opanowany, a doktor Chen zrobiła dla rannych wszystko, co mogła. Tak jak poprzednio, było to jednak przede wszystkim bierne oczekiwanie, by zobaczyć, ilu z nich przeżyje.

Gdy Nathan przechodził przez sektor zabiegowy, pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę, było to, że większość rannych nie należała do jego załogi. Byli to pracownicy zatrudnieni do pozyskiwania zasobów z pierścieni. W rzeczywistości spośród ośmiu obecnie leczonych pacjentów aż sześciu było osobami zamieszkałymi na Przystani. Nathan poczuł nagle wyrzuty sumienia. Ci ludzie zostali ranni – a przecież wielu z nich zmarło – z powodu jego decyzji o sprowadzeniu „Aurory” w pobliże księżyca. To prawda, że postępował zgodnie z radami Tobina i Jalei, ale ostatecznie on za to wszystko odpowiadał i musiał się teraz zastanawiać, czy było warto. Co więcej, czy w ogóle miał prawo podjąć tę decyzję? W końcu to nie byli członkowie jego załogi. Byli to cywile pochodzący nawet nie z jego własnego świata.

Tak jak poprzednio, idąc przez sektor zabiegowy, starał się przygotować na nadchodzące mdłości, ale tym razem się nie pojawiły. Wtedy zdał sobie sprawę, że chociaż czuł się winny temu, co się z stało z tymi ludźmi, jednak nie czuł się odpowiedzialny za ich śmierć. Nie miał pojęcia, że narazi ich na niebezpieczeństwo. To Tobin wiedział – on był odpowiedzialny za los, który ich spotkał. Nagle Nathan przestał się martwić egzekucją wykonaną przez Jaleę na „chudym gnojku”, jak to ujęła Jessica.

Nathan dotarł do pomieszczenia gospodarczego, znajdującego się po drugiej stronie sektora zabiegowego, spodziewając się, że doktor Chen będzie siedziała gdzieś w kącie, jak zwykle żując suszone owoce i orzechy. Ale pokój był pusty i w nieładzie.

– Kapitanie? – z tyłu dobiegł kobiecy głos.

Nathan odwrócił się i zobaczył znajomą twarz. Była nieco młodsza od niego, miała krótkie brązowe włosy i piwne oczy. Wyglądała na zmęczoną, ale zdecydowaną. Gdy ta młoda osoba zbliżyła się do niego, stwierdził, że nie wie, skąd ją zna. Nie była członkiem jego załogi, a przynajmniej nie miała na sobie munduru. Później zauważył częściowo wygojoną bliznę na jej czole i przypomniał sobie. Pomógł jej na korytarzu po bitwie z pierwszym okrętem Ta’Akarów. Została ranna w czoło, a mimo to próbowała pomóc ciężko rannemu mężczyźnie, ponaddwukrotnie większemu od niej. Widział ją też później, krzątającą się po sektorze zabiegowym z datapadem, gdy robiła na nim dla doktor Chen notatki związane z leczeniem.

– Tak?

– Prawdopodobnie nie pamięta mnie pan – zaczęła.

– Korytarz – powiedział. – Pomagałaś w dziale medycznym rannemu człowiekowi. Prosiłaś o wsparcie. Tak, pamiętam.

– Zgadza się – odrzekła zaskoczona, że ją zapamiętał. – Nazywam się Cassandra. Cassandra Evans – powiedziała, wyciągając rękę.

– Nathan Scott. – Uścisnął podaną dłoń. – Pracujesz przy projekcie napędu skokowego, prawda?

– Proszę?

– Przepraszam. Mam oczywiście na myśli translokację nadświetlną.

– Tak. Faktycznie łatwiej jest to nazywać napędem skokowym.

– Co robisz w dziale medycznym?

– Pomagam doktor Chen. Moim zadaniem w tym projekcie było zbadanie, w jaki sposób napęd skokowy może wpłynąć na fizjologię człowieka. Ale po tym wszystkim, co się wydarzyło, uważam, że powinnam zostać tutaj i udzielać pomocy.

– To bardzo sensowna decyzja. Jestem pewien, że doktor Chen docenia twój wysiłek. – Nathan rozejrzał się. – A gdzie ona w ogóle jest?

– Na bloku operacyjnym. Prawdopodobnie pozostanie tam przez jakiś czas. Powiedziała, żeby obsztorcować pana za „zabranie na pokład bandy obcych ludzi bez przeprowadzenia wstępnego badania przesiewowego w poszukiwaniu patogenów”. – Twarz Cassandry lekko się zmarszczyła. – Chyba jednak nie muszę na pana krzyczeć, prawda?

– Uważam się za odpowiednio skarconego.

Wyraz ulgi pojawił się na jej twarzy.

– Prosiła również, aby przekazać, że każdy musi jak najszybciej przejść pełny test fizyczny. Oznacza to każdą osobę, która wyszła na powierzchnię, i każdego nowego mieszkańca okrętu.

– Zajmę się tym, ale to może chwilę potrwać – odparł. – W tej chwili wciąż pracujemy trochę desperacko.

– Oczywiście, rozumiem. Powiadomię ją, gdy opuści blok operacyjny.

– Świetnie, więc chyba zostawię cię z twoją pracą – powiedział. – Miło było cię poznać, Cassandro.

– Mnie pana też.

Nathan zaczął kierować się w stronę wyjścia, gdy go zawołała:

– Kapitanie? – Odwrócił się. – Chciałam tylko podziękować.

– Za co? – Nathan wyglądał na nieco zdziwionego.

– Doktor Sorenson powiedziała nam, w jaki sposób pan postąpił i przejął dowodzenie, gdy zginęli kapitan Roberts i komandor Montero. Uważa, że prawdopodobnie już niejeden raz nas pan uratował. – Cassandra wyglądała na nieco zawstydzoną swoim oświadczeniem. – Pomyślałam, że po prostu ktoś powinien panu podziękować.

Nathan był zaskoczony i brakowało mu słów, co nie zdarzało się zbyt często.

– Bardzo proszę, Cassandro. – Patrzył na nią przez chwilę. – I dziękuję, że to powiedziałaś.

Młoda kobieta nagle poczuła się niezręcznie.

– Lepiej wrócę teraz do pracy – powiedziała, robiąc kilka kroków do tyłu, zanim odwróciła się i zniknęła w pomieszczeniu gospodarczym.

„Czasem to całe przedstawienie z dowodzeniem okrętem nie jest takie złe” – pomyślał Scott.

***

Piżmowy, przytłaczający aromat molo uderzył Nathana dużo wcześniej, zanim jeszcze dotarł do mesy. Podczas obiadu w wiejskim domu Tuga dowiedział się, że molo pachniało znacznie gorzej podczas gotowania niż wtedy, gdy je się już jadło. Kiedy zbliżył się do wejścia, zanotował sobie w pamięci, aby w przyszłości upewnić się, że wszystkie kolejne potrawy z molo będą przygotowywane przy zamkniętych drzwiach kuchni.

Nie był jednak przygotowany na to, co zobaczył, wchodząc do mesy. Całe pomieszczenie, wystarczająco duże, aby pomieścić co najmniej dwieście osób, było zajęte przez surowe molo. Zostało zgromadzone w stosach, z których każdy zajmował około metra kwadratowego powierzchni. Każdy element stosu miał co najmniej dziesięć centymetrów grubości. Ludzie z ekipy wydobywczej oraz dwóch załogantów „Aurory” pod kierownictwem Tuga usuwało zewnętrzny naskórek z każdego kawałka. Po oskórowaniu dzielono go na ćwiartki, a następnie przenoszono do kuchni w celu oczyszczenia.

Po drugiej stronie stołu Nathan widział kilka dużych garnków, z których wydobywała się para, gdy jedna z pracownic wrzucała do nich pokrojone w kostkę molo, a także jakieś świeże zioła. Chociaż w zapachu nie było nic apetycznego, Nathan wiedział z doświadczenia, że odpowiednio przygotowane molo może być smacznym i pożywnym posiłkiem. Cieszył się, że mają na pokładzie kogoś, kto wie, jak je ugotować.

Nathan podszedł do członka swojej załogi – młodego technika, który właśnie pokazywał pracownikowi z Przystani, jak korzystać z przydzielonego zestawu łączności.

– Jak leci?

– Ten jest ostatni, kapitanie – odpowiedział technik. – Zrobiłem listę wszystkich osób, zawierającą nazwiska, umiejętności i identyfikatory zestawów komunikacyjnych, tak jak prosiła komandor Taylor.

– Bardzo dobrze. Wyświadcz mi teraz przysługę i powiadom wszystkich, że w ciągu kilku najbliższych dni nasz lekarz wezwie ich na testy fizyczne.

– Tak jest – odpowiedział technik. Wyglądał na nieco przygnębionego.

– Nie martw się, to smakuje znacznie lepiej, niż pachnie.

– Postaram się, kapitanie.

Nathan przeszedł przez pomieszczenie do miejsca, w którym pracował Tug. Na jednym ze stolików znajdowało się kilka pudeł wypełnionych jakimś rodzajem paczkowanego jedzenia, opisanego w języku, którego nie rozumiał.

– O co w tym chodzi? – zapytał Tuga, wskazując na pudła.

– To znajdowało się na promach – wyjaśnił Tug. – Miało służyć jako pożywienie dla pracowników przez co najmniej kilka dni. Pomyśleliśmy, że może się przydać. Być może będziemy w stanie wymieszać coś z tego z molo.

– Wygląda na to, że przetworzyłeś już większość materiału. – Nathan rozejrzał się po stosach molo. – Wykonałeś to całkiem szybko.

– W rzeczywistości praktycznie połowa oryginalnej przesyłki została zniszczona podczas bitwy w hangarze. Wydaje mi się, że kilku pana ludzi ukryło się za jednym ze stosów, który został spalony przez broń energetyczną.

Nathan skrzywił się.

– Więc na jak długo wystarczy to, co mamy?

– Może dwa tygodnie, uwzględniając także dodatkowe osoby, które znalazły się na pokładzie. Ale rozumiem, że ma pan też jakieś racje żywnościowe, które zostały odzyskane z kapsuły ratunkowej.

– Tak, ale nie miej zbytniej nadziei – odpowiedział Nathan, przypominając sobie makaron i tajemnicze mięso, które on i Władimir musieli zjeść tuż przed podróżą na Przystań. – Większość z tych rzeczy jest ledwo jadalna.

Rozejrzał się po pomieszczeniu.

– A gdzie są piloci?

– Pana nowa załoga wahadłowca? Są w hangarze i sprawdzają, czy promy nie zostały uszkodzone. Nie sądzę, żeby czuli się komfortowo, pracując razem z robotnikami.

– Tak, rozumiem to. Chyba pójdę się z nimi spotkać – stwierdził Nathan, a następnie odwrócił się, by odejść. – Za godzinę będziemy mieli kolejne spotkanie strategiczne – dodał.

 

– Pojawię się na nim, kapitanie – zapewnił Tug.

Gdy wychodził, jedna z kobiet zatrzymała go i pokazała mu próbkę molo, przygotowanego w sposób, jakiego jeszcze nie widział. Były to brązowawe kulki, pokryte drobno zmielonymi krakersami lub ciasteczkami.

– Czy chciałby pan spróbować, kapitanie? – zapytała, wyciągając talerz.

– Jasne. – Nathan chwycił w palce jedną z brązowych kulek i włożył ją do ust. Wciąż była ciepła. Na zewnątrz okazała się twarda, prawie chrupiąca, o lekko słodkim smaku. Gdy ugryzł, zewnętrzna skorupa pękła, a jedwabiste, kremowe centrum rozlało mu się w ustach.

– Coś niesamowitego! – wykrzyknął Nathan.

Kobieta rozpromieniła się, słysząc jego pochwałę.

– To jest zrobione z molo? – zapytał, biorąc kilka kolejnych kulek.

– Jak najbardziej – zapewniła.

– Bardzo dziękuję. Nie zapomnij proszę poczęstować tamtego gościa – powiedział Scott, wskazując na technika, który chciał uciec od nieprzyjemnego zapachu wydobywającego się z kuchni. Następnie wyszedł z mesy, wsunął kolejną kulkę do ust i westchnął z rozkoszy.

***

– Co planowałeś zrobić? – zapytał Josh. – Pozostać na Przystani na zawsze? A może chciałeś poślubić córkę jakiegoś brudnego farmera i zmajstrować bandę brudnych dzieci?

Zaczął się śmiać, częściowo sam do siebie.

Oczy Lokiego błyszczały za każdym razem, gdy uśmiechała się do niego nawet umiarkowanie atrakcyjna kobieta. Josh z łatwością mógł sobie wyobrazić przyjaciela żonatego i otoczonego zgrają brudnych, wrzeszczących dzieci.

– Nie bądź takim mądralą, Josh – warknął Loki, kontynuując wprowadzanie poleceń do systemu diagnostycznego promu. – Wiesz, że nie miałem zamiaru pozostać na Przystani dłużej, niż to konieczne. Po prostu nie jestem pewien, czy ten okręt to najlepszy sposób na opuszczenie układu. Czy w ogóle przyjrzałeś mu się z bliska? Jasne, wygląda całkiem świeżo i nic mu nie odpada, ale ta cała ich technologia wydaje się trochę przestarzała, nawet jak na standardy Przystani.

– Jaja sobie robisz? Nigdy nie słyszałem o żadnym okręcie, który miałby napęd skokowy czy coś podobnego. Poza tym interesuje mnie nie tyle okręt, co miejsce, skąd pochodzi.

– Zawsze byłeś marzycielem. – Loki potrząsnął głową.

– Daj spokój! – zawołał Josh. – Nie mów mi, że nie jesteś choć trochę ciekawy. To znaczy chodzi mi o to, że ci ludzie przybyli z Ziemi. Wszyscy podobno mamy stamtąd pochodzić. To chyba dość ekscytujące?

– Może następnym razem powinieneś zapytać, zanim nas do czegoś zgłosisz.

– O co ci chodzi? Nie ufasz mi?

– Nie, nie ufam. – Komputer diagnostyczny wydał wściekły dźwięk, powodując, że Loki rzucił datapada na konsolę. – Cholera, nie mogę nawet uruchomić systemu diagnostycznego.

– Tak, te słabo zaawansowane technologicznie pociski powodują duże uszkodzenia, prawda? Mamy tu pełno dziur w kabinie. – Josh odwrócił się do Lokiego ze swojego miejsca na przodzie promu. – Trzeba go zezłomować. Elektronika i sterowanie lotem są po prostu zbyt zniszczone, aby je naprawiać, zwłaszcza że nie mamy części zamiennych.

– Ale silniki i generator energii są w porządku – kontrargumentował Loki. – Tak samo większość systemów sterujących lotem.

– W razie potrzeby możemy go wykorzystać na części zamienne do drugiego promu. Ale ten nie jest wart wysiłku.

– Tak, pewnie masz rację – przyznał Loki, przesuwając dłońmi po twarzy i włosach.

To były dwa długie dni ciągłej pracy, z przerwami jedynie na posiłki.

– Masz rację w czym? – zapytał Nathan, wchodząc na trap wiodący do tylnej części uszkodzonego promu.

– Chodzi o to, że to pudło powinno zostać zezłomowane i rozebrane na części – oznajmił Josh.

– Naprawdę? Z zewnątrz nie wygląda to tak źle.

– To dlatego, że wszystkie najpoważniejsze uszkodzenia są wewnątrz – wyjaśnił Loki.

– Tak, pana ludzie całkiem nieźle postrzelali sobie w środku. Wątpię, żeby którykolwiek z tych żołnierzy wyszedł żywy, gdyby nie został wyposażony w odpowiednie elementy ochronne.

– Więc nie można tego naprawić?

– Może by się dało, gdybyśmy kupili na Przystani odpowiednie podzespoły. Wątpię, żeby gdzie indziej znalazł pan jakieś części do tej kupy złomu.

Nathan poczuł się trochę zakłopotany, ponieważ „ta kupa złomu” miała wiele systemów, które wyglądały, jakby były znacznie bardziej zaawansowane niż cokolwiek, co znajdowało się na pokładzie „Aurory”.

– Rozumiem, że nie jest to najnowocześniejszy okręt w okolicy.

– Nic na Przystani nie jest bardzo nowoczesne, kapitanie – wyjaśnił Loki.

– Tak – dodał Josh z uśmiechem. – Przystań to miejsce, w którym umierają stare jednostki kosmiczne.

– No nie wiem – Nathan się nie zgodził. – Twój kombajn wydawał się całkiem niezły.

– To dlatego, że Marcus się nim opiekował. Jest naprawdę lepszym mechanikiem, niż pozwala o sobie sądzić.

Nathan skinął głową.

– A co z drugim promem?

– Och, wszystko w porządku – stwierdził Loki. – Był praktycznie przygotowany do akcji bojowej, gdy wybuchła walka. Tak więc poza kilkoma zadrapaniami i przypaleniami na kadłubie jest gotowy do lotu.

– Cóż, przynajmniej tu mamy coś pozytywnego. À propos Marcusa, gdzie on jest? Myślałem, że będzie tutaj.

– Wymontowuje rdzeń komputera, a także kilka innych przydatnych części, kończy też sprawę z kombajnem. Mówi, że reaktor nie wygląda zbyt dobrze. Obawia się, że stanie się niestabilny, więc chce porzucić cały bałagan i się go pozbyć.

– Niedobrze – powiedział Nathan. – Mój główny inżynier chciałby przyjrzeć się niektórym systemom. Jesteś pewien, że nie ma sposobu, aby to bezpiecznie przechować? Mamy dużo wolnego miejsca.

– Podejrzewam, że Marcus ma rację. Ostatnią rzeczą, jakiej by pan pragnął, jest dziura w środku hangaru – odpowiedział Loki.

– Masz rację – stwierdził Nathan. – A myśliwiec Tuga? Co z nim?

– Trzeba zapytać samego Tuga – odrzekł Loki. – Myślę, że nie chciałby, żeby ktoś się do niego zbliżał. Przynajmniej ja bym nie chciał, gdyby ten myśliwiec należał do mnie.

– A co ty osobiście o nim sądzisz? – zapytał Nathan, który nie miał wiedzy o lokalnych statkach kosmicznych, a zatem nie był pewien, czy myśliwiec Tuga będzie mógł nawiązać równorzędną walkę z wrogiem.

– Oczywiście to starszy model. Ale jest naprawdę piękny – powiedział Josh.

– Tak, takich już nie produkują – zgodził się Loki.

– Co masz na myśli?

Josh mógł być urodzonym pilotem, ale to Loki znał tajniki okrętów, gdyż studiował je od momentu, gdy nauczył się czytać. Nikt nie wiedział więcej o tych maszynach.

– Nowsze modele są mniejsze i bardziej zwrotne, ale nie mają dużego zasięgu, prędkości ani siły uderzenia. Na pewno są trudniejsze do trafienia, ale zwykle wystarczy jeden celny strzał, aby je zlikwidować. Nowsze nie mogą się również poruszać z prędkością nadświetlną. Starsze modele były tworzone z myślą o patrolowaniu i przechwytywaniu obiektów w odległej przestrzeni. Wszystkie nowsze muszą operować z okrętów transportowych.

– Kapitanie – wtrącił Josh – chciałem pana o coś zapytać. Dlaczego w tym hangarze jest tyle wolnego miejsca, ale nie ma żadnych jednostek? Przecież został dla nich przeznaczony, ale oprócz naszych promów jest tu tylko mnóstwo skrzyń i śmieci.

Nathan usiadł na ławce biegnącej wzdłuż prawej burty promu.

– To długa historia. W skrócie wygląda to tak, że byliśmy właśnie w trakcie rejsu testowego i sprawy się skomplikowały. Prawdę mówiąc, poszły w zupełnie złym kierunku. W tym czasie nie mieliśmy na pokładzie żadnej z mniejszych jednostek, ponieważ naszym zadaniem było jedynie przetestowanie napędu skokowego. W rzeczywistości ten okręt nie jest nawet całkowicie ukończony. Dlatego są tu te skrzynki. Zawierają sprzęt, który nie został jeszcze zainstalowany.

– Rejs próbny na tysiąc lat świetlnych? – zastanawiał się na głos Josh. – Jeśli to pana pomysł na rejs próbny, dokąd, do diabła, miała się udać wasza prawdziwa wyprawa? Do innej galaktyki?

– Tak naprawdę nie planowaliśmy podróży na odległość większą niż trzydzieści, czterdzieści lat świetlnych.

– Cóż, powiedziałbym, że troszkę przesadził pan z celem, kapitanie – powiedział Josh.

– Tak, tylko trochę – zgodził się Nathan z uśmiechem.

Wiedział, dokąd zmierza ta rozmowa. Ci dwaj ludzie musieli być ciekawi jego okrętu i ogólnie Ziemi, tak jak Tug poprzedniej nocy. Ale Nathan miał dziś jeszcze dużo do zrobienia, więc nie miał teraz czasu na dłuższe rozmowy.

– Słuchajcie, chłopaki, muszę jeszcze z kimś pogadać. Idźcie do swoich kwater, zjedzcie coś i dobrze wypocznijcie. Mam wrażenie, że wkrótce zaczniecie więcej latać.

***

Jalea spoglądała przez lustro półprzepuszczalne na żołnierza oddziału szturmowego Ta’Akarów, który siedział na metalowym krześle przy metalowym stole w małym, spartańsko wyposażonym pokoju przesłuchań. Został pozbawiony ubioru kuloodpornego i miał na sobie tylko zwykły kombinezon pobrany z zasobów „Aurory”. Zakuto go w solidne kajdanki – dwie szerokie, grube bransolety, mimo to mógł się swobodnie poruszać po pomieszczeniu.

W spojrzeniu Jalei kryła się nienawiść do znajdującego się przed nią mężczyzny, do wszystkiego, co sobą reprezentował, i do okrucieństw, które prawdopodobnie popełnił lub miał w przyszłości popełnić w imieniu Caiusa Wielkiego, przywódcy Ta’Akarów. Jalea gardziła tym imieniem i noszącym je władcą, ponieważ to on był odpowiedzialny za śmierć jej matki, ojca i męża. Rzecz jasna nie zrobił tego osobiście, ale dla niego walczyły legiony, co czyniło go odpowiedzialnym za śmierć jej bliskich.

Nadal wpatrywała się w żołnierza, jej oddech był powolny i regularny. Spojrzenie kobiety było tak intensywne, że niemal nie mrugała. Ten po drugiej stronie był właściwie chłopcem, ledwie wkraczającym w wiek dorosły. Nosił jednak ceremonialne oznaczenia wojownika Ta’Akarów, wraz z ogonem węża, który otaczał jego szyję i znikał za plecami. Ten człowiek został wyszkolony. Kolejny niewolnik mający do wyboru służbę lub śmierć. W pewnym momencie życia postanowił złożyć przysięgę krwi swojemu przywódcy. Nie walczył tylko po to, by przetrwać. Ludzi o tak prostych motywacjach łatwo było zabić, ponieważ często nie chcieli się w pełni angażować. Tacy jak on walczyli o chwałę, za siebie i za swoich wodzów, co oznaczało, że nie bali się śmierci w bitwie. W rzeczywistości przyjmowali ją z zadowoleniem.

Nathan i Jessica weszli do pokoju obserwacyjnego.

– Jalea, dziękuję, że mogłaś się z nami spotkać – powiedział Nathan. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, ale pomyślałem, że możemy potrzebować tłumacza.

– Oczywiście – odpowiedziała, a jej broda lekko zadrżała. – Ale to Ybaranin. I chociaż młody, jest wystarczająco dorosły, aby mógł się już nauczyć Angla.

– Ybaranin? – zdziwiła się Jessica.

– Ybara to mały system znajdujący się poza gromadą Pentaura. Niedawno, jakieś dziesięć lat temu, został podbity przez Ta’Akarów. Wcześniej wszystkie dzieci, podobnie jak ja, uczyły się języka Angla. Nauczycielami byli zakonnicy. Dopiero po przybyciu Ta’Akarów i wprowadzeniu w życie Doktryny Pochodzenia zaprzestano używania Angla w Ybarze.

– A więc może nas zrozumieć? – spytała Jessica.

– Najprawdopodobniej tak, choć się do tego nie przyzna. Takie postępowanie oznaczałoby zwątpienie we własną wiarę.

– Nie nadążam za tym – przyznał Nathan.

– Ybaranie, podobnie jak inni ludzie ze światów kontrolowanych przez Ta’Akarów, muszą służyć w legionach. Najlepsi i najbardziej oddani dołączają do Ghatazhaka, specjalnie wyszkolonej grupy elitarnych wojowników. Przechodzą pranie mózgu i wierzą, że Caius jest Bogiem i cała ludzkość pochodzi z Takary, a nie z Ziemi. Są więc bardzo lojalni wobec niego. Przyznanie, że rozumie się Angla, byłoby jak wyrzeczenie się wiary w Doktrynę Pochodzenia, co zdyskwalifikowałoby go jako wojownika w Ghatazhaka, przynosząc mu wielką hańbę.

– W jaki sposób mamy sobie z tym poradzić?

– Nie będzie odpowiadać na pytania. Może dawać proste odpowiedzi, które mają cię uspokajać i podsycać jego poczucie wyższości. Nie zaoferuje jednak żadnej wiedzy merytorycznej. Uzyskanie takich informacji będzie wymagało bezpośredniej perswazji.

Nathan miał całkiem niezłe pojęcie o tym, co miała na myśli. Nie był pewien, czy jest już gotowy do takich działań. W końcu pochodzili z Ziemi i tak naprawdę nie mieli sporu z Ta’Akarami. Potyczki, w których do tej pory brali udział, mogłyby wynikać z nieporozumienia polegającego na przybywaniu w niewłaściwe miejsce o niewłaściwym czasie.

– Zacznijmy więc naszą rozmowę, dobrze? – Nathan zwrócił się do Jessiki, która podeszła do drzwi i nacisnęła przycisk interkomu.

– Ręce na stół! – rozkazała.

Więzień podniósł wzrok, co oznaczało, że usłyszał jej słowa, ale nie wykonał żadnego ruchu.

 

– Powiedziałam: ręce na stół!

Jalea pochyliła się nad interkomem i krzyknęła coś w swoim języku – prawdopodobnie to samo, co właśnie powiedziała Jessica. Więzień niechętnie położył obie ręce na stole.

Jessica przekręciła małe pokrętło w panelu sterowania i wcisnęła przełącznik. Więzień nagle poczuł, że jego dłonie zaczynają mocno przylegać do blatu, gdy mocne magnesy przyciągnęły pokryte metalem nadgarstki.

– Wszystko w porządku, kapitanie – zapewniła Jessica.

Nathan otworzył drzwi i wszedł do pomieszczenia, a Jalea i Jessica podążyły za nim.

Oczy więźnia zwęziły się z nienawiści na widok Jalei.

– Karuzari – zasyczał, jakby mówił o czymś ohydnym. Nastąpił ciąg niezrozumiałych słów, na które Jalea odpowiedziała w swoim języku, choć znacznie spokojniej.

– Co powiedział? – zapytał Nathan.

– Opisał dość niesmaczny akt seksualny, który zamierza ze mną odbyć, zanim mnie zabije.

– Co odpowiedziałaś?

– Powiedziałam mu, że będzie potrzebował dłuższej broni.

Nathan uśmiechnął się. Kolejny raz nie miało znaczenia, w jakim miejscu Galaktyki się znajdowali – ludzie wszędzie byli tacy sami.

– Możesz zacząć tłumaczyć – przekazał Jalei, a następnie zapytał: – Dlaczego zaatakowałeś ten okręt?

Jalea natychmiast przetłumaczyła to pytanie. Więzień odpowiedział bez wahania.

– Ta’Akarowie zabijają Karuzari. Jesteście z nimi, więc was też zabijemy – przetłumaczyła Jalea, używając jednak innego tonu i modulacji niż więzień.

– Winni przez współudział – mruknął Nathan.

Więzień kontynuował przemowę, a każde kolejne zdanie brzmiało bardziej wściekle niż poprzednie.

– Zostaliście skazani na porażkę z powodu waszych działań. Nie możecie im pomóc – tłumaczyła Jalea. – Bandyci z Karuzari zostaną wkrótce zlikwidowani, podobnie jak ci wszyscy, którzy odważą się im pomagać.

– Nie liczyłabym jeszcze na to – rzuciła Jessica.

Nathan, stojący ze skrzyżowanymi rękami obok Jalei, spojrzał na podwładną. Jedna jego brew uniosła się z dezaprobatą.

– Spokojnie, zabójco.

Popatrzył na Jaleę.

– A gdybyśmy powiedzieli mu, skąd jesteśmy? – zasugerował, odwracając się lewo i robiąc kilka kroków naprzód, jakby pogrążony w kontemplacji.

Stanął obok więźnia, który nie mógł już go widzieć bez odrywania oczu od Jalei.

– A może przyznalibyśmy się, że jesteśmy z Ziemi?

Oczy więźnia zwróciły się w prawo, aby krótko spojrzeć na Nathana, później znów spoczęły na Jalei, by zobaczyć, jak zareaguje, a jednocześnie stawały się coraz większe.

„Tak jak podejrzewałem – pomyślał Nathan – o Ziemi również słyszałeś”.

– Ależ, kapitanie – zaprotestowała Jessica – pan…

Nathan ponownie uniósł rękę, uciszając kobietę. Skierował wzrok na Jaleę, mrugnął i powiedział:

– Jakie szkody mogłoby to wyrządzić?

– Nathanie… – Jalea zaczęła protestować, celowo używając jego imienia, a nie stopnia. Oczy więźnia stały się jeszcze szersze.

– Śmiało – nalegał Nathan.

Jessica obserwowała oczy Nathana podczas tej wymiany zdań i musiała dostrzec porozumiewawcze mrugnięcie. Nie wiedziała, co dowódca zamierza, ale było oczywiste, że ma jakiś plan. Żałowała tylko, że powiedział jej o nim wcześniej.

– Jak pan sobie życzy, kapitanie. – Jalea westchnęła, odwróciła się do więźnia i zaczęła mówić cicho, spokojnie, a nawet melodyjnie. Tak jakby recytowała fragment książki, wiersza, a nawet psalmu. Okrążyła Ybaranina, poczynając od jego prawej strony, obeszła go od tyłu i znalazła się po jego lewej, wciąż cicho mówiąc. Z każdą kolejną liryczną frazą, która spływała z ust kobiety, więzień wydawał się coraz bardziej zaniepokojony.

Mimo nieznajomości języka Ta’Akarów Nathan miał wrażenie, że to, co Jalea mówi, jest znane zarówno jej, jak i więźniowi, którego oczy wciąż rozszerzały się w mieszaninie wątpliwości i strachu. Czasem Scott słyszał jakby odwołania do Ziemi i za każdym razem wydawało mu się, że więzień czuje się wtedy bardziej nieswojo. W końcu Jalea zakończyła słowem „Na-Tan”, wypowiedzianym po niewielkiej pauzie.

Więzień zaprotestował – początkowo spokojnie, potem z rosnącym wzburzeniem. Jalea wypowiadała w kółko te same frazy. W miarę jak jego sprzeciwy stawały się coraz głośniejsze, również Jalea mówiła z większym naciskiem. Po chwili oboje krzyczeli.

Nagle Jalea zaczęła mówić w języku Angla, wciąż bardzo głośno wypowiadając zdania:

– Legenda Początków nie jest już legendą! I wkrótce wszyscy Ta’Akarowie poznają prawdę! Że twój król jest kłamcą! Że wszyscy pochodzimy z Ziemi!

– Nie! – więzień ponownie zaprotestował. Jednakże tym razem odezwał się w języku Angla, a po policzkach zaczęły mu płynąć łzy.

– To jest okręt z legendy! Ci ludzie są Wojownikami Boga! A ten człowiek to Na-Tan!

– Nie! – zapłakał więzień, a jego słowa zamieniły się w krzyk. Ślina pryskała z jego ust, gdy wrzeszczał: – To nieprawda! Caius jest Bogiem!

Głos Jalei podniósł się wraz z głosem więźnia, dopasowując nie tylko do jego siły, ale także poziomu emocji.

– Caius jest tylko głupcem udającym, że jest Bogiem!

– Nie! Nie! Nie! – powtórzył więzień resztką sił. – Wkrótce nasze nowe reaktory zaczną działać, a okręty staną się niezwyciężone! Nic nie powstrzyma potężnych legionów Ta’Akarów, gdy będziemy rozprzestrzeniać się po całej Galaktyce! Caius Wielki będzie panował nad wszystkimi gwiazdami na niebie!

Nagle ton żołnierza się zmienił. Powrócił upór. Po raz kolejny przekonał sam siebie, że jego wiara jest najważniejsza, a sprawa słuszna. Głos stał się bardziej złowieszczy i lubieżny, gdy chłonął oczami najpierw ciało Jalei, a następnie Jessiki. Zaczął mówić gardłowo, a język wciąż poruszał się obscenicznie, aż w końcu nagle wstał, wyrzucając z siebie pełnym głosem kolejny ciąg nieprzyzwoitych słów.

Jalea rzuciła się na niego, a jej prawa pięść wbiła mu się w gardło. Siła ciosu była tak wielka, że unieruchomione nadgarstki jeńca pociągnęły ze sobą metalowy stolik. Jalea uchyliła się, zmuszając Nathana do zmiany miejsca, a następnie obeszła przewrócony stół i kolejny raz uderzyła Ybaranina w twarz. Zaskakujące było to, że mimo wielokrotnych ciosów oszalały mężczyzna nadal obrzucał ją sprośnymi uwagami. Jalea wciąż go biła, krzycząc z wściekłości za każdym uderzeniem.

Jessica przeskoczyła przez przewrócony stół i złapała Jaleę za włosy, odciągając kobietę od więźnia.

– Zabierz ją stąd! – krzyknęła do Nathana, który chwycił Jaleę z tyłu.

Więzień nadal krzyczał, a jego przekleństwa były teraz skierowane w stronę Jessiki. Odwróciła się i spojrzała na niego.

– Pieprz się – powiedziała, wymierzając mu kopniaka w twarz i uciszając go z zimną krwią. Następnie odwróciła się i patrzyła, jak Nathan odciąga płaczącą i krzyczącą Jaleę. Potem przykucnęła obok nieprzytomnego więźnia i sprawdziła mu puls na szyi.

– Tak, nadal żyjesz. – Wyciągnęła słuchawkę zestawu komunikacyjnego i stuknęła w nią, aby włączyć urządzenie. – Wzywam pogotowie medyczne. Mamy rannego.

***

– O co, do cholery, w tym wszystkim chodziło?! – zapytała Jessica, wchodząc do pokoju obserwacyjnego.

– Nie wiem! – przyznał Nathan. On także był oszołomiony tym, co się stało. – Pomyślałem, że gdyby mówił w Angla, moglibyśmy go oszukać…

– A kim, do diabła, jest Na-Tan?! – przerwała Jessica.

Zwróciła się do Jalei, która krążyła tam i z powrotem po pomieszczeniu. Gniew wciąż płonął w jej oczach.

– Co to za jacyś Wojownicy Boga? – uzupełniła pytanie Jessica, ale nie widząc nic poza wściekłym spojrzeniem Jalei, odwróciła się do Nathana. – Nie sądzę, żebyś miał pojęcie, co ona robi.

– Myślę, że próbowała go zmusić do zwątpienia w jego wiarę – odparł.

– W jaki sposób? Cytując święte księgi?

– Przecież wcześniej powiedziała, że ten facet to Ybaranin, a oni wszyscy w dzieciństwie uczyli się Angla. Nauczycielem zawsze był jakiś zakonnik.

– Z jakiego zakonu?

– Nie wiem. Wszystko opiera się na przekonaniu, że ludzie pochodzą z Ziemi, którą spotkało coś bardzo złego. Wierzą, że pewnego dnia przybędą wojownicy z Ziemi i uwolnią ich od zła.

– Och, świetnie! – wykrzyknęła Jessica. – Więc co, teraz jesteśmy jeźdźcami Apokalipsy?

Nagle właz wiodący do korytarza otworzył się i weszło dwóch członków załogi. Za nimi pojawiła się doktor Chen.

– Jest w pokoju przesłuchań – powiedziała Jessica, odsuwając się na bok.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?