Człowiek pogrzebany

Tekst
Z serii: Lew Archer
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Człowiek pogrzebany
Człowiek pogrzebany
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Człowiek pogrzebany
Człowiek pogrzebany
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99  17,74 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ IV

Jean Broadhurst weszła za mną do pokoju.

— Stanley w każdym razie z nią nie spał.

— A gdzie spał?

— W gabinecie.

Zaprowadziła mnie do małego pokoiku na parterze. Było tu kilka półek z książkami, zasuwane biurko, nie posłany tapczan i szara stałowa szafka biurowa, stojąca niby nagrobek u wezgłowia. Obróciłem się do Jean.

— Czy mąż stale tutaj sypia?

— Zadaje pan niedyskretne pytania.

— Przyzwyczai się pani. Rozumiem, że stale.

Zaczerwieniła się.

— Pracuje wieczorami nad swoją kartoteką. Nie chce mi przeszkadzać.

Spróbowałem wyciągnąć najwyższą szufladę szafki. Była zamknięta.

— Co to za kartoteka?

— Sprawy ojca.

— Kartoteka sprawy ojca?

— Tak. Stanley gromadzi wszystko, czego się dowie o ojcu. Niewiele tego, za do mnóstwo fałszywych tropów. Pisze listy, przeprowadza wywiady z dziesiątkami osób. Nie traci nadziei, że natrafi na jakiś ślad. To jego główne zajęcie w ostatnich latach. Przynajmniej wiem, gdzie spędza wieczory — dokończyła z ironią.

— Co to był za człowiek ten jego ojciec?

— Właściwie nie wiem. Śmieszne, ale przy tym całym nawale korespondencji — stuknęła w ściankę szafki — Stanley prawie o nim nie mówi. Miewa długie okresy milczenia. Zresztą jego matka jeszcze dłuższe. Wiem tylko, że był kapitanem piechoty w rejonie Pacyfiku. Stanley ma jego zdjęcie w mundurze. Przystojny mężczyzna o miłym uśmiechu.

Rozejrzałem się po ścianach wykładanych płytą pilśnio wą. Nie było na nich nic prócz kalendarza, z którego wynikało, że wciąż jest czerwiec.

— Gdzie mąż trzyma fotografię ojca?

— Nosi w plastykowej oprawce. Żeby się nie zniszczyła.

— Od czego miałaby się zniszczyć?

— Od pokazywania ludziom. Ma również zdjęcie ojca grającego w tenisa, w polo, przy sterze jachtu.

— Ojciec musiał mieć dużo pieniędzy.

— Sporo. W każdym razie teściowa ma ich pod dostatkiem.

— Mimo to teść rzucił majątek i ją dla innej kobiety?

— Podobno.

— Kim była ta kobieta?

— Nie wiem. Ani Stanley, ani jego matka nie poruszają tego tematu. Wiem tylko, że uciekł z nią do San Francisco. Byliśmy tam ze Stanleyem w czerwcu. Stanley po całych dniach chodził z fotografią po mieście. Obszedł prawie całe centrum, nim dał za wygraną. Miałam z nim ciężką przeprawę. Nie chciał w ogóle wracać do domu, tylko rzucić pracę i przeczesać cały rejon zatoki San Francisco.

— Przypuśćmy, że go odnajdzie. Co wtedy?

— Nie wiem. Przypuszczam, że Stanley też nie wie.

— Powiedziała pani, że Stanley miał jedenaście czy dwanaście lat, kiedy ojciec uciekł. Kiedy to było?

— Stanley ma teraz dwadzieścia siedem. Piętnaście lat temu.

— Stać go na rzucenie pracy?

— Skądże. Siedzimy po uszy w długach. Jesteśmy winni pieniądze teściowej i innym ludziom. Ale zrobił się taki nieodpowiedzialny, że z trudem go powstrzymuję.

Milczała przez chwilę, wpatrując się w gołe ściany, w nie przewracany od paru miesięcy kalendarz.

— Ma pani klucz od szafki? — spytałem.

— Nie. Jest tylko jeden, Stanley się z nim nie rozstaje. Biurko też trzyma zamknięte. Nie lubi, jak się interesuję jego korespondencją.

— Sądzi pani, że koresponduje z tą dziewczyną?

— Nie mam pojęcia. Dostaje listy od najróżniejszych ludzi. Nie otwieram jego korespondencji.

— Jak ona się nazywa, wie pani?

— Ma na imię Sue. Przynajmniej tak powiedziała Ronniemu.

— Chciałbym obejrzeć rejestrację tego Mercedesa. Klucz od garażu pani ma?

— Od garażu tak. Jest w kuchni.

Poszedłem za nią do kuchni. Otworzyła szafkę i zdjęła z gwoździka klucz, którym dostałem się do garażu. W sta, cyjce Mercedesa były kluczyki, natomiast karty rejestracyjnej nie było. Za to w głębi schowka na tablicy rozdzielczej znalazłem zmięty kwit ubezpieczenia wozu na nazwisko Roger Armistead, 10 Crescent Drive, Santa Teresa, Kalifornia. Zapisawszy w notesie nazwisko i adres, wygramoliłem się z auta.

— Co pan znalazł? — zapytała Jean.

Pokazałem jej otwarty notes.

— Zna pani niejakiego Rogera Armisteada?

— Nie. Ale Crescent Drive to dobry adres.

— Mercedes też kosztował okrągłą sumkę. Wygląda, że koleżanka Stanleya jest nieźle sytuowana. Chyba że ukradła wóz.

Jean zrobiła ostrzegawczy gest.

— Nie tak głośno. To śmieszne, co Stanley opowiada — podjęła przyciszonym głosem, by jej nie było słychać u sąsiadów. — Niemóżliwe, żeby była jego koleżanką szkolną. Mówię panu, jest co najmniej o sześć, siedem lat młodsza. Zresztą on chodził do prywatnej męskiej szkoły w Santa Teresa.

Otworzyłem z powrotem notes.

— Niech pani ją opisze.

— Przystojna blondynka. Mniej więcej mojego wzrostu, to znaczy metr sześćdziesiąt siedem, osiem. Zgrabna. Jakieś pięćdziesiąt parę kilo wagi. Oczy niebieskie o niecodziennym odcieniu. Są w niej chyba najładniejsze, a jednocześnie najbardziej niesamowite.

— Co w nich niesamowitego?

— To, że nic z nich nie można wyczytać. Nie umiałabym powiedzieć, czy jest absolutnie niewinna, czy też z gruntu amoralna i cyniczna. I nie wymyśliłam tego po fakcie. To było moje pierwsze wrażenie, kiedy Stanley ją przyprowadził.

— Czy nie domyśla się pani, po co Stanley ją sprowadził do domu?

— Powiedział tylko, że jest głodna i zmęczona. Uważał za oczywiste, że ją zatrzymam na obiad, co zresztą zrobiłam. Ale prawie nic nie jadła, trochę grochówki.

— A mówiła dużo?

— Do mnie się prawie nie odzywała. Rozmawiała z Ronniem.

— O czym?

— Właściwie plotła bzdury. Opowiedziała mu jakąś niestworzoną historię o dziewczynce, która spędziła sama jedną noc w domku w górach. Rodziców jej zabiły potwory, a ją samą porwał jakiś wielki ptak, kondor, nie kondor. Twierdziła, że jej się to przytrafiło, kiedy była w wieku Ronniego, i zapytała, czyby chciał coś takiego przeżyć. Oczywiście fantazjowała, ale było w tym coś niezdrowego, jakby chciała wyładować na nim swoją histerię.

— Jak zareagował Ronnie? Wystraszył się?

— Nawet nie. Słuchał jak urzeczony. Ja mniej. Przerwałam i posłałam go do jego pokoju.

— Nię mówiła, ż go ze sobą zabierze?

— Wyraźnie nie. Ale taki był podtekst, nie uważa pan? W każdym razie obleciał mnie strach. Powinnam była wyciągnąć z tego wniosek i wyekspediować ją jak najszybciej z domu.

— Czego się pani bała?

Popatrzyła w niebo, pełne pyłu niesionego wiatrem.

— Myślę że to ona się czegoś bała, a mnie się udzielił jej strach, Oczywiście, byłam od początku podenerwowana. To takie niepodobnę do Stanleya przywieźć ją do domu jakby nigdy nic. Czułam, żę w moim życiu dokonuje się przewrót i że jestem zupełnie bezradna.

— Przewrót w pani życiu zaczął się już wcześniej. W czerwcu, prawda?

Spuściła oczy, pełne pociemniałego nieba.

— W czerwcu byliśmy w San Francisco. Dlaczego przyszedł panu do głowy akurat czerwiec?

— To był ostatni miesiąc, w którym Stanley zerwał kartkę z kalendarza w swoim pokoju.

Na ulicy zatrzymało się auto z hałaśliwym silnikiem i po chwili zza rogu domu ukazał się mężczyzna. Widać było, że się źle czuje w wymiętym ciemnym garniturze. Miał długą bladą twarz i łuki brwiowe zgrubiałe od blizn. Podszedł po asfaltowym podjeździe.

— Stanley Broadhurst w domu?

— Niestety — odpowiedziała Jean niepewnie.

— Pani jest żoną?

Silił się, zeby to brzmiało uprzejmie, ale w jego głosie zgrzytała nutka agresywności.

— Tak.

— Kiedy pani się spodziewa męża?

— Nie wiem.

— Musi pani wiedzieć przynajmniej w przybliżeniu.

— Niestety nie wiem.

— Jak pani nie wie, to kto będzie wiedział?

Jego postawa nie wróżyła nic dobrego. Wsunąłem się między niego a Jean.

— Broadhurst pojechał na weekend. Kto pan jest i czego pan chce?

Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Odegrał pantomimę wściekłości, którą przypieczętował zamachem ręki i wymierzonym sobie policzkiem. Na twarzy został mu czerwony odcisk czterech palców.

— Kto jestem, to moja sprawa. Żądam swoich pieniędzy. Państwo go lepiej odnajdą i powtórzą mu to. Spruwam wieczorem z miasta, potrzebuję swoich pieniędzy.

— O jakich pieniądzach pan mówi?

— To nasza sprawa, Broadhursta i moja. Pan mu tylko przekaże wiadomość. Pan powie, że się godzę na równy tysiąc, żeby tylko było załatwione do wieczora. Jak nie, to się przed niczym nie cofnę. Pan mu powie.

Ale jego chłodne oczy nie wierzyły w to, co mówią usta. Pachniało od niego na milę kryminałem. Na twarzy miał więzienną bladość, czuł się nieswojo w świetle dziennym. Stał pod samą ścianą, jakby podświadomie szukał czegoś ograniczającego przestrzeń życiową.

— Mój mąż nie dysponuje takimi sumami.

— Ale mamusia dysponuje.

— Co pan może wiedzieć o jego mamusi? — zapytała Jean piskliwie.

— Że jest nadziana. Obiecał, że weźmie od niej i będzie na mnie czekał, wieczorem z pieniędzmi.

— Trochę się pan pośpieszył — powiedziałem.

— I dobrze, że się pośpieszyłem. Jeszcze by zapomniał.

— Za co panu płaci tyle pieniędzy?

— Jakbym panu powiedział, to co by mi zostało do sprzedania? — Rzucił mi chytre spojrzenie cwaniaczka, któremu się wydaje, że pojadł wszystkie rozumy. — Powie mu pan, że przyjdę wieczorem. Jak mi nie zapłaci, to się przed niczym nie cofnę.

— Wieczorem może nie być nikogo. Niech pan zostawi adres, to damy znać.

Przez, chwilę rozważał moją propozycję. W końcu rzekł:

 

— Znajdzie mnie pan w motelu Pod Gwiazdą. Przy szosie nadbrzeżnej, poniżej kanionu Topanga. Pytać o Ala.

Zapisałem adres w notesie.

— A telefon?

—Przez telefon nie przekaże pan pieniędzy.

Posłał nam blady uśmieszek, pozbawiony wesołości i odwrócił się na pięcie. Poszedłem za nim na róg domu i patrzyłem, jak odjeżdża wysłużonym czarnym Volkswagenem, który nie miał przedniego błotnika. Numer, zarosły brudem, był nie do odcyfrowania.

— Myśli pan, ze mówił prawdę? — zapytała Jean.

— Wątpię, czy sam wie. Musiałby się poddać testowi prawdomówności, żeby się przekonać. Jeśliby nie stchórzył.

— Co Stanley może mieć do czynienia z takim typem?

— Zna go pani lepiej ode mnie.

— Zaczynam wątpić.

Wróciliśmy do domu. Zapytałem ją, czy mogę zatelefonować z gabinetu. Chciałem się skontaktować z właścicielem Mercedesa. Informacja w Santa Teresa podała mi numer Armisteada. Nakręciłem. Odezwał się niecierpliwy głos kobiecy:

— Tak?

— Czy mogę mówić z panem Armisteadem?

— Nie ma go.

— A gdzie go mogę znaleźć?

— Zależy, po co panu potrzebny.

— Czy to pani Armistead?

— Tak.

Zabrzmiało to, jakby miała zamiar odłożyć słuchawkę.

— Poszukuję pewnej młodej osoby. Tlenionej blondynki…

Przerwała nagle ożywionym głosem:

— Tej, która spędziła czwartkową noc na pewnym jachcie na przystani w Santa Teresa!

— Tego nie wiem.

— A co pan o niej wie?

— Jeździła zielonym Mercedesem, należącym zdaje się do pani męża.

— To mój wóz. Jacht zresztą też. Co, rozbiła mojego Mercedesa?

— Nie.

— Więc chcę go odzyskać. Gdzie jest?

— Powiem pani, jak się zobaczymy. Chcę z panią porozmawiać.

— Co to, szantaż? Roger pana napuścił?

Głos jej zadrżał tremołandem urazy i gniewu

— Nie widziałem go na oczy.

— Niewiele pan stracił. Kim pan jest?

— Nazywam się Archer.

— I czym pan się zajmuje, panie Archer?

— Jestem detektywem prywatnym.

— Rozumiem. O czym pan chce ze mną rozmawiać?

— O tej blondynce. Nie znam jej nazwiska. Może pani zna?

— Nie. Jest w coś zamieszana?

— Na to wygląda.

— Ile ma lat?

— Osiemnaście, dziewiętnaście.

— Ta-ak — powiedziała przyciszonym głosem. — Czy to Roger dał jej wóz? Czy go ukradła?

— O to musi pani zapytać Rogera. Mam pani odstawić wóz?

— Skąd pan dzwoni?

— Z Northridge, ale jestem w drodze do Santa Teresa. Moglibyśmy porozmawiać.

Zaległa długa cisza. Zapytałem, czy jeszcze jest przy telefonie.

— Jestem. Tylko nie jestem pewna, czy chcę z panem rozmawiać. Ale ostatecznie — dokończyła mocniejszym głosem — to mój wóz. Chcę go odzyskać. Gotowa jestem zapłacić, w granicach rozsądku.

— Pomówimy o tym, jak się spotkamy.

Wyprowadziłem Mercedesa z garażu i wstawiłem swoj wóz na jego miejsce. Kiedy wróciłem do gabinetu, Jean ponownie rozmawiała z teściową. Odłożywszy słuchawkę poinformowała mnie, że Stanley z Ronniem i dziewczyną byli na ranczu pod nieobecność pani Broadhurst.

— Ogrodnik dał im klucz od domku myśliwskiego.

— Co to za domek?

— Domek gościnny za ranczem, u góry kanionu. Tam, gdzie się pali.

ROZDZIAŁ V

Nim dojechaliśmy do Santa Teresa, poczułem w powietrzu dym. Wkrótce zobaczyłem jego welon na zboczu po drugiej stronie miasta. Przez dym przeświecał raz po raz ogień jak błyski ciężkich dział, zbyt odległych, by były słyszalne. Złudzenie wojny spotęgował stary dwumotorowy bombowiec, lecący nisko nad grzbietem. Zniknął na dłuższą chwilę w dymie, potem wynurzył się ciągnąc za sobą bladoczerwoną chmurę preparatu przeciwpożarowego.

Sznur pojazdów na autostradzie zgęstniał raptownie i wkrótce utknął przed nami. Chciałem włączyć radio, ale cofnąłem wyciągniętą rękę. Moja towarzyszka miała i tak dosyć na głowie, bez wysłuchiwania komunikatów ogniowych.

U czoła zatoru dostrzegłem policjanta z patrolu drogowego, który wpuszczał na autostradę wozy z bocznej szosy.

Zjeżdżało ich sporo z okolicznych wzgórz, wiele z nalepkami college’u Santa Teresa na szybach. Zauważyłem kilka ciężarówek, wyładowanych meblami i materacami, dziećmi i psami.

Kiedy policjant znowu puścił ruch na autostradzie, skręciliśmy w kierunku wzgórz. Droga wspinała się łagodnymi łukami, wśród gajów cytrynowych i świeżo wytyczonych parceli, ku kanionowi Broadhurstów, jak go nazwała Jean. U wjazdu do kanionu zatrzymał Mercedesa mężczyzna w kurtce Straży Leśnej i żółtym kasku ochronnym. Jean wysiadła i przedstawiła się jako synowa pani Broadhurst.

— Chyba nie wybiera się pani na dłużej? Może zajść konieczność ewakuowania całego kanionu.

— Czy nie widział pan mojego męża z małym chłopcem?

Opisała Ronniego — sześć lat, błękitne oczy, czarne włoski, niebieskie ubranko. Strażnik potrząsnął głową.

— Dużo ludzi z dziećmi opuszcza kanion. Nie bez powodu. Jeśli ogień zacznie schodzić w dół, może odciąć odwrót, nim się pani obejrzy.

— Czy sytuacja jest bardzo groźna? — zapytałem.

— Wszystko zależy od wiatru. Jeśli utrzyma się bezwietrzna pogoda, powinniśmy ogień zlokalizować do wieczora. Ale jeśli zerwie się wiatr...

Zrezygnowanym gestem objął wszystko w zasięgu wzroku.

Wjechaliśmy między dwa słupy z kamienia polnego, zwieńczone ozdobnym, napisem: Canycn Estates. Wśród dębów i głazów na zboczach kanionu widniały tu i ówdzie nowe luksusowe wille. Mężczyźni i kobiety polewali wężami ich ściany, ziemię dookoła, krzewy. Dzieci przyglądały się albo siedziały potulnie w autach, gotowe do ewakuacji. Bijący ze szczytu góry dym zmieniał koloryt dnia, wisiał nad wszystkim jak groźba.

Ranczo Broadhurstów leżało między willami a ogniem. Pięliśmy się w górę kanionu, coraz bliżej pożaru. W miejscu, gdzie stała skrzynka na listy z nazwiskiem Broadhurst, skręciliśmy w prywatną asfaltową drogę dojazdową, wijącą się przez plantację dorodnych drzewek awokado. Ich szerokie liście skręcały się na czubkach, jakby już liźnięte ogniem. Ciemne owoce zwisały ciężko z gałęzi niby zielone granaty ręczne.

Asfalt rozszerzył się w półkolisty podjazd przed dużym ranczerskim dworkiem, tynkowanym na biało. Z sekwojowych donic, wiszących na głębokiej werandzie, wylewały się amarantowe fuksje. Między donicami wisiał mały czerwony szklany karmnik z dziobkiem, z którego pił mieniący się koliber, jakby również zawieszony w powietrzu.

Ptaszek nie uczynił żadnego ruchu, gdy otworzyły się siatkowe drzwi w głębi werandy i wyszła z nich kobieta. Miała na sobie białą koszulową bluzkę i czarne spodnie, uwydatniające wąską kibić. Przeszła przez werandę ze sprężystą gracją, postukując wysokimi obcasami butów do konnej jazdy.

— Jean, kochanie.

— Dzień dobry, mamo.

Wymieniły krótki uścisk dłoni, jak zawodniczki przed meczem. Pani Broadhurst miała gładkie ciemne włosy, lekko przyproszone siwizną, ale była młodsza, niż przypuszczałem, koło pięćdziesiątki. Tylko oczy wyglądały starzej. Nie spuszczając ich z twarzy synowej, potrząsnęła przecząco głową.

— Nie wrócili dotąd. I nie widziano ich nigdzie w okolicy. Co to za blondynka?

— Nie wiem, mamo.

— Czy Stanley ma z nią romans?

— Nie wiem. — Jean obróciła się w moją stronę. — To jest pan Archer.

Pani Broadhurst kiwnęła sztywno głową.

— Jean wspomniała mi przez telefon, że jest pan czymś w rodzaju detektywa. Czy to prawda?

— Jestem detektywem prywatnym.

Zmierzyła mnie wzrokiem od czubka głowy po noski butów i z powrotem.

— Prawdę mówiąc, nigdy nie miałam zbyt dobrego mniemania o detektywach prywatnych. Ale w obecnych okolicznościach może pan się przydać. Jeśli wierzyć komunikatom radiowym, ogień przeszedł koło domku myśliwskiego pozostawiając go nietkniętym. Chce się pan tam ze mną wybrać?

— Owszem Jak tylko się rozmówię z ogrodnikiem.

— To zbędne.

— Słyszałem, że dawał pani synowi klucz do domku. Może wie, po co mu był potrzebny?

— Nie wie. Rozmawiałam z Frycem. To strata czasu, już dość czasu straciłam. Siedziałam przy telefonie i czekałam, aż przyjedziecie.

— Gdzie jest Fryc?

— Uparty pan, Pewnie w pergoli.

Zostawiliśmy Jean, z kredowo białą twarzą i lękiem w oczach, w cieniu werandy. Pergola mieściła się w obmurowanym ogródku za skrzydłem domu. Pani Broadhurst zanurzyła się za mną w pasiasty cień, rzucany przez drewniane łaty, z których zrobiony był daszek.

— Fryc?! Pan Archer chce cię o coś zapytać.

Znad krzewów podniósł się nalany mężczyzna w drelichowych spodniach. Miał niespokojne zielone oczy i posturę człowieka gotowego do uchylenia się przed spodziewanym ciosem. Od ust do nosa biegła sina szrama, każąca się domyślać, że przyszedł na świat z zajęczą wargą.

— Co znowu? — zapytał.

— Próbuję ustalić, w jakim celu Stanley Broadhurst tu przyjechał. Jak pan sądzi, po co mu był klucz od domku myśliwskiego?

Fryc wzruszył bezradnie ramionami.

— Skąd mam wiedzieć? Nie umiem czytać w myślach.

— Musi pan coś przypuszczać.

Posłał pani Broadhurst nieszczęśliwe spojrzenie.

— Mam sypać?

— Mów prawdę — odpowiedziała z przymusem.

— Oczywiście pomyślałem, że przyjechał z dziewczyną na ksiuty. Po co by tam inaczej jechali?

— Z moim wnukiem? — zapytała pani Broadhurst.

— Chcieli mi małego podrzucić. Ale na głowę nie upadłem, żeby brać taką odpowiedzialność. Łatwo sobie biedy napytać — dokończył z głupawą mądrością.

— Nic o tym nie wspomniałeś, Fryc. Powinieneś mi był powiedzieć.

— Bo to mogę o wszystkim pamiętać?

— Jak się zachowywał chłopiec? — zapytałem.

— Grzecznie. Prawie się nie odzywał.

— Pan też nie jest zbyt rozmowny.

— Czego pan ode mnie chce? Myśli pan, że zrobiłem małemu krzywdę?

Głos mu się załamał, oczy zwilgotniały i nabiegły łzami.

— Nikt tego nie twierdzi.

— To czemu pan się mnie czepia i czepia? Chłopiec był z własnym ojcem. Ojciec go ze sobą zabrał. Ja mam za to odpowiadać?

— Spokojnie.

Pani Broadhurst dotknęła mego ramienia.

— To do niczego nie prowadzi.

Zostawiliśmy rozżalonego ogrodnika z jego krzewami Pasiasty cień pergoli kładł się na nim jak cień więziennych krat.

Na tyłach domu stała stara czerwona stodoła z wiatą dla aut. Niżej biegł płytki parów, gęsto zarośnięty dębami i eukaliptusami, z łożyskiem wyschłego potoku na dnie. Pod drzewami i przy sporym karmniku kręciły się gołębie z płaskimi ogonami i drozdy o rdzawych skrzydłach i słodkim głosie. Idąc następowałem na owoce eukaliptusów, które wyglądały w pyle jak główki ozdobnych gwoździ z brązu.

Pod wiatą stał nie pierwszej nowości Cadillac i sfatygowana furgonetka. Pani Broadhurst wyprowadziła furgonetkę. Ścinając ostro łuki drogi dojazdowej minęła gaj drzewek awokado i skręciła w lewo w górę. Rosło tutaj trochę wiekowych oliwek, a za nimi zaczynało się zdziczałe pastwisko, porosłe krzewami.

Im bliżej końca kanionu, tym silniej uderzał w nozdrza zapach spalenizny. Miałem uczucie, że gwałcimy prawo natury, kierując się ku pożarowi, ale nie zdradzałem się ze swymi wątpliwościami. Pani Broadhurst nie była kobietą, przed którą człowiek przyznaje się do ludzkich słabości.

Droga pogarszała się w miarę wspinania. Była coraz węższa, najeżona głazami. Pani Broadhurst szarpała kierownicą furgonetki, jakby poskramiała narowistego ogiera. Nie wiedzieć czemu, przypomniał mi się głos pani Armistead w telefonie. Zapytałem panią Broadhurst, cży jej nie zna. Odpowiedziała krótko:

— Z widzenia, z jachtklubu. Czemu?

— Jej nazwisko padło w związku z tą blondynką, przyjaciółką pani syna.

— Jakim związku?

— Używała ich Mercedesa.

— Nie, dziwi mnie to powiązanie. Armisteadowie to parweniusze z Południa, nie moja sfera. — Nie zmieniając właściwie tematu ciągnęła: — Rozumie pan, my tu mieszkamy od bardzo dawna Ranczo mojego dziadka Falconera obejmowało kawał nadbrzeżnej równiny i całe okoliczne góry aż po szczyty pierwszego pasma. Pozostało mi z tego kilkaset akrów.

Nim obmyśliłem stosowną odpowiedź, podjęła rzeczowym tonem:

— Stanley dzwonił do mnie wczoraj wieczorem. Chciał półtora tysiąca dolarów gotówką. Na dzisiaj.

— Na co?

 

— Tłumaczył coś mętnie o opłaceniu ważnej informacji. Pewnie pan nie wie, że mój syn ma lekkiego bzika na punkcie porzucenia nas przez jego ojca.

Jej głos był suchy, odmierzany.

— Wspominała mi pani synowa.

— Ach tak. Przyszło mi do głowy, że to może mieć coś wspólnego z panem.

— Ale nie ma.

Przed oczyma stanął mi Al, blady mężczyzna w ciemnym garniturze, lecz postanowiłem na razie o nim nie wspominać.

— Kto panu płaci? — zapytała moja towarzyszka dość ostro.

— Jak dotąd nikt.

— Rozumiem. — Zabrzmiało to, jakby jej się nie podobało to, co zrozumiała. — Jest pan blisko z moją synową?

— Poznaliśmy się rano. Ale mamy wspólnych znajomych.

— Więc wie pan pewnie, że są ze Stanleyem o krok od zerwania. Nigdy nie wierzyłam, że to małżeństwo się utrzyma.

— Czemu?

— Jean jest inteligentną dziewczyną, ale pochodzi z zupełnie innej sfery. Myślę, że nigdy nie rozumiała mego syna, chociaż próbowałam ją wprowadzić w nasze tradycje rodzinne. — Oderwała, wzrok od drogi, żeby na mnie spojrzeć. — Czy Stanley interesuje się serio tą dziewczyną?

— Wszystko na to wskazuje. Chociaż niekoniecznie w sensie, w jakim pani myśli. Nie zabieraliby ze sobą małego.

— Niech pan nie będzie taki pewny. Zabrał Ronnięgo, bo wie, jak go kocham. Potrzebuje ode mnie pieniędzy. Niech pan nie zapomina, że nie zastawszy mnie w domu, chciał go podrzucić Frycowi. Dużo bym dała, żeby wiedzieć, co to wszystko znaczy.