Silniejszy każdego dnia. Droga do formy. Jak trenować na czymkolwiek, gdziekolwiek i kiedykolwiekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mamo, tato – dziękuję.

Nie tylko zachęcaliście mnie,

bym robił wszystko po swojemu, lecz także daliście mi „narzędzia", bym mógł to robić.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

WPROWADZENIE
TO NIE JEST PORADNIK FITNESSOWY

Książka ta (radykalnie) różni się od większości poradników. Nie znajdziesz w niej, czytelniku, przepisu na szybkie zmiany, pustych obietnic, magicznych tabletek, planu treningowego ani diety, których miałbyś bezrefleksyjnie przestrzegać. Podczas lektury poznasz zasady redukcji tkanki tłuszczowej, budowania siły oraz zwiększania wytrzymałości organizmu i na tej podstawie będziesz mógł opracować własne metody treningowe i plany żywieniowe.

To podejście do dbania o sprawność bazuje na pionierskiej pracy amerykańskiego eseisty Ralpha Waldo Emersona, który w połowie XIX wieku wygłosił w Stanach Zjednoczonych ponad 1500 otwartych wykładów na temat indywidualizmu, znaczenia samodzielności i niezależności. Zainspirował on miliony ludzi, a także wpłynął na kształt tej książki.

Stało się tak, ponieważ w 1888 roku napisał esej pod trafnym tytułem Samodzielność, w którym postulował odrzucenie ściśle określonych, ograniczających metod na rzecz bardziej holistycznego podejścia i zasad. Oto mój ulubiony cytat:

Co się zaś tyczy metod, może być ich z milion i jeszcze trochę, lecz zasad jest jedynie kilka. Człowiek, który pojmie zasady, z powodzeniem może wybierać odpowiednie dla siebie metody.

RALPH WALDO EMERSON

Dotyczy to zwłaszcza sposobu odżywiania i ogólnej sprawności fizycznej. Zbyt wielu ludzi naiwnie podąża za metodami, przepłacając za plany dietetyczne i wytyczne treningowe, choć tak naprawdę nie rozumie rządzących nimi zasad.

Ta książka powstała, aby to zmienić.

WIĘCEJ NIŻ KSIĄŻKA | LITERACKA REWOLTA

Pod wieloma względami nie jest to po prostu zwykła książka, lecz raczej stanowiąca inspirację literacka rewolta! Czerpię z pracy brazylijskiego pedagoga Paula Freirego i jego koncepcji konscientyzacji. Promował on krytyczne myślenie, dzięki któremu możemy dogłębnie zrozumieć dany temat. W tym przypadku jest to problematyka odżywiania i dbania o kondycję. W rezultacie będziemy wiedzieli, jak powinniśmy postępować wobec tego, co nas ogranicza. Nikt nie zna twojego ciała lepiej niż ty sam, dlatego mam nadzieję, że kierując się tymi założeniami, zostaniesz jednym z wielu ekspertów, nie zaś jedynie biernym naśladowcą.

Jesteś swoim najlepszym trenerem osobistym i dietetykiem.

Przestań wynosić guru na piedestał i szukać odpowiedzi poza sobą samym.

Tylko my sami możemy się ocalić. Nikt inny nie jest w stanie tego zrobić i tego nie dokona. To my musimy podążać ścieżką.

BUDDA

Przetrzyj własny szlak. Jesteś najlepszym specjalistą od siebie samego!

DZIESIĘĆ LAT W PODRÓŻY Z NAJBARDZIEJ WYSPORTOWANYMI I NAJSPRAWNIEJSZYMI LUDŹMI NA ŚWIECIE

Nie jestem prorokiem. Moja praca polega na tworzeniu okien tam, gdzie niegdyś były ściany.

MICHEL FOUCAULT

Wpływ na tę książkę miała cała rzesza geniuszy. Łączy ona pomysły i rozwiązania stosowane przez wyjątkowych ludzi. Osoby te przełamywały schematy i siały zamęt w będących w kręgu ich zainteresowań dziedzinach związanych z siłą, szybkością, wytrzymałością i odżywianiem. Są to zarówno medaliści olimpijscy i rekordziści świata, jak i zamieszkujący odległe tereny członkowie plemion i uznani wojskowi. Poznaj ich, a będziesz orientował się, jak dbać o sprawność, lepiej niż 99,99% ludzi.

Przyznaję – i chcę to podkreślić – że nie jestem w tej kwestii żadnym geniuszem. Podczas pracy nad książką wielokrotnie siedziałem naprzeciwko nich z szeroko otwartymi oczami i rozdziawionymi ustami. Ich wiedza przeważnie przekraczała moje kompetencje. Moją rolą było po prostu uczenie się od każdego z nich.

Niczym nomada dzierżący długopis, z notatnikiem w jednej ręce i batonem proteinowym w drugiej, podróżowałem po świecie, by następnie połączyć ich nauki w najbardziej eklektycznym i holistycznym przewodniku po aktywności fizycznej, jaki kiedykolwiek powstał. A także po to, abyś ty, czytelniku, na miarę swoich możliwości stał się jak najsilniejszy, najlepszy i najszybszy.

DLACZEGO MATERIAŁY DO KSIĄŻKI ZBIERAŁEM NA CAŁYM ŚWIECIE?

Uczenie się nie powinno być zgłębianiem jednej dziedziny, lecz łączeniem wielu. Te inspirujące słowa zaczerpnąłem ze znakomitej książki Jak zostać mistrzem. Trening doskonałości Roberta Greene’a[1], którą wielokrotnie czytałem (losowo wybierając strony) podczas długiego rejsu Amazonką.

Greene podkreśla, jak ważne w gruntownym poznaniu danego tematu jest studiowanie dokonań innych twórców. Twierdzi, że ma to kluczowe znaczenie w dążeniu do mistrzostwa, a jako przykład podaje Mozarta: „Mozart nigdy nie miał sprecyzowanych opinii na temat muzyki. Absorbował różne style, z którymi miał styczność, i włączał je do swojego stylu muzycznego. W późniejszym okresie kariery zetknął się z kompozycjami Johanna Sebastiana Bacha, a jest to typ muzyki znacznie różniący się od tej uprawianej przez Mozarta. Większość artystów na coś, co mogłoby podać w wątpliwość ich własne zasady, zareagowałaby niechęcią bądź lekceważeniem. Mozart jednak z otwartym umysłem podszedł do nowych możliwości – przez niemal rok studiował kontrapunkt u Bacha i wprowadził go do własnego repertuaru, przez co jego muzyka zyskała nową, zaskakującą jakość”.

Dlatego właśnie, zainspirowany historią Mozarta, wyruszyłem w dziesięcioletnią podróż po świecie w poszukiwaniu najsprawniejszych fizycznie osób oraz ludzi, którzy osiągnęli najwięcej, jeśli chodzi o sposoby odżywiania.

To z ich zbiorczych nauk i inspirujących historii narodziła się ta książka.

Ross Edgley


BYĆ MOŻE NIGDY NIE UDA NAM SIĘ ZROZUMIEĆ TAJEMNIC LUDZKIEGO CIAŁA… JEDNAK ŻYCIE POŚWIĘCONE PRÓBIE DOKONANIA TEGO JEST ŻYCIEM DOBRZE PRZEŻYTYM.

ROSS EDGLEY

CZĘŚĆ I: MÓJ POCZĄTEK

POCZĄTKI KSIĄŻKI | Andy, Ekwador (2008 rok)
WEŹ BYKA ZA ROGI!

11 marca 2008 roku. Jestem w pełnym pasażerów samolocie znajdującym się nad Ameryką Południową.

Przeżywam dziwną mieszaninę emocji – cierpię z powodu zmiany czasu i jednocześnie odczuwam przypływ adrenaliny. Odpoczynek zastępują mi twarde cukierki oraz kofeina. Przygotowuję się do kolejnego zadania.

Rok temu ukończyłem studia. Większość moich znajomych z Wydziału Sportu i Kultury Fizycznej na Uniwersytecie Loughborough natychmiast została zrekrutowana przez Angielski Instytut Sportu. Na igrzyskach olimpijskich w 2012 roku przyczynili się oni – pełniąc istotne funkcje trenerów, lekarzy i dietetyków – do błyskawicznego sukcesu brytyjskiego sportu. Dla mnie życie przygotowało jednak inny scenariusz.

Wyposażony w długopis, papier i plecak pełen proteinowych koktajli zostałem podróżnikiem, pisarzem i sportowcem w jednym. Wyrobiwszy sobie opinię osoby, która podejmuje się najdziwniejszych zadań, spędziłem rok, latając, jeżdżąc i żeglując dookoła świata, by dotrzeć do najbardziej nieprzyjaznych miejsc na ziemi.

Nietypowy sposób na życie, który nie pozostawiał miejsca na nudę. Gdy mieszkałem u osób, które na co dzień przesuwają granice ludzkich możliwości, i się od nich uczyłem, moje dni wypełnione były rozmaitymi zajęciami, od zmagania się z rekinami na Bahamach aż do poskramiania jadowitych kobr w Bangladeszu. Ekstremalne wakacje wyglądające jak wycieczka do Disneylandu.

Chciałbym móc powiedzieć, że stało się tak dzięki pewnemu wyjątkowemu facetowi. Jeśli jednak mam być szczery, w znacznym stopniu była to wypadkowa ogromnej niechęci do rutyny, dziecięcej ciekawości i nieumiejętności odmawiania. Przytaczając słowa świętego Augustyna:

Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę.

ŚWIĘTY AUGUSTYN

W trakcie kolejnego długiego lotu przeczytałem kilka stron. Zmierzałem do Ekwadoru, z nadzieją, że zostanę przyjęty do znanej i cieszącej się szacunkiem grupy górskich kowbojów zwanych Chagra, którzy właśnie przygotowywali się do tegorocznego rodeo.

Do moich obowiązków miało należeć siłowanie się, zarzucanie lassa i oznaczanie dzikich byków. Do tego akceptowanie drętwiejącego tyłka podczas długich godzin spędzanych w siodle. No i w końcu przetrwanie tego wszystkiego przez 14 godzin dziennie na dużej wysokości (4000 metrów nad poziomem morza) na diecie składającej się z zupy i alkoholu, bez czegokolwiek, co mogłoby chociaż przypominać tak zwany dzień odpoczynku.

 

Czy byłem podekscytowany?

Tak.

Zdenerwowany?

Bardzo.

Czy czułem, że straciłem grunt pod nogami i zadanie to mnie przerasta?

Zdecydowanie!

To na błotnistych polach hacjendy, z dala od bieżni i hantli, nauczyłem się jednej z najważniejszych prawd fitnessu: aby coś w pełni zrozumieć, należy tym żyć.


„NIE RUSZAJ SIĘ!”

Minęły dwie długie godziny. Byk wreszcie upadł. Napięta lina oplatała rogi zwierzęcia, kolanami zaś blokowałem mu szyję. Koniec tej walki był jednak odległy. Na rodeo w Ekwadorze posiłki nigdy nie znajdują się daleko, a tu na moje nieszczęście z odsieczą przybył większy, rozwścieczony brat mojego byka.

Nieokiełznany i nieudomowiony byk ważył około 900 kilogramów, był czarny jak smoła i toczył pianę. Widoczne na pysku blizny świadczyły o wielokrotnych walkach, a brak oznakowania informował, że nikomu dotychczas nie udało się go poskromić. Jeśli dodać do tego zdeformowane, wystrzępione rogi, wycelowane dokładnie we mnie, otrzymamy iście złowieszczą sytuację.

A było jeszcze gorzej, bo rzecz działa się w Cotopaxi. Położone w Andach na wysokości ponad 5000 metrów nad poziomem morza, trafnie nazywane jest Aleją Wulkanów. Tak, kraina ta leży na aktywnych wulkanach. Jest to miejsce, w którym choroba wysokościowa szydzi sobie z płuc i nęka mięśnie, a do tego towarzyszy nam ciągłe zagrożenie erupcją.

W tamtej chwili jednak fakt ten znajdował się daleko na liście moich zmartwień. Na pierwszej pozycji pozostawał wspomniany byk, który właśnie mnie okrążał, nie pozostawiając wątpliwości co do swoich intencji. Nic sobie nie robił z lekarstwa, które trzymałem w dłoni i które usiłowałem zaaplikować jego młodszemu bratu. Widział jedynie cel: moje zaciśnięte pośladki.

I tak sobie tkwiłem – nie mogłem zmienić pozycji, by przyciśnięty do ziemi byk nie poderwał się na drugą rundę walki. Spojrzałem na swojego mentora w poszukiwaniu jakiejś wskazówki.

Haraldo, główny Chagra, miał 170 centymetrów wzrostu, zgrubiałą skórę przypominającą wyrób galanteryjny i imponujące wąsy. Nigdy takich wcześniej nie widziałem. Łapał byki na lasso, gdy jeszcze nawet nie było mnie na świecie. Prawdopodobnie właśnie dlatego jak gdyby nigdy nic siedział na ogrodzeniu hacjendy – poza zasięgiem byka – i z uwagą zwijał papierosa. Udzielił mi następującej rady:

− Nie ruszaj się! Gdyby jednak byk zaczął na ciebie biec, to się rusz.


Haraldo i ja. Jestem na lekkim kacu po świętowaniu rodeo poprzedniego wieczoru

Nie był to szczegółowy plan działania, na który liczyłem. Ale znajdowaliśmy się na Dzikim Zachodzie Ameryki Południowej, a tam nie obowiązują sztywne zasady. Jeśli byk cię goni, bądź szybki. Jeśli cię dopadnie, bądź mocny. Jednak w tak rzadkim powietrzu przede wszystkim bądź sprawny. Zwinny, zręczny, silny i skuteczny w najszerszym znaczeniu tych słów: po prostu sprawny!

Oczywiście byk zaszarżował na mnie…

Puściłem się biegiem…

Haraldo zaczął się śmiać… Dosłownie zwijał się ze śmiechu!

To właśnie wtedy widok mnie przeskakującego przez dwumetrowe ogrodzenie głową naprzód i z zaciśniętymi pośladkami na stałe wszedł do ekwadorskiego folkloru. A to wszystko dlatego, że przy braku telewizji i książek przekazywane ustnie opowieści Chagra są niezwykle ważne. Historyjka o przerażonym angielskim absolwencie uniwersyteckiego wydziału sportowego zasługiwała bez mała na Pulitzera. Nie trzeba dodawać, że wróciłem do obozu niedraśnięty fizycznie, lecz z mocno poobijanym ego.

A jednak, jak się okazało, nie musiałem się tak czuć. Około 23.00 rozległo się pukanie do drzwi zniszczonej ogrodowej szopy, w której mieszkałem. To był Haraldo. Jak się okazało, mój wyczyn zaowocował poczęstunkiem w postaci 300-gramowego steku i miejscem przy ognisku wśród najbardziej poważanych Chagra w Cotopaxi. Oczywiście skwapliwie przyjąłem propozycję.

Zrobiłem to, bo uwielbiam steki, a te z Ekwadoru uważane są za najlepsze w Ameryce Południowej. Przede wszystkim jednak wiedziałem, że spotkał mnie wielki zaszczyt. Tak więc chwyciłem poncho i udałem się do „kowbojskiego klubu dżentelmenów”. Szybko się przekonałem, że świętowanie z Chagras jest bardziej niebezpieczne niż tête-à-tête z bykiem.

Oprócz steku i ziemniaków z ogniska mieliśmy pod dostatkiem ważonego w domu 75-procentowego napoju alkoholowego zwanego puntas. Pozyskuje się go z trzciny cukrowej. Można go podgrzewać z cynamonem oraz sokami owocowymi i podawać jako koktajl. Tamtejsi mieszkańcy, nic sobie nie robiąc z sugerowanego sposobu serwowania puntas, piją go jak wodę i twierdzą przy tym, że ma właściwości lecznicze.

STAŃ SIĘ FIT ALBO UPIJ SIĘ, PRÓBUJĄC

Gdy tylko przybyłem, rozpoczęło się wprowadzenie. Zrobiono mi miejsce przy Manuelu – najstarszym i najbardziej poważanym kowboju w Cotopaxi. Trudno powiedzieć, ile mógł mieć lat. Jego poryta zmarszczkami, ogorzała twarz opowiadała historię tysiąca rodeo. Miał jednak idealną posturę, łobuzerski uśmiech i dogadywał innym członkom grupy, dlatego przypuszczałem, że w rzeczywistości jest młodszy.

Czy odnoszono się do niego z szacunkiem? Jeszcze jakim! Wszystko ze względu na jego blizny oraz fakt, że nie wylewał za kołnierz, a w tej części Ekwadoru niezwykle ceni się obie te rzeczy.

O tym drugim szybko się przekonałem. Klapnąłem na swoim miejscu i od razu podano mi wydrążony róg bawoli po brzegi wypełniony puntas. Oczywiście po nieudanym poskromieniu byka chciałem się zrehabilitować. Wznosiliśmy toasty. I piliśmy. Na początku wszyscy mieli niezły ubaw, gdy skrzywiłem się okrutnie, czując pieczenie alkoholu w ustach i przełyku. Połknąłem, odczekałem dziesięć sekund, by się upewnić, że alkohol nie cofnie mi się do gardła, po czym rogiem wykonałem gest dający do zrozumienia, że wszystko jest w najlepszym porządku. Spotkało się to z gwałtownym aplauzem.

Świętowanie trwało do późnych godzin nocnych. Członkowie grupy grali na gitarze, wymienialiśmy się opowieściami, a moja dotychczas zdrowa i w pełni sprawna wątroba powoli zmieniała się w pâté. W tym alkoholowym rozradowaniu zadzierzgnęła się między mną a Manuelem wyjątkowa więź.

Stało się tak, ponieważ potrafię przyznać, że nie mam mocnej głowy. Wkrótce byłem kompletnie pijany, lecz znalazłem opokę w Manuelu. Opierałem się o niego, by nie upaść wprost do ogniska, a on siedział wyprostowany jak struna. Gdy zatraciłem poczucie równowagi, jego ciało pozostało silne i niezachwiane.

Z głową wspartą na jego ramieniu poczułem, że powinienem o coś zapytać. Jak to możliwe, że mężczyzna na oko trzykrotnie starszy ode mnie za dnia pracował ciężej niż ja, a wieczorem pił więcej?

– Manuelu, ile masz lat?

Odpowiedziała mi kolejna salwa śmiechu zgromadzonych wokół ognia kowbojów. Manuel położył rękę na mojej głowie, wziął kolejny sowity łyk alkoholu i powiedział:

– A któż to wie? Ja nie wiem!

Na widok zdziwienia malującego się na mojej twarzy, Haraldo pochylił się ku mnie i wyszeptał:

– Może mieć z 60, a może i 70. Po 50. urodzinach przestał liczyć.

Pamiętam, że pomyślałem wtedy: to genialny pomysł! Oczywiście byłem wstawiony, ale przemknęło mi przez głowę, że w Anglii presja społeczna nakazałaby mu przejście na emeryturę. „Specjaliści” zaleciliby mu, by się nie przemęczał. A jednak to jest Cotopaxi. Wolny od restrykcyjnych społecznych pomysłów Manuel pracował, pił i imprezował tak jak wtedy, gdy miał 21 lat, a jego ciało i umysł sprawiały wrażenie, jakby postawiły się Ojcu Czasowi.

Jak stary byś był, gdybyś nie znał swojego wieku?

SATCHEL PAIGE, legenda bejsbolu

Tej nocy poszedłem spać bardzo pijany, straszliwie zmęczony i osobliwie zainspirowany.


[no image in epub file]

Nadszedł poranek i obudziłem się na drewnianej ławce. Poncho, służące za prowizoryczną poduszkę, zapewniało odrobinę wygody, lecz całe moje ciało było obolałe po wczorajszym świętowaniu. Skacowany obserwowałem, jak Haraldo przegania konie przez góry. Wypił najwięcej ze wszystkich, a nadal trzyma się na nogach? Jak to możliwe, że jest przytomny?

Miałem przed sobą kolejny 14-godzinny dzień na rodeo. Zwlokłem się z ławki i wypiwszy umiarkowanie apetyczną brązową zupę, nieco otrzeźwiałem. W zimnym świetle dnia czułem coraz większe zdumienie. Nic tu nie miało sensu!

Przez cztery lata studiowałem na Uniwersytecie Loughborough, a fizjologia i dieta Chagra zbiły mnie z tropu. Wszystko, począwszy od ich dziwnego sercowo-naczyniowego fitnessu, szalonej diety składającej się ze steków i puntas, aż po fakt, że Manuel nic sobie nie robił ze starzenia się, wprawiało mnie w głębokie zdumienie. I do tego przebywaliśmy na tak dużej wysokości.

Fitnessowa niejednoznaczność – w żadnej książce, jaką kiedykolwiek czytałem, ani na jakimkolwiek wykładzie nie spotkałem się z czymś takim, a jednak działało to całkiem dobrze. Chagra idealnie przystosowali się do tego, co Cotopaxi miało im do zaoferowania. W zeszycie zanotowałem wywołane puntas objawienie:

Być może nigdy nie uda nam się zrozumieć tajemnic ludzkiego ciała…

Jednak życie poświęcone próbie dokonania tego jest życiem dobrze przeżytym.

ROSS EDGLEY

Był to sygnał, że co prawda czas spędzony w Ekwadorze właśnie dobiegł końca, lecz rozpoczęła się moja poznawcza pielgrzymka. W marcu 2008 roku zaczęła powstawać Silniejszy każdego dnia. Lata upłyną, kolejne strony zostaną napisane, a ja o wiele lepiej zrozumiem sekrety Chagra.

DLACZEGO ROZPOCZĄŁEM PRACĘ NAD
KSIĄŻKĄ? | Uniwersytet Loughborough (2006 rok)
ZASADY FITNESSU MUSZĄ BYĆ ZMIENIONE

Gdy wracałem do Anglii, uświadomiłem sobie, że zasady fitnessu się zmienią! Dlaczego? Dlatego, że można je zmieniać! Właśnie tak!

Zbyt wielu ludzi uważa, że koncepcja „fitnessu” to zbiór praw nie od obalenia, których należy ściśle przestrzegać. To nieprawda. Wystarczy popatrzeć na Chagra. Dbanie o ciało jest szeroką, plastyczną koncepcją, w której mieszczą się tysiące pomysłów. Można je poznać, zignorować, przyjąć bądź odrzucić.

Często się zapomina, że fitness jest złożony, określa go wiele współzależnych elementów, a każdy z nich wymaga wyspecjalizowanych treningów w imię optymalnego rozwoju.

DOKTOR YURI VERKHOSHANSKY I DOKTOR MEL SIFF, Supertraining

Dlatego właśnie eksperci z dwóch cieszących się uznaniem ośrodków, National Strength and Conditioning Association (NSCA) i Amerykańskiego College’u Medycyny Sportowej (ACSM), mimo jakże wielu opublikowanych na ten temat informacji nie byli w stanie zdefiniować, czym jest fitness. Nie ma jednej, ogólnie przyjętej definicji, która spotkałaby się z aprobatą guru tej dziedziny sportu, czasopism branżowych i organizacji obiecujących ci – każda z osobna – że poprawią twoją kondycję.

Nic w tym jednak złego. My, ludzie, mamy tendencję do nieustannego definiowania wszystkiego. Stereotypy, kategorie czy ściśle zorganizowane przegródki dają nam poczucie bezpieczeństwa. Mamy wrażenie, że wiemy, jak działa świat. Dzięki temu, że nie jesteśmy w stanie zdefiniować fitnessu w generalnym, szerokim ujęciu, możemy nadać mu znaczenie odpowiednie dla naszego nieustannie zmieniającego się życia oraz dla naszych ciał i celów.

To wielka korzyść, czyż nie?

Każdy może inaczej definiować fitness! Co prawda istnieje często przytaczana lista 10 elementów fitnessu (wydolność krążeniowo-oddechowa, wytrzymałość mięśniowa, siła, szybkość, moc, elastyczność, koordynacja, zwinność, balans, precyzja), kto jednak ma decydować, jak powinieneś trenować i jaką stosować dietę, by wykonać martwy ciąg z obciążeniem równym trzykrotnej masie twojego ciała (siła) czy przebiec maraton (wytrzymałość) ze świetnie wyrzeźbionymi mięśniami brzucha (skład ciała)?


Specjaliści? Lekarze? A co z naukowcami sportowymi?

 

Zaraz, czy to nie oni powiedzieli Rogerowi Bannisterowi, że ciało ludzkie fizycznie nie jest w stanie pokonać dystansu milę w czasie poniżej czterech minut? Cóż, to nie tłumaczy, dlaczego wieczorem 6 maja 1954 roku na bieżni Oxford’s Iffley 25-letni Bannister, były student medycyny, pokonał ten dystans w czasie trzech minut i 59,4 sekundy.

Z tego powodu napisałem tę książkę. Powstawała przy pomocy inspirujących ludzi –

takich jak Chagra w Cotopaxi – nieprzejmujących się zasadami i ograniczeniami i zawiera nauki mistrzów, rekordzistów, prastarych plemion oraz ikon sportu, ludzi, którzy łamali reguły, pokonywali ograniczenia i przesuwali granice ludzkich możliwości.

Łączy ich pragnienie odnalezienia własnego poziomu sprawności i zdrowia – chcą biegać szybciej, podnosić większe ciężary i pokonywać odleglejsze dystanse na rowerze. A wszystko to robią na własnych warunkach. Nie godzą się na to, by inni nimi sterowali, i są mistrzami Prawa Biologicznego Indywidualizmu. To jedyne bezsprzeczne prawo ludzkiego zachowania pokazuje nam, że niezależnie od podobieństw w innych aspektach nasza jednostkowa fizjologia jest biologicznie unikalna.

Odkryłem je na podłodze biblioteki Uniwersytetu Loughborough, gdy uświadomiłem sobie, że nie można wierzyć w 51% tego, co znajduje się w publikacjach na temat aktywności fizycznej. Treści te dezinformują, wprowadzają w błąd i sprowadzają się do przekazu, że fitness stanowi rozwiązanie dla każdego.

A przecież ubrania w jednym uniwersalnym rozmiarze tak naprawdę nie nadają się dla nikogo.