Potem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 8

– Mamo, myślisz, że dostanę nagrodę? – zapytał Adam. – Za cokolwiek?

To był poranek w dniu rozdania nagród. Adam, jeszcze siedmiolatek, jadł czekoladowe chrupki i oglądał Toma i Jerry’ego.

Pan Hyman został zwolniony trzy i pół tygodnia wcześniej i nasz synek znowu nienawidził chodzić do szkoły, więc starałam się mu to jakoś wynagrodzić. Ty kręciłeś gdzieś daleko stąd swój materiał, a ja pozwoliłam sobie troszkę porozpieszczać małego. Wasza męska rozmowa mogła poczekać. Moje wyczekiwanie na Twój powrót było zaprawione nutką lęku o Adama.

– Powinieneś dostać nagrodę – powiedziałam mu, raczej pewna, że żadnej nie otrzyma. – Jednak jeśli jej nie dostaniesz, nie powinieneś być rozczarowany. Pamiętasz, co mówiła pani Healey na apelu? W końcu każdy dostanie kiedyś nagrodę, jeśli nie w tym roku, to w następnym.

– To bzdury – stwierdziła Jenny, nadal paradująca w piżamie, choć mieliśmy wyjść za dziesięć minut. – Pamiętajmy o rachunkach. Liczba dzieci, liczba nagród i to, ile razy są przyznawane, nie są jednakowe, prawda?

– No i zawsze dostają je te same osoby – dorzucił Adam.

– Jestem pewna, że nie... – zaczęłam, ale Adam przerwał mi, głęboko sfrustrowany: – To prawda.

– On ma rację – wtrąciła Jenny. – Ja wiem, że oni mówią, że każde dziecko jest tak samo cenione, ale to bzdury.

– Jen, nie pomagasz mi – zauważyłam.

– Ależ pomaga – zaprotestował Adam.

– Szkoła musi wydać kilkoro absolwentów, którzy trafią do najlepszego gimnazjum, na przykład tego w Westminster dla chłopców lub St. Paul’s dla dziewcząt – ciągnęła Jenny, rozlewając owsiankę. – W przeciwnym razie w następnym roku rodzice nie będą się zgłaszać tłumnie ze swoimi czterolatkami. Nagrody dostają dzieciaki, które są najbystrzejsze. To pomoże im dostać się do najlepszych gimnazjów.

– Antony dostał już nagrodę dla najlepszego ucznia w klasie – oznajmił Adam nieszczęśliwym głosem. – I dla najlepszego matematyka oraz przewodniczącego.

– Przecież on ma tylko osiem lat. Czemu przewodniczy? – zapytała Jenny drwiącym tonem, dzięki czemu Adam się uśmiechnął. „Dziękuję, Jen”. – Tak było z Roweną White, kiedy ja chodziłam do szkoły – mówiła dalej. – Wszystko zgarniała dla siebie. – Wstała; jej ruchy były ospałe. – Czy uroczystość nadal odbywa się w kościele St. Snithun? – zapytała.

– Tak.

– Koszmar. Zawsze stałam za filarem. Dlaczego nie mogą tego urządzić w tym nowoczesnym kościele, który znajduje się tuż obok szkoły?

Adam spojrzał na zegar i wpadł w panikę.

– Spóźnimy się!

Popędził po swój tornister. Obawa przed spóźnieniem się na chwilę zagłuszyła jego strach przed szkołą.

– Będę superszybka – zapewniła Jenny. – Zjem swoje chrupki w samochodzie, jeśli tylko mamie uda się jechać trochę łagodniej niż poprzednio. – Zatrzymała się zaraz po wyjściu z kuchni. – A te srebrne puchary i tarcze sprawiają, że szkoła wydaje się starsza niż w rzeczywistości. Dzięki temu rodzice obecnych uczniów też są zadowoleni.

– Według mnie jesteś trochę cyniczna – powiedziałam.

– Przecież tam pracowałam, pamiętasz? – odparła Jenny. – Wiem, że trzeba być cyniczną. To jest biznes. A przyznawanie nagród jest jego częścią.

– Pracowałaś tam tylko przez trzy tygodnie. Jest też nagroda za poprawę – dodałam trochę nieprzekonująco.

Adam oderwał wzrok od zapinanego właśnie tornistra. Miał taki sam wyraz twarzy jak siostra.

– Ona nic nie znaczy, mamo. Wszyscy o tym wiedzą.

– Ale i tak chciałbyś ją dostać? – upewniła się Jenny.

Przytaknął, lekko zażenowany.

– Ale nie dostanę. Nigdy niczego nie dostanę.

Uśmiechnęła się do niego.

– Ja też nie.

Osiem minut później siedzieliśmy w samochodzie. Adam to jedyna osoba, dla której Jenny jest skłonna się pospieszyć.

Zamierzaliśmy dotrzeć do szkoły wcześniej, jak każdego ranka. Wiem, że nie powinniśmy „wkręcać się w jego lęk”, ale przybywanie na miejsce pięć minut przed czasem jest czymś, co należy uwzględniać w opiece nad Adamem. Tak to już jest.

– Kiedy znowu będziesz pracowała w szkole? – zapytał Adam, gdy dojeżdżaliśmy do Sidley House.

Był taki dumny z tego, że jego siostra poprzedniego lata była asystentką nauczyciela. I nie było ważne, że nie w jego klasie.

– Po egzaminach – odpowiedziała. – Czyli już za kilka miesięcy.

– Niedługo – zauważyłam i wpadłam w panikę z powodu bliskości terminu egzaminów. – Dzisiaj wieczorem musimy przejrzeć plan powtarzania materiału.

– Idę do Daphne.

– Przecież przyjeżdża tata – zauważył Adam.

– Będzie z wami na rozdaniu nagród, prawda?

– Chyba tak – przytaknął Adam, nie do końca wierząc w to, że się pojawisz. To nie jest krytyka Ciebie; on się zawsze niepokoi, czy ktoś przyjdzie, nieważne, o kogo by chodziło.

– Powinnaś odwołać to spotkanie – powiedziałam do niej. – Przynajmniej zajmiemy się dzisiaj planem. Nie musisz od razu zaczynać się uczyć. Po prostu rzućmy okiem na plan.

– Mamo.

Malowała rzęsy, patrząc w lusterko na osłonie przeciwsłonecznej.

– Jeśli teraz ciężko popracujesz, w przyszłości będziesz miała większe możliwości wyboru.

– Wolałabym żyć tu i teraz, zamiast zakuwać z myślą o przyszłym życiu. Dobrze?

„Raczej niedobrze”, pomyślałam sobie. Gdyby tylko potrafiła wykorzystać taką sprawność intelektualną, jaką wykazała się przy tej odpowiedzi, podczas nauki do egzaminów.

Gdy dojechaliśmy do Sidley House, dostrzegłam, że Adam wycofał się w głąb siebie. Był bardzo blady.

– Wszystko w porządku?

W jego oczach pojawiły się łzy. Starał się ich nie uronić.

– Czy naprawdę musi tam iść? – zapytała Jenny, a ja pomyślałam to samo.

Adam opanował się i wysiadł z samochodu. Podszedł pod bramę, wbijając wzrok w ziemię i nie patrząc na ludzi wokół. Wcisnął guzik domofonu i sekretarka go wpuściła.

Kręciłeś materiał od dnia, gdy pan Hyman został zwolniony, więc nie mogłeś widzieć skutków tego wydarzenia. Podczas naszych krótkich i pełnych zakłóceń rozmów telefonicznych przejmowałeś się bardziej Jenny i upewniałeś się, że obelżywe listy już do niej nie przychodzą. Dzięki Bogu, przestały. Z tego powodu nie było dość czasu na omówienie problemów Adama. I nic Ci nie mówiłam. Może bałam się, że to zapoczątkowałoby kolejne starcie między nami. Tak więc nie wiedziałeś, że Adam zachowywał się niemal jak w czasie żałoby. Nie dość, że stracił nauczyciela, którego uwielbiał, to na dodatek świat dorosłych okazał się okrutny, niesprawiedliwy i zupełnie niepodobny do tego z książek. Książki z serii Beast Quest, o Harrym Potterze, legendy arturiańskie, opowieści o Percym Jacksonie – cała znana mu literatura – nie kończyły się w ten sposób. Był przygotowany na nieszczęśliwe zakończenia, ale nie na niesprawiedliwe. Jego nauczyciela wyrzucono z pracy. Za coś, czego nie zrobił.

Szkoła zaczęła znowu zmieniać się we wrogie miejsce, jakim była przed pojawieniem się pana Hymana.

Po błyskawicznej kolacji i zmianie stroju dotarliśmy na uroczystość rozdania nagród kwadrans przed osiemnastą, czyli przed czasem. Adam miał wypolerowane buty i wyszczotkowaną marynarkę, żeby nikt nie mógł mu zarzucić, że nie wygląda schludnie. Ja dla odmiany założyłam wytarte dżinsy, których przetarcia nie były elementem designu, lecz skutkiem zużycia. Podobało mu się to. Stwierdził, że są „ekstra”. Tli się w nim iskierka wywrotowca.

Pozostałe matki wystąpią w markowych uniformach i drogich eleganckich butach.

Byliśmy piętnaście minut przed czasem – po części dlatego, że Adam śpiewa w chórze, więc musiał być wcześniej, ale też dlatego, że bał się spóźnić. Ten jego lęk nasilił się w ciągu minionych trzech tygodni.

Zauważyłam machającą do mnie Maisie. Siedziała w ławce w jednym z pierwszych rzędów. Przyjechała jeszcze przed nami. Adam poszedł do zakrystii, żeby zaczekać na resztę chóru, a ja dołączyłam do przyjaciółki.

– Zajęłam dla ciebie i Mike’a dobre miejsca – oznajmiła, przesuwając się, żebym mogła usiąść. – Rowena przeprasza, że jej nie będzie, ale jej egzaminy są tuż-tuż.

Rowena powtarzała materiał, mimo że dostała już warunkowo miejsce, które właściwie było pewne: na wydziale nauk ścisłych uniwersytetu oksfordzkiego. A Jenny, której niemal na pewno nie zaproponowano żadnego miejsca, była u przyjaciółki. Gdy były małe, Jenny narzekała, że Rowena jest zbyt rywalizacyjna i musi być we wszystkim najlepsza. Szkoda, że nasza córka nie miała ani odrobiny tych cech. Nadal tego żałowałam.

– Addie będzie śpiewał w chórze? – zapytała Maisie. – Uwielbiam go słuchać.

Jest bardzo taktowna i nigdy nie pyta, czy moim zdaniem Adam dostanie jakąś nagrodę. Zamiast tego cieszy się jego małym sukcesem.

Zauważyłam, że Maisie wygładza brązową bawełnianą sukienkę na brzuchu i stara się, żeby układała się płasko. Do oczu napływają jej łzy.

– Czy wyglądam w tym jak bulimiczka? – zapytała cicho, prawie ukradkiem. Nie spodziewałam się po niej takiego pytania i przez moment wydawało mi się, że źle usłyszałam.

– Ależ nie, kochana! Wyglądasz świetnie. Każdy facet miałby ochotę cię schrupać.

Zachichotała.

– Jak „mama-gwiazdeczka”?

Tak mówimy na mamy w błyszczących pantofelkach, drogich jedwabnych ciuszkach i z włosami lśniącymi, jak gdyby wyszły prosto z salonu fryzjerskiego.

– Jeszcze lepiej – odparłam.

Ja założyłam znoszone, podziurawione dżinsy. Też powinnam zapytać, czy wyglądam jak bulimiczka?

– Jesteś najukochańszą kobietą na świecie, Gracie.

Wtedy przyszedł Donald, dzierżąc w dłoniach puchar, który miał być później wręczony.

 

– Polerowałem srebro – oznajmił, a jego dobroduszna twarz promieniała.

Gdy Jenny poszła do szkoły, oboje trzymaliśmy się na uboczu, nieco zażenowani faktem, że nasze dziecko uczęszczało do prywatnej szkoły. Uważaliśmy, że „Donald i jego puchar” to zabawny absurd. Teraz mamy w sobie mniej krytycyzmu i hipokryzji, i dlatego jego pragnienie podtrzymywania więzi ze szkołą poprzez coroczne wręczanie pucharu wydaje mi się wzruszające. Nie znam Donalda zbyt dobrze, bo spotykamy się z Maisie bez mężów i dzieci, ale wiem od niej, że bardzo uwielbia swoją żonę i córkę.

Zobaczyłam, jak Donald wziął Maisie za rękę i przysunął się do niej trochę za blisko niż powinien na oficjalnej uroczystości. Poczułam zazdrość, bo Ciebie nie było obok mnie.

W małym dusznym gabinecie komisarz Baker zakończył wreszcie rozmowę przez syczącą krótkofalówkę.

– Uroczystość rozdania nagród odbyła się w St. Swithuns, jakieś półtora kilometra od szkoły – mówisz. – Mój lot się opóźnił, więc przyjechałem późno, jakiś kwadrans po osiemnastej. Przy drzwiach było pusto. Wszedłem do środka, niezatrzymywany przez nikogo. Poważnie zaniedbano względy bezpieczeństwa.

Nie mówisz nic o błyskawicznej kolacji i wyszczotkowanych ubraniach. W Twoich wspomnieniach nie ma niczego swojskiego.

– Zwróciłem uwagę, że dyrektorka wydawała się spięta – ciągniesz. – Nawet jeszcze przed tym, zanim Hyman wszedł do kościoła.

Zgadzam się z Tobą. Pani Healey wydawała się spięta bardziej niż zwykle, ale to pewnie przez to, że szkoła miała wziąć wieczorem udział w paradzie i chciała, żeby wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku.

– Zupełnie, jakby się spodziewała, że coś się wydarzy – dorzucasz.

Krótkofalówka Bakera znowu syczy i komisarz odbiera połączenie. Jesteś oburzony, ale co możesz zrobić?

Dostrzegłam Cię na tyłach kościoła z innymi ojcami, którzy też się spóźnili. Zauważyłeś mnie, ale chaos lotniska i pęd kariery jeszcze Cię nie opuścił i Twój uśmiech skierowany do mnie nie był jeszcze w pełni serdeczny i szczery.

Pani Healey była w połowie uroczystego rozdawania pucharów, przerywanego krótkimi wstawkami muzycznymi. Szkoła stawiała sobie za cel „budowanie pewności siebie u wszystkich dzieci”, ale w rzeczywistości było tak, że ważne puchary trafiały tylko do rąk najzdolniejszych dzieci.

Może Jenny miała jednak rację? Może te puchary były tylko srebrnym dodatkiem do wyników egzaminów jedenastolatków i miały pomóc najlepszym absolwentom dostać się do prestiżowych gimnazjów? Może były inwestycją w srebro, która miała zaprocentować i przyciągnąć kolejnych uczniów? Nie podobała mi się myśl, że tego wiosennego wieczoru uczestniczyliśmy w elemencie jakiegoś modelu biznesowego, a nie w zwykłej szkolnej uroczystości rozdania nagród.

Wypatrywałam Adama pośród rzędów identycznie ubranych dzieci i starałam się wymyślić, co powiem mu później – gdy już położę go spać, a on będzie się znowu czuł jak nieudacznik. Dostrzegłam inne matki, które znajdowały się w takiej samej sytuacji, jak ja: mamę Sebastiana i mamę Grega. Siedziały trochę za bardzo wyprostowane, ściskały w dłoniach programy i pewnie też się zastanawiały, jak wytłumaczyć dzieciom, że nagrody nie mają znaczenia, że tak naprawdę ważne są tylko one jako osoby. Matki szkolnych bohaterów – dzieci osiągających najlepsze wyniki, będących kapitanami drużyn, posiadających już tarcze najlepszego zawodnika tygodnia i nagrody dla najlepszego muzyka tygodnia – też nawiązywały ze sobą kontakt wzrokowy; rozpromienione twarze szukały innych rozpromienionych twarzy i nigdy nie zastanawiały się, co myśli nasza przesadnie wyprostowana grupa.

Ojcowie tych dzieci zawsze przychodzili na czas.

Zabrzmiało to jak przytyk, przepraszam. To Twój samolot się spóźnił.

Komisarz zakończył wreszcie rozmowę przez krótkofalówkę.

– Około osiemnastej trzydzieści – mówisz – Silas Hyman wtargnął do środka. Przepchnął się między rodzicami stojącymi przy drzwiach.

Kościelne drzwi zatrzasnęły się za nim, przerywając występ solowy niepewnego siebie klarnecisty. Wszyscy się odwróciliśmy i patrzyliśmy, jak Hyman przepychał się między rodzicami. Zauważyłam, że miał na sobie odprasowany garnitur i wypolerowane buty, a jego chłopięca twarz była gładko ogolona. Szedł jednak niepewnym krokiem i intensywnie się pocił.

W otaczającej go ciszy pobrzmiewała samotność.

– Podszedł do dyrektorki – ciągniesz – i krzyknął na nią. Nazwał ją „dziwką”. Stwierdził, że zrobiła z niego „pieprzonego kozła ofiarnego”. Potem powiedział, pamiętam to bardzo dokładnie: „Nie można tak kogoś traktować, słyszycie mnie?”. Mówiąc to, wskazywał na wszystkich zgromadzonych: „Ci na końcu też? Dotarło do was? Nie ujdzie wam to na sucho!”.

Miałam wrażenie, że jest zrozpaczony. Wybrał wściekłość zamiast płaczu.

– Dwóch ojców podeszło i chwyciło go pod ręce – kontynuujesz. – Odciągnęli go od dyrektorki.

Słychać było tylko odgłosy przepychanki, gdy mężczyźni próbowali wyprowadzić go z kościoła. Milczały nawet dzieci – dwieście czterdzieścioro. Wtem, w tej ciszy usłyszałam dziecięcy głosik:

– Puśćcie go.

To był głos Adama. Spojrzałam na niego. Stał, gdy pozostałe dzieci i nauczyciele siedzieli. Jego głos brzmiał donośniej.

– Puśćcie go!

Cały kościół milczał i wszyscy gapili się na Adama. Był przerażony. Widziałam to. A jednak mówił dalej, przez cały czas patrząc na pana Hymana.

– To niesprawiedliwe! On nie zrobił nic złego. To niedobrze, że go zwolniono. To nie była wina pana Hymana.

To było coś nadzwyczajnego. Bohaterskiego. Nieśmiały chłopiec stojący w obliczu ubranych w ciemne garnitury ojców, nauczycieli i przejmującej go trwogą dyrektorki. Chłopiec, który boi się, że będzie miał kłopoty, bo nie odrobił pracy domowej, który boi się spóźnić choćby pięć minut – i właśnie ten chłopiec ujął się za swoim ukochanym nauczycielem. Zawsze wiedziałam, że jest dobry – nie grzeczniutki, ale naprawdę dobry – ale mimo to byłam zdumiona.

I stało się tak, że Adam przemówił w jakiś sposób do pana Hymana. Jakby dotarło do niego po raz pierwszy, na co się zdobył. Pan Hyman wyswobodził się z uścisku dwóch ojców i ruszył w stronę drzwi. Mijając Adama, uśmiechnął się do niego łagodnie. To był sygnał, żeby chłopiec usiadł.

Nie widziałam już Adama, ale wiedziałam, że doniosłość tego, co zrobił, uderzy w niego niczym rozpędzony parowóz. Wszyscy koledzy z jego klasy lubili pana Hymana niemal tak samo, jak on. Dlaczego więc go nie poparli?

Już przy drzwiach pan Hyman odwrócił się i powiedział:

– Nikomu nie zrobiłem krzywdy.

Zauważyłam, że Maisie bardzo pobladła, a jej twarz miała wyraz, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałam.

– Ten człowiek nie powinien nigdy znaleźć się w pobliżu naszych dzieci – stwierdziła z zaciekłością w głosie.

Dostrzegłam, że darzyła go wielką niechęcią, wręcz nienawiścią – ta łagodna Maisie, która zwykle była taka dobra.


– To była jawna groźba – mówisz do komisarza. – I to agresywna. Widać było, jak bardzo nienawidził dyrektorki. Nas wszystkich.

– W owym czasie nie zaniepokoiło to pana na tyle, by to zgłosić? – pyta komisarz Baker pogardliwym tonem.

– W owym czasie zlekceważyłem go. Jak wszyscy. Nie wierzyłem, że jest zdolny do agresywnych czynów. W przeciwnym razie w ogóle by do tego nie doszło. Aresztujecie go?

To było raczej stwierdzenie niż pytanie.

– Rozmawialiśmy z panem Hymanem wczoraj wieczorem – odpowiada poirytowany Baker.

– A więc podejrzewaliście go?

– Rozmawiamy z każdym, kto mógł mieć jakiekolwiek pretensje wobec szkoły – wtrąciła Sara. – To jest normalna procedura.

Komisarz patrzy na nią. Nie chce, żeby wyjawiała tajemnice pracy policji, ale Sara kontynuuje:

– Dyrektorka albo członek zarządu poinformowali nas, że tego człowieka zwolniono.

– Pan Hyman nie prosił o adwokata. I bez oporów pozwolił na pobranie próbki jego DNA – mówi komisarz Baker. – Z doświadczenia wiem, że winny nie reaguje w ten sposób.

– Ale na pewno...

Komisarz przerywa Ci:

– Nie ma powodu sądzić, że pan Hyman miał cokolwiek wspólnego z pożarem. Ten obelżywy artykuł tego nie zmieni. A pańskie wspomnienie o jego zachowaniu podczas rozdania nagród ma raczej charakter interpretacji, a nie obiektywnej relacji. Tym niemniej rozumiem pański lęk, panie Covey. Zważywszy na to, przez co pan przechodzi, i aby pana uspokoić, poproszę jednego z funkcjonariuszy o ponowne przyjrzenie się tej sprawie.

Ostentacyjnie wyjmuje krótkofalówkę, sugerując w ten sposób, że narażasz go na niepotrzebną fatygę.

– Będę przy córce – mówisz, wstając. – Będzie mnie można tam znaleźć.

Wychodzisz z gabinetu. Tanie cienkie drzwi trzaskają za Tobą.

Idę za Tobą korytarzem. Patrzę na Twoje szerokie plecy i tak bardzo bym chciała, żebyś mnie objął. Pamiętam, jak się ucieszyłam, widząc Cię w ów wieczór rozdania nagród. Te trzy i pół tygodnia bez Ciebie tak bardzo się dłużyły.

Gdy wszedłeś do kościoła i nie spojrzałeś na mnie jak należy, szybko starałam się sobie przypomnieć, czy tym razem towarzyszyła Ci któraś z tych pięknych dziewcząt z BBC. Rozmyślałam o tym też wcześniej, w ciągu tych tygodni, gdy Cię nie było. Byłam jednak pewna, że w skład ekipy wchodzili wyłącznie mężczyźni.

Nie, nie podejrzewałam Cię o zdradę. Czułam się tylko nieco niepewnie, to wszystko. Nigdy nie zadałam Ci tego pytania ani nie wyraziłam trapiącej mnie wątpliwości. „Wracaj do swojego boksu i siedź tam!”, nakazał mi głos niańki. Czasami jednak przydaje się do czegoś.

Kiedy wyszłam z kościoła, przyglądałam się dużej grupie rodziców w poszukiwaniu Ciebie. Tłumek ojców, stojących z tyłu kościoła, wyszedł na początku. Większość z nich rozmawiała przez telefony komórkowe. Zapadł już zmierzch i nie widziałam Cię. Dzieci były jeszcze w środku.

Martwiłam się, że Adam narobił sobie kłopotów i zastanawiałam się, na ile się tym przejmował. Chciałam mu powiedzieć, jaka byłam z niego dumna, że to, czego dokonał, wymagało wielkiej odwagi. Wokół mnie wrzały plotki i to wydarzenie stawało się już anegdotą.

Donald i Maisie stali kilka metrów dalej. Przez moment myślałam, że się kłócili, ale mówili cicho i spokojnie, więc pewnie się pomyliłam. Poza tym Maisie twierdzi, że oni nigdy się nie kłócą. „Czasami mam wrażenie, że dobrze by nam zrobiła awantura, wyłożenie kawy na ławę, ale Donald jest zbyt dobroduszny”.

Donald palił papierosa i mocno się zaciągał. Żar jaśniał w coraz większym mroku. Maisie nigdy nie mówiła, że jej mąż pali. Rzucił niedopałek na ziemię i wgniótł go w podłoże.

Dostrzegłam zbliżającego się do mnie Adama. Na jego małej buzi rysował się wyraz zamyślenia. Gdy tak szedł w moją stronę, minął Donalda przypalającego kolejnego papierosa i przestraszył się płomienia zapalniczki.

– Nic się nie stało, młody człowieku – powiedział Donald i zamknął zapalniczkę.

– Wszystko w porządku? – zapytała Maisie.

Potaknął. Objęłam go.

– Poszukajmy taty.

Nie wypatrywałam już mojego męża, tylko ojca Adama – nasza tożsamość rodzicielska zawsze rugowała pojęcia męża lub żony. Musieliśmy czekać na nasze spotkanie jako małżonków.

Wreszcie dostrzegłam Cię stojącego obok głównej grupy rodziców. Wziąłeś mnie za rękę, a drugą dłonią uścisnąłeś rękę Adama.

– Witaj, kolego.

Nie wspomniałeś ani słowem o tym, co zrobił. Wysłałam Ci sygnał, który rodzice przesyłają sobie nad głową dziecka, gdy jedno z nich zrobi coś nie tak.

– Jedźcie do domu – powiedziałeś, ignorując mój sygnał. – Dołączę do was później.

Nawet nie pocałowaliśmy się na dzień dobry i nasze nieporozumienie w sprawie zachowania wobec Adama wzmogło jeszcze moje poczucie niepokoju związane z Twoim powrotem.

– Dotrę do domu najszybciej, jak będę mógł – oznajmiłeś w męski, władczy sposób.

Cieszyłam się, że w Twojej ekipie nie było żadnych błyskotliwych, pięknych kobiet, ale miało to swoje wady: spędzałeś za dużo czasu w wyłącznie męskim gronie i na wyleczenie się z seksizmu potrzebowałeś tyle samo czasu, ile zabierało Ci dojście do siebie po zmianie stref czasowych.

Szykowałam późną kolację, gdy przyjechałeś. Adam zasnął pół godziny wcześniej. Stanąłeś za mną i pocałowałeś mnie. Poczułam woń piwa. Przez chwilę znów byliśmy parą.

 

– Nie ma Jenny? – zapytałeś.

– Tata Daphne właśnie wiezie ją do domu. Przed chwilą dzwonił.

– To miłe z jego strony.

Objąłeś mnie.

– Przepraszam, że to tyle trwało, ale chciałem zmniejszyć możliwe negatywne skutki wystąpienia Adama. Byłem w tej winiarni obok kościoła i gadałem z nauczycielami. Zwłaszcza z panią Healey. Naprawdę, nie było mi to potrzebne dzisiejszego wieczoru.

Nie widziałeś mojej twarzy.

– Poprosiłem, żeby nie wyciągała konsekwencji i pozwoliła nam zająć się tą sprawą. Zgodziła się.

Odwróciłam się i wtedy się pokłóciliśmy.

Uważałeś, że Adam wstawił się za panem Hymanem nie dlatego, że był wobec niego lojalny i odważny, ale dlatego, że ten człowiek „zrobił mu pranie mózgu”. Twierdziłeś, że Silas Hyman ma „nienaturalną władzę” nad Adamem.

Wtedy do kuchni weszła Jenny i to zakończyło naszą kłótnię. Nigdy nie kłóciliśmy się w obecności dzieci, prawda? Nie w ważnych sprawach. One wprowadzają stan zawieszenia broni. „Co tam Organizacja Narodów Zjednoczonych”, powiedziałeś kiedyś. „Wojujące kraje powinny zaprosić na salę czyjąś nastoletnią córkę”.

Dotarliśmy na oddział oparzeniowy. Skrupulatnie myjesz dłonie, zgodnie z oddziałową instrukcją. Sara robi to samo. Dopiero wtedy pielęgniarka wpuszcza was za zamknięte drzwi. Gdy dochodzimy do sali Jenny, zbieram się w sobie. Odwracasz się do Sary.

– To nie autor tych obelżywych listów to zrobił.

W Twoim głosie słychać furię, która przestrasza Twoją siostrę.

Pielęgniarka zdejmuje ostatnią warstwę opatrunku z twarzy Jenny.

Zmieniła się nie do poznania. Wygląda znacznie gorzej niż na izbie przyjęć. Szybko odwracam wzrok. Nie mogę znieść tego widoku. No i będę musiała opowiedzieć Jenny, co widziałam; ale skoro tylko na nią zerknęłam, to uda mi się wybrnąć z tej trudnej sytuacji – przecież nie można niczego dostrzec dokładnie, jeśli się tylko rzuciło na coś okiem, prawda? I nie spojrzało raz jeszcze.

Ty nie odwracasz wzroku.

Pielęgniarka widzi Twoją rozpacz.

– Pęcherze dzień po oparzeniu są czymś normalnym – informuje. – To nie znaczy, że stan poparzeń się pogorszył.

Pochylasz się nad Jenny, zbliżasz swoją twarz do jej buzi i całujesz powietrze tuż nad nią, jakby Twój pocałunek mógł na nią opaść.

Z tego pocałunku wnioskuję, że jesteś przekonany: nie zrobił tego autor listów.

Bo gdyby tak było, oznaczałoby to, że nie uchroniłeś Jenny. Że go nie powstrzymałeś. A wówczas byłaby to Twoja wina. Byłbyś odpowiedzialny za to, że trzeba nawilżać jej oczy i usta, że jej twarz jest pokryta pęcherzami, kończyny owinięte Bóg wie czym, a drogi oddechowe są uszkodzone. Być może za jej potencjalną śmierć.

Nie udźwignąłbyś tego ciężaru.

– To nie Twoja wina – mówię, podchodząc do Ciebie i obejmując Cię. – Naprawdę, kochanie. Ktokolwiek to zrobił, to nie jest Twoja wina.

Teraz już rozumiem, dlaczego nie byłeś wobec pana Hymana tylko podejrzliwy, ale z całą pewnością obarczyłeś go winą za podpalenie. Każdy, tylko nie autor obelżywych listów.

Może masz rację.

Znowu przypomina mi się, jak Maisie stwierdziła: „Ten człowiek nie powinien nigdy znaleźć się w pobliżu naszych dzieci” i było widać, że go nienawidzi. Maisie, która we wszystkich widzi to, co w nich najlepsze, i jest pobłażliwa dla ich wad.

Maisie też musiała dostrzec w nim coś złego.

„Zawsze byłaś naiwna”, odzywa się głos niańki.

Być może byłam ślepa.