Więcej niż tysiąc słówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

Czwartek, 21 sierpnia 2008

STEPHANIE

To zdjęcie zawsze zajmowało poczesne miejsce na kominku, najpierw w rodzinnym domu, a teraz w moim.

Ramka jest masywna, wysadzana perłami. Fotografia ma ziarnistą teksturę, ponieważ jest stara. W dzieciństwie uwielbiałyśmy z Ebony na nią patrzeć.

Nieważne, jak niemodna wydaje się sukienka mamy ani jak okropnie prezentuje się garnitur taty – i tak uważamy, że jest to wspaniała pamiątka z ich ślubu.

– Jak wyglądał wasz ślub, mamo? Czułaś się jak księżniczka? – zapytałam ją któregoś dnia. Nie mogłam mieć wtedy więcej niż osiem lat.

Jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.

– Doskonale. Tak właśnie się czułam. Jakbym była najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. I od tamtej pory nic się nie zmieniło – odparła, patrząc z czułością na zdjęcie.

– Czy twoi rodzice byli na ślubie? – zapytała Ebony.

Jej uśmiech na chwilę zgasł.

– Nie, skarbie, nie przyjechali – powiedziała, spuszczając wzrok.

– Byli zbyt zajęci? – zapytałam.

– Można tak powiedzieć. Wasz tata jest wspaniałym człowiekiem. W każdym odnajdzie to, co w nim najlepsze – dodała, odgarniając włosy z twarzy, po czym delikatnie dotknęła blizny na prawej brwi. Czasami tak robiła.

– Steph! Czy możesz przyjść po sałatkę? – Z kuchni dobiega głos Ebony. Odrywam wzrok od zdjęcia i idę do niej.

Mieszkamy w tym domu dopiero od dwóch miesięcy, ale powoli zaczynamy się w nim odnajdywać. To Matt znalazł tę nieruchomość i uparł się, żebyśmy ją obejrzeli, bo szybko zniknie z rynku. Miał rację. Pozostałe trzy pary, które oglądały dom tego samego dnia co my, również złożyły ofertę kupna. Mowa o trzystuletnim domu jednorodzinnym w Poppybrook, wioskę od tej, w której mieszkają tata i Ebony, niedaleko Cambridge. Sufity ozdabiają drewniane belki, kuchnię rozgrzewa piec Aga, a od frontu znajduje się przytulna weranda. Zawsze marzyliśmy z Mattem o takim właśnie domu: tradycyjnym i w dawnym stylu, ale na wskroś zmodernizowanym. Chociaż nie wymagał remontu, to z podekscytowaniem krążyłam po pokojach, myśląc o tym, jak je zaaranżuję. Matt ściskał mnie za rękę za każdym razem, gdy odkrywaliśmy kolejny atut domu: przestronną kuchnię, gabinet, wielki ogród.

– To ten – oznajmił, gdy tylko wsiedliśmy do samochodu. – Dopilnuję, żeby nikt nam go nie sprzątnął sprzed nosa.

Pewnie właśnie dlatego jest takim dobrym handlowcem. Zawsze dostaje to, na czym mu zależy. Zadbał, byśmy złożyli najwyższą ofertę – dzięki pomocy jego rodziców i mojego taty – i tak oto dom trafił w nasze ręce. Mieliśmy w nim mieszkać już do końca życia.

Ebony przeszła samą siebie, przygotowując dekoracje na mój urodzinowy obiad, który zjemy w ogrodzie, korzystając z pięknej pogody. Z drzew zwisają chorągiewki, nad trawnikiem unoszą się balony, a na stole stoi pastelowa zastawa. Siostra uwielbia mieć nad wszystkim kontrolę; zabawnie jest patrzeć, jak dyryguje Mattem: przyszła do nas godzinę temu i od progu wręczyła mu naczynie z moim ulubionym chili con carne.

– Przełóż to na patelnię, postaw na małym ogniu i przykryj pokrywką. Bo chyba macie odpowiednio dużą patelnię?

Matt popatrzył na nią w oszołomieniu, ale nie powiedział ani słowa.

Moja siostra od niedawna oddaje się urokom macierzyństwa, a właściwie traktuje je jak swój nowy projekt. Bez przerwy wyszukuje najnowsze trendy w wychowywaniu dzieci; można powiedzieć, że dostała na tym punkcie obsesji. Przez całą ciążę miała bzika na punkcie porodu w stanie hipnozy i „wydyszenia dziecka”, ale już po piętnastu minutach akcji porodowej kazała położnej „wyłączyć tę pieprzoną płytę” i podać jej znieczulenie zewnątrzoponowe. Ebony wprost uwielbia rozmawiać o dzieciach, tylko dlaczego miałabym wysłuchiwać jej dwudziestominutowego narzekania na metodę BLW, skoro nawet nie wiem, na czym ona polega? Jej uroczy synek Jude ma dopiero miesiąc, ale siostra myśli przyszłościowo i już szuka informacji na temat wprowadzania do diety dziecka pokarmów stałych. W pewnych kwestiach jest stanowcza. Nie pozwala nikomu dotknąć synka bez uprzedniego umycia rąk i zawsze nosi w torebce żel antybakteryjny, na wypadek gdyby ktoś nieodkażony próbował się do niego zbliżyć na mniej niż osiem kilometrów.

Siostra wyprowadza wszystkich gości do ogrodu i rozdziela zadania. Will, jej mąż, przyjmuje to bez mrugnięcia okiem – po tylu wspólnie spędzonych latach zdążył się już przyzwyczaić. Podziwia piękny bankiet przygotowany przez żonę, obejmuje ją ramieniem i całuje w bok głowy.

– Świetna robota, Ebs – chwali ją. – Przyjęcia urodzinowe zawsze wychodzą ci najlepiej.

Szeroki uśmiech na twarzy siostry mówi wszystko: cieszy ją komplement Willa, a poza tym Ebony wie, że jest w pełni zasłużony. Nie mam pojęcia, jak zdołała to wszystko przygotować, będąc matką miesięcznego niemowlęcia.

– Tak, bardzo ci dziękuję. Naprawdę to doceniam. – Uśmiecham się do niej, ostrożnie stawiam miskę z sałatką na środku stołu, po czym staję skrępowana za jednym z drewnianych krzeseł, czując się jak piąte koło u wozu.

– Chodźcie tu wszyscy! Siadajcie i wcinajcie! – zachęca Ebony, machając ręką w stronę półmisków z jedzeniem.

– Przepraszam za spóźnienie! – woła do nas tata już z korytarza, a po chwili wbiega do ogrodu, ściskając w jednej ręce ogromny bukiet różnokolorowych kwiatów, a w drugiej butelkę szampana. Jak zawsze ma na sobie koszmarnie niedobrany strój złożony z lnianych spodni w kolorze kremowym i czarnej koszuli. Na głowę wcisnął dziwaczny słomkowy kapelusz, od którego nie mogę oderwać oczu. Tata nie ma za grosz gustu i to mama zawsze dbała o to, by prezentował się stosownie do okazji.

– Zagadałem się z Ianem Wagstaffem – wyjaśnia. – Był dumny jak paw, bo jego bliźniaczki odebrały dziś wyniki egzaminów i obie dostały najwyższe oceny ze wszystkich przedmiotów! Chciał mnie koniecznie zaprosić do pubu na kufelek piwa…

Wiedziałam, że tego dnia ogłaszano wyniki GCSE, i myślałam o Jamiem. Miałam nadzieję, że jego uczniowie dobrze sobie poradzili i przysporzyli mu powodów do dumy. Z pewnością jest wspaniałym nauczycielem.

– Mam wrażenie, że same dopiero co zdawałyście ten egzamin – śmieje się tata, biorąc kieliszek wina od Willa. – A teraz spójrzcie na was!

Tak, spójrzcie na mnie.

Dwudziestoośmioletnią kobietę zatrudnioną w firmie ojca, pozbawioną motywacji do jakiejkolwiek zmiany. Brawo ja.

– Czasy szkolne wspominam najlepiej – oznajmia Matt.

Już to słyszałam. W szkole mój mąż nie narzekał na brak popularności; dziewczyny się za nim uganiały. Był kapitanem drużyny piłkarskiej, bardzo lubianym, chociaż uczył się przeciętnie. W niczym mu to jednak nie przeszkodziło. Na szkolnych zdjęciach widać przystojnego blondyna z zawadiackim uśmiechem.

– Dlaczego nie poszedłeś na studia, Matt? – zapytał go mój ojciec podczas pierwszego spotkania.

– Nie widziałem w tym sensu. Wszystkiego nauczyłem się w pracy. Doświadczenie okazuje się bardziej przydatne niż edukacja. Poza tym moje rodzeństwo po studiach zachowywało się, jakby pozjadało wszystkie rozumy. Nie chciałem skończyć jak oni.

Brat Matta jest lekarzem, a siostra naukowcem i oboje osiągają sukcesy w tym, co robią. Matt uważa ich za aroganckich i przemądrzałych. Spotkaliśmy się tylko parę razy, między innymi na naszym ślubie. Zawsze byli dla mnie bardzo mili.

– Zgadzam się z tobą – przytaknął mu tata. Trudno, by było inaczej. On też doszedł do wszystkiego sam i zakończył edukację na szkole średniej.

Leżący w foteliku Jude zaczyna wydawać z siebie zniecierpliwione pomruki. Wygląda jak aniołek. Idealny w każdym calu. Jego kościste, delikatne nóżki wystają z malutkich białych śpioszków.

– Moja starsza siostra kończy dziś dwadzieścia osiem lat! – droczy się ze mną Ebony.

– Nie przesadzaj z tym starszeństwem. Jesteś ode mnie młodsza tylko o trzy lata.

– No to kiedy wreszcie pomyślicie o… – pyta, ruchem głowy wskazując na Jude’a.

– Nieprędko – odpowiadam. Chryste, czy musi o to pytać akurat teraz? – Oboje jesteśmy na takim etapie kariery, że nie chcemy nic zmieniać. A kiedy ty zamierzasz wrócić do pracy? Standardowy urlop trwa chyba dziewięć miesięcy?

– Hmm. No właśnie nie jestem pewna. Czytałam mnóstwo artykułów o tym, że dzieci lepiej się rozwijają, kiedy jedno z rodziców zostaje w domu, pomyślałam więc, że może… Cóż, nieprędko.

Z wrażenia opada mi szczęka. Ebony jest adwokatką i raptem dwa lata wcześniej zatrudniła się w prestiżowej kancelarii. Spoglądam na tatę, ciekawa jego reakcji.

– Decyzja należy do niej – oznajmia, unosząc brwi, po czym wkłada sobie do ust kawałek chleba czosnkowego. Najwyraźniej wiedział już o tym wcześniej.

– Rozmawialiśmy na ten temat – wtrąca Will, wyczuwając moje zaskoczenie. – Całkowicie popieram Ebony. Zawsze będzie mogła wrócić do pracy, jeśli tylko zechce.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że mogą sobie na to pozwolić. Will zarabia sześciocyfrowe kwoty; zajmuje się czymś związanym z bankowością i pracuje w Londynie, pieniądze nie są więc dla nich problemem, ale nie w tym rzecz.

– Jesteś pewna, że tego chcesz? – pytam. Z nas dwóch to Ebony zawsze była bardziej zorientowana na karierę.

– Stephanie – odzywa się ze spokojem siostra – chcę zostać w domu z dzieckiem, dopóki jest małe. Tak jak to zrobiła nasza mama. Pragnę to samo zapewnić Jude’owi. Pamiętasz, jak wspaniale się czułyśmy, kiedy każdego dnia czekała na nas pod bramą szkoły?

Oczywiście, że pamiętam. Stała tam niezależnie od pogody. Takie rzeczy zaczyna się doceniać dopiero w starszym wieku. Wychodząc z klasy, szukałyśmy na dziedzińcu jej znajomej twarzy. Zawsze ściskała nas, gdy tylko wybiegłyśmy ze szkoły. Wydawała z siebie głośne ochy i achy, gdy pokazywałyśmy jej nasze dzieła: rakiety kosmiczne, igloo i zamki, które składały się z butelek po płynie do mycia naczyń, rolek po papierze toaletowym i pudełek po chusteczkach.

 

– Oczywiście – odpowiadam z uśmiechem. – I masz rację. Nikomu nie jest potrzebny rodzic, który większość czasu spędza w pracy. Dzieci potrzebują przede wszystkim miłości i opieki.

Tata na sekundę przestaje jeść, głośno odkłada sztućce na talerz i sięga po kieliszek z winem. Siedząca po przeciwnej stronie stołu Ebony piorunuje mnie spojrzeniem. Przenoszę wzrok z ojca na siostrę jak na meczu tenisa.

– Ebony dobrze to sobie obmyśliła – wtrąca się do rozmowy Matt. – Przecież nie musi pracować, więc po co miałaby to robić?

– Po co? – powtarzam z niedowierzaniem. – Bo nie jest maszynką do rodzenia dzieci. Ona też ma swoje życie.

– Kto, u diabła, chodziłby do pracy, gdyby nie musiał zarabiać pieniędzy? Ebony powinna się uważać za szczęściarę.

– Niektórzy kochają to, co robią. Łączą pracę z pasją. Ebony zawsze lubiła prawo i ciężko pracowała na swoją pozycję. Po prostu nie chcę, by podjęła tę decyzję pochopnie. Tu nie chodzi o to, czy musi pracować, czy też nie – odpowiadam, usypując na talerzu kopczyk z ryżu.

– Wszyscy ci ludzie kochający swoją pracę – odzywa się Matt, przewracając oczami – i wykonujący ją z pasją to banda obłudników. Nie wierzę im za grosz.

Myślę o Jamiem i o tym, z jaką ekscytacją i zaangażowaniem opowiadał o swoim zajęciu.

– A ja tak. Uważam, że niektórzy naprawdę są tacy wspaniali. – Rzadko mu się sprzeciwiam, ale tym razem postanawiam to zrobić.

– Trzeba by ich ze świecą szukać.

Doprawdy?

– Wiem, co masz na myśli, Steph – wtrąca z uśmiechem Ebony – i naprawdę doceniam twoją troskę, ale nie musisz się o mnie martwić. Jestem szczęśliwa.

– A co, jeśli… zwariujesz w domu z nudów?

– Nie bądź niemądra, Steph! Na pewno mi to nie grozi. Będę miała pełne ręce roboty! W tym tygodniu wybieram się na zajęcia masażu dla niemowląt, lekcje pływania i gordonki. A kiedy Jude dorośnie, możliwości będzie jeszcze więcej. Poza tym pewnie postaramy się o więcej dzieci.

– Wygląda na to, że wszystko już sobie zaplanowałaś – mówię jeszcze bardziej zszokowana.

Ebony i Will są małżeństwem od czterech lat. Zawsze wiedziałam, że to ona pierwsza wyjdzie za mąż. Planowała swój ślub, odkąd skończyła piętnaście lat, i udało jej się zrealizować marzenia praktycznie w stu procentach. Poznała Willa na studiach i gołym okiem widać, że są dla siebie stworzeni. Świetnie się ze sobą dogadują, ale jasne jest, że to ona nosi spodnie i ma ostatnie słowo przy podejmowaniu absolutnie każdej decyzji w domu, począwszy od wyboru miejsca, gdzie wyjadą na wakacje, a na marce żelu pod prysznic skończywszy. W przeszłości siostra miała wielu chłopaków, ale większość nie potrafiła z nią na dłuższą metę wytrzymać. Niektórzy nazywali ją apodyktyczną, chociaż wolała określenie „dobrze zorganizowana”.

– Czy mogę wam coś poradzić? – Długie włosy koloru lukrecji związała w luźny kok na czubku głowy, który teraz kołysze się przy każdym jej słowie. – Wiem, że jesteście małżeństwem dopiero od roku – szepcze, a mnie przed oczami staje Jamie, ale szybko odsuwam od siebie ten obraz. – Ale pamiętaj… Im będziesz młodsza, tym łatwiej odzyskasz dawną figurę po urodzeniu dziecka. Mnie udało się wrócić do dżinsów w rozmiarze dziesięć, ty jednak jesteś ode mnie starsza, więc nie zwlekaj zbyt długo. – Unosi brwi, jakby jej komentarz był na miejscu.

Zawsze można liczyć na to, że młodsza siostra podniesie cię na duchu.

Ludzie od jakiegoś czasu wypytują nas o dziecko, bo to przecież naturalna kolej rzeczy. „Skoro już jesteście małżeństwem, to może powiecie nam, kiedy planujecie spłodzić potomka?” Na tak zadane pytanie nie można odpowiedzieć: „Cóż, to chyba nie twoja sprawa”, tylko trzeba się uprzejmie zaśmiać i wymamrotać: „Zobaczymy” – albo coś równie bzdurnego. Boże, miej w opiece kobiety, które w ogóle nie planują dzieci. Co one mają, u licha, powiedzieć?

Tylko że ja chcę mieć dzieci. Po prostu jeszcze nie teraz.

– Jak tam w pracy, Matt? – odzywa się tata. – Udało ci się skaptować Farringtona?

– Prezentacja udała się fenomenalnie. Myślę, że mamy ich w garści.

– Świetna wiadomość! Masz midasowy dotyk, czego nie dotkniesz, zamienia się w złoto – zachwyca się ojciec.

– Dziękuję, Michaelu. Zaangażowanie i etyka zawodowa zawsze popłacają. Mogę nad Farringtonem popracować w ten weekend, jeśli chcesz, żebym go bardziej przycisnął. W poniedziałek mógłbym pojechać wcześniej do pracy i zamknąć całą sprawę.

Tata kręci głową.

– Nie, lepiej tego nie robić. Niech to sobie spokojnie przemyślą. Na pewno do nas wrócą.

– Ależ tak, oczywiście. Nie zamierzałem wywierać na nich presji, tylko leciutko ich pogonić. – Matt jak zawsze musi wyjaśnić wszystko do końca.

– Zostawmy to na razie – mówi tata, delikatnie uderzając widelcem w bok kieliszka. Robi to tak niezdarnie, jakby miał go za chwilę rozbić, a ja na ten widok zaczynam się śmiać. Ojciec spogląda na mnie, dobrze wiedząc, co mnie tak rozśmieszyło, i przez chwilę napawamy się tą bliskością, a dopiero później zaczyna mówić. – Chciałbym złożyć najlepsze życzenia mojej starszej córce, Steph. Jesteśmy z ciebie bardzo dumni. W ciągu ostatniego roku przebyłaś długą drogę, to fakt. Cieszymy się, że wyszłaś na prostą i poślubiłaś mężczyznę swoich marzeń. Nareszcie masz wszystko, czego pragnęłaś.

Goście unoszą kieliszki w geście toastu.

– Za Steph!

Grzecznie się uśmiecham, czując lekkie wyrzuty sumienia z powodu tego, że jeszcze chwilę temu naśmiewałam się z taty.

Jude tymczasem zaczyna się wiercić w foteliku, domagając się nakarmienia.

– Dokończ posiłek, ja już i tak się najadłam – zwracam się do Ebony, która pałaszuje obiad z prędkością światła. – Zabiorę go na górę.

Cudownie jest spędzić kilka minut w ciszy, karmiąc siostrzeńca. Przed jego narodzinami nie miałam bladego pojęcia, jak to się robi; na początku bałam się, że źle go trzymam albo że się przy mnie zakrztusi. Gdy jest już najedzony, tulę to drobne ciałko, dopóki nie zaśnie, i wpatruję się w tę idealną buźkę przez bitą godzinę, od czasu do czasu wąchając główkę siostrzeńca, podczas gdy reszta rodziny siedzi na dole. Nie mam pojęcia dlaczego, ale niemowlęce główki pachną wprost obłędnie – kojąco, pięknie, niewinnie. Melancholijne drżenie wstrząsa moim sercem jak symfonia.

Mimo to nie chcę mieć własnego dziecka, sama nie wiem czemu. Powinnam chcieć, skoro jestem mężatką, ale nie wydaje mi się, żeby to był odpowiedni moment.

Po wyjściu gości Matt zasypia na kanapie. Wychodzę z kieliszkiem wina do ogrodu, siadam na krześle i z głębokim westchnieniem włączam odtwarzanie w iPodzie.

Nothing’s Gonna Stop Us Now zespołu Starship. Och, uwielbiam tę piosenkę! Klasyka lat osiemdziesiątych.

Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Gwiazdy migoczą, jakby ktoś posypał je brokatem.

Ekran leżącego na stole telefonu nagle się podświetla. Ciarki wędrują mi po plecach, kiedy czytam wiadomość: Hej, Stephanie! Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku. Mam złe wieści. Warsztaty zostały odwołane! Bob jest w kiepskiej kondycji. Daj znać, co chcesz w tej sytuacji zrobić. Całusy, Jamie.

Wiele miesięcy temu zabukowaliśmy pokoje w pensjonacie. Wysłaliśmy do siebie po jednej wiadomości z potwierdzeniem, że tam będziemy. I tyle. Ale teraz jedynym powodem, by pojechać do Heathwood Hall, jesteśmy my sami.

Bez warsztatów, innych uczestników i rozpraszaczy – będziemy tylko my dwoje.

Wpatrzona w ekran, przypominam sobie weekend w zeszłym roku i nasz wspólnie spędzony czas. Śmiechy i pocałunek. Przy Jamiem czułam się szczęśliwa i pełna życia, samo przebywanie z nim w jednym pokoju było przyjemnością. Ale wtedy miałam powód, by tam być. Tym razem to zupełnie co innego.

Musiałabym okłamać Matta, a przecież jestem bez­nadziejną kłamczuchą.

Czekam, aż piosenka się skończy, i sięgam po telefon, zastanawiając się nad tym, czy za moment nie podejmę najgorszej decyzji w całym swoim życiu.

CZĘŚĆ II

Only Love Can Hurt Like This

Nic nie boli tak jak miłość

Rozdział 7

Sobota, 12 października 2008

STEPHANIE

Przykro mi, panie Dobson – mówi recepcjonistka, stukając w klawisze stojącego przed nią komputera – ale pańska rezerwacja została automatycznie anulowana w momencie, gdy odwołano warsztaty. Podobnie jak rezerwacje innych wykładowców.

Nie odrywając dłoni od kontuaru, Jamie pochyla głowę i robi krok do tyłu.

– Czy mogę poprosić o inny pokój?

– Obawiam się, że mamy pełne obłożenie – oznajmia kobieta. Plakietka na jej bluzce koloru burgunda informuje nas, że ma na imię Avril; jest w średnim wieku, nosi okulary w czerwonych oprawkach zawieszone na łańcuszku, kasztanowe włosy ma przystrzyżone na kształt lekko rozwichrzonego boba z opadającą na oczy grzywką. – Och! Chwileczkę, został nam jeden wolny pokój. Apartament Sułtański w cenie dwustu siedemdziesięciu pięciu funtów za noc.

Jamie gwałtownie nabiera powietrza.

– Proszę dać nam chwilę, dobrze? – Uśmiecham się do Avril i odciągam Jamiego od stanowiska recepcji. Podchodzimy do kominka i oboje bez słowa spoglądamy na wiszącą nad nim tabliczkę.

– Słuchaj, nie możesz tyle zapłacić za pokój – mówię mu. Wiem, że Jamie marnie zarabia, i nie jestem pewna, jak wytłumaczyłby się z takiego wydatku przed żoną.

– Co w takim razie powinienem zrobić? – pyta ściszonym głosem, gdy mijają nas jacyś ludzie. – Ty zapłaciłaś za swój pokój. Tak mi przykro…

– Tylko mnie nie przepraszaj! To nie twoja wina, tylko okropne nieporozumienie.

Jedno z nas musi to wreszcie zasugerować, chociaż żadnemu nie wypada tego robić. Rozwiązanie nasuwa się samo.

– Może prześpisz się w moim pokoju? Przecież jest tam kanapa.

Patrzy na mnie tymi swoimi błyszczącymi niebieskimi oczami.

– Jesteś pewna? – pyta, nie odwracając wzroku.

– Tak.

Podchodzi do kontuaru, za którym Avril cierpliwie czeka na dalszy rozwój sytuacji.

– Jednak nie będę potrzebował tego pokoju, ale dziękuję za pomoc – mówi do niej.

– Nie ma za co, panie Dobson. Dam państwu dwa klucze.

Przez kilka ostatnich tygodni nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Z jednej strony nie mogę uwierzyć, że zdecydowałam się na taki krok, ale przecież tylko ta decyzja trzyma mnie przy życiu. Stałam się szczęśliwsza, weselsza, bardziej promienna i zauważyli to wszyscy, nie tylko Ebony, która w zeszłym tygodniu, gdy wybrałyśmy się na manikiur, zapytała mnie podejrzliwym tonem: „Skąd u ciebie taki dobry nastrój?”. Wymamrotałam pod nosem coś na temat cieszenia się życiem i uprawiania jogi, co zresztą okazało się strzałem w dziesiątkę, bo siostra zaczęła się rozwodzić nad dobroczynnym działaniem endorfin, o czym wiedziała wszystko, ponieważ przeczytała na ten temat artykuł zaledwie tydzień wcześniej.

Przyjazd do pensjonatu oznaczał jednak okłamanie Matta, przynajmniej do pewnego stopnia. Nie chciałam go tak całkiem oszukiwać i mówić, że wybieram się w zupełnie inne miejsce, bo wydało mi się to zbyt… nieuczciwe. Nie zamierzałam mu również mówić, że jadę na warsztaty, bo z łatwością mógłby odkryć, że to pic na wodę. W końcu powiedziałam, że zamierzam spędzić weekend w Heathwood Hall z przyjaciółką.

Co jest w stu procentach prawdą. No, może w dziewięćdziesięciu.

Moje kłamstwo jest częściowo prawdziwe. Oczywiście gdyby było całkiem niewinne, powiedziałabym mężowi, kim jest ta „przyjaciółka”, ale nie mogę tego zrobić, bo wtedy musiałabym się przyznać, że chodzi o mężczyznę, którego widziałam do tej pory zaledwie dwa razy.

Wchodzę do pokoju, w którym całowaliśmy się przed rokiem, i rzucam klucze na łóżko. Jak tu cicho. Apartament wygląda dokładnie tak samo – nic się w nim nie zmieniło od czasu, gdy przyjechałam tu po raz pierwszy dwa lata temu.

Jamie podchodzi do szarej kanapy.

– Może się przebierzemy i pójdziemy na drinka przed kolacją? – pytam dokładnie w tym samym momencie, kiedy on zaczyna coś mówić.

Oboje wybuchamy nerwowym śmiechem.

– Przepraszam. – Uśmiecham się, zdejmując płaszcz. – Co chciałeś powiedzieć?

– To samo, co ty. Chętnie się czegoś napiję po długiej podróży. Jak chciałabyś… – Zawiesza głos i wykonuje dziwny ruch ręką, którego nie potrafię rozszyfrować. Patrzę na niego zdezorientowana. – No wiesz, przebrać się – wydusza z siebie wreszcie. – Jesteś kobietą…

 

– Owszem – przyznaję z rozbawieniem.

– Będziesz potrzebowała czasu i miejsca, żeby… zrobić to, co trzeba.

Zaczynam chichotać na widok tego, jaki jest skrępowany.

– Odświeżę się w łazience. Zajmie mi to góra dwadzieścia minut, a później zejdę na dół i tam na ciebie zaczekam – proponuje Jamie.

– Świetny pomysł!

Bardzo to wszystko kulturalne, nieprawdaż?

Szykowanie się do kolacji z Jamiem jest dla mnie surrealistyczne. Jak powinnam się ubrać na taką okazję? Na pewno ładnie, ale niezbyt elegancko ani seksownie. Kiedy wchodzę do łazienki, wciąż jest wypełniona jego zapachem. A gdy już mam zejść na dół, robi mi się niedobrze. Z nerwów, podniecenia i poczucia winy, ponieważ okłamałam Matta, żeby się tu znaleźć. Sytuację pogarsza fakt, że nie żałuję swojego przyjazdu. Ani trochę.

Jamie siedzi w barze. Bardzo mi się tu podoba. Wnętrze wypełniają błyszczące skórzane kanapy i dyskretne lampy, a wysokie ściany pokrywa tapeta w kolorze szkarłatu.

Widzę go, zanim on dostrzega mnie. Siedzi na sofie w kącie baru, obok wielkiego okna z widokiem na taras i fontannę, przy której rozmawialiśmy ze sobą po raz pierwszy. Trzyma ramię na oparciu i przygląda się któremuś z wiszących na ścianie dzieł sztuki – są tam portrety i widoczki typowe dla takich miejsc. W eleganckim stroju wygląda przystojnie. Tego wieczoru ma na sobie białą koszulę i ciemny blezer. Z uwagą wpatruje się w obrazy i nie wie, że go obserwuję. Zwlekam z podejściem, rozkoszuję się chwilą.

W końcu ruszam w jego stronę, mijając po drodze krzesła, stoły i siedzące przy nich pary.

– Wow! Wyglądasz pięknie – mówi, podnosząc się z kanapy, i omiata wzrokiem moją dopasowaną sukienkę w odcieniu strażackiej czerwieni. Przełożyłam sobie włosy przez ramię, żeby podkreślić dekolt w stylu Bardot.

– Dziękuję. Zjemy coś?

Godzinami rozmawiamy na najprzeróżniejsze tematy. Oboje jesteśmy fanami Jamesa Bonda, dyskutujemy więc o najnowszym filmie w serii, Quantum of Solace – jego premierę zaplanowano za kilka tygodni. Zastanawiamy się, który z aktorów najlepiej sprawdził się w roli agenta 007. Moim zdaniem Brosnan, Jamie uważa jednak, że Moore, i wybucha śmiechem, kiedy informuję go, że gdyby postawił na Connery’ego, od razu bym wyszła.

– Najlepsza dziewczyna Bonda? – pytam, mrużąc oczy.

– Solitaire. Grana przez Jane Seymour. Bezsprzecznie – odpowiada bez chwili zawahania.

– Dobry wybór!

– Najlepszy film w serii?

– Szpieg, który mnie kochał. Pierwszy Bond, którego oglądałam. Chyba że…

– Nie. Możesz wybrać tylko jeden tytuł. Bez wahania. Klamka zapadła – odpowiada Jamie bardzo poważnym tonem.

– Co?! Mam kilka ulubionych filmów, z wielu różnych powodów.

– To już musisz zgłosić do trybunału bondowskiego. – Śmieje się i upija łyk wina, nie odrywając ode mnie wzroku.

Później zaczynamy rozmawiać o naszych ulubionych filmach z dzieciństwa. Myślałam, że uzna mnie za wariatkę, kiedy się dowie, że oglądałam Powrót do przyszłości każdego dnia przez sześć tygodni wakacji, gdy byłam dzieckiem, ale on przyznał, że też ma obsesję na punkcie tego filmu i że to samo zdarzyło mu się z Gwiezdnymi wojnami.

– Czy to nie dziwne, że można tak się zafiksować na punkcie filmów? – pytam.

– Myślę, że to forma ucieczki – odpowiada ze wzruszeniem ramion. – Można się w nich zatracić, tak jak we wszystkim, co kreatywne.

Zbyt późno dociera do mnie, że przyglądam mu się z pełnym zachwytu cielęcym uśmiechem.

– W końcu to sztuka, nieprawdaż? – oświadcza z dumą, jakby właśnie udało mu się mnie wciągnąć do swojego świata.

– Za co ją tak kochasz? – pytam szeptem, nachylając się w jego stronę. Chyba jestem już leciutko wstawiona.

– A ty za co kochasz muzykę?

– Wyraża to, co chcę powiedzieć, bez słów – wyznaję.

– Tak samo jak dla mnie malarstwo.

Uśmiecham się, ale nagle czuję się skrępowana, jakbyśmy wymienili najskrytsze sekrety.

Zmieniając temat, Jamie pyta, jak mi idzie terapia, na co odpowiadam, że dobrze. Spotykam się z Jane już tylko raz w miesiącu.

– Czy dzięki tym sesjom twoje życie stało się lepsze i łatwiejsze? – dopytuje.

– Tak. – Kiwam głową. – Oczywiście terapia to proces, podczas którego pojawia się coraz więcej pytań i niewygodnych wniosków, a to niczego nie ułatwia.

– Co masz na myśli?

– Cóż, najwyraźniej mam osobowość autodestrukcyjną – przyznaję. – Jane uważa, że ciągnie mnie do rzeczy, które nie są dla mnie dobre.

– A ty się z nią zgadzasz?

– Tak – odpowiadam niepewnie, wolno obracając swoim kieliszkiem do wina. – Przynajmniej do tej pory tak było.

– Wiesz dlaczego? Jane ci to wytłumaczyła?

– Nie! – odpowiadam ze śmiechem. – To zupełnie nie w jej stylu. Woli, żebym dowiedziała się sama, nawet jeśli miałoby to trwać wieki. Uwielbia trzymać mnie w niepewności, ale za to wie wszystko na temat moich słabości i demonów.

– I jeszcze płacisz jej za ich wytykanie? – Jamie zaczyna się śmiać.

– Lepiej, żeby tylko ona je znała – mówię, sięgając po wino. – A jakie ty masz wady?

– Niektórzy twierdzą, że boję się podejmować ryzyko i że jestem zbyt ostrożny. – Gdy to mówi, wcale na mnie nie patrzy.

– W kwestii czego?

– Och, tak ogólnie, życia. Kariery i takich tam.

– Naprawdę? – pytam z niedowierzaniem. Jego zaangażowanie w sprawy uczniów jest wprost nieprawdopodobne. Kiedy słucham, w jaki sposób zachęca ich do obcowania ze sztuką, i to w wieku, kiedy dopiero odkrywają, kim naprawdę są, nie mam wątpliwości, że sednem życia Jamiego jest jego praca. – Przecież uczenie jest twoją pasją. Widać, że to kochasz. Ale powinieneś też zacząć wystawiać swoje prace, bo masz wielki talent.

– Dziękuję, nie bardzo jednak widzę taką możliwość, chyba że wydarzy się coś niespodziewanego. Nie wszystkie marzenia można spełnić, prawda? – Wzrusza ramionami.

– Takie słowa z ust kogoś, kto wierzy w przeznaczenie? Nie chce mi się w to wierzyć – mówię z udawanym oburzeniem w głosie.

– Co ma być, to będzie – odpowiada ze śmiechem.

– Naprawdę tak myślisz?

– Tak.

– No to gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla mnie? – pytam, przekrzywiając głowę, i ostatecznie przekraczam granicę flirtu.

– Cóż, warsztaty zostały odwołane, a jednak tu jesteśmy…

– I co to niby oznacza? – podpuszczam go.

– Ciebie jednej nie potrafię rozgryźć.

Uśmiecham się, ignorując fakt, że się rumienię. Na szczęście w barze jest ciemno. Zakładam włosy za ucho, upijam łyk wina i odstawiam kieliszek na stół nieco mocniej niż to konieczne. Jamie ani na moment nie spuszcza ze mnie wzroku.

– No co? – pytam skrępowana.

– Jesteś urocza, wiesz o tym?

– Wcale nie.

– Moim zdaniem tak.

– Dlaczego?

– Tak po prostu.

Nagle ogarnia mnie nieśmiałość, jakiej nigdy wcześ­niej nie czułam, gdy skomplementował mnie jakiś facet. Tylko że Jamie jest dla mnie kimś więcej niż jakimś facetem.

Muszę go pocałować. Pragnę go całować tak niespiesznie i czule, żeby cały świat zniknął. Właściwie wystarcza mi już sama rozmowa i nie wiem, jak poradziłabym sobie z czymś więcej. Martwię się, że mogłabym się z tego nie otrząsnąć.

– Chcesz już iść? – szepczę, patrząc mu w oczy, którymi intensywnie się we mnie wpatruje.

– Tak – odpowiada bez wahania.

Uśmiecham się, kiedy wstaje i bierze mnie za rękę. Wychodzimy z baru i kierujemy się w stronę imponujących kręconych schodów. Nie trzymamy się za ręce, ale nasze palce luźno splatają się ze sobą. Serce dudni mi w piersi. Chyba jeszcze nigdy nie czułam się tak podniecona i jednocześnie zdenerwowana.

– Och, chyba zostawiłem portfel na stoliku – mówi Jamie, poklepując się po kieszeni. – Pójdę po niego. Nie ruszaj się stąd.

– Nie zamierzam – mówię z uśmiechem.

Odchodzi w stronę restauracji, a ja stoję pośrodku hallu i uśmiecham się jak idiotka, przygryzając dolną wargę. W głowie mi się kręci, całe moje ciało przepełnia coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. W końcu mogę powiedzieć, że naprawdę żyję.