Człowiek pogrzebany

Tekst
Z serii: Lew Archer
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Człowiek pogrzebany
Człowiek pogrzebany
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Człowiek pogrzebany
Człowiek pogrzebany
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99  17,74 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ VI

Droga skończyła się u stóp piaskowego urwiska. Pani Broadhurst zaparkowała furgonetkę i wysiedliśmy.

— Dalej musimy pójść pieszo — oznajmiła. — Normalnie moglibyśmy objechać dookoła, tak zwaną Drogą Grzechotników, ale tam się właśnie pali.

Na tle urwiska stała brunatna drewniana tablica z napisem „Szlak Falconera”. Okazało się, że jest to dróżka tonąca w pyle, wyżłobiona przez buldożery w stromym zboczu kanionu. Wspinając się przede mną pani Broadhurst poinformowała mnie, że teren pod wytyczenie szlaku ofiarował hrabstwu jej ojciec. Zabrzmiało to, jakby za wszelką cenę szukała sposobu dodania sobie otuchy.

Łykałem pył spod jej stóp, dopóki czubki najwyższych platanów nie zostały w kanionie pod nami. Pięliśmy się dalej, ku blademu księżycowi, wiszącemu nad krawędzią urwiska. Byłem zlany potem, gdyśmy się wreszcie wdrapali na szczyt.

O jakieś sto kroków od skraju urwiska, na tle zagajnika, stał poszarzały sekwojowy domek. Część drzew w zagajniku była osmalona i okaleczona, znacząc błędny szlak pożaru. Sam domek nie był osmalony, natomiast spryskany czymś czerwonym, jak krwią.

Za zagajnikiem czerniało zbocze, po którym przeszedł cgień. Pięło się ono ku grani, którędy biegła droga, i przechodziło kawałek dalej w następne zbocze, gdzie w tej chwili szalał pożar. Wyglądało, że ogień posuwa się w poprzek czoła góry. Płomienie, przypominające z oddali wybuchy artyleryjskie, tutaj cwałowały jak szarża kawaleryjska przez gęste zarośla chaparralu.

Grzbiet z biegnącą nim drogą znajdował się mniej więcej w połowie odległości między nami a centrum pożaru. Na wschodzie droga schodziła łukiem ku miejscu, gdzie podnóże góry rozszerzało się nieoczekiwanie w spory płaskowyż o urwistych krawędziach, z grupką zabudowań wyglądających jak niewielki college. Między nimi a pożarem pełzały tam i z powrotem buldożery wycinające w głębokich zaroślach ogniołom. Droga była zastawiona cysternami i innym ciężkim sprzętem, dokoła stali w wyczekujących pozach mężczyźni, jakby łudzili się nadzieją, że nienarzucaniem się i dyskrecją zdołają przebłagać nieproszonego boga ognia, skłonić go, by wyzionął ducha na zboczu.

Zbliżywszy się za panią Broadhurst do domku, zobaczyłem, że dach i ściany są spryskane rozpylanym z samolotu preparatem przeciwpożarowym. Nie splamione czerwienią fragmenty ścian i okiennice były szare od słońca, wiatru i deszczu. W uchylonych drzwiach tkwił klucz Yale.

Pani Broadhurst podchodziła powoli, jakby w obawie, co zastanie w środku. Ale w obszernej wiejskiej izbie od frontu nie było nic nadzwyczajnego. Popiół na kominku dawno ostygł, mógł być wystygły od lat. Staromodne meble stały spowite płóciennymi pokrowcami jak bezkształtne wspomnienia przeszłości.

Pani Broadhurst opadła ciężko na fotel, wzbijając chmurę kurzu. Zakasłała i powiedziała zmienionym głosem, jakby zawstydzona:

— Zdaje się, że za szybko biegłam pod górę.

Poszedłem do kuchni przynieść jej wody. Znalazłem w szafce filiżankę, lecz gdy odkręciłem kran nad cynowym zlewem, okazało się, że wody nie ma. Również kuchenka była odłączona od butli z gazem.

Skoro już tu przyszedłem, obejrzałem dalsze pomieszczenia — dwie sypialnie na parterze i poddasze, na które prowadziły strome drewniane schody. Na poddaszu, oświetlonym przez mansardowe okno, stały trzy przykryte pokrowcami łóżka. Jedno było pogniecione, więc ściągnąłem przykrycie. Na grubym szarym kocu ciemniała rorschachowska plama3, niewątpliwie krew, niezbyt dawna, ale i nie pierwszej świeżości.

Zszedłem do izby frontowej. Pani Broadhurst spała z głową na oparciu fotela. Jej nieprzenikniona twarz była teraz gładka i spokojna, z ust dobywało się lekkie chrapanie.

W ciszę wdarło się crescendo nadlatującego nisko samolotu. Wyszedłem tylnymi drzwiami w samą porę, by zobaczyć czerwony welon opadający za samolotem na płonące zarośla. Samolot malał w dali, jego warkot odpływał.

Łożyskiem wyschłego potoku schodziły ku zagajnikowi dwa jeleniej łania z jelonkiem. Zobaczyły mnie, uniosły się jak konie na biegunach i przesadziwszy zwalony pień zniknęły między drzewami.

Zza domku prowadziła zakosami ku przełęczy wąska, wymyta, żwirowa droga. Ruszając nią w stronę zagajnika zauważyłem w trawie ślady kół odchodzące w bok, do małej szopy. Była ich tylko jedna para i wyglądały na świeże, więc podszedłem do szopy i zajrzałem. W środku stał czarny kabriolet ze spuszczonym dachem, przypominający auto Stanleya. W schowku na tablicy rozdzielczej znalazłem dowód rejestracyjny. Wóz był Stanleya.

Zatrzasnąłem drzwiczki. Od strony zagajnika odpowiedziało mi ni to echo, ni wystrzał. Może był to trzask, złamanej gałęzi. Ruszyłem w tę stronę. Nie słyszałem nic prócz własnych kroków i delikatnego oddechu wiatru w gałęziach. Po chwili rozróżniłem inny szmer, którego nie mogłem początkowo umiejscowić. Przypominał szum skrzydeł. Poczułem na twarzy ciepłe tchnienie i podniosłem głowę ku szczytowi.

Słup dymu, bijący dotąd prosto w niebo, odchylił się od zbocza. Ogień u jego podstawy zmienił kierunek i płonął jaśniej. Języki płomieni przeskakiwały w lewo w dół, drogą wzdłuż przełęczy pędziły im na spotkanie wozy strażackie.

Wiatr się zmieniał. Słyszałem teraz, jak się tłucze wśród liści. Te same odgłosy obudziły mnie przed świtem w Zachodnim Los Angeles. Dobiegły mnie również inne dźwięki — jakby czyjeś poruszenie w zagajniku.

— Stanley? — zawołałem.

Zza plamistego pnia płatana wyszedł mężczyzna w granatowym garniturze i czerwonym kasku ochronnym. Był barczysty, poruszał się z niezdarną lekkością.

— Szuka pan kogoś?

Miał spokojny, ckłodny głos: czuło się, że umie nad nim panować.

— Kilku osób.

— Tu nie ma nikogo prócz mnie — powiedział przyjaźnie.

Przez ubranie widać było grę mięśni jego ramion i ud. Twarz miał mokrą, na butach ziemię. Zdjął kask, otarł twarz i czoło wielką kolorową chustką. Miał siwe, krótko ostrzyżone włosy wyglądające jak meszek na głowie niemowlęcia.

Podszedłem bliżej, w konturowy cień płatana, na którego wierzchołku sterczał zadymiony księżyc, czarno żyłkowany gałązkami. Barczysty mężczyzna ruchem prestidigitatora wydobył z wewnętrznej kieszeni marynarki paczkę papierosów i podsunął mi pod nos.

— Zapali pan?

— Dziękuję, nie palę.

— Papierosów?

— Tak, rzuciłem.

— A cygar?

— Nigdy nie lubiłem. Cóż to, przeprowadza pan ankietę?

— Można to tak nazwać. — Uśmiechnął się szeroko, pokazując kilka złotych zębów. — A co pan sądzi o ci garillach? Niektórzy palą je zamiast cygar.

— Zauważyłem.

— Z osób, których pan szuka, czy któraś pali cigarilla?

— Nie sądzę. — Ale zaraz przypomniałem sobie Stan leya Broadhursta. — Czemu pan pyta?

— Tak sobie, z ciekawości. — Spojrzał ku szczytowi. — Pożar zaczyna się rozszerzać. Nie podoba mi się ten wiatr. Wygląda na Santa Anę4.

— Tak wiało nad ranem na południu.

— Słyszałem. Pan z Los Angeles?

— Tak. — Zachowywał się, jakby miał przed, sobą całą wieczność, ale mnie zaczynała nudzić zabawa w kotka i myszkę. — Nazywam się Archer. Jestem licencjowa nym detektywem prywatnym. Pracuję dla rodziny Broadhurstów.

— Właśnie się zastanawiałem. Widziałem, jak pan wychodził z szopy.

— Stoi tam wóz Stanleya Broadhursta.

— Wiem. Czy Stanley Broadhurst jest jedną z osób, których pan szuka?

— Tak.

— Można zobaczyć pańską licencję?

Pokazałem mu fotokopię.

— Zdaje się, że będę mógł panu pomóc.

Zawrócił na pięcie i ruszył wydeptaną ścieżką między drzewami. Liście pod nogami były tak suche, że stąpaliśmy jak po płatkach kukurydzanych. Wyszliśmy na polanę. Wielki platan, tworzący nad jej częścią kopułę, był zwęglony. Jego konary i okoliczne zarośla jeszcze dymiły.

Mniej więcej pośrodku polany ktoś wykopał dół trochę ponad metr. Obok, w kopcu kamienistej ziemi, sterczała łopata. Nie opodal leżała motyka z ostrym końcem unurzanym w czymś, co przypominało ciemnoczerwoną farbę. Z ciężkim sercem zajrzałem do dołu.

W płytkim wykopie leżał w pozycji płodu mężczyzna z twarzą obróconą do góry. Poznałem koszulę w seledynowe paski, wesoły strój do grobu. I mimo że ziemia zatykała mu otwarte usta i zalepiała oczy, poznałem Stanleya Broadhursta. Powiedziałem to barczystemu mężczyźnie, który przyjął wiadomość ze spokojem.

— Czego on tu szukał, nie wie pan?

— Nie wiem. Ale to chyba teren rancza Broadhurstów. Nie powiedział pan jeszcze, czego pan tu szuka.

— Jestem ze Straży Leśnej, nazywam się Joe Kelsey. Mam ustalić przyczynę pożaru. I zdaje się — dodał z naciskiem — że ją ustaliłem. Pożar musiał wybuchnąć w tym rejonie. Oto, co znalazłem. O, tutaj.

Wskazał żółtą plastykową chorągiewkę zatkniętą w ziemię o parę kroków od miejsca, gdzie staliśmy. Następnie wyjął mały aluminiowy pojemnik. Otworzył go i pokazał mi na pół wypalone cigarillo.

— Czy Broadhurst palił cigarilla?

— Widziałem go rano z cigariliem. Pewnie znajdzie pan pudełko w jego kieszeni.

— Ta-ak. Nie chciałem go ruszać, dopóki koroner nie obejrzy ciała. Ale będę chyba zmuszony.

Łypnął w górę na ogień błyskający między drzewami jak niewczesny zachód słońca. Czarne sylwetki mężczyzn, którzy się z nim borykali, wydawały się małe i bezradne mimo wspierających ich cystern i buldożerów. Na lewo pożar przelał się już przez przełęcz i spływał po zboczu jak żrący kwas, który wchłania suche zarośla. Przed nim powiewał pióropusz dymu, który rozsnuwał się chmurą nad miastem i płynął w kierunku oceanu. Kelsey chwycił za łopatę i zaczął zasypywać dół. Nie przeszkodziło mu to w kontynuowaniu rozmowy:

 

— Parszywa robota, grzebać człowieka drugi raz. Ale lepsze to, niż pozwolić mu się upiec. Ogień zawraca w naszą stronę.

— Znalazł go pan zakopanego?

— Zgadza się. Ale ten, kto go zakopał, nie wysilił się zbytnio. Znalazłem łopatę i zakrwawioną motykę, a obok zasypany dół i resztki ziemi dookoła. Więc zacząłem kopać. Nie wiedziałem, co znajdę, ale czułem przez skórę, że to będzie trup z dziurą w głowie.

Pracował szybko. Ziemia pokryła, pasiastą koszulę Stanleya i jego obrażoną twarz, wpatrzoną w niebo. Kelsey zwrócił się do mnie przez ramię:

— Mówił pan, że szuka pan kilku osób. Kim są pozostałe?

— Jedną jest synek zabitego. Poza tym była z nimi dziewczyna.

— Słyszałem. Mógłby pan ją opisać?

— Blondynka, niebieskie oczy, metr sześćdziesiąt kilka wzrostu, pięćdziesiąt parę kilo wagi, jakieś osiemnaście lat. Żona Broadhursta może panu powiedzieć więcej. Czeka na ranczu.

— Gdzie pan zostawił auto? Ja przyjechałem wozem strażackim.

Powiedziałem, że przywiozła mnie furgonetką matka Stanleya, która jest w domku. Kelsey przestał zagarniać żiemię. Na jego ociekającej potem twarzy odmalowało się lekkie zdziwienie.

— Cóż ona tam robi?

— Odpoczywa.

— Będziemy jej musieli przerwać odpoczynek.

Ogień w zaroślach za zagajnikiem wzbijał się prawie na wysokość drzew. Powietrze uderzało falami, jak gorący zwierzęcy dech.

Puściliśmy się biegiem w dół, Kelsey z łopatą, ja z motyką, która zrobiła się nieznośnie ciężka, nim dobiegliśmy do domku. Postawiłem ją przy drzwiach i zastukawszy wszedłem. Pani Broadhurst poderwała się na fotelu. Miała zaróżowioną twarz i powieki ciężkie od snu. Jej głos też był podszyty snem.

— Musiałam się zdrzemnąć, proszę mi wybaczyć. Ale miałam taki słodki sen. Spędziłam… spędziliśmy tutaj nasz miodowy miesiąc w tym domku. Była wojna, sam początek, i o podróży poślubnej nie było co marzyć. Śniło mi się, że to nasz miodowy miesiąc i nic złego jeszcze się nie wydarzyło.

Jej rozmarzone oczy zatrzymały się na mojej twarzy i wyczytały z niej to, czego nie potrafiłem ukryć — zapowiedź, że znowu wydarzyło się coś złego. Przeniosła wzrok na Kelseya z łopatą w ręku. Wyglądał jak nadnaturalnej wielkości grabarz, przesłaniający światło w drzwiach. Siłą woli przywołała na twarz zwykły wyraz rezerwy. Podniosła się szybko z fotela, o mało nie tracąc równowagi.

— Pan Kelsey? Pan Kelsey, prawda? Co się stało?

— Znaleźliśmy pani syna.

— Gdzie jest? Chcę z nim mówić.

— Niestety, to niemożliwe, proszę pani — powiedział, zmieszany Kelsey.

— Czemu? Poniosło go gdzieś znowu?

Kelsey posłał mi błagalne spojrzenie. Pani Broadhurst podeszła do nas.

— Co pan robi z tą łopatą? To moja łopata, prawda?

— Tego nie wiem, proszę pani.

Wzięła łopatę.

— Tak, nie ma wątpliwości. Kupiłam ją zeszłej wiosny. Skąd pan ją ma? Od mojego ogrodnika?

— Znalazłem ją w tamtej kępie drzew.

Wskazał ręką.

— Skąd się tam wzięła?

Kelsey poruszył bezgłośnie ustami. Nie chciał czy nie miał odwagi powiedzieć jej, że Stanley nie żyje. Zrobiłem krok w jej stronę i powiedziałem, że jej syn został zamordowany, prawdopodobnie motyką. Wyszedłem na dwór, żeby jej pokazać narzędzie zbrodni.

— To też pani własność?

Spojrzała tępo.

— Chyba tak.

Powiedziała to cicho, bezbarwnie, niemal szeptem. Raptem się odwróciła i puściła biegiem w stronę płonących drzew, potykając się na wysokich obcasach, butów do konnej jazdy. Kelsey pobiegł za nią, ciężko i rączo lak niedźwiedź. Złapał ją wpół, uniósł i odwrócił od pożaru. Kopiąc krzyczała:

— Puszczaj! Chcę domojego syna!

— Jest pochowany, proszę pani. Nie może tam pani teraz iść. Nikt nie może. Ale ciału nic się nie stanie. Jest bezpieczne pod ziemią.

Wywinęła się w jego objęciach i uderzyła go w twarz. Puścił ją. Upadła w pożółkłe zielska i biła pięściami w ziemię, krzycząc, że chce do swojego syna.

Ukląkłem przy niej i perswadowałem dopóty, dopóki nie wstała i nie poszła z nami. Schodziliśmy do kanionu gęsiego, Kelsey przodem, pani Broadhurst za nim. Ja trzymałem się tuż za nią, na wypadek, gdyby jej strzelił do głowy pomysł rzucenia się w przepaść. Ale maszerowała biernie, ze zwieszoną głową jak więzień pod strażą.

ROZDZIAŁ VII

Kelsey niósł łopatę w jednej ręce, a motykę w drugiej. Wrzucił je na tył furgonetki i pomógł pani Broadhurst wsiąść do szoferki. Ja usiadłem przy kierownicy.

Jechała między nami w milczeniu, wpatrzona w kamienistą drogę. Mogło się wydawać, że nie oddycha, dopóki nie skręciliśmy przy skrzynce na listy w gaj awo kado. Wtedy wyrwało jej się z piersi westchnienie brzmiące tak, jakby przez cały czas jazdy kanionem wstrzymywała dech.

— Gdzie mój wnuk?

— Nie wiemy, proszę pani — odrzekł Kelsey.

— Znaczy, że też nie żyje? To pan chciał powiedzieć?

Dla złagodzenia odpowiedzi Kelsey uciekł się do miękkiego południowego akcentu:

— Chciałem tylko powiedzieć, że przepadł jak kamień w wodę.

— A ta dziewczyna? Co się z nią stało?

— Ba, żebyśmy wiedzieli.

— To ona zabiła mojego syna?

— Na to wygląda. Musiała go rąbnąć motyką w głowę, proszę pani.

— I pochować?

— Znalazłem go zakopanego.

— Jak mogła go pochować dziewczyna?

— Grób był bardzo płytki. Zresztą dziewczyny potrafią zrobić prawie wszystko to, co chłopcy, proszę pani, kiedy im na czymś naprawdę zależy.

Pod naporem indagacji i udzielającego się strachu pani Broadhurst głos Kelseya przerodził się niemal w jęk. Obróciła się niecierpliwie do mnie.

— Panie Archer, czy Ronnie nie żyje?

— Żyje — powiedziałem stanowczo, dla odżegnania ponurej ewentualności.

— Czy ta dziewczyna go porwała?

— Musimy się z tym liczyć. Ale mogli po prostu uciec przed pożarem.

— Wie pan dobrze, że tak nie jest.

Zabrzmiało to, jakby przekroczyła życiowy rubikon, za którym nic dobrego już jej nie czeka.

Zatrzymałem furgonetkę za Mercedesem na pódjeździe. Kelsey wysiadł i chciał pomóc pani. Broadhurst, ale odepchnęła jego rękę. Wysiadła jak kobieta nagle przygnieciona wiekiem.

— Może pan odstawi wóz na miejsce — powiedziała do mnie. — Nie lubię, jak auta stoją na słońcu.

— Przepraszam — wtrącił się Kelsey — ale lepiej zostawić wóz tutaj. Pożar schodzi w dół, może dotrzeć do domu. Pomogę pani wynieść trochę rzeczy, jeśli pani chce, i poprowadzę jedno z aut.

Pani Broadhurst omiotła powolnym spojrzeniem dom i otoczenie.

— Nigdy nie było tu pożaru za mojej pamięci.

— Tym gorzej — odrzekł. — Znaczy, że sytuacja dojrzała. Zarośla w górze kanionu rozrosły się na pięć, sześć metrów i są suche jak wiór. To pożar, jaki się zdarza raz na pięćdziesiąt lat. Może strawić dom i wszystko, jeśli wiatr się nie odwróci.

— Więc niech trawi.

Jean wyszła z ociąganiem na nasze spotkanie, jakby przeczuwając, z czym przyjeżdżamy. Powiedziałem, że jej mąż nie żyje, a syna nie odnaleźliśmy. Kobiety wymieniły badawcze spojrzenia, jakby chciały sobie nawzajem zajrzeć w duszę. Popchnięte jednym impulsem spotkały się w drzwiach i padły sobie w ramiona.

Kelsey wszedł za mną na werandę. Zsunął kask na tył głowy i zwrócił się do młodszej z kobiet, która stała z twarzą widoczną nad ramieniem starszej:

— Pani jest żoną Stanleya Broadhursta?

— Tak.

— Podobno może pani podać rysopis dziewczyny, która była z pani mężem.

— Spróbuję.

Wyswobodziła się z objęć teściowej, która zaraz weszła do domu. Jean oparła się o poręcz koło karmnika dla kolibrów. Nad uchem zafurkotał jej ptaszek. Odsunęła się na drugi koniec werandy i usiadła w ogrodowym fotelu. Pochylona, pełna napięcia powtórzyła Kelseyowi opis jasnowłosej dziewczyny o dziwnych oczach.

— Mówi pani, że ma jakieś osiemnaście lat?

Kiwnęła głową. Jej reakcje były szybkie, lecz automatyczne, jakby myślą była gdzie indziej.

— Czy pani mąż interesuje… interesował się nią?

— Oczywiście — odparła suchym, gorzkim głosem. — Ale mam wrażenie, że ona interesowała się bardziej moim synem.

— W jakim celu?

— Tego nie wiem.

Kelsey przerzucił się ha mniej drażliwy temat.

— Jak była ubrana?

— Wczoraj wieczorem miała na sobie żółtą sukienkę bez rękawów. Dzisiaj jej nie widziałam.

— Ja ją widziałem — wtrąciłem się. — Była w tej samej sukience. Sądzę, że pan to wszystko przekaże policji.

— Tak jest. Ale najpierw chcę porozmawiać z ogrodnikiem. Może będzie nam mógł powiedzieć, w jaki sposób znalazła się na górze łopata i motyka. Jak on się nazywa?

— Frederick Snow. Nazywamy go Frycem — odpowiedziała Jean. — Ale nie ma go tutaj.

— A gdzie jest?

— Pojechał na dół na starym rowerze Stanleya. Jakieś pół godziny temu, kiedy wiatr się zmienił. Chciał wziąć Cadillaka mojej teściowej, ale mu nie pozwoliłam.

— Nie ma własnego auta?

— Ma zdaje się jakiegoś grata.

— I co się z nim stało?

Wzruszyła lekko ramionami.

— Nie wiem.

— Gdzie Fryc był rano?

— Nie potrafię panu powiedzieć. Był tu chyba sam przez większą część przedpołudnia.

Twarz Kelseya spoważniała.

— Jak żył z pani małym?

— Dobrze. — Lecz po chwili dotarł do niej sens pytania i przyćmił jej wzrok. Potrząsnęła głową, jakby chcąc odepchnąć ponurą myśl, rozproszyć ciemności. — Fryc nie zrobiłby Ronniemu krzywdy. Był dla niego zawsze bardzo dobry.

— Więc czemu uciekł?

— Mówił, że niepokoi się o swoją matkę. Ale myślę, że bał się pożaru. Był bliski płaczu.

— Ja też się boję pożaru — powiedział Kelsey. — Dlatego się tym zajmuję.

— Jest pan z policji? — zapytała Jean. — Dlatego wypytuje mnie pan o to wszystko?

— Jestem ze Straży Leśnej, ustalam przyczyny pożarów. — Wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni, wyjął aluminiowy pojemnik i pokazał jej na pół wypalone ci garillo. — Czy to mogło należeć do pani męża?

— Owszem. Ale nie zamierza pan chyba dowodzić, że to on spowodował pożar. To by się mijało z celem, skoro nie żyje.

W jej głosie zawibrowała niekontrolowana nutka.

— Chodzi o to, że ten, kto go zabił, prawdopodobnie wytrącił mu cigarillo w wysuszone runo. Jest karnie i finansowo odpowiedzialny za pożar. Do mnie należy ustalenie faktów. Gdzie mieszka Fryc Snow?

— Ze swoją matką. Gdzieś niedaleko stąd. Moja teściowa powie panu dokładnie. Pani Snow kiedyś u niej służyła.

Znaleźliśmy panią Broadhurst w salonie, stojącą przy, narożnym oknie, z którego rozciągał się widok na cały kanion. Pokój był tak duży, że wydawała się zagubiona na jego końcu. Nie odwróciła się, gdyśmy podeszli. Obserwowała rozszerzanie się pożaru, który dotarł już do szczytu, kanionu i spływał w dół jak gorejąca lawa, plując dymem i iskrami wysoko, nad wierzchołki drzew. Eukaliptusy za domem bielały w oczach owiewane palącymi porywami wiatru. Drozdy i gołębie odleciały.

Wymieniłem z Kelseyem spojrzenia. Była najwyższa pora do odwrotu. Pozwoliłem mu mówić — był to jego teren i jego kompetencje.

— Proszę pani — powiedział do nieruchomych pleców pani Broadhurst. — Nie sądzi pani, że czas się zbierać?

— Wy jedźcie. Proszę. Ja na razie zostanę.

— Nie może pani tego zrobić. Z ogniem nie ma żartów.

Obróciła się do niego. Zobaczył, że policzki jej zapadły, nadając twarzy surowy starczy wygląd.

— Nie będzie mi pan mówił, co mogę, a czego nie mogę. Urodziłam się w tym domu. Nigdy nie mieszkałam nigdzie indziej. Jeśli dom diabli wezmą, mogą równie dobrze wziąć i mnie. Wszystko inne już wzięli.

— Nie mówi pani serio, proszę pani.

— Nie mówię?

— Nie chce pani chyba ginąć w płomieniach?

— Myślę, że przyjęłabym je prawie z radością. Jest mi przeokropnie zimno, panie Kelsey.

Jej łon był tragiczny, ale była w nim również nutka histerii. A może coś gorszego — upór świadczący, że w jej umyśle przeskoczył jakiś trybik i zaklinował się pod niebezpiecznym kątem.

Kelsey rozejrzał się z rozpaczą po salonie. Było w nim za dużo wiktoriańskich mebli, ciemnych wiktoriańskich portretów na ścianach, oszklonych gablot pełnych wypchanych ptaków kalifornijskich.

— Nie chce pani ratować tego wszystkiego? Swoich sreber, zbiorów ornitologicznych, obrazów, pamiątek?

 

Rozpostarła dłonie bezradnym ruchem, jakby wszystko już dawno przeciekło jej przez palce. Jasne było, że odwoływanie się do martwych odprysków jej życia nie prowadzi do niczego. Wtrąciłem się:

— Potrzebna nam pani pomoc.

Spojrzała na mnie lekko zaskoczona.

— Moja pomoc?

— Zaginął pani wnuczek. To nie najlepszy czas i miejsce dla małego chłopca.

— To kara Boska za moje grzechy!

— Nonsens.

— Więc wygaduję nonsensy, tak?

Zignorowałem gniewne pytanie.

— Ogrodnik Fryc może wiedzieć, gdzie jest mały. Podobno zna pani jego matkę. Czy tak?

Odpowiedź nadeszła nie od razu.

— Edna Snow była u nas gosposią. Chyba nie myśli pan, że Fryc…

Urwała, niezdolna wypowiedzieć pytania.

— Bardzo by nam pomogło, gdyby pani pojechała z nami pomówić z Frycem i jego matką.

— Dobrze, pojadę.

Wyjechaliśmy z podjazdu, na drogę jak kondukt pogrzebowy. Pani Broadhurst otwierała pochód w swoim Cadillaku. Ja z Jean jechałem za nią zielonym Mercedesem. Zamykał kondukt Kelsey za kierownicą furgonetki.

Mijając skrzynkę przy rozgałęzieniu obejrzałem się. Miecione wiatrem z góry kanionu iskry i sadze spadały na drzewa za domem jak jaskrawe egzotyczne ptaki, zajmując miejsce tych, które odleciały.