Więcej niż tysiąc słówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przyjemnie jest posiedzieć samej przy kominku. Zwyczajem nastolatek naciągam sobie rękawy bluzki na dłonie. Nie zdążyłam jeszcze z tego wyrosnąć.

– Szybko, zmywamy się stąd – słyszę w prawym uchu niecierpliwy szept.

– Widzę, że im czmychnąłeś – odpowiadam, chichocząc.

– Nie wiem, na jak długo. Chodźmy na dwór.

– Okej, tylko pójdę po wino. – Uśmiecham się i próbuję odsunąć od siebie myśl o tym, że to kiepski pomysł.

Mijamy fontannę z figurką tancerki i już mamy iść w stronę ławki, kiedy z nieba zaczyna padać ulewny deszcz, taki, co to potrafi przemoczyć człowieka w parę sekund i nie wiadomo, czy powinno się na to zareagować śmiechem czy furią.

– O cholera! Mamy jakiś plan B? – woła Jamie, krzywiąc się i mrużąc oczy, by zobaczyć cokolwiek przez ścianę deszczu.

– Wracamy do baru? – odkrzykuję.

– Tam nigdy nie dokończymy naszej rozmowy!

Zanim zdążę się zastanowić nad tym, co mam zamiar powiedzieć, słowa same wylatują mi z ust.

– To może do mnie? Mieszkam w apartamencie, będziemy mieli kanapę i stolik!

– Jasne! Chodźmy!

Wbiegamy do środka i wspinamy się po krętych schodach do Apartamentu Gwiaździstego. Oboje ociekamy wodą, kiedy próbuję znaleźć klucz.

*

W towarzystwie Jamiego czas płynie szybko. To niewiarygodne, jak wiele nas łączy i jak łatwo ten człowiek potrafi mnie rozśmieszyć. Przez wiele godzin siedzimy na kanapie w moim pokoju, wsłuchując się w odgłosy burzy i obserwując błyskawice. W całym pomieszczeniu pali się tylko jedna nocna lampka na stoliku obok łóżka. Jej światło tworzy wokół nas ciepłą, intymną atmosferę, pasującą do starego budynku i pogody na zewnątrz.

Siedzę skulona w kącie kanapy, z kolanami podciągniętymi pod samą brodę. Jamie siedzi parę centymetrów dalej, z ramieniem wyciągniętym na oparciu sofy, i od czasu do czasu dotyka palcami moich włosów. Biel koszuli kontrastuje z jego ciemnymi włosami i skórą wystającą spod podwiniętych rękawów. Kilka górnych guzików ma rozpiętych. W koszuli i dżinsach bardziej przypomina modela niż artystę.

– Cieszę się, że znowu tu jesteś. Zastanawiałem się, co u ciebie słychać – mówi.

– Nie planowałam tego. Mąż zafundował mi ten wyjazd.

– Aha, rozumiem – odpowiada jakby lekko rozczarowany. – W każdym razie los zesłał cię tu ponownie, Panno Cyniczna.

– Ty i te twoje brednie. – Śmieję się.

– Ciii, bo jeszcze cię usłyszy! – Przykłada mi palec do ust. – Lepiej już pójdę – dodaje, spoglądając na zegarek. – Nie chcę cię pozbawiać snu dla urody.

– Tak, nie sądziłam, że jest już tak późno – kłamię. Mniej więcej godzinę temu zaczęłam odczuwać lekkie skrępowanie i zastanawiać się, do czego to wszystko zmierza.

Oboje podnosimy się z kanapy i stajemy naprzeciwko siebie. W głowie mam mętlik. Czy powinnam go przytulić? Cmoknąć w policzek? Czy ośmielę się do niego zbliżyć?

– Cóż, świetnie się bawiłam… Znowu – mówię, odprowadzając Jamiego do wyjścia. Co za niedopowiedzenie.

– Ja też.

Krótki spacer do drzwi napełnia moje serce smutkiem i obawą. A jeśli się okaże, że to nasze ostatnie spotkanie? Może tu nie wrócić w przyszłym roku. Mam ochotę mu powiedzieć… coś, chociaż nie mam bladego pojęcia, co by to mogło być. Ciekawe, czy on myśli to samo.

Jamie pierwszy podchodzi do drzwi i wyciąga rękę w stronę klamki. A później się zatrzymuje.

Odwraca się w moją stronę. Stoimy teraz blisko siebie, bliżej niż para przyjaciół, nie sprawia jednak wrażenia przerażonego tym faktem, nie odwraca wzroku. Patrzy mi prosto w oczy. Żadne z nas się nie odzywa. Muszę odchylić głowę do tyłu, żeby na niego spojrzeć.

Przeczesuje mi palcami włosy za uszami i delikatnie układa dłonie po obu stronach szyi. Serce zaczyna mi bić jak szalone, kiedy się do niego przysuwam. Nasze usta zbliżają się do siebie, lecz zanim się dotkną, nieruchomiejemy na kilka sekund.

Dzielą nas milimetry. Dokonujemy wyboru. W tym momencie możemy się jeszcze wycofać albo wywrócić nasze życie do góry nogami.

Pocałunek zaczyna się delikatnie i niespiesznie, ale już po paru sekundach staje się niecierpliwy i namiętny. Jakby nasze wargi były dla siebie stworzone. Jamie odwraca się ze mną, przyciska mnie do drzwi i napiera na mnie ciałem. Obejmuję go w pasie i przyciągam jeszcze bliżej. Delikatnie kąsa moją dolną wargę. Potrafię myśleć wyłącznie o tym, jaki jest wspaniały – zarówno on, jak i pocałunek. Oboje instynktownie kierujemy się w stronę łóżka.

Opadam na nie, a Jamie całuje mnie w szyję: zmysłowo, miękko, czule. Kiedy się na mnie kładzie, oplatam go nogami.

Nagle się odsuwa. Głęboko wciągam powietrze – i on też. Leży na łóżku, zasłaniając rękami usta. Zapada grobowa cisza, ale nie chcę pierwsza się odezwać. Zresztą i tak nie wiedziałabym, co powiedzieć.

– Posłuchaj, Stephanie… Bardzo cię przepraszam – mówi wreszcie. – Nie jestem takim facetem. Cholera, strasznie mi przykro.

– Wiem, że nie jesteś – przerywam mu.

– Przez te dziesięć lat ani razu…

– Wierzę ci.

– Ale… cholera. – Patrzy na mnie. – Masz w sobie coś takiego, co nie pozwala mi o tobie zapomnieć. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym stąd wyjść i nigdy więcej cię nie zobaczyć, nie porozmawiać z tobą. Wiem, że to brzmi, jakbym zwariował…

– Wcale nie – zapewniam go. – Ja czuję to samo.

– I wiem, że spotkaliśmy się raptem dwa razy, ale… Muszę cię znowu zobaczyć.

On musi mnie znowu zobaczyć.

– Za rok o tej samej porze? – sugeruję.

– Może. Oby.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Nie wiadomo, czy warsztaty jeszcze się odbędą. Można powiedzieć, że ich los wisi na włosku. Bob ma problemy ze zdrowiem i nie jest pewien, czy będzie miał siłę się nimi zająć.

– Ach, tak. – Staram się ukryć rozczarowanie. – To może wymienimy się numerami telefonów, żebyśmy w razie czego mogli się umówić jakoś inaczej?

Mój Boże, co on sobie o mnie pomyśli? Jestem mężatką od trzech miesięcy. W co ja, do diabła, pogrywam? Tak jakbym całkiem straciła rozum i była w stanie myśleć wyłącznie o jednym: jak się z nim znowu spotkać.

– Oczywiście pod warunkiem, że ty też tego chcesz – ciąg­nę. – Nie musimy nawet nic robić. Nie żebym na cokolwiek liczyła. Niech to szlag! Pojęcia nie mam, co by to miało być, ale może moglibyśmy po prostu zostać przyjaciółmi?

Gardzę sobą i jednocześnie nie potrafię sobie wyobrazić, że miałabym już nigdy więcej nie zobaczyć Jamiego.

– Powinienem odpowiedzieć, że nie mogę się z tobą więcej spotkać – mówi, patrząc mi prosto w oczy. – Ale nie jestem w stanie tego zrobić. Sam nie wiem dlaczego. Wiem tylko, że postępuję źle i że gadam jak potłuczony…

– Ja też to czuję – powtarzam, kiwając głową. – To może być… coś naszego. Jeden weekend w roku. Będziemy się spotykać i rozmawiać… jak przyjaciele.

Przyjaciele.

Ostatnie słowo zawisa nad nami niczym dym z papierosa.

– Tak. – Jamie uśmiecha się w taki sposób, że zaczynają mu błyszczeć oczy, a w policzkach pojawiają się dołeczki. – Podoba mi się ten pomysł.

1 Odwołanie do tekstu piosenki Shanii Twain That Don’t Impress Me Much (przyp. tłum.).

Rozdział 5

Czwartek, 21 sierpnia 2008

JAMIE

Panie Dobson! Dostałam A*! – woła Katie i podbiega do mnie, wymachując białą kartką.

– Co takiego? Pokaż! – Uśmiecham się szeroko, kiedy podstawia mi wyniki egzaminów pod sam nos. Wiem już, że zdobyła najwyższą ocenę – zresztą w pełni zasłużenie – ale nie zamierzam jej odbierać przyjemności rozgłaszania tego wszem wobec. Ciężko na nią pracowała. – Coś niesamowitego! Gratulacje!

– Niech pan spojrzy, co dostałam! – odzywa się Louise, ciągnąc mnie za ramię.

– Brawo! Napracowałaś się, żeby dostać to C, Lou. Jestem z ciebie dumny! – Twarz jej się rozjaśnia, a ja widzę kolejnych biegnących do mnie uczniów.

Właśnie za to tak kocham swoją pracę.

Dzień ogłoszenia wyników egzaminu GCSE kosztuje nas, nauczycieli, sporo nerwów. Myślimy o tym, by zrealizować wcześniejsze założenia, dla mnie są one jednak kwestią drugo­rzędną w stosunku do planów i nadziei moich uczniów. Nie mam dzieci, ale czuję, że wszystkie są po części moje, gdy tak czekają na wyniki. Wiem, jak ciężko pracowały przez cały rok. Wiem, co to znaczy, gdy od ocen zależy, czy dostaną się na akademię sztuki. W tym roku wszyscy moi uczniowie poradzili sobie znakomicie i nie mógłbym być z nich bardziej dumny. Nic nie uszczęśliwia mnie w większym stopniu niż patrzenie, jak skaczą do góry i piszczą z radości. Tego dnia zawsze przyjeżdżam do szkoły wcześ­niej, piję kawę i sprawdzam wyniki przed pojawieniem się dzieci. Lubię wiedzieć, na kogo powinienem mieć oko, kto z nich będzie najbardziej zawiedziony. Nie ma nic przyjemniejszego, niż patrzeć, jak biegną do mnie i nie mogą się już doczekać, by pochwalić się wynikami. Emocje ściskają mnie wtedy za gardło.

Na początku w korytarzu jest cicho, słychać tylko stłumione głosy i kroki wchodzących do szkoły uczniów, szybko jednak zastępują je głośne piski i okrzyki radości. Zaczyna się totalny chaos, ale ja to kocham – zawsze czekam, aż wszyscy moi podopieczni sprawdzą wyniki. Chętnie pomagam każdemu dziecku, które potrzebuje wsparcia. Jesteśmy jak jedna wielka rodzina.

Udzieliły mi się emocje dzieci, więc po poranku spędzonym w szkole wróciłem do domu i przez jakiś czas malowałem. Właśnie dlatego uwielbiam wakacje – mogę się wtedy całkowicie poświęcić tworzeniu. Muzyka, parę piwek, piękny, słoneczny dzień. Idealnie.

– Wasze zdrowie, roczniku dwa tysiące ósmy! – wznoszę toast, zdejmuję kapsel z butelki piwa i wyrzucam go do stojącego przy drzwiach kosza. W upale zimne piwo smakuje wyjątkowo dobrze. Nadal czuję się jak w tropikach, chociaż jest już za kwadrans szósta, ale jeśli kiedykolwiek zasłużyłem sobie na wcześniejszy fajrant, to właśnie dzisiaj.

 

Postanowiłem zrobić grilla dla siebie i Helen: kupiłem różne gatunki mięsa, przygotowałem sałatkę, wymyślny makaron z pesto (według przepisu Jamiego Olivera) i faszerowane papryki. Pomyślałem, że w ten piękny wieczór zjemy na dworze, zwłaszcza że Helen też ostatnio ciężko pracowała.

Relaksuję się w ogrodzie, gdy nagle w kuchennych drzwiach staje żona i coś mówi, ale zagłuszają ją dźwięki Oasis dudniące z głośników marki Bose.

– Przepraszam, co mówiłaś, skarbie? Nie słyszałem, jak weszłaś. – Ściszam muzykę.

– Mówię, że chyba miałeś dobry dzień! – Helen ruchem głowy wskazuje na kosz, z którego wystają trzy butelki po piwie. Odbiór śmieci był wczoraj.

– W końcu mam powód do świętowania, czyż nie?

– Tak, jestem z ciebie dumna – mówi słodkim głosem i się do mnie przytula. – Za tobą kolejny udany rok.

– Sam nie mogę w to uwierzyć! Najwyższa liczba ocen A* w całej mojej karierze!

Obejmuję Helen w pasie, wtulam twarz w ciemnobrązowe włosy zebrane w kok i wdycham jej zapach.

– Właśnie. – Odsuwa się ode mnie i kładzie mi ręce na ramionach. – Dobra robota! I dlatego zabukowałam dla nas stolik w tej nowej tajskiej knajpie w Deansgate. Mamy rezerwację na siódmą trzydzieści, więc lepiej się pospiesz.

– Nie ma takiej potrzeby – odpowiadam dumnie. – Przygotowuję dla nas barbecue.

– Och – wzdycha Helen, zerkając mi przez ramię. – Rzeczywiście. Ale nie wstawiłeś jeszcze mięsa, więc możemy to przełożyć na jutro. Naprawdę podoba mi się ten lokal: zbiera świetne recenzje i udało mi się zarezerwować stolik wyłącznie dlatego, że ktoś w ostatniej chwili zrezygnował.

– Wszystko już przygotowałem, a wieczór jest wprost stworzony do tego, by zjeść kolację na świeżym powietrzu – odpowiadam, omiatając wzrokiem ogród. Przez kilka ostatnich dni sporo w nim zrobiłem. Może nie jestem mistrzem ogrodnictwa, ale jakoś sobie radzę z nożycami i kosiarką.

– Cóż, chciałam ci sprawić przyjemność, skoro jednak wolisz zostać w domu, to twój wybór – stwierdza z uśmiechem Helen, po czym zdejmuje ręce z mojej szyi. – Pójdę się przebrać.

Przez całe życie uwielbiałem grillować. Posiłki gotowane albo jedzone na świeżym powietrzu zawsze smakują najlepiej. Tak już jest.

Napawam się widokiem uczty, którą rozłożyłem na drewnianym stole w ogrodzie. Robię zdjęcie telefonem i przesyłam Calowi z komentarzem: Przystojny i zaradny. Odpowiedź przychodzi błyskawicznie: Nie pochlebiaj sobie! A to menda.

Helen wraca ubrana w długą letnią sukienkę, z okularami przeciwsłonecznymi zsuniętymi na czubek głowy. Podaję jej kieliszek schłodzonego białego wina, a ona upija łyk i posyła mi promienny uśmiech, który tak kocham.

To właśnie na niego zwróciłem uwagę, kiedy się poznaliśmy. A także na ogromne brązowe oczy i długie włosy w odcieniu czekolady. Helen przychodziła na zajęcia ubrana w podkolanówki i fartuszek (zapięty tylko z jednej strony), spod którego wystawał obcisły podkoszulek. Miała cięty język i nosiła wyrazisty, podkreślający urodę makijaż. Było w niej coś nieokiełznanego i szybko doszedłem do wniosku, że nadajemy na tych samych falach, co wydaje się ważne dla osiemnastolatka poszukującego swojego miejsca na świecie.

Kumplowaliśmy się przez wiele miesięcy, zanim do czegokolwiek między nami doszło. Helen, Cal i ja byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Istne papużki nierozłączki. Można nas było znaleźć albo w pracowni, albo w sąsiadującym z nią pubie. W końcu spiknęliśmy się z Helen podczas koncertu britpopu w Camden, gdzie upici tanim cydrem tańczyliśmy do piosenki Common People Pulp. Nie umknęła nam ironia tego faktu; w końcu też studiowaliśmy w Saint Martins2. Wszyscy troje śmialiśmy się, rozmawialiśmy, żyliśmy i napawaliśmy się sztuką. To była nasza pasja. Mieliśmy zupełnie różne charaktery, ale sztuka trzymała nas razem.

Później nasze drogi się rozeszły. Helen odrzuciła wszystkie romantyczne wizje związane z wystawianiem swoich prac i zatrudniła się w branży reklamowej, a konkretnie przyjęła pracę graficzki w agencji w Manchesterze. Cal jest artystą i projektuje skórzaną galanterię.

A ja stałem się nauczycielem plastyki i niewyczerpanym źródłem rozczarowań dla Helen. Za dużo pracuję, przejmuję się swoimi uczniami bardziej niż powinienem, a na dodatek mało zarabiam. Ale to kocham. Dzieciaki przychodzą na moje zajęcia, ponieważ mają pasję i powinny ją rozwijać. Łatwo to poznać, kiedy przestępują próg klasy: zrzucają plecaki i nie mogą się doczekać, aż zaczniemy; pracują nawet podczas przerw i zostają jeszcze długo po ostatnim dzwonku; są naprawdę zaangażowane i przypominają mnie z dawnych lat. Na tym etapie życia rozpaczliwie szukają inspiracji; ich umysły są zdolne chłonąć sztukę i się nią zachwycać. Szkoła, w której pracuję, mieści się w dość zaniedbanej okolicy, więc te dzieciaki nie mają przed sobą wspaniałych perspektyw, ale mam poczucie, że mogę coś zmienić w ich życiu, szczególnie w takie dni jak ten.

– Jak ci minął dzień? – pytam, nakładając Helen kiełbaski na talerz.

– Całkiem w porządku. Gdyby nie ta cholerna Hogata, która znowu wchrzaniła mi się w prezentację.

– Jezu, ona nigdy nie odpuszcza, co? Wstrętna wiedźma!

– Wszystkim podobał się mój pomysł, ale ona oczywiście musiała wtrącić swoje trzy grosze: „Taaak, no cóż, jest niezły…”. – Helen kapitalnie naśladuje akcent Lishy (którą nazywamy Hogatą). – „Ale mam wrażenie, że nie trafimy z tym pomysłem do naszej grupy docelowej”, a później zjechała go od góry do dołu.

– Czy którykolwiek z jej argumentów był chociaż po części uzasadniony?

– A gdzie tam! Ostatecznie pomysł został przyjęty, ale ona wprost uwielbia patrzeć, jak się stresuję.

– Niezły ma tupet.

– Wiem. – Wzrusza ramionami. – Później Sarah przyszła do mnie i kazała mi się nie przejmować.

Helen robi dobrą minę do złej gry, ale widzę, że jest podłamana. Hogata – nowa szefowa żony – już od pół roku uprzykrza jej życie.

– Wiem, że jest ci ciężko, ale ona zachowuje się jędzowato wyłącznie dlatego, że wie, jaka jesteś genialna. Pewnie ci zazdrości i się ciebie boi. Wszystko robisz dobrze.

– Mam nadzieję. Nie mogę się już doczekać weekendu. Może wyskoczylibyśmy w sobotę do Liverpoolu? Organizują festiwal kulinarny – mówi, wgryzając się w bułkę z kiełbasą. – A w niedzielę wybralibyśmy się na lunch do Lowry, z widokiem na rzekę.

Helen jest niezwykle zorganizowana i lubi wszystko planować. Dzięki swojej pracy dowiaduje się o ciekawych miejscach i dostaje tyle zaproszeń, że weekendy spędzamy głównie w knajpach, nowych barach i na koncertach modnych kapel. Z natury jestem raczej domatorem i czasami wolałbym po prostu posiedzieć w spokoju na kanapie, ale ona lubi bywać.

– Brzmi świetnie. Jak ci smakuje? – pytam. – Może chcesz dokładkę?

– Nie, dziękuję – odpowiada, ocierając usta błękitną serwetką.

– W takim razie schowam resztę jedzenia do lodówki. Może jutro zapakuję ci coś pysznego do pracy.

– Nie trzeba. Pamiętasz, że jadę do Londynu? O siódmej rano mam pociąg.

– Racja, wyleciało mi z głowy. Przypomnisz mi, po co tam jedziesz?

– Ma to związek z planami ekspansji naszej firmy.

– No tak, coś wspominałaś. – Kiwam głową, pakując sobie burgera do ust.

– Pilnie szukają utalentowanych grafików, ilustratorów – mówi Helen, przesuwając widelcem sałatkę po talerzu. – Płacą świetnie, gdybyś był zainteresowany.

Spoglądam na nią, szykując się do kolejnego gryza, i zaczynam się śmiać.

– Za żadne skarby! – mówię, sięgając po piwo.

– No tak, zapomniałam. – Helen unosi wzrok. – W przeciwieństwie do mnie, nigdy nie zostałbyś korposzczurem.

– Daj już spokój, myszko – żartuję i nachylam się, żeby ją pocałować, a ona obejmuje mnie i przyciąga do siebie.

– Poza tym – wracam do tematu, gdy już kończymy się całować – jedno z nas musi być kurą domową. Nie możemy oboje robić kariery. Czy nie widzisz, jak nasz cholerny dom lśni czystością?

Oto jedna z zalet bycia nauczycielem: trzynaście tygodni wakacji. Oczywiście robię wtedy różne rzeczy związane z pracą, ale mogę też zająć się domem, a w przyszłości również dziećmi. Helen ciągle siedzi w pracy, a ja chciałbym poświęcić naszym dzieciakom jak najwięcej czasu. Poza tym lubię dbać o to, żeby w wakacje żona codziennie wracała do przytulnego, czystego domu, z kolacją na stole i pełną lodówką. Razem tworzymy zgrany zespół.

– Chyba masz rację. – Śmieje się. – Chociaż nadal nie umiesz poprawnie składać ręczników.

Tłumaczyła mi to już dziesiątki razy, ale nadal nie rozumiem, w czym rzecz.

– Nie można mieć wszystkiego – żartuję.

Dzieciaki sąsiadów dokazują w ogrodzie. Słyszę ich piski i krzyki pośród odgłosów rozchlapywania wody, więc pewnie bawią się w basenie. Mieszkając w bliźniaku, nigdy nie można się cieszyć całkowitą ciszą.

W pokoju panuje ciemność, nie licząc błyskającego ekranu telewizora w kącie. Helen chodzi spać o wiele wcześniej niż ja. Pod tym względem kompletnie do siebie nie pasujemy. Na początku naszego związku kładliśmy się razem i rozmawialiśmy przez długie godziny, a później uprawialiśmy seks prawie co wieczór. Podobnie jak większość par. Z biegiem czasu wszystko się zmienia – nie mówię, że na gorsze, jest po prostu inaczej. Teraz wolę posiedzieć dłużej: czytam, oglądam telewizję, myślę o różnych rzeczach. Helen uwielbia spać, a mnie to nie przeszkadza, każdy jest inny.

Spoglądam na fotografię, która stoi na kominku. Nasze ślubne zdjęcie. Uwielbiam je. Ledwie nas na nim widać pomiędzy deszczem konfetti. Wyglądamy na bardzo szczęś­liwych i naprawdę tacy byliśmy.

– Nadal jesteśmy – szepczę do siebie ledwie słyszalnym głosem i czuję w sercu ukłucie.

Nasz związek wydawał mi się najwłaściwszą rzeczą pod słońcem. Nigdy nie pragnąłem być z żadną inną kobietą. Czasem oczywiście się kłócimy, jak każda para – kto tego nie robi? – ale ogólnie rzecz biorąc, nasz związek jest udany. Szanujemy się i kochamy. Mamy swoje życie; oboje rozumiemy, jakie to ważne, by mieć swoje pasje i przyjaciół. Helen wyjeżdża na weekendy z koleżankami, a ja z kumplami.

Pasujemy do siebie i znamy się na wylot. Darzymy się przyjaźnią.

Nigdy, przenigdy nie czułem pokusy, by ją zdradzić.

Chyba nawet nie potrafię wyrazić słowami tego, co ma w sobie Stephanie. Pewnie łatwiej byłoby mi to namalować, niż opisać.

Coś mrocznego, wyjątkowego, pociągającego.

Urzekająco melancholijna. Taka właśnie jest.

Stephanie to olśniewająca kobieta, ale nie w tym rzecz – to za mało, bym ośmielił się wdać w romans.

Nie potrafiłem przestać o niej myśleć. Próbowałem, lecz wciąż do mnie wracała. Czasami wydawało mi się, że widzę ją na ulicy. Podczas rozmowy z dziewczyną o zielonych oczach przypominałem sobie, jak zaglądałem w oczy Stephanie. W końcu Helen przywołała mnie do porządku. Zapytała, co się ze mną dzieje. Dlaczego od pewnego czasu jestem taki nieobecny? Wtedy już wiedziałem, że muszę się otrząsnąć. Co ja, u diabła, wyprawiam? Przecież jesteśmy z żoną szczęśliwi. A jednak nie mogę więcej się nie zobaczyć ze Stephanie.

Muszę jej wysłać wiadomość. Muszę się z nią znowu spotkać.

2 Nawiązanie do fragmentu piosenki: She studied sculpture at Saint Martin’s College / That’s Where I / Caught her Eye (Studiowała rzeźbę w Saint Martin’s College / To właśnie tam / zwróciła na mnie uwagę) (przyp. tłum.).